Strona 1 z 1

When you move I can recall somethin' that's gone from me

: ndz sty 25, 2026 7:17 pm
autor: lazare moreau

You are a call to motion
There, all of you a verb in perfect view
Like Jonah on the ocean
When you move, I'm moved




33.
Trzydzieści trzy.
Trzydzieści-i-trzy.

Tyle było, podobno, ścięgien w jednej stopie u przeciętnego człowieka. Trzydzieści trzy misternie uplecione pasma ciała, od których zależał ruch. Każdy podskok, i każde płynne lądowanie na śliskiej płaszczyźnie posadzki. Każdy piruet i wyważenie rozchwianego prędkością ciała. Każde utracenie i każde odzyskanie równowagi zależne od kaprysów trzydziestu trzech kawałków mięsa łączących mięśnie strzałkowe i zginacze palców, prostowniki i mięśnie krótkie. Wreszcie: największy, najsilniejszy supeł mięśnia w całym ludzkim ciele - ścięgno Achillesa.
Lazare wiedział, ile wysiłku wymaga taka praca organizmu. Znał tępy dyskomfort przepracowanych stóp i ostry, przeszywający ból naciągniętego, albo - nie daj Boże! - zerwanego mięśnia. Rozumiał lęk, który każdy pracujący ciałem artysta odczuwał nie tylko przed występami, ale również w prowadzących do nich, długich miesiącach bezustannych prób i ćwiczeń. Strach przed kontuzją. Strach, że coś pójdzie nie tak na miesiąc... tydzień... dzień przed ważnym występem, dla którego przez wiele dni poświęcało się wszystko, poczynając od snu, a na zdrowiu psychicznym kończąc.

Teraz - niemal dwanaście miesięcy po niespodziewanym, ale w gruncie rzeczy i nieuchronnym skandalu przekreślającym jego karierę tak spektakularnie, jak i najprawdopodobniej na zawsze - na młodszych od siebie sportowców i tancerzy blondyn spoglądał z mieszaniną zbyt wielu kompleksowych emocji na raz. Choć starał się unikać oglądania transmisji sportowych, i ani razu nie pojawił się na żadnym z zimowych konkursów czy występów, na które nadal - choć, podejrzewał, nie bez dozy kpiny i okrucieństwa - wysyłano mu zaproszenia, żyjąc w Toronto nie udawało mu się kompletnie unikać kontaktu ze światem sportu i tańca, jakby Przeszłość nie chciała dać mu spokoju pomimo tego, jak usilnie starał się pozostawić ją za sobą.
Na domiar wszystkiego, teraz panował przecież sezon, więc wszystkie bary sportowe huczały dźwiękiem transmisji z zimowych konkursów; wszelkie stacje telewizyjne nadawały powtórki najbardziej spektakularnych występów; nawet sklepy z elektroniką zdawały się prześladować Moreau - nie potrafił bowiem przejść ulicą z mieszkania na siłownię, czy też w drodze na spotkanie grupy wsparcia, by nie minąć rzędu telewizyjnych ekranów w tej czy innej sklepowej witrynie, wyświetlających sceny porażek i triumfów, aplauzu i buczenia rozczarowanej widowni; wygranych, i przegranych.
Ilekroć spojrzenie Lazare zawieszało się na sylwetkach łyżwiarzy figurowych tnących krystaliczną taflę lodowiska z prędkością i gracją, które niegdyś towarzyszyły każdemu jego występowi, blondyn znajdował w sobie sprzeczne uczucia i instynkty. Jednocześnie zazdrościł im wszystkich perspektyw, które nadal przed sobą mieli, a które on sam utracił, jak i współczuł im presji, z którą musieli codziennie się mierzyć. Podziwiał ich wysiłki, ale symultanicznie krytykował w myślach wszelkie, nawet minimalne niedociągnięcia i drobne błędy, które we własnym stylu i technice zawsze starał się wyeliminować. Na widok młodszych, mniej doświadczonych - ale czasem i bardziej utalentowanych od niego artystów - Moreau czuł zatem i troskę, i zawiść, i gniew, i jakąś dozę szczęścia, nawet jeśli było to tylko nikłe, ciche echo obezwładniającej euforii, która ogarniała go za każdym razem gdy stawał na podium wśród ogłuszającego aplauzu.

Mało było miejsc, które przynosiły mu ulgę: dno wanny, na które osuwał się czasem ze wstrzymanym oddechem, zapewniające kompletną ciszę i kilkanaście sekund wytchnienia. Rzadkie momenty, w których udawało mu się wyjechać za miasto - samotnie, tak wcześnie rano, że wokół panował jeszcze mrok, a na trasie kompletna cisza i spokój. Chwile zapomnienia związane z ruchem fizycznym, którego nikt nie oglądał, i nie oceniał - nie na lokalnej siłowni, na której niejednokroć go rozpoznano, i nie w ośrodku sportowym, w którym niegdyś trenował, a którego progu nie potrafił teraz przekroczyć bez ogromu obciążającego go wstydu, ale w miejscach, w których się go nie spodziewano.
Zupełnie jak to: jedna z mniej popularnych, znajdujących się na końcu spowitego gęstym półmrokiem korytarza w południowym skrzydle Roy Thomson Hall, z dala od najpopularniejszych przestrzeni zazwyczaj pękających w szwach od młodych, rozochoconych tancerzy. Ten zakamarek, który Lazare odkrył wieki temu, za sprawą jakiejś przypadkowej miłostki znajomości z bliskim mu niegdyś solistą rosyjskiego baletu, rezydującym krótko w Toronto, był jak cmentarzysko dla dawnych marzeń. Wystarczyło - sprawdzonym sposobem wsunąwszy w dłoń starszego ochroniarza niewielki, ale przyzwoity nominał - przemknąć się przez główny korytarz i zamiast szerokich, centralnych schodów, znaleźć wąskie drzwiczki prowadzące ku bocznej klatce schodowej i wspiąć na przedostatnie piętro. Tam krył się prawdziwy rarytas, gdyż niewielka sala dzieliła się na dwie części - tę na dole, z obszernym, choć zakurzonym lustrem, oraz na antresolę pełniącą kiedyś rolę garderoby, teraz zaś będącą zagraconym składzikiem. To tam Lazare zwykł się rozgrzewać gdy potrzebował ruchu, ale nie widowni.

I to stamtąd, spomiędzy żeberek balustrad patrzył teraz na intruza. Smukłe...
Można by powiedzieć, że zbyt smukłe ciało; tors otulony przylegającym materiałem podkoszulka, biodra objęte luźno nieco nader obszernym dresem, łydki chronione przed chłodem splotami getrów i wreszcie - trudno było nie przyznać - piękne, szczupłe, mocne stopy, raz po raz wykonujące rozkazy wydawane im przez umysł tancerza.
Było coś niepokojącego w sposobie, w jakim młody - niezaprzeczanie młodszy od Moreau - mężczyzna poruszał się po listwach sali treningowej. Coś panicznego, jakby w jego wnętrzu toczyła się jakaś walka. Z perspektywy, z której popatrywał nań Lazare, nie dało się dostrzec rysów jego twarzy, ale Lazare zdążył już dopowiedzieć sobie, że jej rysy musiały być surowe, chłodne, o urodzie arktycznego krajobrazu.
Nie zmieniało to faktu, że obecność tancerza krzyżowała Moreau skrzętne plany. Nie zamierzał ujawniać swojej obecności, ale też nie chciał przerywać tańca nieznajomego, tym samym ryzykując, że zostanie rozpoznany. Lub gorzej - że utraci ten mały, regularny azyl, który urządził sobie w Roy Thomson.
Czekał więc, z nozdrzami łaskotanymi kurzem, oparłszy łokcie o balustradę, i z dechem zapieranym w piersiach ilekroć tancerz zrywał się do lotu. Aż nagle -

33.
Trzydzieści trzy.
Trzydzieści-i-trzy.
Ścięgna.
I tylko jeden chybiony krok potrzebny, by zaburzyć ich pracę. Jedna sekunda nieuwagi, zmęczenia czy dekoncentracji. Krótki dźwięk - nie okrzyk nawet, a jedynie coś na granicy westchnienia i jęku. Krótki grymas bólu.

Lazare zorientował się, że się porusza, dopiero w chwili, w której był już w drodze wąskimi schodami ku dolnej części pomieszczenia, w pośpiechu ku próbującemu podnieść się z posadzki tancerzowi.
- Hej - cicho, niemal przepraszająco, z dłonią wyciągniętą w jego stronę nim jeszcze mógłby dojrzeć z kim ma do czynienia - W porządku? Potrzebujesz pomo -

èmile de launay

When you move I can recall somethin' that's gone from me

: wt lut 03, 2026 8:51 pm
autor: èmile de launay
Mówili, że przesadzał. Że wymagał od siebie zbyt dużo. Że ciało w pewnym momencie nie podąży za umysłem, odmówi tego, co zostało mu przykazane, zdradzi go w połowie ważnego ruchu – i że to będzie tylko i wyłącznie jego wina. Że zrobi sobie krzywdę, że kontuzja, jakiej się nabawi, uniemożliwi mu dalsze występowanie, skazi go, wyeliminuje na dobre.
Émile nie zwykł słuchać takich rad, bo zazwyczaj pochodziły od osób, które nie miały zielonego pojęcia, jak się osiąga perfekcję. A osiąganie perfekcji nigdy nie było ładne: to nadprogramowe godziny treningu, to pot, ból, i łzy, i frustracja, i wściekłość, ale też strach, żelazna samodyscyplina oraz obsesja. Czasami krew. Nagrodę stanowiła euforia towarzysząca otrzymanym owacjom, pochwały od reżyserów i choreografów, pozytywne dziennikarskie recenzje… uśmiech matki, ale także (choć to zdarzało się niezwykle rzadko) bycie zauważonym przez ojca.
Pięcie się do góry w baletowej hierarchii nie należało do najprostszych rzeczy i choć od samego początku swojej kariery wymagał od siebie bardzo dużo, tak dopiero jego dążenie do osiągnięcia statusu pierwszego tancerza zaczęło być postrzegane przez innych jako niezdrowe. Bo ktoś się w końcu zorientował, że zajmował sale na długo po tym, jak skończył programowy trening, że bardzo często ćwiczył dopóki mięśnie nie odmówiły współpracy, a nawet wtedy klął, bo w swoich ruchach w dalszym ciągu widział niedociągnięcia, które chciał za wszelką cenę naprawić, najlepiej jak najszybciej.
Od samego początku czuł, że ma do udowodnienia więcej niż inni. Najpierw ze względu na ojca, bo bardzo chciał usłyszeć jakiekolwiek pozytywne słowa na temat tego, co udało mu się osiągnąć, a dorastanie w rodzinie, która jest nastawiona na perfekcję i ciągłe osiąganie sukcesów (a także udowadnienie wszystkim wokoło, że jest się lepszym od nich), siłą rzeczy budowało pewne podejście. Potem ze względu na wypadek, który przykuł go do łóżka na tyle długo, że ominął go prawie cały sezon, miesiące rekonwalescencji całkowicie wykluczające go z aktywnych treningów, bo ruch fizyczny naciągał skórę, która musiała się najpierw odpowiednio zagoić. Tygodnie strachu, że poparzenia ograniczą jego mobilność… a nawet jeśli nie ograniczą, to czy nie wpłyną na jego wygląd? W balecie nie tylko ruchy i technika tancerzy się liczyła, ci bez odpowiednich fizycznych przymiotów raczej nie mogli liczyć na tytuł pierwszego tancerza.
Między innymi dlatego nie odpuszczał katorżniczych treningów. Choć był pewien swoich umiejętności, jednocześnie wciąż nosił w sobie ten strach, że nie jest wystarczający. Że najdrobniejszy błąd będzie tą kroplą, która przeleje kielich i zostanie dostatecznym dowodem na to, by z powodu własnej brzydoty zrezygnował z dalszej kariery na scenie. Nawet najlepsza technika nie zamaskuje tego, że wyglądał jak pomarszczony potwór, ale on robił co mógł, żeby nie dać innym pretekstu, aby tak go postrzegali.
Tak jak teraz.
Sala w Roy Thompson Hall nie należała do największych, ale wystarczyła, by mógł swobodnie wykonać parę skoków i piruetów, bez strachu, że uderzy stopą w ścianę albo zderzy się z lustrem. Ciche, zakurzone i zapomniane miejsce idealnie nadawało się na potajemne treningi, kiedy baletmistrz nie chciał już go widzieć na tym oficjalnym, bo “powinien odpocząć, nie może się przemęczać”. Ale jak mógłby odpoczywać, kiedy wiedział, w którym momencie oś jego postawy nie była odpowiednia, kiedy kąt ułożenia stopy niszczył płynność ruchu, kiedy złe ułożenie rąk przestawało czynić z niego wzór dla innych tancerzy, którym przecież z racji tytułu powinien być. “Przesadzasz”, mówili. “Tylko ty to widzisz”.
W i d z i a ł.

I doprowadzało go to do białej gorączki.
Jego mięśnie płonęły. Każdy jeden stanowił źródło dotkliwego bólu, który Émile z wprawą mistrza spychał gdzieś na peryferia świadomości. Nie liczył się ani on, ani zalewający oczy pot, ani domagające się odpoczynku płuca – jego myśli wypełniała pokraczna niedoskonałość, której szpony raz za razem wbijały się w umysł de Launaya, siejąc spustoszenie tam, gdzie powinna bezpiecznie mieszkać pewność siebie. Był wściekły na samego siebie, że nie potrafił nad nią zapanować i jednocześnie przerażony, bo przecież miała rację. A skoro on to widział, to nie miał najmniejszych wątpliwości, że prędzej czy później dostrzegą to też wszyscy inni. Zobaczą, że wcale nie zasługiwał na miano pierwszego tancerza.
Coupe jeté, z racji braku miejsca nie do końca en manège, przepełnione było gniewem, ale śmierdziało paniką. Miotał się po sali, przeplatając kolejne skoki po jednej stronie sali double assemblé en tournant i double saut de basque po drugiej, nieprzerwanie, wciąż i wciąż, dopóki nie osiągnął tego stanu, w którym jego umysł sam się oczyszczał, ustępując miejsca bólowi, nieustannie narastającemu, wybijającemu się na pierwszy plan po tylu próbach. Jednak zanim zdążył przeanalizować, czy wpłynęło to w pozytywny sposób na jego ruchy, czy ból pomógł mu przypomnieć sobie najważniejsze zasady, ciało nagle odmówiło mu posłuszeństwa. Choć wylądował miękko na jednej nodze, mięśnie nie chciały się spiąć i ponownie wybić go w powietrze – zamiast tego poczuł krótki, wzmożony ból, zanim po prostu opadł na podłogę.
Leżał dość bezwładnie, dokładnie w takiej pozie, w jakiej upadł, a więc nieco wygięty i próbował złapać oddech. Zupełnie nie spodziewał się, że usłyszy nad sobą czyjś zmartwiony, ale jednocześnie przepraszający głos. Jeszcze bardziej nie spodziewał się, że ten głos rozpozna.
Otworzył oczy częściowo zaskoczony, a częściowo poirytowany.
Lazare – wymsknęło się mu spomiędzy jego warg pomiędzy jednym a drugim ciężkim oddechem. – Lazare – powtórzył ciszej, miękko, bo zdążył zapomnieć, jak dobrze to imię układało mu się na języku. – Przeszkodziłeś mi w treningu – poinformował go już chłodniej, choć właściwie nie było to prawdą. Nawet gdyby bardzo chciał, fizycznie nie mógłby wrócić do dalszych ćwiczeń, czego chyba najlepszym dowodem było to, że leżał w nienaturalnej pozie, zupełnie jak szmaciana lalka rzucona przez dziecko w kąt. I aktualnie zupełnie nie miał siły, żeby ten stan rzeczy zmienić, więc trwał na ziemi z jedną nogą podwiniętą, drugą wygiętą do tyłu i rękami uniesionymi nad głową. – Czy byłbyś tak uprzejmy i podał mi bluzę? – Aż sam był zdziwiony spokojem swojego głosu, kiedy jego umysłem wstrząsnęła nowa obawa: w białym podkoszulku można było dostrzec te obrzydliwe blizny, których z zasady nie mógł nikt oglądać. Całe szczęście jego dłoń chroniła beżowa rękawiczka. – I mojego proteinowego szejka? Plecak powinien być w kącie sali – wciąż mówił z pewnym trudem, bo w dalszym ciągu miał problemy z unormowaniem oddechu, ale udało mu się machnąć nadgarstkiem gdzieś mniej więcej w stronę wspomnianego plecaka. – I co tu właściwie robisz? – Chyba był bardziej zdziwiony niż poirytowany nagłym pojawieniem się dawnego znajomego. Obecnego znajomego? Przyjaciela rodziny? Trochę też liczył na to, że jeśli utrzyma swobodę i neutralność rozmowy, to Moreau nie skupi się nadmiernie nad kwestiami, które miały pozostać poza jego obszarem zainteresowań.


lazare moreau

When you move I can recall somethin' that's gone from me

: wt lut 24, 2026 1:50 pm
autor: lazare moreau
I mieli rację.
Mieli rację, Émile.
Ci, którzy – niby pół-żartem, ale jednak z jakimś niepokojem w oczach, z brwią zmarszczoną cieniem wątpliwości, czy to jeszcze pasja, czy może już szaleństwo – przestrzegali, że sport prowadzi do kalectwa. Że robiąc swoje, trzeba robić to rozważnie, i zawsze patrzeć końca, pamiętając o konsekwencjach każdego z życiowych wyborów.
Ale uparty, zacietrzewiony umysł, zwykł trzymać się raz poczynionego postanowienia tak, jak tonący chwytają się brzytwy. Na śmierć i życie.
Oczywiście - Lazare znał to z autopsji - porady i przestrogi płynące od mistrzów i mentorów miały odrobinę inną wagę niż te, którymi, najczęściej nieproszeni, raczyli go kompletni laicy. Inaczej brzmiało: "Nie przesadź przypadkiem, Lazare" płynące z ust poważanego przez Moreau profesora, a inaczej od osoby może i szczerze nim zatroskanej, ale w gruncie rzeczy nie mającej pojęcia o czym mówi. Nad tymi pierwszymi, blondyn - w przeszłości - potrafił się choćby na moment zatrzymać, zastanowić. Pomyśleć, czy może przypadkiem nie było w nich odrobiny racji (choć w większości przypadków i tak kończyło się dokładnie tak samo: Lazare najpierw nie słuchał, potem żałował, a na koniec samego siebie katował zwróconym przeciwko sobie gniewem i poczuciem winy). Te drugie łyżwiarz dyskwalifikował w przedbiegach.
Kiedyś. Dziś podobno Lazare był mądrzejszy, ale jak to się mówiło - po (niewyobrażalnej, nienaprawialnej, dewastującej) szkodzie.

Parę lat wcześniej - a więc w tym okresie życia, w którym cieszył się największą sławą i najskuteczniej zagłębiał się w subtelnej, ale niezaprzeczalnej autodestrukcji - obejrzał kiedyś jakiś wywiad z wielką sławą łyżwiarstwa – wówczas już emerytowanym, statecznym człowiekiem o skroni osypanej srebrem siwizny, i ciałem nadal krzepkim, ale wyraźnie skatowanym batem reumatyzmu. Lazare pamiętał, że telewizor śnieżył (choć nie pamiętał czemu), sprawiając, że program dokumentalny zdawał się pochodzić z ubiegłego stulecia, choć w gruncie rzeczy nakręcono go jeszcze tego samego roku.
O co w tym wszystkim chodzi?, pytał młody, (nad)gorliwy dziennikarz o policzkach rozpalonych rumieńcem i jasnozielonych tęczówkach rozemocjonowanych świadomością, że rozmawia z jedną z największych, żyjących gwiazd dziedziny.
Siedzący na vis a vis stary wyjadacz - spokojny i poważny, ale nie nadto, na kolejne kwestie odpowiadając z godnością, ale i jakimś rodzajem cierpliwego humoru - popatrzył na młodzieńca jakby ten zadał mu najprostsze z możliwych pytań.
O co w tym wszystkim chodzi? powtórzył z uśmiechem. O miłość, synu. W tym wszystkim chodzi o miłość.

I Lazare się zgadzał – och, Boże. Zgadzał się w pełni. Nie była to jednak miłość bezwarunkowa, ciepła jak czuły dotyk kojący otłuczone kolano, ale ten jej niedościgniony rodzaj, za którym niektórzy gnali jak harty, do wyczerpania. Może aż do śmierci.
Miłość – czy matczyna, czy ojcowska, czy utracona przed laty wraz z niewinnością – jak fatamorgana. Złudzenie, obietnica, mgła rozchodząca się w palcach za każdym razem gdy człowiek poczuł, że może to już, że może jej dosięgnął. Dla Lazare - pewnie miłość matki. Dla Émile - być może ta od ojca.
Najważniejsze, że obydwaj zdawali się znać i rozumieć ten sam palący głód, który nigdy nie pozwalał im zwolnić w walce o sekundę perfekcji.
N a j w a ż n i e j s z e, że może to właśnie, istniejące między nimi podobieństwo, nakazało im dziś znaleźć się pod tym samym adresem.

Lazare.

Śmieszne. Moreau w pierwszym odruchu chciał odwrócić się przez ramię. Sprawdzić, czy to do niego, aby na pewno, młodszy chłopak adresuje to pojedyncze słowo.
Lazare – kto?
Lazare. Ja.
Odchrząknął, całą siłę woli zmuszony skupić na próbie zluzowania napiętych do granic wytrzymałości ramion.
Gdy pierwszy raz usłyszał własne imię w wargach Émile, brzmiało ono zupełnie inaczej. Bynajmniej nie dlatego, żeby De Launay kaleczył przecież akcent – co zdarzało się większości nieszczęśników nieprzywykłych do arystokratycznej francuszczyzny, którą posługiwano się w ich kręgach, i tylko Nadirowi uchodziło z Lazare na sucho – lecz ponieważ wówczas wysławiał się głosem o wiele delikatniejszym, wyższym o dobre dwie oktawy, a więc niemalże dziewczęcym. Dopiero parę lat później tembr jego tonu opadł i pokrył się lekką warstewką zupełnie nowej chrypki. Nagle obdarzony sensualnością, której nie należało dostrzegać u nastolatka. Do kompletu z długimi, atrakcyjnymi liniami smukłych mięśni wykwitłych nagle tam, gdzie kiedyś jego ciało było po prostu chude i kanciaste. Do kompletu z nowym zupełnie rysem szczęki, którą - wbrew rozsądkowi - aż chciało się musnąć opuszką palca. Do kompletu z płynnością ruchów kojarzącą się z niczym innym, niż z seksem. Tych samych ruchów, które kiedyś były po prostu niezręczne i nieporadne.
Lazare odchrząknął po raz drugi. Zamrugał.

- I całe szczęście – rzucił, ignorując nieskrywaną pretensję pobrzmiewającą w głosie chłopaka – Prosisz się o kontuzję.
Znał Émile nie od dzisiaj, więc nie zdziwił go sposób, w jaki chłopak zaczął nim rozporządzać - tak samo, jak rozporządzał służbą w domu własnej matki. Lazare znał tę manierę, bo przecież rozpoznawał ją u samego siebie. Zamiast się stawiać, pozwolił blondynowi kaprysić tak, jak na psoty pozwala się niesfornemu, choć uroczemu dziecku. Dynamika między nimi zmieniła się w ostatnich latach tyle razy, że Moreau nie do końca wiedział, czego się teraz spodziewać, a jednak było coś kojącego w realizacji, że pewne rzeczy zdawały się niezmienne. Dlatego posłusznie podążył za wydanym mu przez tancerza... poleceniem? Rozkazem? Skierował się we wskazanym mu kierunku, znajdując i szejka, i bluzę, i wracając do Émile, gdy temu udało się już powrócić do nieco bardziej pionowej, choć nadal siedzącej pozycji.
Przykucnął przed nim, stawiając napój na podłodze.
- Ręce do góry – teraz to on rozkazywał, i tak, jak rozkazywać można chłopcu, wywijając w dłoniach bluzę tak, by De Launay'a nie uwierały zaraz żadne metki. Jeśli Émile mu pozwolił - Lazare miał nadzieję, że tak - pomógł mu wciągnąć ubranie przez głowę.
Potem usiadł obok, próbując się nie krzywić. Jego lędźwie pulsowały dziwnym, nieznanym mu dotąd napięciem. Być może w przeszłości, regularnie ćwiczone ciało nie miało czasu na ten rodzaj bólu, ale od paru miesięcy pojawiał się on w dole lazarowych pleców w najmniej niespodziewanych momentach. Zabawne. Po raz pierwszy w życiu, Moreau wiedział co to znaczy: czuć się jak na swój wiek.

Zanim Émile zdążyłby sięgnąć po proteinowego drinka, Lazare podważył zakrętkę opuszką kciuka i pociągnął drobny łyk, krzywiąc się trochę nader-teatralnie. Teraz to on próbował wykręcić się od odpowiedzi, od ściągania uwagi na kwestie, których nie chciał poruszać.
– Parszywy – stwierdził – Nie dodajesz do tego żadnego cukru? Choćby miodu? – Uniósł brew - To jakaś nowa dieta?


èmile de launay

When you move I can recall somethin' that's gone from me

: pn mar 02, 2026 10:59 pm
autor: èmile de launay
Lazare.
Lazare Moreau.
Imię i nazwisko, zlepek słów, który kiedyś znaczył dla niego naprawdę dużo i na który reagował z ekscytacją równą lub nawet większą jego ówczesnej naiwności, ale teraz… teraz odprowadził odchodzącego na drugą stronę salki mężczyznę wzrokiem stosunkowo chłodnym, niepozbawionym jednak pewnej dozy ciekawości.
Teraz to już nie był ten sam Lazare Moreau.
Nie był już tym samym sportowcem-artystą, o którego osiągnięciach rozmawiano na salonach z uznaniem. Nie budził tyle zainteresowania, nie miał też wokoło siebie wianuszka zainteresowanych czy to pełnych uznania fanów, czy tych chcących zatrzymać jego uwagę na sobie na krócej lub właśnie nieco dłużej – już nie stanowił dobrej partii. Czy partnera w biznesie. Czy w ogóle w czymkolwiek. Stał się trochę zgniłym jajem, z którym nikt z towarzystwa nie chciał wchodzić w większy kontakt z obawy, że sam nasiąknie zapachem. Choć oczywiście nikt nie powie mu tego w twarz – to zawsze będą jedynie szepty dookoła.
Złoty chłopiec przestał lśnić i wpadł po same uszy w… bagno. Émile skłamałby, gdyby powiedział, że nie interesowało go, jak Moreau odnajduje się w tej nowej sytuacji, a to chyba byłby pierwszy raz, kiedy mieliby okazję porozmawiać bez niczyjego nadzoru.
Rosła w nim chęć przekonania się, jak nisko Lazare upadł, jak sobie radził, czy też nie, na tym dnie, czy ma przed sobą jakieś perspektywy. Chyba nikt inny, jak Moreau, nie stanowił tak dobrego straszaka odnośnie tego, czym groziło potknięcie się.
Trenuję, żeby być lepszym – rzucił odpowiedzią niczym automat, jakby była to fraza, którą musiał wypowiadać wielokrotnie, a która, przynajmniej w jego głowie, stanowiła idealne wytłumaczenie na każde wątpliwości związane z jego sposobem trenowania. Nikt nie mógł mu wmówić, że to nie działało. Nie po zeszłorocznym awansie i aktualnie największym sukcesie jego życia.
Korzystając z chwili, kiedy oczy Lazare’a nie były w nim utkwione, nie bez wysiłku i cichych stęknięć, zmusił swoje ciało – aktualnie dość niechętne we współpracy – do podniesienia się do pozycji siedzącej. Jedną nogę podwinął pod siebie, drugą zgiął i dosunął do siebie na tyle, by podbródek ułożyć na kolanie. W ten sposób mógł ukryć tę mniej korzystną wizualnie stronę przed niechcianym spojrzeniem.
Choć sam Moreau niekoniecznie chciał mu na to pozwolić. De Launay początkowo zmrużył nieznacznie oczy, kiedy usłyszał rozkaz, dopatrując się w tym żądaniu prowokacji. Chcąc nie chcąc, wciąż pamiętał ostatni raz, kiedy znaleźli się w identycznej sytuacji. Wtedy, na dźwięk tych samych słów, przełknął ciężko ślinę, czując w podbrzuszu rosnące napięcie. Jednocześnie dziwnie łaskotało go w żołądku i prawie spłonął (a na pewno wydał z siebie ciche westchnięcie), kiedy palce Lazare’a przypadkowo, ale Émile dałby sobie rękę odciąć, że wcale nie, musnęły skórę jego brzucha. Wtedy myśli de Launay’a pełne były wstydliwych marzeń, żeby Moreau w końcu dotknął go tak na poważnie. Tak jak kochankowie poznają swoje ciała. Jednak nic takiego się nie wydarzyło.
Émile był trochę ciekawy, czy zostało w nim coś z tamtego chłopca i tylko dlatego ostatecznie posłuchał kucającego przy nim mężczyznę, podnosząc ręce do góry tak, jak chciał. Nie drgnął przez cały proces zakładania bluzy, próbując chłonąć nowe doświadczenie i na koniec mógł z ulgą przyznać, że przy łyżwiarzu nie czuje już zupełnie nic. Absolutnie żadnej reakcji na dotyk, choć może robił się bardziej nerwowy, kiedy istniało ryzyko, że Lazare wejdzie w przypadkowy kontakt z którąkolwiek z poparzeniowych blizn.
Dzięki bogu, w kwestiach kontaktów z płcią przeciwną wrócił do normalności.
Wprawiło go to w dość dobry humor, który jednak został rozwiany już chwilę później, kiedy Moreau postanowił przywłaszczyć sobie jego proteinowego szejka.
Twarz de Launaya wyrażała czyste oburzenie.
Zwariowałeś?! Fuj! – wyrwał mu z ręki butelkę, zaskakująco żywo jak na kogoś, kto twierdził, że nie miał już sił, po czym przystąpił do agresywnego czyszczenia dziubka naczynia ze wszelkich możliwych pozostałości lazarowej śliny. – Przynieś sobie własnego, skoro tak ci nie smakuje – łypnął na niego złowrogo, a następnie upił odrobinę szejka, żeby się przekonać, czy to nagłe zawłaszczenie nie spowodowało jakichś ubytków w smaku. Nie spowodowało, w dalszym ciągu był tak samo waniliowy i niesłodki. – Nazywa się “zdrowe odżywianie”. Polecam spróbować, bo twoje włosy są matowe i masz strasznie podkrążone oczy – zauważył chłodno i ciężko było stwierdzić, czy chciał być niemiły, czy postanowił bardzo bezpośrednio udzielić mu rady tak z dobroci serca. – Zresztą, przyszedłeś tu trenować i nic ze sobą nie zabrałeś? – zmarszczył brwi, lustrując wzrokiem jego sylwetkę. Choć na pierwszy rzut oka nic ze sobą nie miał, może po prostu zostawił to na pięterku. Automatycznie założył, że znalazł się tu z tego samego powodu, co on, bo do czego innego ta sala mogła się nadawać, ale może wcale tak nie było? – Czy może mnie śledziłeś? – zapytał tak poważnie, unosząc przy tym jedną brew, że ciężko było odgadnąć czy żartował, czy jednak wcale nie. Nie bez powodu miał opinię sztywniaka.
Pociągnął z butelki dwa duże łyki, po czym odchylił głowę do tyłu i zastygł na dłuższy moment w takiej pozycji, zanim głośno westchnął i znów zwrócił neutralne i może trochę wyczekujące spojrzenie na Lazare’a. – Trenujesz jeszcze?

lazare moreau

When you move I can recall somethin' that's gone from me

: czw mar 12, 2026 11:40 am
autor: lazare moreau
Teraz to już nie był ten sam Lazare Moreau.
Prawda. Chyba. Czy samemu Lazare nie wydawało się wszak w ostatnim czasie, że niejednokroć samego siebie nie potrafi już rozpoznać w (pękniętej po jednym ze szczególnie eksplozywnych epizodów jego gniewu) tafli lustra? Że na jego miejscu pojawił się jakiś uzurpator, impostor? Ale, w takim razie, kim w ogóle był Lazare Moreau? Wynikiem wyuczonego w wyższych sferach kameleonizmu nawet w przeszłości zwykło przychodzić blondynowi na myśl, że całe jego jestestwo jest tylko plastycznym zlepkiem mięśni i myśli, które lubią układać się różnie w zależności od potrzeb widowni. Jakby, gdy go już odarto z blichtru, manier i lodowiskowych kostiumów, okazać się miało, że pod nimi nie było –
zupełnie –
nic.

W tej chwili jednak, patrząc na siebie w lustrze – ponad ramieniem mierzącego go surowym wzrokiem Émile – Moreau być może po raz pierwszy udawało się zobaczyć prawdę. Nie dobrą partię, i nie partnera w biznesie. Nie inwestycję i nie inspirację tylko Trzydziestotrzyletniego chłopca mężczyznę o pozbawionym wagi nazwisku, który ponoć najlepsze lata swojego życia poświęcił utraconej karierze. Zgniłe jajo? Może. Ale przynajmniej Fabergé, bo owleczone w ostałe mu się jeszcze pozostałości urody i kupione w przeszłości ubrania, których nie trzeba było nawet oznaczać krzykliwymi logo, gdyż ich ostentacyjna jakość i sposób, w jaki się układały na lazarowym ciele, mówiły same za siebie.
– Tak? – uniósł brew – Bo dla mnie to wygląda raczej jakbyś trenował żeby zrobić sobie krzywdę.
Może była to wielka nadinterpretacja, ale De Launay nie byłby pierwszym z młodych, zdolnych mężczyzn, których rodzice - zwykle ojciec, czasem matka, niekiedy obydwoje jednocześnie - kochali za mocno, za mało, albo po prostu niewłaściwie, i którzy własny gniew i rozpacz nauczyli się kierować przeciwko sobie, i na sobie też wyładowywać, jaki przewinął się przez życie Lazare. Złość i smutek lubiły karmić się bólem. A zadając ból samemu sobie, człowiek czuł przynajmniej, że ma nad nim jakąś kontrolę.

Patrzył na blondyna, cierpliwie wchłaniając pogardę i chyba nawet jakiś rodzaj obrzydzenia bijące z chłopięcego spojrzenia. Jeśli go to ubodło, odsunął poczucie urazy na peryferia własnej świadomości, skupiając się na innych aspektach ich interakcji. Tym chociażby, że Émile pozwolił mu pomóc sobie z bluzą - siedząc sztywno, ale przynajmniej bez większego buntu przeciwko machinacjom Lazare.
Rzeczywiście. Może wzięcie sobie Emile na kochanka nie byłoby takim beznadziejnym pomysłem? Przynajmniej nie musiałby fatygować się przedstawianiem go rodzinie, ryzykując tym rozczarowaniem matki i na tym polu. Boże, mógł sobie jedynie wyobrazić do jakich wniosków doszłaby jego rodzicielka, gdyby dowiedziała się z jakim typem mężczyzn Moreau zazwyczaj się wiązał sypiał. Z Nadirem, który symbolizował wszystko, czego Aurelie tak panicznie się bała (inność, biedę, kolor, szaleństwo, prawdziwe życie). I z Johnny’m, którego kobieta zdyskwalifikowałaby w przedbiegach z uwagi na więcej niż jeden aspekt jego tożsamości. To, gdzie mieszkał; to, o czym pisał; to, w końcu, że przecież to on stał za klęską jego syna (a przynajmniej łatwo było przyjąć taką interpretację ich historii). A wydawało się, że Lazare już bardziej nie mógł jej zawieść! Cóż. Przynajmniej do tego miał ewidentnie wrodzony, niemożliwy do stracenia talent.
Patrząc jednak na chłopaka trochę dłużej, trochę uważniej – pięknego przecież tak, jak piękne były greckie rzeźby, gładki alabaster w którym pojedyncza czarna rysa tylko podkreśla perfekcję materiału – nie potrafił w nim dostrzec więcej niż tylko powód do zmartwień. Ikara w locie po tragedię.

– Tak? – teatralnie wydął dolną wargę, trochę jak zagniewane dziecko, trochę jak nadmiernie samokrytyczna niewiasta, trochę jak krytyk sztuki mający zaraz zszargać oglądane przez siebie dzieło, przerysowanym sposobem przeglądając się w lustrze. Wiedział, że jest próżny, i do tej próżności notorycznie przyznawał sobie święte prawo, ale zauważywszy ją u Emile nagle uznał ją za dobry powód do kolejnej drobnej złośliwości – To nie dieta, Emile. To starość – westchnął dramatycznie, klepiąc dłonią kant własnego policzka. Bzdura, podszeptywał jeden głos w jego wnętrzu. Prawda, mówił drugi. Obydwa miały rację. Upływ czasu zaczął docierać do Lazare nagle, bez zapowiedzi, wraz z dostrzeżeniem pierwszego błysku srebra wśród zwykłego złota sfalowanego nad jego skronią, pierwszej zmarszczki skradającej się w kąciku oka jak złodziej (młodości), pierwszej sztywności pleców tuż po zwleczeniu się z łóżka, jakby jego lędźwie przez noc zdążyły pokryć się rdzą i sadzą. Ze wszystkich rzeczy, nad którymi Lazare nie miał kontroli, nad tym zdawał się mieć jej jeszcze mniej niż nad całą resztą – Uważaj. Po ciebie też już idzie.
Choć Émile i on obracali się w dwóch różnych sportowych i artystycznych środowiskach, obydwa światy nadal łączył podobny rodzaj próżności i podstaw, na jakich bazie wyceniano ludzką wartość. Młodość była wartością, walutą. Starsi artyści cieszyli się posłuchem i szacunkiem, to prawda, ale na jakimś etapie tracili ten rodzaj narkotycznego zachwytu, jakim publika darzyła wyłącznie tych młodych i świeżych. Rozumiał zatem, że perspektywa powolnej utraty kontroli nad własnym, bo przecież stopniowo zmieniającym się i starzejącym ciałem, mogła być dla Émile równie przerażająca, jak i dla niego.
– Tak – odparł, i w pierwszej chwili chyba sam nie był pewien na które z pytań chłopaka próbuje odpowiedzieć. To pierwsze było niedorzeczne. To drugie? Zbyt obnażające. Trenujesz jeszcze? To zależy jak definiowało się trening. Na siłowni? Tak, z rozsądku i z nudów, trochę dla zabicia czasu, trochę z potrzeby udręczania się nad własnym ciałem. Ale na lodzie? Boże, nie. Lazare nie wyobrażał sobie powrotu na lodowisko.
– Śledziłem cię. Możesz zgadnąć, czy na zlecenie twojej matki, czy z własnej inicjatywy – spróbował odwrócić uwagę De Launay od tego pytania, które było dla niego zbyt niewygodne – Po to, żeby ukraść ci talent.

èmile de launay