ODPOWIEDZ
33 y/o
For good luck!
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
I always wanted to die clean and pretty, but I'd be too busy on working days - so I am relieved that the turbulence wasn't forecasted, I couldn't have changed anyways.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji
czas narracji
postać
autor


You are a call to motion
There, all of you a verb in perfect view
Like Jonah on the ocean
When you move, I'm moved




33.
Trzydzieści trzy.
Trzydzieści-i-trzy.

Tyle było, podobno, ścięgien w jednej stopie u przeciętnego człowieka. Trzydzieści trzy misternie uplecione pasma ciała, od których zależał ruch. Każdy podskok, i każde płynne lądowanie na śliskiej płaszczyźnie posadzki. Każdy piruet i wyważenie rozchwianego prędkością ciała. Każde utracenie i każde odzyskanie równowagi zależne od kaprysów trzydziestu trzech kawałków mięsa łączących mięśnie strzałkowe i zginacze palców, prostowniki i mięśnie krótkie. Wreszcie: największy, najsilniejszy supeł mięśnia w całym ludzkim ciele - ścięgno Achillesa.
Lazare wiedział, ile wysiłku wymaga taka praca organizmu. Znał tępy dyskomfort przepracowanych stóp i ostry, przeszywający ból naciągniętego, albo - nie daj Boże! - zerwanego mięśnia. Rozumiał lęk, który każdy pracujący ciałem artysta odczuwał nie tylko przed występami, ale również w prowadzących do nich, długich miesiącach bezustannych prób i ćwiczeń. Strach przed kontuzją. Strach, że coś pójdzie nie tak na miesiąc... tydzień... dzień przed ważnym występem, dla którego przez wiele dni poświęcało się wszystko, poczynając od snu, a na zdrowiu psychicznym kończąc.

Teraz - niemal dwanaście miesięcy po niespodziewanym, ale w gruncie rzeczy i nieuchronnym skandalu przekreślającym jego karierę tak spektakularnie, jak i najprawdopodobniej na zawsze - na młodszych od siebie sportowców i tancerzy blondyn spoglądał z mieszaniną zbyt wielu kompleksowych emocji na raz. Choć starał się unikać oglądania transmisji sportowych, i ani razu nie pojawił się na żadnym z zimowych konkursów czy występów, na które nadal - choć, podejrzewał, nie bez dozy kpiny i okrucieństwa - wysyłano mu zaproszenia, żyjąc w Toronto nie udawało mu się kompletnie unikać kontaktu ze światem sportu i tańca, jakby Przeszłość nie chciała dać mu spokoju pomimo tego, jak usilnie starał się pozostawić ją za sobą.
Na domiar wszystkiego, teraz panował przecież sezon, więc wszystkie bary sportowe huczały dźwiękiem transmisji z zimowych konkursów; wszelkie stacje telewizyjne nadawały powtórki najbardziej spektakularnych występów; nawet sklepy z elektroniką zdawały się prześladować Moreau - nie potrafił bowiem przejść ulicą z mieszkania na siłownię, czy też w drodze na spotkanie grupy wsparcia, by nie minąć rzędu telewizyjnych ekranów w tej czy innej sklepowej witrynie, wyświetlających sceny porażek i triumfów, aplauzu i buczenia rozczarowanej widowni; wygranych, i przegranych.
Ilekroć spojrzenie Lazare zawieszało się na sylwetkach łyżwiarzy figurowych tnących krystaliczną taflę lodowiska z prędkością i gracją, które niegdyś towarzyszyły każdemu jego występowi, blondyn znajdował w sobie sprzeczne uczucia i instynkty. Jednocześnie zazdrościł im wszystkich perspektyw, które nadal przed sobą mieli, a które on sam utracił, jak i współczuł im presji, z którą musieli codziennie się mierzyć. Podziwiał ich wysiłki, ale symultanicznie krytykował w myślach wszelkie, nawet minimalne niedociągnięcia i drobne błędy, które we własnym stylu i technice zawsze starał się wyeliminować. Na widok młodszych, mniej doświadczonych - ale czasem i bardziej utalentowanych od niego artystów - Moreau czuł zatem i troskę, i zawiść, i gniew, i jakąś dozę szczęścia, nawet jeśli było to tylko nikłe, ciche echo obezwładniającej euforii, która ogarniała go za każdym razem gdy stawał na podium wśród ogłuszającego aplauzu.

Mało było miejsc, które przynosiły mu ulgę: dno wanny, na które osuwał się czasem ze wstrzymanym oddechem, zapewniające kompletną ciszę i kilkanaście sekund wytchnienia. Rzadkie momenty, w których udawało mu się wyjechać za miasto - samotnie, tak wcześnie rano, że wokół panował jeszcze mrok, a na trasie kompletna cisza i spokój. Chwile zapomnienia związane z ruchem fizycznym, którego nikt nie oglądał, i nie oceniał - nie na lokalnej siłowni, na której niejednokroć go rozpoznano, i nie w ośrodku sportowym, w którym niegdyś trenował, a którego progu nie potrafił teraz przekroczyć bez ogromu obciążającego go wstydu, ale w miejscach, w których się go nie spodziewano.
Zupełnie jak to: jedna z mniej popularnych, znajdujących się na końcu spowitego gęstym półmrokiem korytarza w południowym skrzydle Roy Thomson Hall, z dala od najpopularniejszych przestrzeni zazwyczaj pękających w szwach od młodych, rozochoconych tancerzy. Ten zakamarek, który Lazare odkrył wieki temu, za sprawą jakiejś przypadkowej miłostki znajomości z bliskim mu niegdyś solistą rosyjskiego baletu, rezydującym krótko w Toronto, był jak cmentarzysko dla dawnych marzeń. Wystarczyło - sprawdzonym sposobem wsunąwszy w dłoń starszego ochroniarza niewielki, ale przyzwoity nominał - przemknąć się przez główny korytarz i zamiast szerokich, centralnych schodów, znaleźć wąskie drzwiczki prowadzące ku bocznej klatce schodowej i wspiąć na przedostatnie piętro. Tam krył się prawdziwy rarytas, gdyż niewielka sala dzieliła się na dwie części - tę na dole, z obszernym, choć zakurzonym lustrem, oraz na antresolę pełniącą kiedyś rolę garderoby, teraz zaś będącą zagraconym składzikiem. To tam Lazare zwykł się rozgrzewać gdy potrzebował ruchu, ale nie widowni.

I to stamtąd, spomiędzy żeberek balustrad patrzył teraz na intruza. Smukłe...
Można by powiedzieć, że zbyt smukłe ciało; tors otulony przylegającym materiałem podkoszulka, biodra objęte luźno nieco nader obszernym dresem, łydki chronione przed chłodem splotami getrów i wreszcie - trudno było nie przyznać - piękne, szczupłe, mocne stopy, raz po raz wykonujące rozkazy wydawane im przez umysł tancerza.
Było coś niepokojącego w sposobie, w jakim młody - niezaprzeczanie młodszy od Moreau - mężczyzna poruszał się po listwach sali treningowej. Coś panicznego, jakby w jego wnętrzu toczyła się jakaś walka. Z perspektywy, z której popatrywał nań Lazare, nie dało się dostrzec rysów jego twarzy, ale Lazare zdążył już dopowiedzieć sobie, że jej rysy musiały być surowe, chłodne, o urodzie arktycznego krajobrazu.
Nie zmieniało to faktu, że obecność tancerza krzyżowała Moreau skrzętne plany. Nie zamierzał ujawniać swojej obecności, ale też nie chciał przerywać tańca nieznajomego, tym samym ryzykując, że zostanie rozpoznany. Lub gorzej - że utraci ten mały, regularny azyl, który urządził sobie w Roy Thomson.
Czekał więc, z nozdrzami łaskotanymi kurzem, oparłszy łokcie o balustradę, i z dechem zapieranym w piersiach ilekroć tancerz zrywał się do lotu. Aż nagle -

33.
Trzydzieści trzy.
Trzydzieści-i-trzy.
Ścięgna.
I tylko jeden chybiony krok potrzebny, by zaburzyć ich pracę. Jedna sekunda nieuwagi, zmęczenia czy dekoncentracji. Krótki dźwięk - nie okrzyk nawet, a jedynie coś na granicy westchnienia i jęku. Krótki grymas bólu.

Lazare zorientował się, że się porusza, dopiero w chwili, w której był już w drodze wąskimi schodami ku dolnej części pomieszczenia, w pośpiechu ku próbującemu podnieść się z posadzki tancerzowi.
- Hej - cicho, niemal przepraszająco, z dłonią wyciągniętą w jego stronę nim jeszcze mógłby dojrzeć z kim ma do czynienia - W porządku? Potrzebujesz pomo -

èmile de launay
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
judasz
przemocy względem zwierząt i rażąco niedbałej interpunkcji; poza tym, nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „Roy Thomson Hall”