Strona 1 z 1

Talk until the morning light, everything's gonna be alright

: pt sty 30, 2026 7:00 pm
autor: Billie Brackenborough
W dalszym ciągu była przybita z powodu sytuacji, w jakiej znalazła się w drodze powrotnej do domu. Nie potrafiła zrozumieć, czym kierowali się ludzie, którzy decydowali się napadać na innych. Wprawdzie powinna być do tego przyzwyczajona, w końcu ojciec przez lata spuszczał jej lanie w najmniej przewidywalnych momentach. Niestety, z jakichś powodów była tym wszystkim mocno zaskoczona, jak gdyby oczekiwała, że to wielkie miasto, do którego przeprowadziła się przed kilkoma miesiącami, nie oferowało niczego poza szansą na przyszłość i pełnym bezpieczeństwem. Musiała jednak pamiętać, że nie mieszkała już na małej, angielskiej wyspie, i że nie wszyscy ludzie mieli podobne myślenie do jej własnego. Była zła i rozczarowana, dlatego w tym momencie chciała tylko wyżalić się współlokatorkom przy kubku gorącej czekolady z piankami.
Do mieszkania weszła po cichu, na wypadek gdyby Indie czy Moira były już pogrążone we śnie. Trening zakończył się dość późno, a do tego nie tylko została pozbawiona środka transportu (z elektrycznej hulajnogi oderwała się lampa, a bez niej niemożliwym było używanie pojazdu po zmroku), ale jeszcze zagadała się z kobietą, która po całym zdarzeniu z napaścią przybyła jej z pomocą. Oczywiście nie była w stanie zwrócić jej skradzionej torby, w której znajdował się dorobek jej życia - strój treningowy i korki.
Wnętrze mieszkania było niemal całkowicie pogrążone w ciemnościach, jedyne światło jakie potrafiła dostrzec, dobiegało z pokoju Indie, dlatego to właśnie tam od razu się udała. Zapukała cicho i nie czekając na odpowiedź, uchyliła drzwi po czym wsunęła do środka głowę.
- Hej, nie śpisz jeszcze? - zapytała z nadzieją, że nie zostanie odprawiona przez współlokatorkę. Naprawdę potrzebowała z kimś porozmawiać, a o tej porze nie miała za bardzo możliwości na to, by wybrzydzać. To nie tak, że w innych okolicznościach udałaby się na zwierzenia w inne miejsce. Darzyła Indie sympatią, nawet jeśli czasami dziewczyna była dla niej odrobinę zbyt głośna. - Masz ochotę na gorącą czekoladę z piankami? Ja robię - zapewniła z uśmiechem, chcąc przekonać ją do tego, że jej własne towarzystwo było zdecydowanie lepsze od spania, czy zajmowania się wszystkim tym, co robiła do tej pory.
Z tego wszystkiego nawet nie zdjęła z głowy kasku i zapomniała o tym, że ta wciąż przepełniona była bólem. Podobnie jak obdarte kolano, którym planowała zająć się nieco później. Była mistrzynią w opatrywaniu ran i ukrywaniu ich pod warstwą makijażu, co również zawdzięczała swojemu ojcu. Na szczęście w potrzaskanym kolanie nikt nie będzie doszukiwał się przemocy domowej, dlatego miała w planach je tylko przemyć, choć tak naprawdę nie była w stanie powiedzieć czy rana nie wymagała założenia opatrunku.

Indie Caldwell

Talk until the morning light, everything's gonna be alright

: sob sty 31, 2026 6:59 pm
autor: Indie Caldwell
09
✩ ✩ ✩
Dzisiejszego wieczoru Indie nie zamierzała spędzać w domu. Pierwotny plan zakładał wyprawę na przedmieścia i parapetówkę u poznanej jeszcze w Vancouver znajomej, ale finalnie zniweczyła go pogoda — ciężkie opady śniegu i utrudnienia w dojazdach doprowadziły do tego, że wczesnym popołudniem padła decyzja o przeniesieniu imprezy na inny termin. Była z tego powodu odrobinę niepocieszona, bo wolnego od pracy wieczoru nie chciała marnować na siedzenie w domu, zwłaszcza samotne, ale na znalezienie sobie jakichkolwiek zastępczych atrakcji było już trochę za późno. Nikt nic nie wiedział, nikt nie chciał wychodzić i tym oto sposobem Caldwell skończyła dokładnie tam, gdzie być nie chciała: sama we własnych czterech ścianach.
Ostatnia godzina czy dwie upłynęły jej głównie na bezczynnym zaleganiu na niepościelonym łóżku, tuż obok rzuconej na materac sterty prania, która na poskładanie czekała tam już chyba trzeci dzień z rzędu. Z braku lepszych zajęć najchętniej położyłaby się spać, ale nie miało to większego sensu — wszystko, co ostatnio działo się w jej życiu skutecznie spędzało jej sen z powiek, więc wiedziała, że na wczesne zaśnięcie nawet nie było co liczyć. Telefon i scrollowanie już dawno temu zaczęły ją okropnie nudzić, więc niespodziewany dźwięk pukania do drzwi był prawdziwym wybawieniem. Jej spojrzenie od razu podniosło się znad ekranu telefonu i zatrzymało na zaglądającej przez próg Billie, którą Caldwell od razu powitała łagodnym uśmiechem. Nie miała nic przeciwko takim niezapowiedzianym wizytom, nawet tym późnym, wręcz przeciwnie — szczerze cieszył ją fakt, że współlokatorki czuły się z nią na tyle komfortowo, żeby pukać do jej drzwi o dowolnej porze.
Nie śpię — potwierdziła z krótkim przytaknięciem głowy, wyraźnie zaintrygowana pytaniem Billie. Nie była pewna, w jakiej sprawie ta mogłaby pukać do jej drzwi o tej porze, więc przyglądała się jej ze szczerym zainteresowaniem w oczach, ciekawa powodu. Jak na duszę towarzystwa (i gadułę) przystało, Indie rzadko kiedy nie była skłonna zgodzić się na rozmowę czy wspólne spędzanie czasu, ale dziś propozycję współlokatorki odebrała z szczególnym entuzjazmem, nawet większym niż zazwyczaj. — Jeszcze się pytasz? No ba, że tak — odpowiedziała pogodnie. Siedzenie dziś sam na sam z własnymi myślami niespecjalnie jej służyło, no i szczerze lubiła towarzystwo Billie, więc nie musiała nad jej propozycją zastanawiać się dwa razy. — A ten kask to rozumiem że tak dla bezpieczeństwa, w razie gdybym zaatakowała? — rzuciła żartobliwie, dopiero teraz znajdując chwilę na to, żeby porządnie przyjrzeć się współlokatorce i zauważyć, że coś było na rzeczy. — Wszystko git? — spytała od razu. Może trochę głupio, bo widziała, że chyba jednak nie wszystko, więc zaraz poprawiła pytanie: — Co jest, Bills?

Billie Brackenborough

Talk until the morning light, everything's gonna be alright

: ndz lut 01, 2026 10:57 am
autor: Billie Brackenborough
Było jej odrobinę głupio, że nachodziła Indie o tak późnej porze, choć w głębi duszy cieszyła się, gdy ta wyraziła chęć do wspólnego spędzenia czasu. W przeciwnym razie zmuszona byłaby opatrzyć wszystkie rany (poza obdartym kolanem mogła znaleźć coś jeszcze) i udać się wprost do łóżka bez możliwości przegadania wydarzeń, które dość mocno ją zestresowały. W końcu nie każdego dnia ktoś napadał na nią w drodze z treningu, zrzucał z rozpędzonej hulajnogi i pozbawiał najcenniejszych rzeczy.
- Świetnie - odpowiedziała bez większego entuzjazmu, choć tak naprawdę mocno ją to ucieszyło. Czasami jednak ciężko przychodziło jej okazywanie emocji i nic nie mogła na to poradzić. Była zaledwie małym dzieckiem, gdy z jej świata zniknęła jedyna osoba, która nie tylko była dla niej dobra, ale również uczyła ją tego, jak iść przez życie. Po jej śmierci Brackenborough nie miała nikogo, na kim mogłaby polegać i przy kim czułaby się bezpiecznie. Dopiero po przeprowadzce do Kanady mogła tak naprawdę zacząć żyć tak jak chciała - bez ciągłego strachu i na własnych zasadach. Miała wrażenie, że to właśnie tutaj może czuć się bezpiecznie, jednak zdarzenie z dzisiejszego wieczoru uświadomiło jej, jak bardzo się myliła. Nie wystarczyło zmienić miejsca zamieszkania i oczekiwać, że wszystkie problemy po prostu znikną. - Kask? A no tak - zaśmiała się krótko na słowa współlokatorki, po czym zdjęła z bolącej głowy ochronne nakrycie. - Daj mi chwilę, zrobię nam gorącą czekoladę i wrócę. Tylko nie zaśnij - wycelowała w nią palcem wskazującym, oczekując potwierdzenia, że nic takiego nie będzie miało miejsca, a gdy już je otrzymała, opuściła pokój, do którego zamierzała wrócić z dwoma parującymi kubkami i masą pianek. I dopiero wtedy odpowiedzieć na zadane przez nią pytanie.
Zanim jednak skierowała się do kuchni, zdjęła kask i kurtkę. Nie zawracała sobie głowy mokrymi od śniegu spodniami, w obawie, że wykonanie wszystkich czynności zajmie jej zbyt wiele czasu i ostatecznie przyjdzie jej samotne siedzenie z natrętnym myślami. Szybko przygotowała gorące napoje i po chwili znów znalazła się w pokoju współlokatorki. Tym razem jednak nie zdecydowała się zapukać, a jedynie pchnęła drzwi zdrowym kolanem. Jeden kubek podała dziewczynie, a drugi oplotła dłońmi w taki sposób, jakby próbowała ogrzać na nim swoje dłonie, po czym klapnęła mokrym tyłkiem na brzegu łóżka.
- Ktoś mnie napadł, jak wracałam z treningu, zrzucili mnie z hulajnogi i zwinęli torbę z korkami i strojem na treningi - powiedziała niemal od razu, a na jej twarzy można było dostrzec mieszaninę smutku i rozgoryczenia. - Do tego jeszcze urwała mi się lampa i musiałam wracać pieszo - pożaliła się, nie wspominając nawet o tym, że pogoda nie zachęcała do spacerów. Była przygnębiona, choć miała nadzieję, że towarzystwo Caldwell i gorąca czekolada szybko poprawią jej nastrój.

Indie Caldwell