21 y/o
For good luck!
173 cm
making a cuppa at the bubble tea shop
Awatar użytkownika
I thought that I was special, you made me feel like it was my fault you were the devil
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W dalszym ciągu była przybita z powodu sytuacji, w jakiej znalazła się w drodze powrotnej do domu. Nie potrafiła zrozumieć, czym kierowali się ludzie, którzy decydowali się napadać na innych. Wprawdzie powinna być do tego przyzwyczajona, w końcu ojciec przez lata spuszczał jej lanie w najmniej przewidywalnych momentach. Niestety, z jakichś powodów była tym wszystkim mocno zaskoczona, jak gdyby oczekiwała, że to wielkie miasto, do którego przeprowadziła się przed kilkoma miesiącami, nie oferowało niczego poza szansą na przyszłość i pełnym bezpieczeństwem. Musiała jednak pamiętać, że nie mieszkała już na małej, angielskiej wyspie, i że nie wszyscy ludzie mieli podobne myślenie do jej własnego. Była zła i rozczarowana, dlatego w tym momencie chciała tylko wyżalić się współlokatorkom przy kubku gorącej czekolady z piankami.
Do mieszkania weszła po cichu, na wypadek gdyby Indie czy Moira były już pogrążone we śnie. Trening zakończył się dość późno, a do tego nie tylko została pozbawiona środka transportu (z elektrycznej hulajnogi oderwała się lampa, a bez niej niemożliwym było używanie pojazdu po zmroku), ale jeszcze zagadała się z kobietą, która po całym zdarzeniu z napaścią przybyła jej z pomocą. Oczywiście nie była w stanie zwrócić jej skradzionej torby, w której znajdował się dorobek jej życia - strój treningowy i korki.
Wnętrze mieszkania było niemal całkowicie pogrążone w ciemnościach, jedyne światło jakie potrafiła dostrzec, dobiegało z pokoju Indie, dlatego to właśnie tam od razu się udała. Zapukała cicho i nie czekając na odpowiedź, uchyliła drzwi po czym wsunęła do środka głowę.
- Hej, nie śpisz jeszcze? - zapytała z nadzieją, że nie zostanie odprawiona przez współlokatorkę. Naprawdę potrzebowała z kimś porozmawiać, a o tej porze nie miała za bardzo możliwości na to, by wybrzydzać. To nie tak, że w innych okolicznościach udałaby się na zwierzenia w inne miejsce. Darzyła Indie sympatią, nawet jeśli czasami dziewczyna była dla niej odrobinę zbyt głośna. - Masz ochotę na gorącą czekoladę z piankami? Ja robię - zapewniła z uśmiechem, chcąc przekonać ją do tego, że jej własne towarzystwo było zdecydowanie lepsze od spania, czy zajmowania się wszystkim tym, co robiła do tej pory.
Z tego wszystkiego nawet nie zdjęła z głowy kasku i zapomniała o tym, że ta wciąż przepełniona była bólem. Podobnie jak obdarte kolano, którym planowała zająć się nieco później. Była mistrzynią w opatrywaniu ran i ukrywaniu ich pod warstwą makijażu, co również zawdzięczała swojemu ojcu. Na szczęście w potrzaskanym kolanie nikt nie będzie doszukiwał się przemocy domowej, dlatego miała w planach je tylko przemyć, choć tak naprawdę nie była w stanie powiedzieć czy rana nie wymagała założenia opatrunku.

Indie Caldwell
mashedpotato
posty pisane w pierwszej osobie
24 y/o
Welkom in Canada
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
‘cause i’m gonna mess your life up, gonna wanna tape my mouth shut
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/on, jak tam chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

09
✩ ✩ ✩
Dzisiejszego wieczoru Indie nie zamierzała spędzać w domu. Pierwotny plan zakładał wyprawę na przedmieścia i parapetówkę u poznanej jeszcze w Vancouver znajomej, ale finalnie zniweczyła go pogoda — ciężkie opady śniegu i utrudnienia w dojazdach doprowadziły do tego, że wczesnym popołudniem padła decyzja o przeniesieniu imprezy na inny termin. Była z tego powodu odrobinę niepocieszona, bo wolnego od pracy wieczoru nie chciała marnować na siedzenie w domu, zwłaszcza samotne, ale na znalezienie sobie jakichkolwiek zastępczych atrakcji było już trochę za późno. Nikt nic nie wiedział, nikt nie chciał wychodzić i tym oto sposobem Caldwell skończyła dokładnie tam, gdzie być nie chciała: sama we własnych czterech ścianach.
Ostatnia godzina czy dwie upłynęły jej głównie na bezczynnym zaleganiu na niepościelonym łóżku, tuż obok rzuconej na materac sterty prania, która na poskładanie czekała tam już chyba trzeci dzień z rzędu. Z braku lepszych zajęć najchętniej położyłaby się spać, ale nie miało to większego sensu — wszystko, co ostatnio działo się w jej życiu skutecznie spędzało jej sen z powiek, więc wiedziała, że na wczesne zaśnięcie nawet nie było co liczyć. Telefon i scrollowanie już dawno temu zaczęły ją okropnie nudzić, więc niespodziewany dźwięk pukania do drzwi był prawdziwym wybawieniem. Jej spojrzenie od razu podniosło się znad ekranu telefonu i zatrzymało na zaglądającej przez próg Billie, którą Caldwell od razu powitała łagodnym uśmiechem. Nie miała nic przeciwko takim niezapowiedzianym wizytom, nawet tym późnym, wręcz przeciwnie — szczerze cieszył ją fakt, że współlokatorki czuły się z nią na tyle komfortowo, żeby pukać do jej drzwi o dowolnej porze.
Nie śpię — potwierdziła z krótkim przytaknięciem głowy, wyraźnie zaintrygowana pytaniem Billie. Nie była pewna, w jakiej sprawie ta mogłaby pukać do jej drzwi o tej porze, więc przyglądała się jej ze szczerym zainteresowaniem w oczach, ciekawa powodu. Jak na duszę towarzystwa (i gadułę) przystało, Indie rzadko kiedy nie była skłonna zgodzić się na rozmowę czy wspólne spędzanie czasu, ale dziś propozycję współlokatorki odebrała z szczególnym entuzjazmem, nawet większym niż zazwyczaj. — Jeszcze się pytasz? No ba, że tak — odpowiedziała pogodnie. Siedzenie dziś sam na sam z własnymi myślami niespecjalnie jej służyło, no i szczerze lubiła towarzystwo Billie, więc nie musiała nad jej propozycją zastanawiać się dwa razy. — A ten kask to rozumiem że tak dla bezpieczeństwa, w razie gdybym zaatakowała? — rzuciła żartobliwie, dopiero teraz znajdując chwilę na to, żeby porządnie przyjrzeć się współlokatorce i zauważyć, że coś było na rzeczy. — Wszystko git? — spytała od razu. Może trochę głupio, bo widziała, że chyba jednak nie wszystko, więc zaraz poprawiła pytanie: — Co jest, Bills?

Billie Brackenborough
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ʟᴇᴏ ⭑
wszystko, tylko nie chat gpt i ai slop
21 y/o
For good luck!
173 cm
making a cuppa at the bubble tea shop
Awatar użytkownika
I thought that I was special, you made me feel like it was my fault you were the devil
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Było jej odrobinę głupio, że nachodziła Indie o tak późnej porze, choć w głębi duszy cieszyła się, gdy ta wyraziła chęć do wspólnego spędzenia czasu. W przeciwnym razie zmuszona byłaby opatrzyć wszystkie rany (poza obdartym kolanem mogła znaleźć coś jeszcze) i udać się wprost do łóżka bez możliwości przegadania wydarzeń, które dość mocno ją zestresowały. W końcu nie każdego dnia ktoś napadał na nią w drodze z treningu, zrzucał z rozpędzonej hulajnogi i pozbawiał najcenniejszych rzeczy.
- Świetnie - odpowiedziała bez większego entuzjazmu, choć tak naprawdę mocno ją to ucieszyło. Czasami jednak ciężko przychodziło jej okazywanie emocji i nic nie mogła na to poradzić. Była zaledwie małym dzieckiem, gdy z jej świata zniknęła jedyna osoba, która nie tylko była dla niej dobra, ale również uczyła ją tego, jak iść przez życie. Po jej śmierci Brackenborough nie miała nikogo, na kim mogłaby polegać i przy kim czułaby się bezpiecznie. Dopiero po przeprowadzce do Kanady mogła tak naprawdę zacząć żyć tak jak chciała - bez ciągłego strachu i na własnych zasadach. Miała wrażenie, że to właśnie tutaj może czuć się bezpiecznie, jednak zdarzenie z dzisiejszego wieczoru uświadomiło jej, jak bardzo się myliła. Nie wystarczyło zmienić miejsca zamieszkania i oczekiwać, że wszystkie problemy po prostu znikną. - Kask? A no tak - zaśmiała się krótko na słowa współlokatorki, po czym zdjęła z bolącej głowy ochronne nakrycie. - Daj mi chwilę, zrobię nam gorącą czekoladę i wrócę. Tylko nie zaśnij - wycelowała w nią palcem wskazującym, oczekując potwierdzenia, że nic takiego nie będzie miało miejsca, a gdy już je otrzymała, opuściła pokój, do którego zamierzała wrócić z dwoma parującymi kubkami i masą pianek. I dopiero wtedy odpowiedzieć na zadane przez nią pytanie.
Zanim jednak skierowała się do kuchni, zdjęła kask i kurtkę. Nie zawracała sobie głowy mokrymi od śniegu spodniami, w obawie, że wykonanie wszystkich czynności zajmie jej zbyt wiele czasu i ostatecznie przyjdzie jej samotne siedzenie z natrętnym myślami. Szybko przygotowała gorące napoje i po chwili znów znalazła się w pokoju współlokatorki. Tym razem jednak nie zdecydowała się zapukać, a jedynie pchnęła drzwi zdrowym kolanem. Jeden kubek podała dziewczynie, a drugi oplotła dłońmi w taki sposób, jakby próbowała ogrzać na nim swoje dłonie, po czym klapnęła mokrym tyłkiem na brzegu łóżka.
- Ktoś mnie napadł, jak wracałam z treningu, zrzucili mnie z hulajnogi i zwinęli torbę z korkami i strojem na treningi - powiedziała niemal od razu, a na jej twarzy można było dostrzec mieszaninę smutku i rozgoryczenia. - Do tego jeszcze urwała mi się lampa i musiałam wracać pieszo - pożaliła się, nie wspominając nawet o tym, że pogoda nie zachęcała do spacerów. Była przygnębiona, choć miała nadzieję, że towarzystwo Caldwell i gorąca czekolada szybko poprawią jej nastrój.

Indie Caldwell
mashedpotato
posty pisane w pierwszej osobie
24 y/o
Welkom in Canada
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
‘cause i’m gonna mess your life up, gonna wanna tape my mouth shut
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/on, jak tam chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Git — potwierdziła, kiwając zgodnie głową, gdy Billie poprosiła o chwilę. — I nie zasnę, obiecuję — zapewniła z łagodnym uśmiechem. Akurat co do tego nie miała najmniejszej wątpliwości — od zeszłego weekendu, spędzonego na wyjeździe integracyjnym dla całego zespołu Fox Theatre, z jej snem bywało raczej średnio. Od tamtej pory jej głowę dużo przeciętnie przyjemnych myśli i rzeczy, na tyle trudnych i niewygodnych, że do zaśnięcia potrzebowałaby teraz sporo dłużej niż te kilka czy kilkanaście minut.
Indie sama pod nieobecność Brackenborough zajęła się własnym łóżkiem, a konkretnie: robieniem na nim odrobiny miejsca dla współlokatorki. Zawsze miała lekką tendencję do bałaganiarstwa, więc poza praniem po materacu walało się jeszcze kilka innych losowych pierdół, które powinna była stamtąd zabrać, więc z tego czasu skorzystała na przeniesienie ich na swój stolik nocny. Omiotła wzrokiem też resztę własnego pokoju, ale ten szczęśliwie prezentował się całkiem przyzwoicie. Poza zasypanym kosmetykami biurkiem i ciśniętym na podłogę obok niego pracowniczym mundurkiem z kina, akurat wyglądał całkiem schludnie, z czym w przypadku Caldwell potrafiło bywać różnie. Tym razem na szczęście nie było się czego wstydzić, więc mogła z czystym sumieniem zaczekać na powrót Billie bez ruszania się z własnego łóżka. Nie trwało to długo — raptem kilka minut później współlokatorka siedziała już na brzegu jej materaca.
Podziękowała za czekoladę i wyprostowała się nieznacznie, wyrażając w ten sposób swoją pełną gotowość do wysłuchania Brackenborough.
Co? — przejęła się od razu, robiąc wielkie oczy. Słuchając całej historii patrzyła na Billie równie zaskoczona, co zmartwiona, zrozumiale zaniepokojona o jej bezpieczeństwo. Parkdale było znane między innymi z wysokiej przestępczości, ale Indie osobiście nigdy nie przytrafiły się w okolicy żadne poważniejsze nieprzyjemności, przynajmniej nie takiego formatu. — O nieee — jęknęła z współczuciem. — Przesrane... w sensie, że przykro mi to słyszeć — wyraziła swoją empatię. — Ty, ale to dobrze że Tobie się chociaż nic nie stało, co? — zauważyła, bo koniec końców najważniejszy był fakt, że Brackenborough dotarła do domu z powrotem w jednym kawałku, trudno już, że lżejsza o torbę i odrobinę godności.
No, przyznaję... ciekawie się tu mieszka — rzuciła żartobliwie, starając się obrać trochę lżejszą perspektywę na cały temat, tak z nadzieją na poprawienie atmosfery. Humoru Billie przy dobrych wiatrach może też. — Ej, czy ja Ci w ogóle mówiłam, że parę tygodni temu prawie zabił mnie tu łoś? Dosłownie jakieś kilka ulic stąd — podzieliła się, wspominając o tym wszystkim tak bezceremonialnie i swobodnie, jakby opowiadała o pogodzie, a nie o tym, że ledwo uszła z życiem w starciu z gigantycznym łosiem. Indie co prawda była nie tylko rodowitą kanadyjką, ale również dorastała w górach, otoczona naturą, więc spotkania z dzikimi zwierzakami nie były jej ani trochę obce, ale to konkretne mimo wszystko wyróżniało się tym, że nie miało miejsca chociażby w lesie, tylko dosłownie na ulicach Parkdale. — I to jeszcze tak w samym środku dnia, żeby było śmieszniej.

Billie Brackenborough
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ʟᴇᴏ ⭑
wszystko, tylko nie chat gpt i ai slop
21 y/o
For good luck!
173 cm
making a cuppa at the bubble tea shop
Awatar użytkownika
I thought that I was special, you made me feel like it was my fault you were the devil
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Była studentką, nie przejmowała się takimi błahostkami jak bałagan, poza tym sama nie należała do najbardziej pedantycznych istot i tak naprawdę nie była w stanie przypomnieć sobie, kiedy po raz ostatni sięgnęła po szmatkę do ścierania kurzu czy odkurzacz. Każda z nich miała swoje życie i ogarniała je na tyle na ile mogła. Nie miały tyle szczęścia, by mieszkać przy rodzicach, gdzie nie tylko nie musiałyby zamartwiać się tym, co zjeść na obiad, ale również organizować odpowiednio dużo czasu tylko po to, by chodzić w czystej bieliźnie.
- No tak, żyję. Hurra - mruknęła, biorąc pierwszy łyk czekolady, która wciąż była zbyt gorąca. - Ale wiesz, te korki miały idealnie wyprofilowaną podeszwę, a nowa lampa do hulajnogi kosztuje majątek. Więc tak, fizycznie jestem w jednym kawałku, ale moje konto bankowe i poczucie bezpieczeństwa właśnie zaliczyły bolesny upadek - pożaliła się, nie decydując się na rozmowę o swoich obrażeniach. Tymi zajmie się później, a poza tym nie uważała, by niepotrzebne martwienie współlokatorki było konieczne.
- Łoś? Żartujesz sobie? - jak dobrze, że w tym momencie nie zdecydowała się na ponowne umoczenie ust w gorącym napoju, w przeciwnym razie ten dzień mógłby skończyć się nieszczęśliwie. Była w szoku, bo przecież nie spodziewała się, że dziką zwierzynę można było spotkać w środku tak wielkiego miasta jakim było Toronto. Gdy jeszcze mieszkała w Anglii, mogła co najwyżej liczyć na stanięcie twarzą w twarz z lisem czy borsukiem, a i to głównie następowało po zmroku. - Caldwell, mówimy o Parkdale, a nie o środku parku narodowego! Jak to możliwe, że prawie zabił cię łoś, a ja dowiaduję się o tym dopiero teraz?! - zapytała z lekkim oburzeniem, bo gdy jej samej przytrafiło się coś okropnego, od razu przylazła do współlokatorki, by o wszystkim jej opowiedzieć. Trochę liczyła na to, że Indie postąpiłaby w podobny sposób, ale nie miała jej tego za złe. Przecież tylko ze sobą mieszkały, a to do niczego nie zobowiązywało. - Myślałam, że mówimy sobie o takich rzeczach, więc oczekiwałabym chociaż zwykłego: "cześć, prawie stratował mnie ssak ważący pół tony" - dodała z powagą, która szybko została zamieniona delikatnym uśmiechem. - Jak ty w ogóle z tego wyszłaś cało? - odstawiła kubek na podłogę, gotowa na kolejną część opowieści, wciąż nie dowierzając, że wcześniej nie miała okazji jej usłyszeć. Poważnie będzie musiała popracować nad lepszym organizowaniem czasu, bo nie chciała przecież, by jej relacje ze współlokatorkami były tylko spowodowane przymusem.

Indie Caldwell
mashedpotato
posty pisane w pierwszej osobie
24 y/o
Welkom in Canada
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
‘cause i’m gonna mess your life up, gonna wanna tape my mouth shut
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/on, jak tam chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

A żebyś wiedziała, że hurra, ja się na przykład bardzo cieszę, że żyjesz — przytaknęła, nie przejmując się mało entuzjastycznym tonem Billie. Potrafiła zrozumieć, że ciężko było się w tej sytuacji cieszyć z czegokolwiek, zwłaszcza zważywszy na to jak cenna była dla współlokatorki zawartość torby, ale ostatecznie dużo cenniejsze były jednak jej zdrowie i bezpieczeństwo. — No wiem... rozumiem, że chujowo — przyznała zaraz, nie chcąc, żeby próby zachowania pozytywnego tonu wybrzmiały jak umniejszanie powadze sytuacji.
Co, nawiasem mówiąc, było dosyć ironiczne, biorąc pod uwagę fakt, że do tematu swojego spotkania z łosiem Indie nie podeszła nawet w połowie tak poważnie, lekko zaskoczona przejęciem współlokatorki. Jakoś nie wpadła na to, że to może faktycznie była ważna nowina.
Zabrzmi to odrobinę psychotycznie, ale kompletnie o tym zapomniałam — przyznała zupełnie szczerze, dopiero teraz uświadamiając sobie, że o całej łosiowej aferze nie wspomniała jeszcze nikomu. — Jak cało z tego wyszłam? — powtórzyła pytanie. — To nie wiesz, że głupi zawsze ma szczęście? — odpowiedziała z dziarskim uśmiechem, bo przez trudne sytuacje i tematy Caldwell od lat zwykła brnąć żartem i nie inaczej miało być tym razem. — Dobra, wyobraź sobie: spacer z psem, już końcówka. Pies rozmiaru szczura i to taki starożytny, więc wleczemy się wolno, odbijam w jakąś boczną ulicę i... łoś. Dosłownie. Zakręcam i bum, łoś skurwysyn, jakieś dziesięć metrów ode mnie — zaczęła opowiadać, jak to Indie, od razu ogromnie się w to angażując. — I okej, jeszcze jest kulturalnie, miałam się po prostu cicho wycofać, wiesz, tak, jak trzeba? — upewniła się na wypadek, gdyby Brackenborough nie wiedziała, że w takiej sytuacji powinno się zachować spokój. — Tylko najpierw ten dureń na smyczy zaczął szczekać, a potem inny dureń za kierownicą wkurwił tego łosia nawet bardziej, ale tylko dlatego, że mnie chciał ratować, więc... niby trochę jego wina, że łoś mnie próbował zabić, no ale znów, nie bardzo można mieć mu za złe, bo dzięki niemu na próbach się skończyło — zakręciła się trochę w tych wyjaśnieniach, mając lekki kłopot z obiektywnym przedstawieniem faktów. Przez chwilę zastanawiała się, czy napomknąć Billie, że z wspomnianym durniem za kółkiem łączyła ją wspólna przeszłość, ale nie wiedziałaby nawet jak wytłumaczyć kim w ogóle był Lucas, o obrzydliwie skomplikowanym charakterze ich relacji już nie wspominając. — Ja pies na ręce i w długą, łoś też w długą, tuż za mną, dureń podjeżdża i ładuję mu się do auta, no i nawet zdążyłam, tylko że zamiast mnie, porożem oberwała przednia szyba i potem... potem to już za szybko poleciało. Jedno mrugnięcie i nagle jesteśmy na jakimś poboczu, szyba totalnie roztrzaskana, pies ujada z bagażnika, a ja bawię się na tylnym siedzeniu w ambulans i własnoręcznie wyciągam typowi z twarzy kawałki szkła — dokończyła swoje sprawozdanie. — Wiesz co? Tak sobie teraz myślę, że może rzeczywiście mogłam Ci wcześniej o tym wspomnieć.

Billie Brackenborough
(i przepraszam, że chwilę mi zeszło<3)
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ʟᴇᴏ ⭑
wszystko, tylko nie chat gpt i ai slop
21 y/o
For good luck!
173 cm
making a cuppa at the bubble tea shop
Awatar użytkownika
I thought that I was special, you made me feel like it was my fault you were the devil
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słuchała opowieści Indie z szeroko otwartymi ustami, całkowicie zapominając o stygnącej czekoladzie i pulsującym bólu w skroni. Gapiła się na nią z rozdziawioną buzią, kompletnie nie wiedząc, czy powinna współczuć, czy zacząć się śmiać. Jej mózg próbował jakoś przetrawić obraz Indie uciekającej z psem (mają w mieszkaniu psa?) pod pachą przed wielkim łosiem, ale historia była tak absurdalna, że na zmianę to bladła z przerażenia, to znów dusiła w sobie chichot.
Przytaknęła głową, potwierdzając, że posiadała wiedzę na temat tego, jak powinno postępować się w podobnej sytuacji. Wprawdzie ona sama co najwyżej miała okazję uciekać przed głodnym, rozwścieczonym lisem, bo poza nimi i szarżującymi nocą w ogrodach borsukami, niewiele dzikiej zwierzyny można było spotkać na małej, angielskiej wyspie z której pochodziła. Choć Kanada była pięknym (i cholernie zimnym) krajem, zdecydowanie bezpieczniej czuła się w domu, co było dość ironiczne, bo ojciec wyrządzał jej więcej krzywdy, niż doświadczyłaby od kierującego się instynktem zwierzęcia.
- To wszystko brzmi jak jakiś niskobudżetowy film akcji - odezwała się w końcu, wciąż próbując poskładać w głowie informacje, które otrzymała. - Jak ty w ogóle mogłaś zachować zimną krew w takiej sytuacji? Całe szczęście, że nie trafiło na mnie, bo jeśli mam wybierać to już wolę, żeby okradziono mnie z pary butów i spoconej koszulki - zaśmiała się, uświadamiając sobie, że zbyt mocno przejmowała się tą całą napaścią. Nie przez sam fakt tego, że naprawdę mogła doznać poważniejszych obrażeń, ale głupią rzecz materialną, którą mogła zastąpić. Tak, zmuszona będzie do większych wyrzeczeń i potrwa chwilę nim uzbiera odpowiednią kwotę, ale przynajmniej nie musiała walczyć o życie. Można było nazwać ją szczęściarą. - Jest to twój sposób na uświadomienie mi, że strata torby nie była najgorszym co mnie dzisiaj spotkało? Jeśli tak, to gratuluję, udało ci się - powiedziała, a na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech. - No i co z tym kolesiem? Nic poważnego mu się się nie stało? Musiałaś płacić za rozbitą szybę? - zainteresowała się, bo w końcu nieznajomy chłopak, czy tam mężczyzna ryzykował własnym życiem, żeby tylko uratować Indie i jej psa. Nie każdy przecież wykazałby się podobnym bohaterstwem, prawda? - Albo skończyło się to jak w typowej komedii romantycznej i udało wam się odnaleźć miłość? - dodała z nieukrywanym entuzjazmem, uznając, że takie zakończenie całej tej przygody odpowiadałoby jej najbardziej. Oczywiście, najważniejszym w tym wszystkim był fakt, że poza przeżyciem kilku okropnych chwil, które mogły doprowadzić do ataku serca Caldwell albo jej psa, nic poważnego im się nie stało. - I masz rację, powinnaś powiedzieć mi o tym wcześniej, przecież czekolada sama się nie wypije - zażartowała, mając na myśli, że pijały słodki, gorący napój tylko wtedy, gdy coś nieprzyjemnego im się przytrafiało.

Indie Caldwell

(nie ma problemu<3)
mashedpotato
posty pisane w pierwszej osobie
24 y/o
Welkom in Canada
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
‘cause i’m gonna mess your life up, gonna wanna tape my mouth shut
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/on, jak tam chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jasne, w teorii niby lepiej byłoby, gdyby nic z tego nie miało miejsca, obeszłoby się bez zbędnego ocierania się o śmierć, ale mina Billie była tak bezcenna, że z tego miejsca Caldwell nawet nie potrafiłaby narzekać, że spotkał ją absurd takiego formatu. Przemieszane z rozbawieniem niedowierzanie na twarzy współlokatorki wydawało się teraz całkiem uczciwą rekompensatą za chociaż część stresu, z którym wiązała się cała ta sytuacja.
Bez kitu, lepiej niż "niskobudżetowy film akcji" bym tego nie opisała — zgodziła się od razu, przytakując energicznie głową. Cała historia absolutnie brzmiała na wyrwaną żywcem z przeciętnie udanego scenariusza filmu klasy B i momentami sięgała takich poziomów niedorzeczności, że po kilku drobnych przeróbkach spokojnie mogłaby rywalizować z fabułą Morderczej Opony albo innego Sharknado. Sama chyba nie była do końca pewna, jakim sposobem udało jej się zachować w tym wszystkim spokój i zdolność logicznego myślenia, więc na kolejne pytanie w pierwszej reakcji odpowiedziała wzruszeniem ramion. — A ja wiem? Jakoś tak — dodała po chwili, szalenie rzeczowo. — Albo mam zajebisty instynkt samozachowawczy, albo właśnie nie mam go wcale, jedno z tych dwóch? — zgadła beztrosko. Z ogromnym entuzjazmem przyjęła wieść, że historią o łosiu udało jej się chociaż trochę podnieść morale — klasyfikowała to jako znaczący sukces osobisty, więc uśmiechnęła się do Brackenborough szeroko i promiennie, zanim rzuciła pogodnie: — Nie ma za co, polecam się na przyszłość!
Nieco mniejszy, raczej umiarkowany entuzjazm budziło w Indie pytanie o finał historii i los jej (nie)anonimowego wybawcy, ale nie dała tego po sobie poznać, nie chcąc, aby wybrzmiało to jak niechęć do dalszej rozmowy. Nie miało to nic wspólnego z Billie, w żadnym przypadku, raczej z tym, że nie było na to pytanie ani jednej prostej odpowiedzi, której mogłaby teraz udzielić.
Nie, nic mu nie było. Właściwie nie wiem jakim cudem, ale poważnie ucierpiało w sumie tylko auto. — Bo tak, fakt, że wszyscy wyszli z tego bez większych uszczerbków na zdrowiu bez dwóch zdań zakrawał na cud. Może rzeczywiście coś w tym było, że głupi zawsze ma szczęście? — Nie, boooo... my się tak jakby znamy — odparła, drapiąc się po karku i biorąc łyk czekolady zanim spróbowała nieco uściślić. — Długo. Bardzo nawet, od dziecka — doprecyzowała. — Tylko teoretycznie byliśmy pokłóceni, ale... no. Po łosiu trochę przeszło. — Zdecydowała się mocno streścić i uprościć całą historię, głównie z obawy o to, że w innym przypadku nie dałoby się za nią nadążyć. — No ale chuj, nieważne, bo już znów jesteśmy pokłóceni, więc... tragikomedia to może lepsze słowo — pożaliła się, a choć ton miała wciąż lekki, odrobinę rozbawiony, to słychać było, że temat nie był jej obojętny. — Albo nie, wróć, najbliżej temu chyba do telenoweli, też niskobudżetowej — dodała, tym razem już sporo weselej, nie zamierzając pozwolić żeby wspomnienie kłótni popsuło jej teraz nastrój. — Ale wiesz, tak poważnie niskobudżetowej, że ja jedna grałabym w niej siebie, swoją mamę i babcię, a efekty specjalne wyglądałyby jak animacje z Powerpointa w roku 2008. Tak to widzę.

Billie Brackenborough
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ʟᴇᴏ ⭑
wszystko, tylko nie chat gpt i ai slop
21 y/o
For good luck!
173 cm
making a cuppa at the bubble tea shop
Awatar użytkownika
I thought that I was special, you made me feel like it was my fault you were the devil
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zazdrościła współlokatorce przygód, nawet jeśli były o wiele ciekawsze od padnięcia ofiarą napaści na tle rabunkowym czy nabawienie się guza podczas treningu. Jeśli byłaby zmuszona wybrać, wolałaby stanąć ponownie oko w oko z ojcem, który nigdy nie szczędził na nią swoich pięści, niż z kilkumetrowym dzikim zwierzęciem, po którym nie wiedziała czego się spodziewać.
- Mi samej trudno zdecydować - zaśmiała się cicho, zastanawiając się nad tym jak to było w przypadku instynktu samozachowawczego Indie. No, bo niby wyszła z sytuacji bez zbędnego uszczerbku na zdrowiu, to jednak uciekanie przed rozwścieczonym (jak zakładała Billie) zwierzęciem, samo prosiło się o kłopoty. - Cieszę się, że nic ci nie jest - przyznała szczerze, spoglądając na współlokatorkę znad kubka, a jej twarz przyozdobiona była czekoladowym wąsem, z czego nie zdawała sobie sprawy.
Wysłuchała opowieści o osobniku, któremu Caldwell zawdzięczała życie swoje i psa, jednocześnie próbując połączyć wszystkie fakty oraz sposób, w jaki dziewczyna wypowiadała się na jego temat.
- Aaaa... taki twój przyjaciel z dzieciństwa - skwitowała, nie doszukując się w tym wszystkim niczego nieodpowiedniego. Brackenborough była niedoświadczona w sprawach sercowych, i tak naprawdę nie interesowała się niczym, poza kopaniem piłki i rozwijaniem swoich umiejętności piłkarskich. Raz w życiu zdarzyło jej się obdarzyć kogoś uczuciami, co nie wyszło jej na dobre, bo jedynie spotkała się z gniewem ojca i zmuszona była zakończyć relację. Od tego czasu nie zawracała sobie głowy dziewczynami, choć może chodziło tylko o to, że żadna odpowiednia nie stanęła jeszcze na jej drodze. Kto wie? - Całe szczęście, że ta wasza kłótnia nie wpłynęła na decyzję o ratowaniu twojego życia - powiedziała z uniesieniem, bo przecież ludzie różnie reagowali, choć ona sama nie potrafiłaby patrzeć na krzywdę drugiego człowieka. Nawet własnego ojca, chociaż on tak bardzo na nią zasługiwał. Oczywiście nie w odczuciu Billie, ona była zbyt dobra, by życzyć mu źle. - Wiesz, telenowele mają to do siebie, że niepotrzebnie ciągną się miesiącami tylko po to, by ostatecznie zakończyć się przewidywalnym happy endem - powiedziała na pocieszenie, bo wydawało jej się, że ciemnowłosa przejęta była kłótnią z dawnym znajomym, choć Brackenborough nie chciała o to wypytywać.
Zamilkła na moment, zastanawiając się nad czymś uparcie, po czym jej usta ponownie wykrzywiły się w radosnym, aczkolwiek niepewnym uśmiechu.
- W przyszły piątek gramy pierwszy mecz po świątecznej przerwie, przyjdziesz? - zapytała, licząc na to, że współlokatorka zgodzi się na dopingowanie jej z trybun. Nie miała tutaj nikogo, nie mogła więc liczyć na odnalezienie w tłumie gapiów żadnej innej znajomej twarzy, która znalazłaby się tam tylko przez wzgląd właśnie na nią. Nie chciała jednak do niczego jej zmuszać i z tego właśnie wynikała ta wspomniana niepewność.

Indie Caldwell
mashedpotato
posty pisane w pierwszej osobie
24 y/o
Welkom in Canada
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
‘cause i’m gonna mess your life up, gonna wanna tape my mouth shut
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/on, jak tam chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Doceniła pocieszenie, podobnie jak to, że Billie oszczędziła jej dalszych pytań. Caldwell przeważnie nie potrzebowała zaproszenia do dzielenia się wszelkimi szczegółami, skłonna opowiedzieć cokolwiek i komukolwiek, ale temat chyba był na tyle świeży i ciężki, że wyjątkowo nie miała na to najmniejszej ochoty.
No w sumie racja — przyznała po chwili zastanowienia, uśmiechając się lekko. Trudno było jej myśleć o kłótni i całej sprawie jakkolwiek pozytywnie, ale spodobał jej się taki sposób patrzenia na sytuację, nawet jeśli nie do końca wierzyła, że mogła skończyć się happy endem. — Albo będzie szczęśliwe zakończenie, albo umrę w jakiś ultra epicki sposób, szanse są pół na pół — dodała z rozbawieniem, już sporo pogodniej, zdecydowawszy, że nie chciała poświęcać tym zmartwieniom więcej energii i uwagi, przynajmniej nie teraz.
Z tego tytułu już miała zacząć nadawać o czymś innym, kompletnie niepowiązanym, ale wówczas zauważyła zastanowienie na twarzy współlokatorki i zdecydowała się wstrzymać z jakimikolwiek monologami, ciekawa, co takiego chodziło jej po głowie. Jej słowa Indie odebrała z wyraźną ekscytacją — nawet nie zdążyła się jeszcze odezwać, a już kiwała energicznie głową, nie potrzebując czasu na jakiekolwiek zastanowienie.
No jasne, że przyjdę, co za pytanie! — zapewniła pospiesznie z szerokim, promiennym uśmiechem na twarzy. Indie była typem osoby, która podobne zaproszenia — propozycje uczestniczenia w rzeczach, które były dla danych osób ważne — uznawała za jeden z większych zaszczytów, których można było na tym świecie dostąpić, toteż pytanie Brackenborough obudziło w niej szczery, widoczny entuzjazm. Może nie znały się długo czy specjalnie dobrze, ale Caldwell doskonale wiedziała, jak dużą i ważną rzeczą była dla Billie piłka, więc naprawdę cieszyło ją, że współlokatorka chciała podzielić się z nią czymś, co było jej drogie. — Czekaj, aż sobie zapisać muszę przecież — stwierdziła, rozglądając się po łóżku za swoim telefonem, który leżał gdzieś w pościeli. Na szczęście odnalazła go sprawnie i już chwilę później otwierała swój kalendarz, po to, żeby zaraz wyciągnąć go w kierunku Brackenborough. — Masz, wpisuj co i jak — poleciła. Wolała żeby to Billie zapisała wszystkie szczegóły, bo wówczas miała stuprocentową pewność, że były poprawne. Nie była najbardziej uważną i zorganizowaną osobą na świecie, nie zliczyłaby ile razy przekręciła ważną datę przy okazji zapisywania jej, więc tak było najbezpieczniej. — Aha, a numerek na boisku masz który? To weź też tam od razu zapisz — przypomniała sobie i poprosiła. — Będę zajebistym kibicem, zobaczysz. Najlepszym — obiecała. — Mam na ten tytuł zadatki, wiem, bo ktoś mi kiedyś powiedział że jestem głośniejsza niż kibol pod stadionem. Znaczy, że mam wrodzony talent — oznajmiła dumnie, co najmniej tak, jakby był to największy komplement pod słońcem. Żywiołowość oraz hałaśliwy sposób bycia wytykano jej już tak wiele razy, że dawno temu przestała brać to sobie do serca i traktować jako obelgę. — Tylko musisz mi obiecać, że nie zapomnisz o mnie jak już będziesz sławna, dobra?

Billie Brackenborough
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ʟᴇᴏ ⭑
wszystko, tylko nie chat gpt i ai slop
ODPOWIEDZ

Wróć do „#24”