Strona 1 z 1

with the venomous kiss you give me...

: sob lut 07, 2026 11:14 pm
autor: vita holloway
𝒯𝒽𝑒 𝓀𝒾𝓁𝓁𝒾𝓃𝑔 𝓁𝑜𝓃𝑒𝓁𝒾𝓃𝑒𝓈𝓈 𝓉𝒽𝒶𝓉 𝓉𝓊𝓇𝓃𝑒𝒹 𝓂𝓎 𝒽𝑒𝒶𝓇𝓉 𝒾𝓃𝓉𝑜 𝒶 𝓉𝑜𝓂𝒷

Minęło kilka dobrych dni, odkąd Vita widziała się z Ianem. Zazwyczaj to ona odzywała się pierwsza, ale tym razem postanowiła, że nie napisze. Chciała zobaczyć, czy on w ogóle wyjdzie z inicjatywą spotkania albo chociaż pogadania. Powoli poznawała go z innych stron i choć momentami wkurzał ją tak, że miała ochotę trzepnąć głową w ścianę, obiecała, że będzie przy nim i będzie go wspierać. Chciała dotrzymać słowa - tylko ta frustracja, że z jego strony nie czuła takiego samego zainteresowania tą ich 'kolaboracją'… albo zwykłej ochoty, żeby się z nią zobaczyć… zaczęła ją zżerać. Nie odezwała się do niego nawet wtedy, kiedy u niej w mieszkaniu landlord wyłączył ogrzewanie, twierdząc, że 'w całym budynku robią gruntową naprawę', a potem wyszło, że po prostu ściemniał. Nie chciała mu się narzucać. Na szczęście przedwczoraj wszystko wróciło do normy i Vita z Milo mogli znowu funkcjonować jak żyjące istoty, a nie bohaterowie programu National Geographic o przetrwaniu na Antarktydzie.
Cały dzień - między rysowaniem a przewijaniem social mediów - zastanawiała się, co tam u Sverdlowa, ale była zbyt dumna, żeby do niego napisać. Tym większe było jej zdziwienie, kiedy zobaczyła jego ikonkę na ekranie. Uśmiechnęła się szeroko, odblokowując telefon twarzą… po czym, czytając wiadomość, mrugnęła kilka razy w niedowierzaniu i wypuściła spod nosa soczyste, - Co kurwa? - Koleś odzywa się dopiero, jak potrzebuje siana? Fucking hell. Tego jeszcze nie grali. Odpisała mu… kilkakrotnie. I kilkakrotnie usuwała wiadomość, bo była tak wkurwiona, że palce jej się trzęsły. Ostatecznie wysłała tylko jedno... zakwestionowała ten 'miesiąc bez opłat', bo kilka stówek to było kilka miesięcy, a nie jeden. Poza wkurwem nie z tej ziemi - dalej chciała mu pomóc. Nie mogła przecież pozwolić mu zamarznąć w tym mieszkanku, które z dnia na dzień produkowało nową florę w kątach sufitu.

Odpisała mu, żeby przyszedł z rachunkami, a potem rzuciła telefonem o kanapę. - Dasz wiarę, Milo? - spojrzała na kota leżącego na poduszce. - Czy jest ze mną coś nie tak? - Obróciła się kilka razy, robiąc minipozy - Brakuje mi czegoś? - westchnęła. - Może faktycznie muszę zadowolić się przyjaźnią… albo czymkolwiek to jest. - Przejechała dłonią po twarzy, marszcząc brwi, kiedy na ekranie wyskoczyła kolejna wiadomość. Nachyliła się, przeczytała uważnie i znowu nie uwierzyła własnym oczom. - Jeszcze mam mu gotować, huh? To już jest princess treatment, a nie żadne 'kumplowanie się'! No nie wierzę. Po prostu nie wierzę… - Chodziła po mieszkaniu, przeklinając pod nosem i narzekając na wszystko, co tylko przyszło jej do głowy - po czym poszła do kuchni i zaczęła gotować, kompletnie zaprzeczając temu, co mówiła. Padło na chicken parmesan pasta. Rozbiła mięso. Usmażyła je, doprawiając jak trzeba. Ugotowała makaron, zrobiła bazę sosu. Przecedziła, wyłożyła porcje na talerze, zalała sosem, a na górę położyła panierowanego kurczaka, zapieczonego z parmezanem. I dokładnie w tym idealnym momencie usłyszała pukanie do drzwi. Wytarła dłonie w ręcznik i podbiegła do drzwi. Gdy je otworzyła, razem z Ianem wpadło do środka zimne powietrze z zewnątrz, uderzając ją prosto w twarz. Uśmiechnęła się do niego ciepło. - Hejka. Rozgość się. - Odwróciła się i krzyknęła przez ramię,- Ta kulka sierści na poduszce to Milo! Potrafi aktorzyć, więc nie zdziw się, jak zacznie dramatycznie syczeć. - Parsknęła śmiechem, wracając do kuchni. - Jesteś już głodny? Czy wolisz się najpierw czegoś napić? - Talerze wsunęła do piekarnika, w tę półkę, która robiła za 'utrzymanie ciepła'. Otworzyła lodówkę i zaczęła skanować trunki, które mogła mu zaoferować. Starała się nie pokazywać, jak bardzo cieszy ją, że go widzi. W końcu był tu tylko w sprawie biznesowej. I tylko dlatego, że właściwie go do tego zmusiła.

tiń

with the venomous kiss you give me...

: ndz lut 08, 2026 12:22 am
autor: Ian Swerdlove

ℭ𝔥𝔬𝔠𝔦𝔞𝔷 𝔧𝔞𝔨 𝔰𝔶𝔯𝔢𝔫𝔶 𝔟𝔲𝔡𝔷𝔞 𝔪𝔫𝔦𝔢 𝔬 𝔱𝔬𝔟𝔦𝔢 𝔰𝔫𝔶, 𝔧𝔢𝔡𝔫𝔬 𝔴𝔦𝔢𝔪 𝔫𝔞 𝔭𝔢𝔴𝔫𝔬
𝔫𝔦𝔢 𝔠𝔥𝔠𝔦𝔞𝔩𝔟𝔶𝔪 𝔟𝔢𝔷 𝔠𝔦𝔢𝔟𝔦𝔢...

⛧☾༺♰༻☽⛧


Nie miał zielonego pojęcia, jak się do niej odezwać. Nikt nigdy mu nie powiedział, w jaki sposób odzywać się do... kobiet. To był dla niego zupełnie obcy gatunek, nie wiedział, jak powinien okazywać im zainteresowanie. To znaczy- wiedział, gdzieś ktoś coś mu czasem powiedział, czasem coś posłyszał, ale... Coś się w nim strasznie blokowało, brakowało mu tej śmiałości i pewności siebie. Za każdym razem, kiedy miał w dłoniach telefon, by wreszcie wysłać jakąś cholerną wiadomość do Holloway, usuwał ją nerwowo i rzucał urządzenie gdzieś w kąt kanapy udając, że to wcale nie miało miejsca. Bo każda wiadomość, każdy pretekst, by zaburzyć jej spokój i życiową harmonię wydawał się być dla Iana niewystarczająco dobry. Czuł się, jakby był jej ciężarem.
I w tym miejscu zapewne Vita zasypałaby go gradem niezadowolenia i zapewnień- by dać mu znać, że wcale tak nie jest, że absolutnie nie widzi tego w ten sposób! Że lubi jego towarzystwo... i cośtamcośtamsyndromsztokholmski. No, super. Tylko, że on nie potrafił spojrzeć na to z innej perspektywy- za wszelkie patologiczne wizje interakcji międzyludzkich radzę podziękować znajomym i obiektom westchnień z czasów szkolnych. A więc jak postanowił ugryźć swoją misję wbicia się w najbliższą orbitę Vity? A jakże- durnym pomysłem. Jego skrzywiony mózg, uznał więc, że wymyśli jakieś kłamstewko, wzbudzi w niej litość i nakłoni ją do tego, by do niego przyszła... Nie przewidział jednak jednego.
Ona, kurwa, nie była taka głupia... A on przecież doskonale o tym wiedział!
Czytał jej odpowiedzi zza szczelin pomiędzy palcami, jakby osłaniając się tarczą przed cholernymi promieniami żenady. Trzymał się za twarz, totalnie skrępowany tym, jak potoczyła się jego absurdalna próba manipulacji. Nie przemyślał swojego planu, zadziałał spontanicznie i wyszło na to, że z romantycznego wieczoru w blasku świec w jego mieszkaniu (owszem, z rachunkami był póki co na bieżąco, chciał po prostu w końcu zrobić w stosunku do niej jakiś miły i przyjemny gest) musiał zawlec się do niej i... jeszcze jakoś wywinąć się z tego absurdalnego scenariusza. Nie zastanawiało go dlaczego jego pierwszą, naturalną myślą było kłamstwo- to akurat było oczywiste w przypadku kolesia, który dosłownie zrodził się z nieprawdy i manipulacji.
Niemniej zapakował się w komunikację miejską i zgodnie z obietnicą ruszył w drogę. W całym tym chaosie uznał, że kolacja byłaby świetnym zamiennikiem tego romantycznego gestu... tutaj również dopiero po fakcie dotarło do niego, że tę kolację ,to najlepiej byłoby, gdyby przygotował on sam.... zamiast tego kazał jej ją przygotować!
-Idioto- mruknął do siebie dwa przystanki przed wysiadką, w akcie bezsilności, nie mogąc już tej żenady dłużej w sobie trzymać.
Ale jak to się mówi- do trzech razy sztuka! Owszem, Swerdlove zamierzał po raz ostatni zaimprowizować dziś z nadzieją, że tym razem nie zrobi z siebie kompletnego głupca. Kiedy otworzyła mu drzwi, zaserwował jej ten nieśmiały i blady uśmiech, który w jej obecności wykrzywiał jego twarz częściej, niż ta mroźna obojętność. Z lekką trwogą przyuważył, że ona nie była szczęśliwa z jego dzisiejszych roszczeń. No jasne, idioto! Kazałeś jej dziś najpierw zapłacić za swoje rachunki, a potem zasugerowałeś, żeby ugotowała. Czego się kurwa spodziewałeś?
-Sztokholm.- Zaczął powoli, kiedy zamknął już za sobą drzwi i odwiesił na wieszak własny płaszcz. Obrzucił szybko spojrzeniem jej mieszkanie stwierdzając, że bardzo do niej pasuje. Każdy najdrobniejszy element, ozdoba wydawało się krzyczeć jej imię i nazwisko.- Nie mam rachunków.- zaczął z wysokiego C.- Nie mam też długów.- rozwinął chwilę później, otwierając plecak i prezentując jej jego wnętrze.- Mam za to świeczki.- dodał, jakby to miało jakoś magicznie wyjaśnić o co tutaj tak naprawdę chodzi.- ... ale zapomniałem o Milo... przecież może sobie nimi zrobić krzywdę. Kurwa, ale ze mnie baran.- fuknął do siebie krzywiąc się.- To znaczy, Vita.- złapał się za kark, ale ona zniknęła gdzieś w kuchni. Zrobił kilka kroków za nią i stanął przy drzwiach lodówki.- Ja... chciałem się po prostu z tobą zobaczyć, nie wiedziałem jak.- wydusił z siebie wreszcie, zaciskając palce w pięści w nagłym przypływie stresu.- Nie musisz pożyczać mi żadnych pieniędzy i... Jestem trzeźwy! - zawołał nagle, głośniej, bo dotarło do niego, że odkąd tylko tutaj wszedł bredzi od rzeczy. Nie chciał przecież, by najbardziej niewinny gest w jego życiu został zinterpretowany jako ćpuńska halucynacja.- Jestem dziś czysty. Zachowuję się dziwnie, bo... No wiesz.- on sam nie wiedział.-Swoją drogą, ślicznie pachnie! I ty też. I Śliczna też... w sensie...

𝔰𝔷𝔱𝔬𝔨𝔥𝔬𝔩𝔪

with the venomous kiss you give me...

: ndz lut 08, 2026 8:28 pm
autor: vita holloway
Zirytowanie krążyło w jej żyłach ciepłymi strużkami, rozbijając frustrację, którą przez ostatnie tygodnie ich kolabojaźni obudowała w dosłowny lodowiec. Denerwowało ją to, że do niej nie pisał, że odzywał się tylko wtedy, gdy to ona robiła pierwszy krok. To, że za każdym razem próbował ją od siebie odsunąć - dosłownie po tym, jak spędzili razem zajebiście dobry czas. Holloway była w takich sytuacjach prostym stworzeniem i jedyny wniosek, jaki potrafiła wyciągnąć z jego zagrywek, był ten, że może faktycznie interesuje go tylko koleżeństwo. Nic więcej. Gdyby tak było, nie miałaby z tym problemu… choć cholernie trudno byłoby jej patrzeć na bladą cerę, ciemne włosy, szmaragdowe oczy i te usta, wiedząc, że wcale - ale to wcale - nie chce ich obdarzyć czułym pocałunkiem. Zdawała sobie sprawę, że relacje międzyludzkie nie były stałym elementem życia Sverdlova, a już na pewno nie otwieranie się na innych w jakikolwiek sposób. Po prostu była zmieszana. Mówił jej momentami tak słodkie rzeczy, że serce samo robiło fikołek, a ona niemal mdlała z onieśmielenia... by chwilę później wrócić do tego swojego tajemniczego bycia, kompletnie ignorując to, czym podzielił się z nią zaledwie moment wcześniej.

I znowu to się stało.

Dokładnie teraz... w chwili, gdy szukała dla nich czegoś do picia. Tylko że tym razem zaskoczył ją tak bardzo, że zacisnęła palce na drzwiach lodówki i po prostu go słuchała, dziękując w duchu losowi, że stała akurat przy jej wnętrzu. To, co mówił, normalnie by ją rozgrzało… ale chłód bijący z lodówki skutecznie ją studził. - Ian… - wydusiła w końcu, kompletnie wybita z tropu. - Nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć - Zamknęła lodówkę i spojrzała na niego. - Przez kilka dni się nie odzywałeś, sprawiając, że byłam przekonana, że mnie olałeś. A potem nagle do mnie piszesz i jako pretekst wybierasz pożyczenie pieniędzy na rachunki, które, jak się okazuje, masz już dawno opłacone… tylko po to, żebym spędziła z tobą wieczór przy świecach? - Przesunęła po nim spojrzeniem, chłonąc każdy detal jego twarzy. Była zaskoczona, że faktycznie przyszedł do niej trzeźwy. Czuła, jak rumieńce wpełzają jej na policzki - bo to było dokładnie to, czego pragnęła gdzieś głęboko, w miejscu, do którego bała się przyznać nawet przed sobą. Chciała, żeby widział w niej coś więcej niż barmankę, która ma pusto w głowie. Tylko że… zdążyła się już na niego wkurwić. Obrazić się wewnętrznie. A nie należała do osób, którym intensywne emocje znikają ot tak, bez śladu. Nachyliła się, otworzyła piekarnik i wyciągnęła talerze z nałożonym posiłkiem. - Skoro przyniosłeś te świeczki, to musimy z nich skorzystać - rzuciła niby od niechcenia, choć w środku cała była onieśmielona. Nigdy wcześniej nie miała romantycznej kolacji… czy czymkolwiek to jest… u siebie w mieszkaniu.

Zatrzymała się na moment.

- A jeśli Milo - ta mała diabelska kulka sierści choćby podejdzie do jednej świeczki, to będzie miał nauczkę - dodała już głośniej, kierując się do salonu i czekając, aż Ian pójdzie za nią. - Skubany odegrał rolę życia parę dni temu. Poszłam z nim do weterynarza, bo niby był chory. Wchodzimy do gabinetu, a on? Jak nowonarodzony. Nic mu nie było! - Zmrużyła oczy, posyłając Milo zirytowane spojrzenie, gdy odkładała talerze na stół. Odwróciła się gwałtownie, niemal wpadając na Iana. Wyminęła go szybko, starając się nie patrzeć na niego zbyt długo - wiedziała, że cała ta frustracja momentalnie by z niej zeszła. A przecież chciała jeszcze chwilę się na niego gniewać. W kuchni chwyciła widelce i wróciła do salonu. Świeczki już się paliły. Przełknęła ślinę, podeszła do ściany i przygasiła światło, sprawiając, że atmosfera zrobiła się bardziej intymna. Usiadła na kanapie obok Iana, położyła widelec na jego talerzu, a chwilę później na swoim. Bezmyślnie przesuwała nim po jedzeniu, po czym zerknęła na niego.- Chcesz coś do picia? W tym wszystkim zapomniałam cię czymś poczęstować. - Jej wzrok uciekł ku świeczkom. - Myślałam, że ci się nie podobam. - Nabiła makaron na widelec, marszcząc nos i brwi. - Czy jestem aż tak przerażająca? - Usiadła bokiem, żeby lepiej na niego spojrzeć. - Chyba dałam ci już do zrozumienia, Ian, że bardzo lubię twoje towarzystwo… i że momentami chciałabym czegoś więcej. Nie wiem… już nic nie wiem. Хай йому біс - Odłożyła widelec, oparła się o kanapę i skrzyżowała ramiona, przybierając naburmuszoną minę.

confusion