a beautiful day to save lives
: pn lut 09, 2026 11:30 am
Poranki w Mount Sinai nie należały do ulubionych Juliana. Idąc korytarzem słyszał mieszaninę przytłumionych rozmów, pospiesznych kroków innych lekarzy, gdy biegli ratować czyjeś życie i to przeklęte piknięcie aparatury z różnych sal, które z czasem przestawało być słyszalne – tego nienawidził bardziej. Chociaż nauczył się w tym funkcjonować, wiedział, że te dźwięki są lepsze niż grobowa cisza.
Zmierzał w kierunku oddziału dziecięcego, w jednej dłoni trzymając kawę, a w drugiej pod pachą grube akta dokumentacji medycznej. Ktoś rzucił mu krótkie “dobry wieczór”, a on jedynie skinął głową, nie zwracając uwagi kto to właściwie nawet był. Nie był tutaj od budowania relacji. Był od podejmowania decyzji, niestety często takich, od których zależało czyjeś życie.
Zatrzymał się dopiero przy sali numer dwanaście. Przez wąskie okno w drzwiach widać było małą sylwetkę niemal ginącą w szpitalnej pościeli, brązowe kosmyki włosów jedynie dawały znać, że ktoś tam naprawdę leży. Aparatura pracowała spokojnie i miarowo – przynajmniej to na dziś było dobrą wiadomością.
Holly Tyler, siedem lat, przyjęta została na oddział dwa dni wcześniej. Objawy, które tłumaczyli jej rodzice, kompletnie nie układały się w schemat, którego oczekiwał. Epizody dezorientacji, krótkotrwałe zaburzenia czucia, momentami problemy z koordynacją, epizody również przypominające czasami padaczkę. Badania mówiły jedno, obserwacje drugie, a Julian nie znosił medycznych zagadek, które wymykały się logice i sprawiały, że czuł się jak idiota.
Wszedł do środka tylko na moment, poprawił koc zsuwający się z ramienia dziewczynki i upewnił się, że kroplówka działa prawidłowo. Nie obudziła się, a to akurat bardzo dobrze. Sen był dla niej teraz bardzo ważny, musiała odpocząć.
— Rozwiążę to. — powiedział cicho, bardziej do siebie niż do niej. Obiecał, a więc musiał teraz dać z siebie wszystko. Powolnym krokiem wyszedł, zamykając cicho drzwi i ruszył dalej. Gabinet do którego gnał jak poparzony był mu aż za dobrze znany, dlatego nawet nie zapukał. Po prostu wszedł do środka jak do siebie i rzucił plik dokumentów Ezequielowi na biurko.
— Mam pojebany przypadek. Dziewczynka, siedem lat. Objawy neurologiczne, ale obraz nie jest wystarczająco czysty, żeby stawiać pewne diagnozy, a ja nie zamierzam zgadywać. — przesunął leniwie dłonią po twarzy, zdradzając swoje zmęczenie, którego normalnie pilnował aby nie było widać. — Zleciłem już rozszerzone badania, ale chcę drugiej opinii zanim ktoś zacznie rzucać wielkimi słowami przy jej matce. Może zobaczysz coś, co ja przeoczyłem. Oszczędziłoby mi to bardzo długiego dnia.
Na jego twarzy pojawił się cień czegoś, co przypominało uśmiech, ale przecież doktor Kerr nigdy szczerze się nie uśmiechał. Było to bardziej coś na wzór sarkastycznego grymasu. — I zanim odmówisz przypominam Ci, że jesteś w pracy, więc wypadałoby być trochę użytecznym.
Po tych słowach zamilkł, siadając ociężale na krześle naprzeciwko biurko Garcii. W tle słychać było pchnięcia wózka, śmiechy pielęgniarek i komunikaty z głośników, z których bez natężenia zmysłu słuchu za nic nie dało się zrozumieć. Oby tylko Eze się przydał. Nie potrafiłby spojrzeć dziewczynce prosto w oczy i powiedzieć, że nie umie jej pomóc.
derek
Zmierzał w kierunku oddziału dziecięcego, w jednej dłoni trzymając kawę, a w drugiej pod pachą grube akta dokumentacji medycznej. Ktoś rzucił mu krótkie “dobry wieczór”, a on jedynie skinął głową, nie zwracając uwagi kto to właściwie nawet był. Nie był tutaj od budowania relacji. Był od podejmowania decyzji, niestety często takich, od których zależało czyjeś życie.
Zatrzymał się dopiero przy sali numer dwanaście. Przez wąskie okno w drzwiach widać było małą sylwetkę niemal ginącą w szpitalnej pościeli, brązowe kosmyki włosów jedynie dawały znać, że ktoś tam naprawdę leży. Aparatura pracowała spokojnie i miarowo – przynajmniej to na dziś było dobrą wiadomością.
Holly Tyler, siedem lat, przyjęta została na oddział dwa dni wcześniej. Objawy, które tłumaczyli jej rodzice, kompletnie nie układały się w schemat, którego oczekiwał. Epizody dezorientacji, krótkotrwałe zaburzenia czucia, momentami problemy z koordynacją, epizody również przypominające czasami padaczkę. Badania mówiły jedno, obserwacje drugie, a Julian nie znosił medycznych zagadek, które wymykały się logice i sprawiały, że czuł się jak idiota.
Wszedł do środka tylko na moment, poprawił koc zsuwający się z ramienia dziewczynki i upewnił się, że kroplówka działa prawidłowo. Nie obudziła się, a to akurat bardzo dobrze. Sen był dla niej teraz bardzo ważny, musiała odpocząć.
— Rozwiążę to. — powiedział cicho, bardziej do siebie niż do niej. Obiecał, a więc musiał teraz dać z siebie wszystko. Powolnym krokiem wyszedł, zamykając cicho drzwi i ruszył dalej. Gabinet do którego gnał jak poparzony był mu aż za dobrze znany, dlatego nawet nie zapukał. Po prostu wszedł do środka jak do siebie i rzucił plik dokumentów Ezequielowi na biurko.
— Mam pojebany przypadek. Dziewczynka, siedem lat. Objawy neurologiczne, ale obraz nie jest wystarczająco czysty, żeby stawiać pewne diagnozy, a ja nie zamierzam zgadywać. — przesunął leniwie dłonią po twarzy, zdradzając swoje zmęczenie, którego normalnie pilnował aby nie było widać. — Zleciłem już rozszerzone badania, ale chcę drugiej opinii zanim ktoś zacznie rzucać wielkimi słowami przy jej matce. Może zobaczysz coś, co ja przeoczyłem. Oszczędziłoby mi to bardzo długiego dnia.
Na jego twarzy pojawił się cień czegoś, co przypominało uśmiech, ale przecież doktor Kerr nigdy szczerze się nie uśmiechał. Było to bardziej coś na wzór sarkastycznego grymasu. — I zanim odmówisz przypominam Ci, że jesteś w pracy, więc wypadałoby być trochę użytecznym.
Po tych słowach zamilkł, siadając ociężale na krześle naprzeciwko biurko Garcii. W tle słychać było pchnięcia wózka, śmiechy pielęgniarek i komunikaty z głośników, z których bez natężenia zmysłu słuchu za nic nie dało się zrozumieć. Oby tylko Eze się przydał. Nie potrafiłby spojrzeć dziewczynce prosto w oczy i powiedzieć, że nie umie jej pomóc.
derek