The last meeting
: śr lut 11, 2026 9:22 pm
Prośba Dominica w palmiarni ją zaskoczyła, ale w ten miły sposób. Miała okazję poznać już jego mamę, gdy mężczyzna zaprosił kilka razy ją i Josha na obiad do domu rodzinnego. Nie sądziła jednak, że utkwiła tak w pamięci kobiety, że w ostatnich tygodniach swojego życia chciałaby się właśnie z nią spotkać. Jednak Skye była tym faktem zaszczycona i sama chętnie chciała ją odwiedzić.
W ostatnich dniach miała też na nowo kontakt z blondynem, ale nieco inny niż dotychczas. Mimo, że miała świadomość, że ma on pewnie u swojego boku kobietę, która o niego dba, to i tak pisała do niego z pytaniami czy coś jadł i spał chociaż trochę. Czuła nawet przez wiadomości, że ten kontakt jest nieco zdystansowany, ale nie wyobrażała sobie inaczej. Tym bardziej, że Josh również się ją wypytywał o mamę Dominica. Widziała, że walczył ze sobą, by do niego napisać bądź zadzwonić, czego nie ponowił od tamtego dnia. Nie naciskała jednak na to, ale zakomunikowała mu wprost, że jest wdzięczna za jego postawę w tym momencie i wsparcie jakim otacza ich dwoje. Był dobrym człowiekiem. Zbyt dobrym dla niej. Josh na jej słowa przytaknął tylko głową i dodał po cichu, że przełożą wspólny weekendowy wyjazd na inny termin.
Jadąc do domu rodziców Dominica zajechała jeszcze w dwa miejsca, zanim dotarła u celu. Starała się nie rozwalić jego auta, bo jednak nie była zbytnio doświadczonym kierowcą. Na całe szczęście obyło się bez żadnej stłuczki i mogła wysiąść w znanej sobie lokalizacji. Rozejrzała się- w jednym domu wychowywał się Josh, w drugim Dominic. Naprzeciwko siebie. Po dwóch przeciwległych stronach, a jednak stworzyli niesamowitą przyjaźń. Teraz pomiędzy nimi stała ona - i w formie metaforycznej, ale i dosłownie. Nigdy nie chciała zranić któregokolwiek z nich, a jednak to zrobiła. Po krótkiej chwili refleksji ruszyła do drzwi, starając się nie spychać wszystkiego do relacji ich trójki. Teraz był ważniejszy ktoś inny - Helene Reyes.
- Przyniosłam coś dobrego, żebyście nie musieli zaprzątać sobie głowy gotowaniem- wręczyła na wejściu Dominicowi pakunki z panzerotti i churrosami, a także kluczyki od auta. - Jeszcze raz dziękuję za pożyczenie samochodu. Wydaje mi się, że nigdzie go nie przytarłam. Nawet jechałam bez włączonej muzyki, żeby w razie czego usłyszeć jak o coś zahaczę- spróbowała zażartować dla rozluźnienia atmosfery. Przywiozła też za sobą jedzenie w takiej ilości, że nikt w domu nie powinien być dzisiaj głodny. Nie chciała przychodzić z gołymi rękoma, a sama gotować nie potrafiła, więc miała nadzieję, że ten pomysł okaże się trafiony.
Gdy blondyn odłożył jedzenie na bok, a ona już zdjęła płaszcz, mogła wtedy się z nim przywitać. Nie była w stanie się powstrzymać, żeby go mocno nie przytulić. Stęskniła się za nim. Za znajomym ciepłem i zapachem. Pragnęła też dodać mu nieco otuchy i siły tak jak ostatnio w palmiarni.
- Dziękuję za zaproszenie- wyszeptała zanim się odsunęła i spytała, gdzie spotka jego mamę. Nawet jeśli to zbliżenie trwało raptem chwilę, dodało jej samej siły i wywołało uśmiech na twarzy. Tak dobrze było być w jego ramionach. Ilekroć się w nich znajdowała, wszystko stawało się prostsze.
Przyszła jednak pora spotkać się z osobą, dla której tak naprawdę tutaj przyjechała, więc udała się we wskazanym kierunku na spotkanie z jego mamą. W tej części domu jeszcze nie była i musiała przyznać, że zapierał dech w piersiach - ogród zimowy robił niesamowite wrażenie. Za oknami panowała zimowa, ponura aura, ale tutaj był inny świat - pełen ciepła i kolorów. Dostrzegła kobietę siedzącą w fotelu i wyglądającą przez szybę. Podeszła do niej zajmując miejsce obok.
- Zazdroszczę Pani ręki do kwiatów. Ja potrafię ususzyć nawet kaktusa, z czego Dominic się zawsze śmieje- uśmiechnęła się przyjaźnie spoglądając na nią z boku. Widok umierającego człowieka rozrywał jej serce. Nie mogła nic zrobić i ta niemoc była przerażająca. Jeszcze bardziej jej się teraz zrobiło szkoda Dominica. Musiał przeokrutnie cierpieć, a ona nie mogła mu pomóc w żaden sposób.
Dominic Reyes
W ostatnich dniach miała też na nowo kontakt z blondynem, ale nieco inny niż dotychczas. Mimo, że miała świadomość, że ma on pewnie u swojego boku kobietę, która o niego dba, to i tak pisała do niego z pytaniami czy coś jadł i spał chociaż trochę. Czuła nawet przez wiadomości, że ten kontakt jest nieco zdystansowany, ale nie wyobrażała sobie inaczej. Tym bardziej, że Josh również się ją wypytywał o mamę Dominica. Widziała, że walczył ze sobą, by do niego napisać bądź zadzwonić, czego nie ponowił od tamtego dnia. Nie naciskała jednak na to, ale zakomunikowała mu wprost, że jest wdzięczna za jego postawę w tym momencie i wsparcie jakim otacza ich dwoje. Był dobrym człowiekiem. Zbyt dobrym dla niej. Josh na jej słowa przytaknął tylko głową i dodał po cichu, że przełożą wspólny weekendowy wyjazd na inny termin.
Jadąc do domu rodziców Dominica zajechała jeszcze w dwa miejsca, zanim dotarła u celu. Starała się nie rozwalić jego auta, bo jednak nie była zbytnio doświadczonym kierowcą. Na całe szczęście obyło się bez żadnej stłuczki i mogła wysiąść w znanej sobie lokalizacji. Rozejrzała się- w jednym domu wychowywał się Josh, w drugim Dominic. Naprzeciwko siebie. Po dwóch przeciwległych stronach, a jednak stworzyli niesamowitą przyjaźń. Teraz pomiędzy nimi stała ona - i w formie metaforycznej, ale i dosłownie. Nigdy nie chciała zranić któregokolwiek z nich, a jednak to zrobiła. Po krótkiej chwili refleksji ruszyła do drzwi, starając się nie spychać wszystkiego do relacji ich trójki. Teraz był ważniejszy ktoś inny - Helene Reyes.
- Przyniosłam coś dobrego, żebyście nie musieli zaprzątać sobie głowy gotowaniem- wręczyła na wejściu Dominicowi pakunki z panzerotti i churrosami, a także kluczyki od auta. - Jeszcze raz dziękuję za pożyczenie samochodu. Wydaje mi się, że nigdzie go nie przytarłam. Nawet jechałam bez włączonej muzyki, żeby w razie czego usłyszeć jak o coś zahaczę- spróbowała zażartować dla rozluźnienia atmosfery. Przywiozła też za sobą jedzenie w takiej ilości, że nikt w domu nie powinien być dzisiaj głodny. Nie chciała przychodzić z gołymi rękoma, a sama gotować nie potrafiła, więc miała nadzieję, że ten pomysł okaże się trafiony.
Gdy blondyn odłożył jedzenie na bok, a ona już zdjęła płaszcz, mogła wtedy się z nim przywitać. Nie była w stanie się powstrzymać, żeby go mocno nie przytulić. Stęskniła się za nim. Za znajomym ciepłem i zapachem. Pragnęła też dodać mu nieco otuchy i siły tak jak ostatnio w palmiarni.
- Dziękuję za zaproszenie- wyszeptała zanim się odsunęła i spytała, gdzie spotka jego mamę. Nawet jeśli to zbliżenie trwało raptem chwilę, dodało jej samej siły i wywołało uśmiech na twarzy. Tak dobrze było być w jego ramionach. Ilekroć się w nich znajdowała, wszystko stawało się prostsze.
Przyszła jednak pora spotkać się z osobą, dla której tak naprawdę tutaj przyjechała, więc udała się we wskazanym kierunku na spotkanie z jego mamą. W tej części domu jeszcze nie była i musiała przyznać, że zapierał dech w piersiach - ogród zimowy robił niesamowite wrażenie. Za oknami panowała zimowa, ponura aura, ale tutaj był inny świat - pełen ciepła i kolorów. Dostrzegła kobietę siedzącą w fotelu i wyglądającą przez szybę. Podeszła do niej zajmując miejsce obok.
- Zazdroszczę Pani ręki do kwiatów. Ja potrafię ususzyć nawet kaktusa, z czego Dominic się zawsze śmieje- uśmiechnęła się przyjaźnie spoglądając na nią z boku. Widok umierającego człowieka rozrywał jej serce. Nie mogła nic zrobić i ta niemoc była przerażająca. Jeszcze bardziej jej się teraz zrobiło szkoda Dominica. Musiał przeokrutnie cierpieć, a ona nie mogła mu pomóc w żaden sposób.
Dominic Reyes