-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
W ostatnich dniach miała też na nowo kontakt z blondynem, ale nieco inny niż dotychczas. Mimo, że miała świadomość, że ma on pewnie u swojego boku kobietę, która o niego dba, to i tak pisała do niego z pytaniami czy coś jadł i spał chociaż trochę. Czuła nawet przez wiadomości, że ten kontakt jest nieco zdystansowany, ale nie wyobrażała sobie inaczej. Tym bardziej, że Josh również się ją wypytywał o mamę Dominica. Widziała, że walczył ze sobą, by do niego napisać bądź zadzwonić, czego nie ponowił od tamtego dnia. Nie naciskała jednak na to, ale zakomunikowała mu wprost, że jest wdzięczna za jego postawę w tym momencie i wsparcie jakim otacza ich dwoje. Był dobrym człowiekiem. Zbyt dobrym dla niej. Josh na jej słowa przytaknął tylko głową i dodał po cichu, że przełożą wspólny weekendowy wyjazd na inny termin.
Jadąc do domu rodziców Dominica zajechała jeszcze w dwa miejsca, zanim dotarła u celu. Starała się nie rozwalić jego auta, bo jednak nie była zbytnio doświadczonym kierowcą. Na całe szczęście obyło się bez żadnej stłuczki i mogła wysiąść w znanej sobie lokalizacji. Rozejrzała się- w jednym domu wychowywał się Josh, w drugim Dominic. Naprzeciwko siebie. Po dwóch przeciwległych stronach, a jednak stworzyli niesamowitą przyjaźń. Teraz pomiędzy nimi stała ona - i w formie metaforycznej, ale i dosłownie. Nigdy nie chciała zranić któregokolwiek z nich, a jednak to zrobiła. Po krótkiej chwili refleksji ruszyła do drzwi, starając się nie spychać wszystkiego do relacji ich trójki. Teraz był ważniejszy ktoś inny - Helene Reyes.
- Przyniosłam coś dobrego, żebyście nie musieli zaprzątać sobie głowy gotowaniem- wręczyła na wejściu Dominicowi pakunki z panzerotti i churrosami, a także kluczyki od auta. - Jeszcze raz dziękuję za pożyczenie samochodu. Wydaje mi się, że nigdzie go nie przytarłam. Nawet jechałam bez włączonej muzyki, żeby w razie czego usłyszeć jak o coś zahaczę- spróbowała zażartować dla rozluźnienia atmosfery. Przywiozła też za sobą jedzenie w takiej ilości, że nikt w domu nie powinien być dzisiaj głodny. Nie chciała przychodzić z gołymi rękoma, a sama gotować nie potrafiła, więc miała nadzieję, że ten pomysł okaże się trafiony.
Gdy blondyn odłożył jedzenie na bok, a ona już zdjęła płaszcz, mogła wtedy się z nim przywitać. Nie była w stanie się powstrzymać, żeby go mocno nie przytulić. Stęskniła się za nim. Za znajomym ciepłem i zapachem. Pragnęła też dodać mu nieco otuchy i siły tak jak ostatnio w palmiarni.
- Dziękuję za zaproszenie- wyszeptała zanim się odsunęła i spytała, gdzie spotka jego mamę. Nawet jeśli to zbliżenie trwało raptem chwilę, dodało jej samej siły i wywołało uśmiech na twarzy. Tak dobrze było być w jego ramionach. Ilekroć się w nich znajdowała, wszystko stawało się prostsze.
Przyszła jednak pora spotkać się z osobą, dla której tak naprawdę tutaj przyjechała, więc udała się we wskazanym kierunku na spotkanie z jego mamą. W tej części domu jeszcze nie była i musiała przyznać, że zapierał dech w piersiach - ogród zimowy robił niesamowite wrażenie. Za oknami panowała zimowa, ponura aura, ale tutaj był inny świat - pełen ciepła i kolorów. Dostrzegła kobietę siedzącą w fotelu i wyglądającą przez szybę. Podeszła do niej zajmując miejsce obok.
- Zazdroszczę Pani ręki do kwiatów. Ja potrafię ususzyć nawet kaktusa, z czego Dominic się zawsze śmieje- uśmiechnęła się przyjaźnie spoglądając na nią z boku. Widok umierającego człowieka rozrywał jej serce. Nie mogła nic zrobić i ta niemoc była przerażająca. Jeszcze bardziej jej się teraz zrobiło szkoda Dominica. Musiał przeokrutnie cierpieć, a ona nie mogła mu pomóc w żaden sposób.
Dominic Reyes
-
What would I do without your smart mouth? Drawing me in, and you kicking me out.
You've got my head spinning, no kidding, I can't pin you down
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Już dawno nie spędzał z rodzicami tyle czasu, co w ciągu tych ostatnich dni. Na rozmowach, żartach, wspomnieniach i planszówkach. Robił wszystko, by na twarzy mamy jak najczęściej pojawiał się uśmiech. I momentami nawet wydawało mu się, że jej bladość i zmęczenie spowodowane było zwyczajną chorobą, z której mogła niedługo wyjść, ale po chwili nagły atak kaszlu czy osłabienie i decyzja o położeniu się do łóżka boleśnie uświadamiała mu o tym, że niedługo wszystko miało się skończyć.
Najtrudniej było mu wieczorami, kiedy leżąc samotnie w łóżku, spływały na niego wszystkie tłumione w ciągu dnia emocje i myśli. Skye nie zdawała sobie sprawy, jak wiele pociechy sprawiały mu wtedy jej smsy. Jej troska dawała mu ukojenie i uśmiech, mimo że nie potrafił w odpowiedzi zwrotnej użyć więcej, niż kilku zdawkowych słów. Niemniej, wywiązywała się ze swojej obietnicy i czuł jej obecność, choć nie fizycznie.
Kiedy ciemnowłosa w końcu pojawiła się w jego drzwiach, uśmiechnął się do niej ciepło i jakoś od razu zrobiło mu się lepiej. - Nie musiałaś - zaoponował, ale właściwie nie miał nic do gadania, skoro już wręczała mu torby i klucze do auta, dlatego ostatecznie pokręcił głową i odebrał od niej rzeczy. - Tyle razy Ci mówiłem, że to tylko samochód. Nie musisz się niczym martwić - przewrócił oczami, ale na jego twarzy zawitało rozbawienie. - Najwyżej będę mieć pretekst do kupna nowego - dodał beztrosko, zanim zdążyła coś powiedzieć i odłożył otrzymane torby na bok, z których zaraz zaczęły unosić się przepyszne zapachy. Auto było rzeczą nabytą, którą można było wymienić. Człowieka nim jadącego już nie.
Pomógł jej ze zdjęciem płaszcza i odwiesił go na wieszak, a znajome perfumy wypełniły jego nozdrza. Wtedy też dziewczyna przytuliła się do niego na przywitanie, na chwilę oplatając go dłońmi w pasie. Instynktownie zamknął ją w uścisku, czując, jak się za nią stęsknił. Trwało to tylko chwilę, ale i tak dużo dla niego znaczyło. - To ja dziękuję, że przyjechałaś - odszepnął jej, zdając sobie sprawę, że już zawsze będzie jej dziękował za wszystko, co robiła dla niego i jego rodziny. Była naprawdę cudowną dziewczyną. - Jest w zimowym ogrodzie. Do końca korytarza na wprost - ruchem dłoni wskazał jej drogę, gdy się od siebie odsunęli, po czym jeszcze przez chwilę patrzył za nią, zanim zabrał ze sobą torby i udał się do kuchni, by dać kobietom trochę czasu dla siebie.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjiczas narracjipostaćautor
Fakt faktem, tylko jej mąż od dawna wiedział o stanie jej zdrowia, a decyzję o poinformowaniu jej jedynego syna przekładała na coraz dalsze terminy, aż nadeszła pora, kiedy nie dało się już utrzymywać tego w tajemnicy. Choć widziała, jak bardzo Dominic starał się zachowywać odpowiedzialnie i być silny, tak znała go i zdawała sobie sprawę, jaki w rzeczywistości był wrażliwy i skrywający w sobie wiele emocji. Widziała, jak przeżywał jej chorobę to kilkanaście lat temu i jak diametralnie jego podejście do życia później się zmieniło. Ostatnie dni jej pokazały, że nie był już tamtym chłopcem, wyrósł na przyzwoitego, acz trochę zagubionego mężczyznę. Chciała dla niego jak najlepiej i najbardziej ją bolało, że nie zobaczy już jego szczęścia. Że nie będzie świadkiem rozkwitającej w nim miłości, przed którą zawsze zapierał się rękami i nogami. Obawiała się, że gdy odejdzie, Dominic znów zatraci się w życiu i zapomni o tym, co było w tym wszystkim najważniejsze.
Na szczęście miał Skye. Dziewczyna, która niedawno pojawiła się w życiu jej syna, od początku wyglądała na inteligentną i ułożoną, a razem z Joshem tworzyli ładną parę. Jednak za każdym razem, kiedy dzieciaki wpadały w odwiedziny do ich rodzinnego domu na przedmieściach, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że bardzo dobrze dogadywała się z Dominiciem, a może nawet lepiej, niż z własnym chłopakiem? Nigdy w to nie ingerowała, chociaż czasem zdarzało jej się coś napomknąć synowi o jego przyjaciółce, niemniej dostrzegała zachodzące w nim zmiany. Cokolwiek było między tą dwójką, musiała się upewnić, że Dominic nie zostanie sam.
Z zamyślenia wyrwał ją dziewczęcy głos. Oderwała wzrok od ogrodu za szybą i spojrzała na ciemnowłosą z ciepłym uśmiechem, po czym zaśmiała się cicho.
— A widziałaś te kwiaty w jego jaskini? Gdybym nie postawiła mu paru doniczek tu i ówdzie, sam z siebie by nie pomyślał, żeby zadbać o jakąś roślinność - zauważyła z rozbawieniem, po czym odetchnęła ciężko. Ale kiedy podstawi mu się coś pod nosem, potrafi już się tym odpowiednio zająć. - To on zaprojektował ten ogród. Pamiętam, jak razem wybraliśmy się do szkółki, żeby roślinami wypełnić cały jego samochód. A to i tak nie była nawet połowa tego, co tu widzisz - pokręciła nieznacznie głową, na moment odpływając myślami do wspomnień.
— Co u Ciebie, kochanie? Słyszałam, że Josh w końcu zdecydował się wręczyć Ci pierścionek? - zapytała powoli i z uwagą, wracając do rzeczywistości i spoglądając na biżuterię na jej ręku.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- One nie są dla Ciebie, a dla Twoich rodziców. Już tak sobie nie schlebiaj- zażartowała, gdy próbował protestować przed wzięciem jedzenia. Całe szczęście pamiętał wciąż, że nie ma co z nią dyskutować, bo i tak nie wygra. Wtulając się w niego jej obawy zostały rozwiane. Czując jak ją obejmuje ramionami nie mogła się oprzeć wrażeniu, że jest w tym miejscu, w którym powinna być. W tej krótkiej chwili wszystko wokół znikało i byli tylko oni. Niestety ta chwila trwała zbyt krótko.
Jednak dodała jej nieco odwagi przed spotkaniem z Helene. Z miejsca polubiła jego mamę, która zawsze była ciepła i życzliwa. Skye twierdziła, że oczy są zwierciadłem duszy, a z jej zawsze biła dobroć i spokój. Nawet teraz, gdy powoli uchodziło z niej życie, one wciąż mieniły się tymi samymi iskierkami. Dominic odziedziczył po niej to spojrzenie .
- Myślałam, że tylko ja nazywam to miejsce jaskinią- roześmiała się słysząc, że i Helene miała takie samo spostrzeżenie na temat mieszkania je syna. - Jestem w szoku, że nie pogonił mnie ostatnio, gdy mu przywiozłam beżowy kocyk, żeby chociaż trochę przytulniej tam było - nie mówiąc już o zapachowych świeczkach. Natomiast zaskoczyła ją informacją, że ogród był projektem Dominica. Oczywiście nie powinno, bo przecież był architektem, ale co innego widzieć czyjeś projekty na komputerze, a co innego podziwiać je na żywo. - Naprawdę? Nigdy się tym nie chwalił- przyznała i zaczęła się rozglądać wokół. - Niesamowite miejsce stworzyliście- błądziła oczami po pomieszczeniu będąc pod wrażeniem zieleni. Oczywiście to mężczyzna je zaprojektował, ale wiedziała, że to Helene o nie dbała. To była ich wspólna praca.
Z podziwu wyrwały ją słowa o pierścionku. To nie były nawet gratulacje, jakby Helene przeczuwała, że nie było czego gratulować. Uśmiech Skye momentalnie pobladł i spojrzała na pierścionek, którym zaczęła się teraz bawić kręcąc nim.
- Tak, doczekałam się…- przyznała cicho bez entuzjazmu. Zaraz jednak podniosła głowę i zmusiła się do lekkiego uśmiechu. Przecież była świeżo upieczoną narzeczoną, powinna się cieszyć. - Trochę wybłagany, ale jest, więc chyba nie ma co narzekać- spróbowała zażartować, chociaż niezbyt jej to wyszło, więc postanowiła zmienić temat.- Poza tym Josh pozdrawia Panią i gdyby mógł, to również chciałby wpaść - dodała już z bardziej szczerym uśmiechem. Wiedziała, że obecność Dominica go powstrzymywała przed tym, ale wciąż darzył sympatią jego mamę.
Dominic Reyes
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjiczas narracjipostaćautor
— Dominic nie jest typem osoby, która oczekuje pochwał. Niemniej zrobi wszystko dla osób, które kocha. - Była pewna, że Skye do tego wąskiego grona należała i przykro jej było patrzeć na to, jak nieszczęśliwie ulokował swoje uczucia. A sądząc po nagłej konsternacji dziewczyny, gdy tylko Reyes wspomniała o pierścionku, również nie wyglądała na zbyt szczęśliwą. Przyglądała jej się z delikatnym uśmiechem, a w jej oczach nie było cienia osądu. Nie miała prawa ani zamiaru jej oceniać.
— Dziękuję i również go pozdrów, będzie mi bardzo miło, jeśli uda mu się do mnie zajrzeć - przyznała, bo Josh był dobrym chłopakiem. Pytanie tylko, czy odpowiednim dla Skye? - Napij się, proszę, herbaty. - Ruchem głowy wskazała na filiżankę i dzbanek na stoliku pomiędzy ich fotelami. Poczekała chwilę, zanim zebrała się w sobie, żeby zacząć: - Przyznam Ci się, że Anthony nie był moim pierwszym chłopakiem. Ani nawet nie drugim - mruknęła z lekkim uśmiechem. - Ale przed nim spotykałam się z Williamem. Był miły, uprzejmy i troskliwy. Idealnie pasował do mojej rodziny. Ale dopiero, gdy poznałam Anthony’ego, z czasem zaczęłam odkrywać, że czegoś w Willu mi brakowało - odetchnęła, żeby zaczerpnąć powietrza i upiła łyk trzymanej w ręku filiżanki z herbatą. - Miłość do mojego męża nie przyszła nagle, ale kiedy już się pojawiła, nic nie było w stanie nas rozłączyć. Wbrew rodzinie poszłam za głosem serca, strasznie komplikując sobie z nimi relacje, ale gdy zobaczyłam pierścionek, wiedziałam jedno: razem poradzimy sobie ze wszystkim. I tak jest do tej pory - wzruszyła ramieniem i uśmiechnęła się, na chwilę się zatrzymując na złapanie oddechu. Dłuższe wypowiedzi przychodziły jej z coraz większym trudem. - Czy czegoś żałuję? Absolutnie. Dostałam od życia wszystko, o czym nawet nie śmiałam marzyć. I tego samego chciałabym życzyć i Tobie - zwróciła się do niej z tym samym, łagodnym uśmiechem, choć w jej ciepłym spojrzeniu mogła dostrzec nieznaczną troskę. - Życie jest jedno, nie warto marnować czasu na coś, co nam nie służy, a już zwłaszcza, kiedy jest wygodniejsze dla innych - skwitowała i sięgnęła po filiżankę. Jakkolwiek Skye miała odebrać jej historię, chciała się nią podzielić i nie zamierzała jej przy tym pouczać. Jeśli dziewczyna była tak bystra, jak słyszała, mogła sama wyciągnąć wnioski. W swoim czasie.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nie mogę się z tym nie zgodzić. Zawsze można na niego liczyć - przyznała z uśmiechem, bo poznała go do tej pory jako niesamowitego przyjaciela. Nie wątpiła w to, że Reyes darzy ją uczuciem, bo nie raz jej to okazywał. Czy to była miłość? Uważała jeszcze niedawno, że jednie czysto platoniczna. Teraz już nie była tego taka pewna, a już napewno nie miała pojęcia co się dzieje w głowie blondyna.
- Na pewno znajdzie czas i przyjedzie- początkowo Skye nie chciała się wtrącać w działania Josha, ale patrząc teraz na to ciepłe spojrzenie i pogodny uśmiech Helene, nie była w stanie odpowiedzieć inaczej. Choćby miała go zmusić siłą i potem przez miesiąc sprzątać łazienkę, to Josh pojawi się w domu państwa Reyes, jeżeli to będzie miało wywołać dodatkowy uśmiech na twarzy kobiety.
Zgodnie z propozycją nalała sobie herbaty i gestem głowy wskazała również na drugą filiżankę, czy ją również napełnić dla swojej rozmówczyni. Przykładając filiżankę do ust, sądziła, że zaraz usłyszy wyczekiwane gratulacje bądź jakieś pytanie odnośnie przygotowań do ślubu, a zamiast tego dostała szybką historię początków miłości rodziców Dominica. Słuchała uważnie z pewnym rozmarzeniem w oczach, wyobrażając sobie ich jako młodych i szaleńczo w sobie zakochanych pomimo przeciwności losu. - Zazdroszczę Państwu takiej miłości i małżeństwa- przyznała cicho, bo gula w gardle uniemożliwiała jej odezwanie się głośniej. Odwróciła głowę uciekając spojrzeniem zza szybę. Chłonęła to co właśnie usłyszała próbując w jakiś sposób dopasować jej historię do swojej, ale zbyt wiele elementów się od siebie różniło. - To jest niesamowite, kiedy dwoje ludzi się spotyka i oboje się w sobie zakochują równie mocno. Oboje pragną tego samego jak pani i pan Anthony. Chyba kluczowy w tym wszystkim jest odpowiedni moment i czas- a tego w życiu Skye brakowało. Nawet jeśli chciałaby być z Joshem, on nie był gotowy na krok dalej. Pomimo biżuterii na jej palcu, czuła to całą sobą. Gdyby z kolei wybrała Dominica, on w ogóle nie chciał być w związku. Czy nie mogłaby na swojej drodze poznać mężczyzny, z którym się w sobie zakochają i będą chcieli od życia tego samego? Zdawała sobie sprawę, że choroba zabierała Helene jeszcze tak wiele lat życia, ale jak sama powiedziała - miała piękne życie i Skye chciałaby również móc powiedzieć to samo za czterdzieści lat.
- Akurat nie sądzę, żeby dla Josha zaręczyny były wygodne. Nigdy nie lubił rozmawiać na ten temat, a ślubu też nie planujemy w najbliższym czasie- przyznała ze smutnym uśmiechem zerkając na kobietę i biorąc łyk ciepłej herbaty. Następnie westchnęła głośno zanim ponownie się odezwała. Miała wątpliwości czy o tym mówić. Przyjechać do chorej kobiety i narzekać na swoje życie? To było bardziej niż niegrzeczne. Jednak Skye nie miała bliskiej relacji ze swoją mamą, a potrzebowała perspektywy dojrzalszej kobiety.- Ten pierścionek chyba miał mnie trochę… uspokoić? Dać mu trochę czasu? Sama już nie wiem, ale nie tak sobie wyobrażałam siebie jako przyszłą pannę młodą- przyznała ponuro na chwilę opuszczając głowę, zaraz jednak ponownie unosząc spojrzenie w piwnych oczach. - Skąd wiedziała pani, że Anthony to właśnie ten jedyny ? Co takiego zrobił? Powiedział?
Dominic Reyes
Łoś Superktoś
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjiczas narracjipostaćautor
Następne słowa Skye potwierdziły jej przypuszczenia, że oboje z Joshem byli zagubieni. Lubiła ich i strasznie im współczuła. - Chłopcy dorastają do takich spraw znacznie później. Na każdego przychodzi odpowiednia pora, pozostaje tylko zadać sobie pytanie: czy jest to warte czekania? - Była pewna, że Josh prędzej czy później dojrzeje do związku, ale coraz bardziej obawiała się, że dokona tego dopiero z właściwą wybranką. Może Helene była niepoprawną romantyczką, ale czerpała doświadczenie z własnej historii - pewne rzeczy się po prostu wiedziało.
Przez chwilę w milczeniu analizowała wypowiedź dziewczęcia, po czym zagadnęła z troską: - Kochanie, a powiedz mi, proszę, co kieruje Tobą, gdy myślisz o zamążpójściu? Jakie są Twoje potrzeby? - To dałoby jej pełny widok na oczekiwania Skye względem małżeństwa, bo zaczynała sądzić, że kierowały nią zupełnie nieodpowiednie pobudki. Na zadane pytania uśmiechnęła się delikatnie i pokręciła głową.
— Och, nie chodziło o to, co mówił, ale o to co robił. Od początku. Miał w sobie wszystko, czego potrzebowałam od mężczyzny. Charakter, ale przy tym wrażliwość, potrafił słuchać, ale i rozbawić, czasem w najmniej odpowiednim momencie - przyznała z rozbawieniem. - Ale przede wszystkim zawsze stawiał mnie na pierwszym miejscu. Przy nim wszystko wydawało się prostsze i lepsze. A kiedy nadeszła ta chwila, nie miałam żadnych wątpliwości - po prostu to czułam - wzruszyła ramionami. Mimo wszystkich przeciwności wiedziała, czego chciała. Czy Skye również?
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednak pytanie mamy Dominica wpędziło ją w małą zadumę. Odwróciła się, aby uciec spojrzeniem z powrotem na ogród zza szybą i zanim się odezwała, wzięła głęboki wdech.- Zawsze chciałam stworzyć z kimś rodzinę. Pełną miłości, ciepła, wsparcia i wzajemnego zrozumienia. Chciałam partnera, który będzie taki dla mnie i z którym razem stworzymy taki dom dla naszego dziecka albo i dzieci- na końcu się nawet delikatnie uśmiechnęła wyobrażając sobie ogród przed nią latem - pełen zieleni i roślinności, a po nim biegające roześmiane dzieci.- Mój dom rodzinny był inny. Tata rzadko w nim bywał, a z dzieciństwa pamiętam głównie więcej zasad i wymogów, aniżeli beztroski i wsparcia. Nawet teraz rodzice nie akceptują mojej decyzji o karierze architekta- przyznała z wyraźnym smutkiem i żalem, następnie rzuciła przelotne spojrzenie w kierunku kobiety.- I chyba domyślam się, co Pani powie - żebym zadała sobie pytanie czy to jest naprawdę moje marzenie czy tylko próba naprawienia złych wspomnień z dzieciństwa- dodała przykładając filiżankę z herbatą do ust. Faktycznie ostatnie dni i tygodnie spędziła na wielu rozmyślaniach. Czego chce od życia? Z kim chce spędzić to życie? Czy aby na pewno jest gotowa na stabilizację i ślub? Czy Josh to ten jedyny? A przede wszystkim - co czuje do niej Dominic i czego on chce? - Sama sobie ostatnio zadaję codziennie pytanie, czego tak naprawdę chcę- przyznała się jej, chociaż do jednego z tak wielu innych pytań, które zaprzątają jej głowę.
Natomiast odpowiedź na jej własne, które przed chwilą zadała Helene, przyprawiła ją ponownie o szeroki uśmiech na ustach. Przyjemnie było słuchać o pięknej miłości między dwojgiem ludzi. Nawet jeśli życie kobiety dobiegało końca, to mieli oni z Anthonym przepiękne wspomnienia i nie wątpiła w to, że miłość między nimi będzie żyć wiecznie.
- Wcześniej myślałam, że Dominic jest bardziej podobny do Pani, ale z tego co słyszę, to wiele też odziedziczył po ojcu- powiedziała nagle z pewnym rozmarzeniem w oczach. Nie zwróciła uwagi jak to może zabrzmieć, bo słuchając opowieści wróciła wspomnieniami do tych chwil, kiedy zawsze mogła liczyć na jego wsparcie - czy to wtedy, gdy zgubiła auto na parkingu czy przeciekała jej rura czy obliczenia się nie zgadzały. Pamiętała jak zawsze potrafił ją rozśmieszyć - niezależnie od okoliczności oraz dbał o jej komfort. To jego miała przed oczami, a nie Josha. - Wychowała go Pani na naprawdę cudownego człowieka. To niesamowite szczęście móc się z nim przyjaźnić- dodała ze szczerym, lecz nieco zakłopotanym uśmiechem. Nie chciała żeby jej poprzednie słowa były źle odebrane. Skye i Dominica łączyła przede wszystkim przyjaźń, którą brunetka niezwykle ceniła i liczyła na to, że uda im się ją jakoś odbudować i utrzymać. Jeszcze nie wiedziała jak, ale może była na to szansa.
Dominic Reyes
Łoś Superktoś
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjiczas narracjipostaćautor
Wspomnienia z przeszłości również i w niej przywoływały ciepłe uczucia. W ostatnich dniach dużo czasu spędzała na przemyśleniach i powrotach do minionych wydarzeń z jej życia, co przynosiło jej spokój i satysfakcję w tych ostatnich dniach. Potrzebowała także pozamykać wszystkie sprawy, nim odejdzie, i upewnić się, że zrobiła wszystko, co mogła dla dobra bliskich.
— To prawda. Genów nie da się oszukać - przytaknęła, ukradkiem spoglądając na Skye. Wychwyciła to rozmarzenie zarówno w jej głosie, jak i oczach. Mogli się oboje oszukiwać, że byli wyłącznie przyjaciółmi, ale ona widziała więcej, niż potrafili to przyznać. Aczkolwiek po nieznacznym zakłopotaniu ciemnowłosej można było przypuścić, że powoli zaczynała zauważać, iż nie było to takie czarno-białe. — Dziękuję, kochanie. Ty też jesteś fantastyczną dziewczyną i musisz być niesamowicie cierpliwa, że udaje Ci się znosić ten jego pracoholizm i wybrany styl życia. - Jej syn był dobrym chłopakiem, ale trochę się zagubił, nie pochwalała sposobu, w jaki prowadził swoje życie, ale nie miała siły przebicia. Naprowadził go na dobrą drogę mogła tylko miłość. - Moja choroba sprawiła, że musiał szybko dorosnąć, chociaż dojrzałość nie poszła z tym w parze - przyznała z niewielkim niezadowoleniem. - Ale wcale mu się nie dziwię, cierpienie najbliższych potrafi na długo zapaść w pamięci i przekonać do unikania podobnych doświadczeń. - To zdążyła wydedukować z zachowania Dominica. Mężczyzna najwyraźniej bał się angażować w związki na poważnie ze względu na ryzyko związanego z tym cierpienia i straty, a bez nich przecież nie było miłości. Pewnie dlatego do tej pory nie był gotowy się na nią otworzyć. Mimo to nie chciała, żeby został sam. - Cieszę się, że Cię ma, Skye. Myślę, że choć może sam tego nie przyzna, to potrzebuje w swoim życiu kogoś takiego, jak Ty - wyznała cicho z zatroskaniem. Nie wspomniała słowem o przyjaźni, bo nie chciała przyklejać do ich relacji konkretnej łatki. Cokolwiek między nimi będzie, Skye miała na niego dobry wpływ. Nie tylko to czuła, ale i dostrzegała coraz bardziej. - Nadchodzą dla niego ciężkie czasy. Nie chciałabym, żeby znów go to pochłonęło. To dlatego nie powiedziałam mu o nawrocie wcześniej. Można na niego liczyć, ale sam zbyt dużo w sobie skrywa i przed wieloma sprawami ucieka. W pracę, zabawę. Jedyne, czego żałuję, to że nie zobaczę, jak układa sobie życie. Chciałabym, żeby odnalazł to samo, co ja z jego ojcem. - Mimowolnie jej oczy zaszkliły się pod wpływem narastających emocji. Westchnęła ciężko, starając się dojść do siebie, po czym odłożyła filiżankę i zwróciła spojrzenie ku dziewczynie. - Wiem, że to duża przysługa, ale jesteście ze sobą na tyle blisko, że chciałabym Cię o coś poprosić: dbaj o niego i nie pozwól mu zapomnieć o tym, co ważne, dobrze? - poprosiła z nadzieją, że panna Murray zrozumie jej potrzebę prosto z serca.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Z tym pracoholizmem jest o tyle łatwiej, że oboje na to cierpimy, więc po prostu na zmianę parzymy sobie kawę- zaśmiała się cicho chcąc nadać tym słowom trochę swobody. Może wtedy Helene nie zauważy, że w oczach Skye Dominic był perfekcyjny? Chociaż nie dało się tego ukryć.
- Pani choroba sprawiła, że właśnie dojrzał szybciej niż rówieśnicy i jest silniejszy niż niejeden człowiek- powiedziała stanowczo z ciepłem w głosie i w oczach, które zawsze tam było ilekroć mówiła o blondynie. Kolejnych słów o mężczyźnie nie skomentowała, ale czuła jak trafiają wprost w jej obawy odnośnie ich relacji, a przede wszystkim jego z jakąkolwiek kobietą. Nigdy na to nie spojrzała z tej perspektywy. Nie szukała zrozumienia w jego zachowaniu i unikaniu zobowiązań, a to przecież się wszystko ze sobą łączyło.
Z kolei prośba Helene ją tak chwyciła za serce, że momentalnie pochyliła się w jej kierunku przykrywając jej dłoń własną. Oczy Skye również się zaszkliły.- Zrobię wszystko co w mojej mocy- to była łatwa obietnica. Dbać o Dominica? Każdego dnia.- Nawet jak będzie krzyczał, to zamknę mu laptopa i każę wrócić do domu odpocząć- dodała z uśmiechem, nieco specjalnie podkreślając, że jako przyjaciółka zawsze będzie przy nim. Nieważne czy mówiła o jego domu czy ich wspólnego. Nie wyobrażała sobie już życia bez mężczyzny niezależnie od roli jaką będzie spełniać w jej życiu.
- Ale to przede wszystkim bardzo inteligentny mężczyzna. Czuły, wrażliwy i z sercem na dłoni i nie wątpię to, że ułoży sobie tak życie, żeby być szczęśliwym i spełnionym- z jej oczu biły iskierki dumy i podziwu, którymi go darzyła. Miłości. Kochała go i tego była pewna i chciała uspokoić kobietę, że zadba o niego pod jej nieobecność.- W razie czego wezwę do pomocy pana Anthonego i we dwoje sobie damy sobie z nim radę - zaśmiała się cicho wyobrażając sobie jak ona i starszy pan strofują Dominica. Nie chciała żeby Helene się teraz czymkolwiek zamartwiała, a skupiła się na jak najlepszych wspomnieniach ze swojego życia.
Dominic Reyes