joan "joe" grainier
: pt lut 20, 2026 9:00 am
Joan "Joe" Grainier

data i miejsce urodzenia
17.07.1999, torontozaimki
ona/jejzawód
studentka medycynymiejsce pracy
university of torontoorientacja
zwykle heteroseksualnadzielnica mieszkalna
the junctionpobyt w toronto
od urodzeniaumiejętności
ma doskonałą pamięć do szczegółów - imion, nazw leków, dat, schematów, wyników badań i drobnych zmian w ludzkim zachowaniu, potrafi doskonale słuchać i sprawiać, że ludzie czują się przy niej odrobinę bezpieczniej, jest cierpliwa i empatyczna, wprawiona w opiece nad innymi, potrafi dobrze organizować sobie czas, a w kuchni wyczaruje coś z niczego, zwłaszcza w końcu miesiąca, gdy pieniądze już prawie całkiem stopniały na koncie, czyta dużo i szybko, ma ładne i równe pismo ręczne, zna podstawy łaciny, i potrafi dobrze funkcjonować nawet na bardzo podstawowej ilości snu (czyt. czasem wystarczą jej 4 godziny) słabości
zawsze stawia cudze dobro ponad swoim i ma problem z proszeniem o pomoc, gdy ktoś ją zrani, nie wybucha, ale wycofuje się w ciszę, boi się zajmować zbyt wiele miejsca, więc często nie odzywa się nie pytania, nie mówi o swoich potrzebach, nie zadaje pytań, nie potrafi przyjmować komplementów, bywa naiwna, zwłaszcza w kwestiach romantycznych, wygląda na nieprzystępną, choć w zasadzie jest tylko nieśmiała, na studiach uważa się ją za nadętą kujonkę, choć w istocie jest po prostu tylko mądra i zbyt cicha, nie potrafi stawiać granic, ale gdy już to zrobi, są jak mur nie do przekroczenia Wbrew temu, co mówi Johnny, nie pamiętam naszego domu jako zaczarowanego. Pamiętam, natomiast, że rośliny doniczkowe (fikusa, dwie strzeliste lilie, zmarniałą nieco strelicję i kilka takich, których nazw nie znam do dzisiaj) trzeba było podlewać raz w tygodniu, w czwartek, wodą chłodną, ale nie zimną. Pamiętam czarne kwiaty pleśni wykwitające naokoło okiennych framug, i drapiący zapach lizolu, którym ścierałam je w gumowych rękawiczkach w rozmiarze M, czyli dla dorosłych, a ja miałam osiem lat, i musiałam wchodzić na metalową drabinkę, żeby dosięgnąć do szczytu okiennej wnęki.
Kiedy umarł Paxil, Johnny płakał, a ja stałam przy klatce i zastanawiałam się, czy można było temu zapobiec. Czy zabił go brak wody, czy jej nadmiar, czy niedostosowany rodzaj karmy, skręt kiszek, albo jakieś uczulenie. Gdy potem zmarła też nasza babcia, choć najpierw tylko na dwie minuty, słuchałam opowieści dorosłych o uciskaniu jej klatki piersiowej i myślałam, że to musi być bardzo konkretna siła, bardzo konkretny rytm, który przywraca serce do pracy. Kryzysy egzystencjalne wcześnie zaczęłam traktować jak problem logistyczny, który należy rozwiązać na tyle szybko, by następnego dnia nie spóźnić się do szkoły.
Nie wierzę w lepsze miejsce, do którego rzekomo poszła nasza matka gdy zabrakło jej wśród żywych (i zostały tylko jej sukienki, jej zapach jeszcze przez kilka miesięcy wpleciony we włókna krepowej poduszki, jej pachnące słodko kremy do twarzy i oleiste szminki w jaskrawych kolorach, które w końcu stały się lepkie i zmieniły kolor, i trzeba było je wyrzucić). Uważam jedynie, że postanowiła odejść, bo nikt jej tutaj nie powstrzymał. Nie ojciec, i nie jej właśni rodzice, i nie ja, i nawet nie Johnny, choć z nas wszystkich zawsze był do niej najbardziej podobny. Czasem myślę, że może by została, gdyby wybłagał na niej partyjkę w te cholerne warcaby - ja byłam wtedy za mała żeby grać w cokolwiek innego niż bierki i wojnę, którą i tak notorycznie, żałośnie przegrywałam.
Jednego dnia była, a następnego już nie, ale przecież nadal trzeba było robić pranie i kanapki na podwieczorek, myć okna i dzwonić do dziadków z meldunkiem, że żyjemy, pilnować żeby ojciec zapłacił za prąd i za naszą coroczną, wrześniową wyprawkę do szkoły. Johnny mówi, że nie zauważył, kiedy przejęłam jej rolę, ale ja w gruncie rzeczy wątpię, czy kiedykolwiek w ogóle miałam jakiekolwiek zadanie - czy był czas, w którym nie pilnowałabym, żeby na pewno wziął leki, nie sprawdzała, czy oddycha równo, kiedy pijany zasypiał na podłodze, i czy leży na boku, żeby nie zadławić się wymiocinami jeśli ciało zbuntuje się przeciwko samemu sobie.
W pierwszych miesiącach drugiej dekady mojego życia, w naszym domu cisza rozrosła się jak zakażenie w osłabionym organizmie, jak gangrena. Zamiast rozmawiać, zaczęliśmy milczeć. O tym, że kończyły się pieniądze. O tym, że Johnny siadał czasem na krawędzi łóżka i rozmawiał z osobami, których nie było w pokoju. O tym, że gdy ojciec wychodził z domu, coraz częściej nie było wiadomo
Nauczyciele mówili, że jestem nad wiek dojrzała, a ja długo myślałam, że jest to komplement. Oczywiście, że tak - bo jakżeby inaczej?
W szkole mnie nie lubiano, ale ja i tak nie miałam czasu na sympatie. Poza tym wystarczyła mi jedna bratnia dusza z sąsiedztwa, przyjaciółka, z którą dobrałyśmy się jak para nieszczęść: ona zbyt głośna, ja zbyt milcząca. Ona z parą łyżew, ja z podręcznikiem do biologii pod pachą. Po lekcjach, siadałyśmy na krawężniku i wymyślałyśmy przyszłość, w której żadna z nas nie musi się tłumaczyć z tego, że istnieje.
Podobno nie powinno się traktować bliskich jak przypadki kliniczne, ale w mojej rodzinie każdy zasługuje na wielotorową diagnozę. Poza tym łatwiej jest mi nie wpadać w panikę, gdy każdą życiową katastrofę jestem w stanie potraktować jak zestaw objawów, jak coś, co da się nazwać, sklasyfikować, zrozumieć, rozłożyć w notatniku na czynniki pierwsze, a potem wyleczyć.
Na studia medyczne dostałam się dzięki stypendium. Najlepsza w szkole; nie dlatego, że byłam najzdolniejsza, lecz dlatego, że byłam zdesperowana.
Pierwszy rok jest podobno najcięższy, ale brak snu i zapach formaliny dawał mi jakiś rodzaj ukojenia. Nie mdlałam, gdy inni bledli i zakrywali usta. Nie odwracałam wzroku, kiedy skalpel prowadzących zajęcia profesorów wchodził w bladą, martwą skórę niby w masło. Lubiłam to, że każda część ciała ma swoje imię i swoją funkcję. Że nawet największą ludzką tragedię można przetłumaczyć na zestaw objawów: nazwać, zaklasyfikować, zrozumieć.
Na przerwach i po zajęciach, zawsze trzymałam się bliżej chłopców, niż dziewcząt, bo pośród tych drugich czułam się jak ktoś, kto ominął cały rozdział w podręczniku. Nie potrafiłam czytać ich gestów, spojrzeń, rozumieć i szanować ich intryg; mówiły w języku, którego nie nauczono mnie w domu, i o rzeczach, o jakich nie miałam pojęcia.
Mężczyźni, natomiast, zawsze zdawali mi się być prostsi w strukturze, przynajmniej na powierzchni. Zwykle szybko potrafiłam stwierdzić, czy chcą się ze mną przespać, czy potrzebują wyłącznie notatek albo ściągi dobrodusznie podsuniętej im pod blatem biurka. Bardziej niż ich, zawsze bałam się własnego ciała. Tego, że czasem reaguje wbrew rozsądkowi; że są chwile, w których nie potrafię panować nad własną krwią, barwiącą policzki karminem, nad wzrokiem rykoszetującym ku czyimś dłoniom albo ostremu V kości biodrowych, nad rytmem własnego serca.
Ale potem i tak wmawiam sobie, że to przecież tylko fizjologia. Łatwo ją ukryć pod luźnym swetrem i zasłoną z mysich włosów, które podobno powinnam podciąć i pofarbować na bardziej sprzyjający moim rysom twarzy kolor.
Z tym mam największy problem, pewnie dlatego, że własne życie zawsze wydawało mi się jakoś mniej cenne od cudzych. Dlatego nawykowo śpię za mało, jem za szybko, piję za dużo kawy. Za rzadko biegam i uprawiam jogę, za często zostaję w pracy po godzinach. Czasem budzę się z głową na biurku, z tuszem z notatek medycznych odciśniętym na policzku. Mówią, że lekarz powinien być sprawny, żeby móc leczyć. Ale równie dobrze działa miks nad-odpowiedzialności i adrenaliny.
Coś musiało zmienić się we mnie po Richmond Hill, po tej nocy, którą spędziłam na praktykach - jednych z pierwszych na których pozwalano nam przebywać z pacjentami bez ścisłego nadzoru. Nie miałam dostępu do telefonu, więc o wszystkim dowiedziałam się dopiero następnego ranka - nie od Johnny'ego, tylko z drugiej ręki. Przez trzy godziny nie wiedziałam nawet, czy przeżył. To wtedy zaczęłam liczyć czas jakoś inaczej. Jakbym pogodziła się z faktem, że albo w końcu go stracę, albo już go straciłam.
Czasem myślę, że powinnam się wyprowadzić. Znaleźć sobie kogoś, zbudować coś własnego. Seks jest prosty: mechaniczne ruchy ciała powtarzane w odpowiednim rytmie aż do osiągnięcia określonego celu, głównie przez jedną stronę. Za to nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego ludzie zostają na noc. Dlaczego jedzą razem śniadanie. Dlaczego chcą widzieć tę samą twarz o siódmej wieczorem i o siódmej rano. Bliskość dobrze rozumiem w teorii, ale nie pojmuję jej w praktyce.
Jedną rzeczą, której jestem pewna, jest fakt, że zawsze byłam uczciwa. Nie nieskazitelna, święta, nie spektakularnie dobra. Po prostu rzetelna. Oddawałam znalezione pieniądze. Nie flirtowałam z chłopakami przyjaciółek. Nigdy niczego nie ukradłam, nigdy nie zniszczyłam mienia publicznego, nawet przypadkiem. Nie ściągałam na egzaminach. Podpisywałam się pod własnymi błędami.
Może w ramach przeczenia genetyce, nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłabym złamać prawo. Że mojej wiedzy — tej samej, która pozwala uspokajać rozkołatane serca i zszywać rozharatane tkanki słabnących ciał — mogłabym użyć inaczej, wbrew regułom, których zawsze tak sumiennie starałam się przestrzegać. Że zdradzę zaufanie Johnny'ego, że przemilczę coś, co powinnam zgłosić na policję. Że przyjdzie mi wybierać między dumnie składaną przysięgą, a kimś, kogo kocham. Że pozwolę, by ten słodki półszept z dzieciństwa — Cass, śmiejąca się zbyt głośno — stał się mostem do świata, który pachnie pieniędzmi, krwią i benzyną.
A jednak.
zgoda na powielanie imienia
niezgoda na powielanie pseudonimu
nieZgody MG
poziom ingerencji
niskizgoda na śmierć postaci
niezgoda na trwałe okaleczenie
niezgoda na nieuleczalną chorobę postaci
niezgoda na uleczalne urazy postaci
takzgoda na utratę majątku postaci
niezgoda na utratę posady postaci
nie