Strona 1 z 2

cookie

: pt lut 20, 2026 12:31 pm
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

To był błąd. Powtarzała to sobie jak mantrę, idąc w kierunku największych wieżowców w mieście. Co ona właściwie robiła? Ubrana elegancko jak na rozmowę o pracę w szpilach, które uwierały jej stopy i włosami związanymi w koka szła w stronę Northland Power, nie zatrzymując się ani na moment. Choć te kroki były słabe, jakby zdawała sobie sprawę, że popełnia błąd. Nie powinna pojawiać się na jego terytorium, nie powinna patrzeć mu w oczy, a już na pewno nie powinna dawać mu słoika z ciasteczkami, leżącego w jej torebce.
To był błąd. Wybrzmiało po raz kolejny, kiedy znalazła się w budynku. Wielki, nowoczesny i bardziej sterylny niż jakakolwiek sala chirurgiczna. Miała wrażenie, że ludzie w ogóle się nie uśmiechali. Każdy z powagą rozmawiał przez telefon. Nie pasowała tutaj. Z lekko nerwowym uśmiechem trafiła do recepcji. Od jednego człowieka obijała się od kolejnego. Cały czas powtarzając, że przyszła na rozmowę o pracę do Charlesa Marshalla. Nie wiedziała, jak się z nim skontaktować, a chciała mu podziękować. Tylko tyle. Tak sobie wmawiała, nawet jeśli samą siebie podejrzewała o kłamstwo.
Bo to był błąd. Zwłaszcza gdy już pukała do jego gabinetu. Miała wrażenie, jakby wszyscy na nich patrzyli, choć tak nie było. Młoda blondynka o niebieskich oczach mogła trafić w pułapkę wielkiej korporacji. Nie byłaby ani pierwszą, ani ostatnią osobą. Tylko sparaliżowało ją przez jego gabinetem, zwłaszcza kiedy nawiązał z nią kontakt wzrokowy. Wtedy już nie mogła się okłamać, bo zdała sobie sprawę jak wielki był to błąd.
Dzień dobry Panie Marshall — zaczyna nerwowo Ivy, otwierając drzwi. Po kilku sekundach zamyka je przez przypadek z hukiem i delikatnie się wzdryga. Głowę przechyla delikatnie w tył, marszcząc brwi. Wszyscy na nich patrzyli, a ona stała jak kołek. Nabrała powietrza do płuc, by móc bardziej uspokoić myśli. Wiedziała, po co przyszła — cześć Charlie — poprawia się po chwili, posyłając mu lekki uśmiech. Tylko potem języka zabrakło jej w buzi. Miała mu tyle do powiedzenia, a teraz czuła się sparaliżowana.
Przepraszam, że nachodzę Cię w pracy. Wiem, że na sto procent jesteś zajęty, ale... — ale co Ivy? Ale musiałaś go zobaczyć. Harrison zawsze mówiła dużo i często się śmiała. Miała ten charakterystyczny błysk w oku, tylko była zbyt na widoku. Jeszcze raz spojrzała do tyłu, a pracownicy Nortland Power cały czas się w nich wpatrywali. Czy wyglądała na klauna? Musiała, bo inaczej by tu nie przyszła, kłamiąc wszystkich, których spotkała.
Mógłbyś zasłonić widok na nas? — pyta dość cicho, trzeci raz odwracając twarz w stronę pracowników — Wszyscy patrzą, co się dzieje — mruczy pod nosem, a kiedy zasłony zaczynają opadać, ostatni raz w głowie pojawia się jej błąd. Niepewnym krokiem, chwiejąc się na szpilkach, dociera przed jego biurko. Błąd Ivy, uciekaj stąd, krzyczy jej jakiś głosik w jej głowie. Misja była prosta. Zostaw ciasteczka, przeproś, podziękuj i zwiewaj, póki jeszcze możesz.
Chciałam Cię przeprosić za nasze ostatnie spotkanie — mówi finalnie Ivy, czując jak kamień spada jej z serca. Dawno z takim trudem nie wyszukiwała słów. Wiele miała mu do powiedzenia, ale wszystko brzmiało nieodpowiedzialnie — I wiesz... Chciałam przynieść Ci coś za to, jak się mną zająłeś — zaczyna, mocniej ściskając uchwyt własnej torebki. Dawno nie była w tak niezręcznej sytuacji. Charles Marshall, wielki wiceprezes mógłby mieć wszystko, co chodziło po kuli ziemskiej — tylko ty już wszystko masz — mówi jeszcze ciszej, spuszczając głowę. Mogła tu nie przychodzić, bo jeszcze ją wyśmieje. Jej miłość to maka wyśmiał, przecież to było nieodpowiednie ludzi dla ludzi takich jak on — więc... Stwierdziłam, że zrobię coś, czego na pewno nie jadłeś — dodała finalnie, czując jak żołądek podskakuje jej coraz wyżej. Idiotka, nie powinna tu przychodzić. Mogła wybrać racjonalną drogę tej relacji. Zostać w domu i ani razu nie zobaczyć już Charliego. Tylko wyrzuty sumienia nie pozwoliły na to, by zakończyć ich historię w ten sposób. Tylko o jakiej historii mówimy? Jedno spotkanie w szpitalu, drugie w maku, winda, kosz oraz pożar. Rzadko która dwójka ludzi mogła pochwalić się takim zestawem.
To słoik z ciasteczkami zrobionymi przeze mnie z przepisu mojej mamy — smak dzieciństwa. W końcu otwiera torbę i wyjmuje z niej wielki słoik obwiązany niebieską wstążką, przypominającą barwę jej oczy. Misja wykonana Ivy.
To ja już pójdę... — zaraz odwraca się na pięcie, a kiedy chce już chwycić za klamkę, nie daje rady tego zrobić — Charlie... — zawiesza się, by finalnie na nowo się od niego odwrócić. Nie chciała wychodzić. Musiała jeszcze raz spojrzeć mu w oczy, musiała go poznać. Wiedziała to każda najmniejsza komórka jej ciała, nawet ta nieposiadająca jądra komórkowego.
Wiem, że zabrzmię jak najgorsza idiotka na świecie — zaczyna Ivy, szukając w głowie jakiegokolwiek argumentu, by móc tu zostać na dłużej — ale moglibyśmy się zaprzyjaźnić? — pyta finalnie, czując się jak totalna idiotka. Z pewnością nią była. Kto pyta o takie rzeczy mężczyznę, do którego ma się słabość? Bo zdecydowanie, miała nią. Nawet teraz chciała móc ukryć się w jego ramiona, by móc poczuć się bezpiecznie — Przyjaciele też sprawiają, że pojawia się uśmiech na twarzy, prawda? — mogli też dawać sobie poczucie bezpieczeństwa, rozmawiać, przytulać się... Tylko czy przytulanie Charliego było jakkolwiek odpowiedzialne? Nie myślała o tym, bo chciała móc go poznać bardziej.

cookie

: ndz lut 22, 2026 3:02 pm
autor: Charlie Marshall
Obudził się po piątej, zanim w ogóle zadzwonił budzik. Przez chwilę leżał w bezruchu, wpatrując się w sufit i czując znajomy ciężar na klatce piersiowej. Obok niego spała Blair, zupełnie nieświadoma jego wewnętrznych rozterek z ostatnich dni. Wyglądała spokojnie, niemal niewinnie... Charlie patrzył na nią i czuł ogromne wyrzuty sumienia. Gdy kilka dni temu wrócił do domu przesiąknięty zapachem dymu, skłamał jej prosto w oczy, mówiąc, że cały czas był z ojcem w szpitalu. Westchnął - nie był fair w stosunku do narzeczonej i doskonale zdawał sobie z tego sprawę już teraz. Ostrożnie przeniósł Blair na poduszki i w ciszy udał się do łazienki. Wziął prysznic - gorący, niemal parzący, jakby chciał zmyć z siebie dotyk dłoni Ivy i wspomnienie jej twarzy przy jego szyi. Jednak za każdym razem, gdy starał się o tym nie myśleć, myślał o tym jeszcze bardziej. Zanim wyszedł z domu, pochylił się nad Blair i przelotnie musnął ustami jej czoło w ramach pożegnania. W Northland Power był przed siódmą - o tej porze budynek był jeszcze cichy, w drodze do swojego biura minął zaledwie kilku pracowników. Kwadrans po siódmej otrzymał kawę od swojego asystenta. Czarną, gorzką i bez cukru, czyli taką, jaką lubił najbardziej. Pił ją powoli i zamiast skupić się na kolejnym raporcie, wpatrywał się w telefon, jakby spodziewał się ujrzeć tam wiadomość od... kogoś. O ósmej napisał wiadomość do Blair. O ósmej piętnaście wysłał też do Theo. O dziewiątej rozpoczął konferencję z prawnikami. Podpisywał dokumenty automatycznie, a jego wzrok ciągle uciekał w stronę okna. W myślach wciąż wracał do momentu, gdy siedział na tylnym siedzeniu swojego auta i trzymał w objęciach Ivy. Naprawdę próbował skupić się na liczbach i wykresach, ale twarz Harrison ciągle wyskakiwała mu przed oczami jak reklama żelu do prania. Dłuższe życie każdej pralki to Calgon, ale dłuższe życie Charlesa Marshalla bez Ivy Harrison wymagało gruntownego odkamieniania. Znaczy, no, nie dosłownie! Po prostu Ivy rozpuszczała go szybciej niż najlepszy odkamieniacz dostępny na rynku, HIHI (Autorka obiecuje, że na tym kończy porównania z działu chemii gospodarczej). O jedenastej odezwał się jego interkom. Długopis, którym Charlie od dziesięciu minut bezmyślnie stukał w blat biurka, znieruchomiał.
- Tak, Thomas? - rzucił Charlie, naciskając przycisk. Kolejny prawnik, kolejna umowa do podpisania czy kolejna akcja charytatywna?
- Panie Marshall, przepraszam, że przeszkadzam - głos asystenta brzmiał na lekko skonsternowany. - Wiem, że nie ma pan wpisanych żadnych spotkań rekrutacyjnych przed lunchem, ale na dole czeka kobieta. Twierdzi, że jest umówiona w sprawie rekrutacji bezpośrednio z panem. Dość... zdeterminowana kobieta.
Charles zmarszczył brwi. Przez ułamek sekundy chciał kazać mu ją spławić i odesłać do działu HR na drugim piętrze. Już otwierał usta, by wydać krótkie polecenie, gdy nagle coś go tknęło. Zdeterminowana kobieta.
- Jak się nazywa? - spytał spokojnie, powracając do kręcenia długopisem pomiędzy palcami.
- Panna Harrison, proszę pana.
No i cyk. W jednej chwili wszystkie raporty, konferencje z prawnikami i poranne wyrzuty sumienia wobec Blair przestały istnieć. Ogarnęła go czysta ciekawość, a serce mu przyspieszyło. Czyżby Ivy Harrison, która go potrzebowała i nie chciała przed nim uciekać, ale było to trudne zadała sobie trud i wymyśliła całą tę bajeczkę o rekrutacji, żeby dostać się do jego szklanego zamku? To było tak absurdalne i tak bardzo w jej stylu, że poczuł, jak kącik jego ust drga w niemal niedostrzegalnym uśmiechu.
- Wpuść ją, Thomas - zadecydował ostatecznie. - Zobaczymy, jakie ma kwalifikacje.
Oparł się wygodnie w fotelu, poprawił mankiety koszuli i utkwił wzrok w drzwiach. Wiedział, że to błąd. Wiedział, że wpuszczenie jej tutaj było jeszcze gorszym pomysłem niż wspólne siedzenie w jego samochodzie. Kilka minut później usłyszał to, na co czekał. Miękki, rytmiczny odgłos szpilek na korytarzu. Kiedy klamka drgnęła, Charles wstrzymał oddech, czując, że ten poranek właśnie przestawał być nudny. Kiedy Ivy Harrison weszła do środka, zlustrował ją od stóp do głów - od szpilek, przez zgrabne nogi, czarną sukienkę, marynarkę i wysoko upięte włosy. Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że na moment zapomniał o bożym świecie. Wyglądała... niebezpiecznie dobrze. Elegancki kok odsłaniał linię szyi, którą Charlie wciąż pamiętał z tamtego dnia w aucie. Kiedy drzwi huknęły, Ivy stanęła jak sparaliżowana pod ostrzałem spojrzeń jego pracowników. Mógłbyś zasłonić widok na nas? Wszyscy patrzą, co się dzieje. Bez słowa sięgnął do panelu sterowania na biurku. Szum opadających rolet był jedynym dźwiękiem w gabinecie, dopóki nie opadły całkowicie. Teraz byli już sami.
- Dzień dobry, panno Harrison - odezwał się, a w jego głosie pobrzmiewała nutka rozbawienia, którą starał się ukryć pod maską powagi. Wstał powoli z fotela, ignorując leżącą na stole stertę dokumentów. - Muszę przyznać, że Twoje CV jest... co najmniej zaskakujące.
Zrobił krok w jej stronę, obserwując, jak podchodzi do jego biurka. Chciałam Cię przeprosić za nasze ostatnie spotkanie. Widział, jak się chwiała, widział jej stres i widział ten słoik, który ściskała, jakby był jej ostatnią deską ratunku. I wiesz... Chciałam przynieść ci coś za to, jak się mną zająłeś. A kiedy wspomniała o tym, że on "już wszystko ma", zatrzymał się tuż przed nią. Patrzył na słoik z niebieską wstążką, a potem przeniósł wzrok na jej równie błękitne oczy.
- Ciasteczka według przepisu mamy? - powtórzył po niej. Przyjął od niej słoik, a gdy ich palce na moment się zetknęły, poczuł to samo uderzenie adrenaliny, co w samochodzie. To nie był błąd. A przynajmniej nie taki, którego chciałby żałować. To były tylko ciasteczka, prawda? Najbardziej autentyczny prezent, jaki dostał od... lat. - Dziękuję, Ivy. Doceniam ten gest.
To ja już pójdę... Usłyszał te słowa i poczuł dziwne ukłucie w klatce piersiowej. Nie ruszył się jednak i nic nie powiedział. Tak musiało być. Wiedział, że tak będzie lepiej. Dla wszystkich. Powinien pozwolić jej wyjść, a sam powinien wrócić do raportów, do Thomasa i do planowania kolacji z Blair. Powinni pozwolić tej historii umrzeć śmiercią naturalną. Już miał wrócić z powrotem do biurka, gdy okazało się, że Ivy miała inne plany. Zanim jej dłoń zacisnęła się na klamce, zamarła. Charlie obserwował, jak jej ramiona drgnęły, jak nabrała głęboko powietrza, a potem powoli, niemal boleśnie, odwróciła się z powrotem w jego stronę. Charlie... Wiem, że zabrzmię jak najgorsza idiotka na świecie, ale moglibyśmy się zaprzyjaźnić? Przyjaciele też sprawiają, że pojawia się uśmiech na twarzy, prawda? Kiedy skończyła mówić, w gabinecie zapadła cisza tak ciężka, że niemal słyszał tykanie swojego zegarka na nadgarstku.
- Przyjaźń? - zapytał, po czym zrobił dwa powolne kroki w jej stronę, nie wypuszczając słoika z rąk. Zatrzymał się w bezpiecznej, a jednak wystarczająco bliskiej odległości, by znów widzieć, jak błękit jej oczu miesza się z niepokojem. Czy chciał się zaprzyjaźnić? I tak, i nie. Z jednej strony poczuł ulgę. Przyjaźń była bezpieczną przystanią i idealną wymówką, żeby mógł legalnie spędzać z nią czas, nie musząc natychmiast mierzyć się z faktem, że zdradza Blair emocjonalnie. Z drugiej strony, czuł cynizm - doskonale wiedział, że między nimi nie było miejsca na... niewinną relację. Zastanawiał się, czy Ivy w ogóle zdawała sobie z tego faktu sprawę czy może wręcz naiwnie wierzyła, że będą chodzić razem na spacery i jeść lody na patyku? Z trzeciej strony - nie wyobrażał sobie przedstawienia Ivy komukolwiek ze swoich znajomych. Po co mu była taka przyjaciółka? Och, no tak - po prostu ta niepotrzebna relacja była jedyną rzeczą, która w ostatnich dniach wywoływała w nim szybsze bicie serca. - Wiesz, Ivy... Moi przyjaciele zazwyczaj nie potrzebują kłamać w recepcji, żeby się ze mną zobaczyć.
Zrobił jeszcze jeden krok, skracając dystans na tyle, że Ivy musiała mocniej zadrzeć głowę. Widział w jej oczach walkę - tę samą, którą on toczył od piątej rano. Wyciągnął wolną rękę i, zanim zdążyła zaprotestować lub uciec wzrokiem, delikatnie ujął jej dłoń. Pewnym, ale nienachalnym ruchem zaczął prowadzić ją w stronę skórzanej kanapy stojącej pod oknem panoramicznym, z dala od biurka. Stąd mieli idealny widok na pół Toronto.
- Przyjaźń to poważne zobowiązanie, wiesz? - mruknął, siadając obok niej, ale zachowując ten centymetr dystansu, który był jego ostatnią linią obrony. Lustrował jej twarz, czując, że ta cała przyjaźń to tylko cienka zasłona dymna, którą oboje desperacko próbowali na siebie zarzucić, ale w tej chwili to mu wystarczało. Posiadanie Ivy w roli przyjaciółki dawało mu prawo, by patrzeć na nią bez poczucia, że każda sekunda jest... nieprzyzwoita. - Skoro tak bardzo chcesz to nazwać, to niech będzie. Bądźmy przyjaciółmi.
Uśmiechnął się do niej, tym razem bez cienia ironii. Kciukiem delikatnie pogładził wierzch jej dłoni, co było tak bardzo lekkomyślne, że aż głupie - w końcu w każdej chwili ktoś mógł tutaj wejść i zobaczyć go z inną kobietą. Kobietą, która nie była Blair.
- Masz ochotę na ciasteczko i kawę, Ivy? - spytał po chwili, dalej się w nią wpatrując. Zastanawiał się, kiedy do Ivy dotrze, że właśnie podpisali na siebie odroczony wyrok. Doskonale wiedział, że prędzej czy później żadnemu z nich nie uda się utrzymać tej relacji w bezpiecznych ryzach koleżeństwa, ale postanowił podjąć rzuconą mu rękawicę. Od teraz grali na jej zasadach.

Ivy Harrison

cookie

: ndz lut 22, 2026 3:53 pm
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

To był cholerny błąd. Powtórzyła raz jeszcze w swojej głowie, kiedy tylko zaczął podchodzić w jej stronę. Cała mimowolnie się spięła, wyprostowała plecy, patrząc mu w oczy. Dlaczego sama sobie to robiła? Nawet to jego lekkie rozbawienie sprawiło, że spięła się jeszcze mocniej. Bo co tutaj właściwie robiła? Miała przynieść ciasteczka, ale równie dobrze mogła zostawić je na recepcji. Pierwszy raz to ona przekroczyła granicę, czego nie powinna robić. Uświadamiała to sobie bardziej wraz z każdym jego krokiem, kiedy zmniejszał dystans między nimi.
Trudno o dobrą pracę w mieście, panie Marshall — wydukała ze swoich ust Ivy, przełykając nerwowo ślinę. Chciała, by brzmiało to jak żart, ale nawet obok niego nie stało. Jej słowa przypominały najgorszy z możliwych sucharów, który człowiek mógł wypowiedzieć.
Zgadza się — powiedziała nerwowo, spuszczając wzrok. Była tutaj obcym. Wolała mieć na nogach crocsy, a im dłużej wpatrywała się w szpilki, tym bardziej zdawała sobie sprawę z jednego. Ivy Harrison nie masz żadnych moralnych skrupułów, skoro znalazłaś się tutaj. Ciasteczka były tylko wygodną wymówką, a ona zdawała sobie z tego sprawę — nie ma za co... Ty dałeś mi więcej, Charlie — wydukała z siebie, unosząc głowę, by móc mu spojrzeć jeszcze raz w oczy. Ostatni raz. Tak sobie powiedziała. Tylko wszystko potoczyło się zdecydowanie zbyt szybko. Powrót do drzwi, próba ucieczki i tak nieszczęsna przyjaźń. To słowo zawisło między nimi, wypełniając całą przestrzeń tego wielkiego gabinetu. Bała się osądu, kłótni, niezadowolenia.
Mhm — mruknęła cicho pod nosem, obracając słoik pod opuszkami palców. Piekielnie bała się jego słów. Kolejny raz nie była w stanie spojrzeć mu w oczy i niemalże czuła szybki stukot własnego serca pod klatką piersiową. Jakby właśnie chciało z niej uciec. Nie dziwiła mu się, ba dziękowała mu za to. I to zadziało, dopóki znów się nie odezwał. Z jej ust wydostało się drobne, nerwowe westchnięcie.
A co miałam zrobić, żeby się tu dostać? — spytała, marszcząc przy tym brwi. Jeszcze na niego nie patrzyła. Próbowała utrzymać rytm. Skurcz przedsionków, skurcz komór, rozkurcz obu. Jakby mantra medyczna miała jej pomóc w utrzymaniu nerwów na wodzy. Zamiast na Charlim mogła skupić się na biciu własnego serca, tylko wtedy znów zrobił krok. Momentalnie zadarła głowę, by spojrzeć na niego. Ten brązowy odcień. Te wargi. Bańka przyjaźni prysnęła, kiedy poczuła na nowo zapach tych perfum. Co on z nią zrobił? Jednak nie uciekła, stała jak zaczarowana laleczka. — przecież z twoim ojcem jest coraz lepiej, a ja... — zawiesiła głos. Podpisywała na siebie wyrok, a niezręczna cisza zapanowała w całym pomieszczeniu — musiałam się z Tobą zobaczyć — powiedziała to finalnie. Chciała móc go widzieć, rozmawiać i śmiać się. Poznać go. Wydawało się to irracjonalne, wiedział ją w najbardziej intymnych momentach. Strach, obrzydzenie samą sobą ucieczka, a ona lgnęła do niego jak ćma do światła. I jak ćma poszła za nim wprost na kanapę. Jego dotyk ją obezwładniał. W środku czuła ciepło, rozpływające się po jej ciele. Jakby znalazła się we właściwym miejscu, przy boku właściwej osoby.
Wiem, ale... — mruknęła, spuszczając głowę. Utkwiła wzrok w ich dłoniach, a sama chwyciła go jeszcze mocniej. To przyjaźń Ivy, tak przyjaciele trzymają się za ręce, kiedy jest im trudno. Cały czas wmawiała sobie jakieś brednie — nie chcę już przed Tobą uciekać — stwierdziła finalnie, wypuszczając powietrze ze swoich ust. Musiała na niego spojrzeć. Była pierdoloną egoistką — a chciałabym móc Cię poznać — by móc zostać najlepszymi przyjaciółmi, tak? Tylko jakby ktoś spojrzał na nich z boku, to co miałoby ich łączyć? Miłość do pokemonów? Charles Marshall to mógłby śpiewać, złap je wszystkie, myśląc o kobietach.
Jeśli masz czas, to tak — powiedziała nerwowym tonem, rozglądając się finalnie po jego gabinecie. Wielki, słoneczny, a nawet szyby miał czyste — masz tu ekspres do kawy? — dopytała, zastanawiając się, gdzie mógł go ukryć. Ciekawe, czy umiał się nim obsługiwać? PEwnie sekretarka mu ją przynosiła — twój gabinet jest większy niż moje mieszkanie... — rozglądała się, jakby próbując znaleźć coś więcej. Zamiast tego znów spojrzała mu na twarz, na oczy. A może na widok? — a ten widok... — tylko wcale nie chodziło o panoramę Toronto, a o jego oczy. Znowu znajdował się bliżej niej, a choć mogła próbować narzucać na siebie wielki płaszcz z napisem przyjaźń, to już wiedziała. To nie będzie działać.

cookie

: pn lut 23, 2026 8:42 pm
autor: Charlie Marshall
I właśnie tak, moi mili państwo, rodził się dysonans poznawczy. Krótkie przypomnienie dla czytelnika: dysonans poznawczy to taki stan, w którym mózg próbuje jednocześnie uwierzyć w dwie sprzeczne rzeczy. W przypadku Charlesa brzmiało to mniej więcej tak: "Jestem poważnym wiceprezesem i kocham swoją narzeczoną" kontra "Chcę, żeby ta dziewczyna ze słoikiem ciastek nigdy nie wychodziła z mojego gabinetu". A wracając do tematu - w głowie Charliego pojawiła się myśl, że Ivy właśnie podjęła rękawicę i zaczęła grać w jego grę, którą rozpoczął tamtego dnia w szpitalnej windzie. Może i zrobiła to niezdarnie, może i trzęsły jej się ręce, ale fakty pozostawały nieubłagane. Przyszła tutaj. Przyszła do niego, dobrowolnie. Przyszła i zaproponowała przyjaźń. Ty dałeś mi więcej, Charlie. Zmarszczył brwi. - Więcej? Ivy, bądźmy poważni, nie ma o czym mówić - zaoponował, nie spuszczając z niej wzroku. Raz przytulił ją w windzie. Raz przytulił ją w swoim samochodzie. A raz kupił jej zestaw w maku. Nie było o czym mówić. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, czując na sobie jej przenikliwy wzrok, a w powietrzu wisiało wszystko to, czego przyjaciele nie powinni sobie mówić. Dysonans poznawczy właśnie osiągnął apogeum - Charles Marshall wiedział, że powinien teraz wstać, otworzyć drzwi i podziękować pannie Harrison za wizytę, ale zamiast tego chciał sprawdzić, czy smakowała tak samo słodko jak ciastka z jej słoika. Zapowiadała się gorąca przyjaźń. - Wystarczyło zadzwonić. Nie masz mojego numeru? Daj telefon - wyciągnął przed siebie dłoń i poczekał, aż Ivy poda mu komórkę. W końcu przyjaciele wymieniali się numerami, prawda? Bo przyjaciele pozostawali w kontakcie, prawda? Szybko wpisał swój numer do jej komórki, zapisując kontakt jako Not-A-Recruiter Charlie. Kiedy oddawał jej telefon, ich palce znów się zetknęły, a on celowo nie cofnął ręki od razu, bo... bo nie wiedział dlaczego, okej? Po prostu dobrze się bawił całą tą sytuacją. Ivy tu przyszła. Zadała sobie trud, żeby upiec te cholerne ciastka - nie kupiła ich w cukierni na rogu i nie wysłała ich kurierem. Poświęciła swój czas i pewnie co pięć minut zaglądała do piekarnika, myśląc o nim. O Charlesie Marshallu. No i musiała się z nim zobaczyć, tak przed chwilą powiedziała. No nie mógł się nie uśmiechnąć. - Musiałaś mnie zobaczyć, tak? - powtórzył po niej, przechylając głowę na bok i opierając ją na łokciu, który z kolei oparł o zagłówek kanapy. - Naprawdę jesteś bardzo zdeterminowana - skwitował z uśmiechem na ustach. Przesunął wzrok z jej twarzy na słoik, a potem na panoramę Toronto, która za oknem wydawała się teraz tylko rozmytym tłem. Jeśli masz czas, to tak. - Mam pół godziny przed kolejnym spotkaniem, spożytkujmy go dobrze - odparł, zerkając szybko na zegarek, zanim wzrokiem z powrotem wrócił do niej. Uniósł brwi, słysząc jej kolejne słowa. - Mój gabinet jest większy niż twoje mieszkanie? - powtórzył. - Nie wiem, jak wygląda twoje mieszkanie, nie zaprosiłaś mnie jeszcze - dodał, podkreślając dobitnie ostatnie słowo. Zaśmiał się cicho pod nosem, ale kiedy Ivy wspomniała o widoku, Charlie poczuł, jak ich wspólna, przyjacielska bańka zaciska się na nich jeszcze bardziej. Nie patrzyła na wieżowce za nimi, patrzyła wprost na niego, a błękit jej oczu niemal palił go w policzek. - Masz rację, Ivy. Widok jest... wart grzechu - mruknął, odwzajemniając jej spojrzenie. Przyjaźń właśnie zaczynała niebezpiecznie skręcać w stronę czegoś, co z przyjaźnią nie miało nic wspólnego. Nagle, przypominając sobie o roli gospodarza, puścił jej dłoń i chwycił za wieczko słoika. Charakterystyczne pyknięcie wieczka zabrzmiało w ciszy gabinetu jak wystrzał z korka szampana. - Skoro już tu jesteś i tak bardzo chciałaś mnie zobaczyć, to pierwsze jest twoje - zadecydował. Wyjął jedno ciastko i zamiast samemu spróbować, uniósł je w stronę jej ust, zawieszając dłoń w powietrzu. To był moment, w którym dysonans poznawczy wywalił wszystkie korki w jego mózgu. To było skrajnie nieodpowiedzialne, prawda? Wiedział to, ale... widok Ivy, siedzącej na jego kanapie, na jego terytorium... no, nieważne, możecie się domyślać, co chodziło mu właśnie po głowie. - No już, Harrison - spojrzał na nią wyczekująco z ciastkiem dłoni. Ciekawe, jak daleko mógł się posunąć, zanim granica między przyjaźnią a... sam jeszcze nie wiedział, czym, zacznie się zacierać.

Ivy Harrison

cookie

: pn lut 23, 2026 10:11 pm
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

Relacja z Charlim był dla niego skomplikowana. Tak właściwie, to kim on dla niej był? Rodziną pacjenta. Pomógł jej dwa razy. Raz musiała postawić między nimi granicę, a jednak ta cały czas przesuwała się dalej. Wpierw w McDonald'sie gdy zobaczyła jego bardziej ludzką stronę. Miał w sobie więcej wątpliwości, niż był w stanie to przyznać. Późniejsze spotkanie w windzie, gdzie temperatura doprowadziła do wrzenia. Ostatnie zdecydowanie najbardziej, bo przestała przed sobą ukrywać własną fascynację mężczyzną.
Jest o czym, Charlie — upomniała go, biorąc głęboki oddech. W głowie kazała samej sobie brać wdechy i wydechy. Przy Marshallu powoli zapominała o tym. Wdech, wydech Ivy. Jego bliskość powodowała, że oszalała — bez Ciebie straciłabym zmysły — ale przy nim robiła to jeszcze bardziej. Ivy Harrison, poukładana rezydentka chirurgii pierwszego roku. Jeszcze przed wyborem specjalizacji. Miała własne zasady. Jedną z nich był zakaz spoufalania się z rodzinami pacjentów. Złamała go. Kolejne łamała z każdym spotkaniem, a choć chciałaby móc udawać, że... on się dla niej nie liczy, to gdy go potrzebuje, odnajduje ją. Tego nie była w stanie wyrównać ciasteczkami. Po prostu nie.
Mrugnęła kilka razy oczyma. Zadzwonić? To brzmiało irracjonalnie. Gdyby tu nie przyszła, nikt z wielkiej korporacji nie przejąłby się jej telefonem. Ważyły się tu sprawy ważniejsze niż ciasteczka. Co gorsze, nie chciała pozwolić sobie samej na przekroczenie granicy w szpitalu. Jego teren... bardziej ją skusił, ciekawiło ją, jak zachowuje się poza szpitalnymi korytarzami.
Skąd miałabym mieć twój numer? — zapytała niemalże od razu, po czym przechyliła głowę — no dobrze... — mruknęła ciut nerwowo, a z kieszeni spodni wyjęła swój telefon. Odblokowała go. Na tapecie miała swojego ulubionego pokemona z dzieciństwa. Eevee. Gdy to zobaczyła, lekko się speszyła. No tak, wielki dzieciuch ze mnie — w końcu przyjaciele mają swoje numery, prawda? — podała mu ten telefon i zaraz odwróciła wzrok, przegryzając dolną wargę. Co on sobie o niej pomyśli? Ivy Harrison największy dzieciuch. Przynosi ciasteczka, ma tapetę z pokemonem. Z taką kobietą nikt poważny nie powinien się zdawać.
Sięgnęła dłonią po telefon i przez chwilę zastanawiała się, czy to już udar. Serce zabiło jej zdecydowanie zbyt mocno. Szybko cofnęła rękę, kiedy zdała sobie sprawę... że chciałaby go trzymać za dłoń. Znowu pojechać razem do McDonald's. Dzielić się frytkami, albo pojechać gdzieś, gdzie jest ciepło, by... zjeść razem spaghetti z jednego talerza, prawie jak w zakochanym kundlu.
Nie wypominaj mi tak tego, Charlie — mruknęła, nadymając delikatnie oba policzki. Cała ta sytuacja, jego gabinet wydawał się ją przytłoczyć. To sterylne wręcz pomieszczenie w niczym nie przypominało szpitala, ale dla niej było surowsze niż sala operacyjna — bo usunę twój numer i nie puszczę głuchacza — dodała, słysząc o tej determinacji. Tylko Ivy była głupiutka, niemalże w tej samej chwili zadzwoniła do niego i zaraz się rozłączyła. Przypieczętowała własny los. Pierwszy raz mogli się ze sobą komunikować poza szpitalnym korytarzem.
Dobrze, napijemy się kawy i porozmawiamy — kiwnęła krótko głowa. Trzydzieści minut. W ich trakcie wiele mogło się zadziać. Mieli ze sobą zdecydowanie zbyt wiele czasu. Za dużo, a ona mimo to siedziała jak zahipnotyzowana na tej kanapie.
Tak, zdecydowanie sporo większy — stwierdziła, przyglądając się jeszcze raz całemu pomieszczeniu. Niektórzy mieli większe tarasy od jej mieszkania, ludzie mieścili się w klitkach, a niektórzy żyli jak bogole. Teraz czuła jeszcze większy dysonans, a pogłębił się on, gdy usłyszała kolejne jeszcze, tym razem nie we własnej głowie, a w słowach Marshalla — i raczej nie zaproszę, bo mieszkam z Dante — właśnie Ivy, pamiętaj o Dante. Kochany chłopak, który dałby się za Ciebie pokroić. Czasem się kłócicie, często musisz kupować talerze, ale to dobry chłopak, prawda? Prawda. Mimo to powiedziała coś, czego nie powinna — chociaż go w większości nie ma, bo imprezuje i sprowadza na siebie kłopoty ale cię kocha Ivy, powtarzała we własnej głowie. Tylko kiedy uniosła wzrok i spojrzała w oczy Charliego, przestała myśleć. Nic nie mówiła, czując narastające napięcie.
Jest przepiękny... — powiedziała, cały czas wpatrując się w jego tęczówki. Widok, jak widok. Za to ten brąz... Świat przestał dla niej istnieć i aż wzdrygnęła się, kiedy otworzył słoik. No tak, kawa oraz ciastka. Tym mieli się zająć.
Ale to ty powinieneś zjeść pierwszy... — mruknęła cicho, przełykając nerwowo ślinę — nie mów do mnie po nazwisku, panie Marshall — dodała zaraz lekko zadziornie. Przesunęła się o ten jeden centymetr dzielący ich nogi. Przyjaźń, tak? Od kiedy przyjaciele karmili się ciasteczkami? Mi to zbliżyła się jeszcze bliżej, by ugryźć czekoladowe ciasteczko i zaraz chwyciła się za usta, czując, jak okruszki spadają na jej sukienkę.
To teraz ty zjesz, Charlie — zaraz sięgnęła po ciasteczko, czekając, aż zbliży się do niej jeszcze bliżej. Chciała móc poczuć jego dotyk, oddech na własnym ciele... znaczy co? Nie, Ivy zdecydowanie nie myślała o tym. Aż odchrząknęła, czując niezręczną atmosferę — powiedz, czy Ci smakuje, dobrze? — mówiła o ciasteczku czy o własnych ustach? Mimowolnie przegryzła dolną wargę, mieli się przyjaźnić, ale on działał na nią silniej niż ktokolwiek inny.

cookie

: śr lut 25, 2026 10:37 pm
autor: Charlie Marshall
Kim była dla Charliego Ivy Harrison? Odpowiedź na to pytanie była prosta. Była cholernie atrakcyjną blondynką o błękitnych oczach, która z każdym kolejnym spotkaniem coraz skuteczniej topiła jego własne zasady. To właśnie ona sprawiała, że granica przyzwoitości, której tak kurczowo się trzymał, przesuwała się z każdym jej oddechem, aż w końcu niemal całkowicie rozpływała się pod wpływem zapachu jej perfum i... świeżych ciastek. Jest o czym, Charlie. Nie, nie było o czym. Bez Ciebie straciłabym zmysły. Właściwie to... - Powiedziałbym, że to raczej ja przez ciebie tracę zmysły - odrzekł poważnym tonem, zanim w ogóle zdążył zastanowić się nad odpowiedzią. Utkwił w niej swoje brązowe oczy i przechylił głowę na bok. Nie podobało mu się, że przy Ivy słowo kontrola przestawało istnieć w jego słowniku. Normalnie nigdy nie pozwoliłby sobie na taką szczerość, a na pewno nie z tą blondynką, z którą rozmawiał zaledwie kilka razy... A jednak... słowa same opuściły jego usta, zanim zdążył przefiltrować je przez swój chłodny rozsądek. Cholera. - Działasz na mnie w sposób, który... A, nieważne. Zapomnij o tym - urwał. Przed chwilą jej obiecał, tak? Mieli zostać przyjaciółmi, jakkolwiek śmiesznie by to nie brzmiało. Próbował odzyskać rezon i wycofać się na bezpieczną pozycję, ale było już za późno - słowa zawisły w powietrzu między nimi. Patrzył w ciszy, jak Ivy wyjmuje telefon z tym nieszczęsnym pokemonem na tapecie i poczuł, jak resztki jego powagi ostatecznie kapitulują i skutecznie odwracają uwagę od jego słów. Gdyby to była jakakolwiek inna kobieta, prawdopodobnie uznałby tapetę za infantylną, ale u Ivy? U Ivy było to rozbrajające i sprawiało, że miał ochotę porzucić całe swoje dotychczasowe życie i wszystkie zobowiązania, byle tylko móc dłużej patrzeć w błękitne oczy uktwione w pokemonowej tapecie. No ale nie byłby sobą, gdyby nie skomentował tej tapety, okej? - Nosisz w kieszeni pokemony? - zaśmiał się. - Planujesz mnie zaraz złapać do jednej z tych biało-czerwonych kulek i schować w szufladzie? - dodał, nie mogąc powstrzymać zawadiackiego uśmiechu. Jak głupio zabrzmiałoby, gdyby powiedział, że chciałby być złapanym przez Ivy Harrison pokemonem? Bardzo głupio, prawda? Pewnie na tyle głupio, że Marshall przez ułamek sekundy poczułby wdzięczność, że nikt nie potrafił czytać mu w myślach, prawda? Wracając jednak do tematu - dysonans poznawczy wył mu w głowie alarmem, gdy poczuł wibrację własnego telefonu po jej strzałce. Nie wypominaj mi tak tego, Charlie. Bo usunę twój numer i nie puszczę głuchacza. Była naprawdę urocza, prawda? Naiwna i urocza. Dlaczego tak bardzo mu się to podobało? - Teraz już nie masz odwrotu. Jeśli usuniesz mój numer, ja i tak będę miał twój. To ja tu jestem rekruterem, pamiętasz? - mruknął, wyciągając telefon, by zerknąć na wyświetlacz. Zobaczył nieznany numer, który zaraz miał zapisać pod jej imieniem, i przez chwilę po prostu wpatrywał się w ekran. Od teraz nie potrzebowali już przypadkowych spotkań w szpitalu albo... wkradania się do jego firmy pod pretekstem rozmowy rekrutacyjnej. Wystarczyło jedno kliknięcie na telefonie. A chwilę później poczuł znajome, nieprzyjemne ukłucie w żołądku. Dante. A więc tak nazywał się ten gość? Ten sam, który najwyraźniej traktował obecność takiej kobiety jak Ivy jako oczywistość, podczas gdy Charles musiał walczyć ze sobą o każdą sekundę jej uwagi? Imprezy? Kłopoty? Charlie skrzywił się nieznacznie. Facet - Dante - miał u boku kogoś, kto ratował ludzkie życie, a on jedyne, co potrafił, to imprezowanie i wpadanie w tarapaty? - Dante, tak? - upewnił się, patrząc prosto w jej oczy. - Brzmi jak facet, który ma sporo szczęścia, skoro wciąż pozwalasz mu robić ten bałagan w swoim życiu. Albo po prostu nie wie, co posiada - skomentował, może trochę zbyt odważnie, w końcu kim był Charlie, żeby pouczać Ivy o związkach, ale... - W końcu jesteśmy przyjaciółmi, prawda? Dzielę się swoimi spostrzeżeniami - dodał, zaciskając szczękę. Był hipokrytą. Był ogromnym hipokrytą, i to najgorszego sortu. Nie miał najmniejszego prawa oceniać jej związku, gdy sam posiadał najwspanialszą na świecie narzeczoną, ale przy Ivy hipokryzja smakowała wyjątkowo słodko. Czuł prymitywną potrzebę zdyskredytowania tego całego Dantego, jakby umniejszenie tamtego faceta automatycznie windowało go w górę w rankingu ważności w życiu blondynki. - Zrozumiałem. Nie wproszę się. Na razie - mruknął, kładąc nacisk na ostatnie dwa słowa. Powinien przestać. Powinien zachować dystans godny człowieka, który ma zaplanowany ślub, ale Ivy Harrison działała na niego jak magnes, który przyciągał go do wszystkiego, co zabronione. Chciałoby się powiedzieć "Kurwa" zamiast "Cholera". Kiedy Ivy przysunęła się o ten ostatni centymetr, a ich nogi się zetknęły, Charles poczuł, że krew w jego żyłach zaczyna płynąć szybciej. Każda wzmianka o innym mężczyźnie sprawiała, że miał ochotę zaznaczyć swój teren jeszcze wyraźniej. Nie podobało mu się, że ona o nim myślała, nawet jeśli te myśli były pełne pretensji. Podobało mu się za to, że jadła z jego rąk - i to dosłownie. Zanurzyła zęby w ciastku i zaraz zasłoniła dłonią pełne usta. Sam pomysł poczęstowania jej ciastkiem w ten sposób wydawał mu się niewłaściwy, ale nie sądził, że Ivy ugryzłaby to ciasteczko, więc... gdy już to zrobiła... pozytywnie go zaskoczyła. Po chwili role się odwróciły. To teraz ty zjesz, Charlie. Patrzył, jak podaje mu ciastko, prowokując go tym swoim błękitnym spojrzeniem. To była gra, a Charles, napędzany nagłym przypływem zaborczości i irytacji na myśl o tym, że jakiś "Dante" marnuje jej czas, nie zamierzał brać jeńców. Zamiast sięgnąć ręką po wypiek, ujął jej chłodny nadgarstek. Przyciągnął go do siebie, patrząc jej prosto w oczy, i powoli ugryzł kawałek czekoladowego ciastka, które wciąż trzymała w palcach. Czuł puls bijący w jej nadgarstku. Czuł zapach jej perfum, który mieszał się z aromatem słodyczy. To było w stu procentach niewłaściwe. I intymne. I bezczelne. Dlaczego zachowywał się przy niej jak zupełnie inny człowiek? - Smakuje... jak kłopoty - mruknął z pełnymi ustami, nie puszczając jej ręki. - Najsłodsze kłopoty, w jakie kiedykolwiek się wpakowałem, Ivy - rzekł. Zaraz go olśniło. - Zapomniałem o kawie... - westchnął, dalej trzymając ją za nadgarstek. Kawa. Obiecał jej kawę, a zamiast tego siedział na kanapie, ściskając jej nadgarstek i karmiąc się z nią ciasteczkami, jak by byli jakąś durną parką nastolatków na pierwszej randce. - Właściwie to przy tobie zapominam o połowie rzeczy, które miałem dzisiaj zrobić. To niebezpieczne, Ivy. Bardzo niebezpieczne dla moich wyników kwartalnych - dodał po chwili, uznając zapewne, że nie ma już nic do stracenia. Czuł się tak, jakby był na haju - czuł ten specyficzny rodzaj adrenaliny, który towarzyszył mu tylko przy największych ryzykach biznesowych, a teraz... teraz odczuwał go dlatego, że blondynka siedziała zaledwie centymetr od niego. Chciałby móc zwalić to na cukier w ciasteczkach, ale wiedział, że to kłamstwo. To była ona. Jej bezpośredniość, te durne pokemony i sposób, w jaki patrzyła na niego znad czekoladowego ciastka. - Dalej masz ochotę na kawę? Mogę poprosić Thomasa, żeby ją nam przyniósł - rzucił od niechcenia, bo naprawdę nie chciał, żeby Thomas im w tej chwili przerywał. No i mimowolnie zaczął kreślić kółka na jej nadgarstku, który dalej trzymał w dłoni, jako naprawdę oddany przyjaciel.

Ivy Harrison

cookie

: czw lut 26, 2026 12:08 pm
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

Tracił przy niej zmysły... Odbijało się w jej głowie niczym jakaś niezrozumiana mantra. Uniosła delikatnie ku górze oba kąciki ust. Nie wiedziała, w jaki sposób to skomentować. Czuła, jakby w pomieszczeniu nagle zabrakło tlenu, atmosfera robiła się niemalże tak gęsta.
Charlie — wypowiedziała jego imię łamiącym się tonem. Czuł to samo, co ona. Nie miała żadnych wątpliwości, że między nimi zapanowała dość gęsta, wręcz niezrozumiała atmosfera, której chciała się poddać w tym momencie. Nabrała powietrza do płuc, próbując wszystko zrozumieć i poukładać, ale kolejne słowa skutecznie ją z tego wytrąciły. Pragnęła wiedzieć, co dokładnie kryło się w jego myślach, a nawet jak jego ciało zareagowałoby na to jej tak, zapomnijmy... Przyjaźnimy się, prawda? — granica przyjaźni przesuwała się wraz z każdym słowem. Ten niezrozumiały ton, powrót do dawnego rezonu. Przecież oboje byli zajęci, a ona kochała Dante i nie miała żadnych wątpliwości co do tego.
No... nie w kieszeni — mruknęła lekko speszona jego śmiechem. No tak, co wielki wiceprezes miałby powiedzieć o pokemonach? Ciekawe, czy w ogóle je oglądał i rozumiał siłę przyjaźni, która się w nich pojawiała? Przełknęła mocno własną ślinę, sięgając do torebki — za to przy kluczach od domu już tak — dodała, wyjmując pęk kluczy. Smycz w Eevee, breloczek z eevee i jej rumieńce na policzkach — a chciałbyś zostać złapany? — dopytała, przełykając nerwowo ślinę. Ivy Harrison właśnie doświadczała dysonansu poznawczego, bo... chciałaby móc spędzać więcej czasu z Marshallem, choć doskonale wiedziała, że nie powinna. Zwyczajnie nie — nie mogłabym Cię zabrać twojej narzeczonej... — tym jednym zdaniem chciała zdusić atmosferę. Charlie Marshall był zajęty, tyle sobie powtarzała. Ona też była, a jednak... złapałaby go do swojego pokeballa i wypuściła, dopiero w łóżku. Znaczy co? Ivy o czym ty właśnie myślałaś? Z każdą sekundą miała coraz większe wyrzuty sumienia. Na-rze-czo-na. To spore zobowiązanie, cholernie spore.
Nadęła swoje policzki, przypominając przez moment wściekłego chomiczka. Uroczego chomiczka. Wypuściła je, dopiero kiedy sprzedała mu kuksańca w bok. Nie było odwrotu, co nie znaczyło, że nie mogła robić drobnych kroczków, by cofnąć atmosferę.
I do czego mnie rekrutujesz Charlie? — spytała finalnie Ivy i sama się zaśmiała — na śmiertelną kolację w McDonald'sie? Czy na kontrolowanie stanu twojego zdrowia? — i kiedy tak o tym pomyślała... mogłaby wziąć stetoskop, a on byłby w rozpiętej koszuli, usłyszałaby bicie jego serca. Kontrolowała parametry fizjologiczne... tylko jak sprawdzało się je ustami? Znaczy co? Ivy, cholera, o czym ty teraz myślałaś? Dlaczego te myśli wędrowały gdzieś daleko poza ten gabinet... bo choć ich ciała się stykały kolanami, to dla niej była to niebezpieczna odległość. Zbyt bliska, a jednocześnie za daleka. Miała w sobie zbyt wiele sprzeczności.
Tak — aż cała się wyprostowała, słysząc z ust Marshalla imię Levasseura — Charlie... — zaczęła miękko Harrison, marszcząc przy tym brwi. Tylko tyle wydobyło się z jej ust? Musiała go ochronić, to była jedyna myśl, tętniąca w jej głowie — wysuwasz bardzo pochopne wnioski, nic o nas nie wiedząc — stwierdziła dość twardym jak na nią głowę, wzdychając ciężko — po prostu czekam, aż i on dorośnie — westchnęła ciężko — beze mnie na pewno coś, by mu się stało — nie wiedziała, czemu to powiedziała. Prawdą było, że przy Dante trzymało ją dziwne uczucie powinności. Potrafili się kłócić, niszczyć wszystko na własnej drodze, a jednocześnie nie była w stanie pozbyć się z życia uczucia adrenaliny, którą ją oferował. Co gorsze, bała się, co byłby w stanie zrobić, gdyby faktycznie nie było jej przy nim...
Czemu mnie prowokujesz? — spytała, sprzedając mu drugiego kuksańca — prędzej dostałbyś klaustrofobii, panie Marshall — specjalnie to zaznaczyła. Żyli w innych światach, bałaby się zobaczyć, jak wygląda jego... rezydencja? apartament? willa? Nie potrafiłaby wyobrazić sobie wiceprezesa, wchodzącego do mieszkania po melanżu Dante wraz z biegającym Murphy'm dookoła nich.
Kłopoty. To były naprawdę słodkie kłopoty. Serce biło jej zbyt szybko, a on na pewno czuł to na jej nadgarstku. Przełknęła nerwowo ślinę, a wzrok padł na jego usta. Nie była w stanie się powstrzymać od patrzenia na nie. Nabrała głębokiego oddechu, próbując wszystko sobie uporządkować w głowie. Tylko nie była w stanie. Widziała przed sobą migawki. Charlie w biurze. Charlie rozpinający koszulę w gabinecie lekarskim. Charlie w nieskazitelnej białej pościeli, czystej. Nie to co myśli Ivy. Przełknęła nerwowo ślinę, zatrzymując na moment oddech.
Nie musimy pić kawy — wydukała z siebie, przegryzając dolną wargę. Nie chciała, by ktokolwiek im przerywał. Zamiast tego wpatrywała się w niego bez słowa, skupiając się tylko na nadgarstku... — możesz mnie puścić, Charlie? — wiele odwagi potrzebowała, by zadać to pytanie. Kiedy tylko ją puścił, odsunęła się od niego. Potrzebowała spokoju, chwili bez patrzenia na Charliego. Każda komórka ciała jej wariowała, bo to... nie była przyjaźń.
Musiała odetchnąć, bo to jednak był błąd. Wstała nerwowo z tej kanapy, potrzebowała rozchodzić to, co działo się wewnątrz niej.
To co robisz w tym wielkim biurze? — spytała, rozglądając się po wnętrzu i przez chwilę stała do niego plecami — bo nie sądzę, że jesz ciasteczka — parsknęła krótko pod nosem, a później zrobiła kilka kroków w stronę. Zatrzymała się dopiero przed nim. Zapadła niezręczna cisza, bo Ivy nie wiedziała, co powiedzieć. Znaczy wiedziała, ale bała się mówić głośno.
Zabrzmię co najmniej jak największa idiotka na całym świecie — zaczęła, odwracając się do Charliego z powrotem — ale naprawdę uwielbiam ten widok — dodała, znów patrząc na panoramę. Na niej łatwiej było się jej skupić. Wdech, wydech. Skupmy się na szczegółach, to sobie mówiła. Szczegóły — na jeziorze brakuje tylko statków... — rzuciła, pokazując palcem na jezioro Ontario. Wielkie, piękne, a jego tafla mimo chłodnej pogody miała urok, pewną tajemnicę — pływałeś kiedyś? Ja chciałam, tylko nigdy nie było nas stać na wycieczkę... — fakty, skupmy się na faktach Ivy. Charlie jest twoim przyjacielem. Opowiadanie o życiu było w zakresie przyjaźni — nawet na studiach nigdzie nie wyjeżdżałam. Praca, studia i imprezy, a teraz szpital... — zacięła się przez moment, wracając wzrokiem do Marshalla — a woda jest... — nie była pewna, czy mówiła o wodzie, czy o kimś innym — fascynująca — dodała finalnie, z powrotem odwracając głowę w stronę jeziora. Widok. Na nim mogła się skupić, próbowała, choć na nadgarstku dalej czuła dotyk Charliego.

cookie

: pt lut 27, 2026 10:48 am
autor: Charlie Marshall
Przyjaźń? Czy przyjaciele czują elektryzujące napięcie, które sprawia, że powietrze w gabinecie staje się gęste jak smoła? Czy przyjaciele marzą o tym, by czas stanął w miejscu, ignorując dzwoniące telefony i czekające w domu narzeczone? Charlie czuł, jak każda komórka jego ciała protestuje przeciwko tej definicji, ale jako człowiek honoru (lub po prostu jako tchórz, który nie potrafił zburzyć swojego idealnego życia) musiał chwycić się tej brzytwy. - Oczywiście, że się przyjaźnimy, Ivy - potwierdził. Charles patrzył na pęk kluczy, który wyciągnęła, a widok uroczej Eevee dyndającej przy jej palcach wywołał u niego kolejny szczery uśmiech. Ivy Harrison, rezydentka chirurgii, i jej animowane breloczki. A chciałbyś zostać złapany? Gdy zadała to pytanie, zawiesił na niej wzrok, a w jego brązowych oczach błysnęła niebezpieczna iskra. - Mógłbym rozważyć tę możliwość - rzekł powoli, w zamyśleniu przejeżdżając dłonią po żuchwie. O tak, zdecydowanie chciałby dać się jej złapać. Oczami wyobraźni widział Ivy wyginającą się w łuk na biurku obok. Widział ją na kanapie, tej samej, na której teraz siedzieli, pozbawioną marynarki. Widział też, jak zaborczo obdarowywał jej szyję pocałunkami, opierając ją o regał z dokumentami znajdujący za biurkiem... Jednak to była tylko jego wyobraźnia, w którą brutalnie wdarły się kolejne słowa Ivy i ostatecznie zdusiły jego brudne myśli. Nie mogłabym Cię zabrać twojej narzeczonej. Narzeczonej? Blair? Uśmiech zniknął z jego twarzy. Fakt, że odważyła się wypowiedzieć te słowa na głos, zburzył jego spokój i urzeczywistnił sytuację, w jakiej oboje się teraz znajdowali. Wcześniej spychał tę świadomość gdzieś w zakamarki swojego umysłu, ale teraz? Teraz nie mógł tego zignorować ani przemilczeć. Lojalność wobec Blair ścierała się z fascynacją dotyczącej kobiety, które siedziała obok niego. Zacisnął szczękę - jej słowa były proste, a jednocześnie tak cholernie trudne, że… Cholera. Dysonans między tym, co myślał o Dante, a tym, kim była dla niego Blair, narastał. Dante był dla niego nikim - chaotycznym chłopakiem z problemami. Ale Blair? Blair była kobietą, której obiecał lojalność, która pasowała do jego świata każdym gestem i każdą decyzją, nigdy nie pozwoliłby sobie na powiedzenie o niej złego słowa, a fakt, że Ivy w ogóle o niej wspomniała, sprawił, że poczuł jeszcze większe wyrzuty sumienia niż wcześniej. Blair... nie zasługiwała na to wszystko. - Nikt nie jest w stanie mnie nikomu zabrać, Ivy. Nie jestem rzeczą, którą można sobie przestawiać z miejsca na miejsce - odrzekł chłodno i stanowczo, choć w głębi duszy wciąż czuł chaos. Nie mógłby powiedzieć o Blair niczego złego. Była idealna, była jego wyborem i częścią planu, który realizował od lat, ale to właśnie było najgorsze - Blair była planem, a Ivy... Ivy była czymś, czego nie przewidział. Wstał z kanapy, bo bliskość Ivy stawała się nie do zniesienia - zresztą i tak poprosiła, żeby puścił jej dłoń, co zrobił bez chwili wahania. Musiał odzyskać przestrzeń, musiał przestać czuć zapach jej perfum w nozdrzach i musiał odpocząć od tego przenikliwego, błękitnego spojrzenia. Podszedł do okna, splatając dłonie za plecami i patrząc na panoramę Toronto. I do czego mnie rekrutujesz Charlie? Na śmiertelną kolację w McDonald'sie? Czy na kontrolowanie stanu twojego zdrowia? - Do czego? - powtórzył, siląc się na lekkość, która w tej gęstej atmosferze zabrzmiała wyjątkowo sztywno. - Cóż, biorąc pod uwagę te ciastka i twoją tapetę, rekrutuję cię na stanowisko mojego oficjalnego dostawcy kłopotów - odparł krótko, jednak nie zabrzmiało to na tyle zabawnie, jak chciałby, żeby zabrzmiało. Dalej był wytrącony z równowagi i dalej myśli szalały w jego głowie. Jakby tego było mało, tłumaczenia Ivy dotyczące Dantego tylko go zirytowały, potęgując w nim mieszaninę emocji - złość, zazdrość, wstyd, wyrzuty sumienia, pożądanie… czuł to wszystko w jednej chwili. Czekała, aż Dante dorośnie? Bez niej coś by mu się stało? Oj, ego Charliego zapiekło. Spojrzał na Ivy, a jego brązowe oczy, zazwyczaj tak opanowane, teraz wręcz płonęły. Nie podobało mu się to, co słyszał. To wszystko brzmiało dla niego jak toksyczna pułapka, w której Ivy dała się zamknąć na własne życzenie. - Więc nie jesteś jego dziewczyną, tylko jego opiekunką? - uciął krótko, brutalnie. Irytowało go, że ona marnowała swoją energię na kogoś takiego, podczas gdy on... on, Charlie, był w stanie zaoferować jej cały świat, gdyby nie fakt, że ten świat był już obiecany komuś innemu. To co robisz w tym wielkim biurze? - Pracuję, panno Harrison - powiedział, a jej nazwisko wybrzmiało między nimi jak rzucona rękawica. Dalej czuł tę plątaninę emocji pod skórą. Czuł irytację na Dantego, narastającą presję na myśl o Blair i… obezwładniający zapach ciastek, który teraz kojarzył mu się już tylko z Ivy. Poza tym, skoro Ivy bez krępacji nazywała go panem Marshallem, może i on powinien wrócić do formalności? Tylko dlaczego, do cholery, w jego głowie panna Harrison brzmiało bardziej jak wyznanie niż formalność? Pływałeś kiedyś? Kiedy go o to zapytała, nie odpowiedział od razu. Zamiast tego podszedł do niej, ale tym razem oparł się o tył kanapy, zamiast siadać obok blondynki. Zerknął na jej profil, na ten zadarty nosek, luźne kosmyki okalające twarz i pełne usta, a potem przeniósł wzrok na taflę Ontario, która z tej wysokości wydawała się tylko nieruchomą, stalową plamą. - Pływałem - potwierdził jednym słowem, lustrując wzrokiem taflę wody. Jeśli liczyła na to, że rozwinie wypowiedź, to... była w błędzie. Nie miał nastroju na pogaduszki o niczym. Przeniósł na nią wzrok - Ivy patrzyła na panoramę i plotła trzy po trzy, jakby chciała odwrócić jego uwagę od innego tematu, który przed chwilą poruszyli. Ale... Nie było jej stać na wycieczkę? To wyzwanie uświadomiło mu, że podczas gdy on kolekcjonował luksusowe wspomnienia, ona… kolekcjonowała marzenia. Naprawdę mógł sobie pozwolić na więcej niż inni ludzie, czasem o tym zapominał. Zresztą, przecież w podobnym do swojego towarzystwie się obracał - nic więc dziwnego, że życie zwykłych śmiertelników robiło na nim wrażenie. Przestał zaciskać szczękę i trochę się rozluźnił. - Wiesz... - zaczął, już mniej sztywno niż wcześniej. - Może chciałabyś się tam kiedyś wybrać? Ze mną. Tylko my i woda- skwitował i uśmiechnął się pod nosem. To był idealny czas na to, aby zagrać jego ulubioną kartę pułapkę. - Tak robią przyjaciele, prawda, Ivy? - rzekł, akcentując wiadome słowo i rzucił jej wręcz maślane spojrzenie, jakby chciał ją wybłagać, aby wybrała się z nim na żagle albo jachty. To była propozycja, która nie miała prawa paść. Przyjaciele? Być może, ale oboje wiedzieli, że żaden przyjaciel nie patrzył na drugą osobę w taki sposób, w jaki on patrzył teraz na nią. No ale… naprawdę chciał pokazać jej te wszystkie statki. Chciał zobaczyć jej minę, gdy poczułaby wiatr na twarzy na samym środku jeziora, z dala od… wszystkich innych ludzi. Na przykład Dantego. I Blair. Zapadła cisza. Charlie westchnął. Blair. Musiał to powiedzieć, bo ta myśl uwierała go od środka i wracała jak bumerang. Wiedział, że to ostatecznie popsuje atmosferę między nimi (albo wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej ją podgrzeje, o ile to było możliwe), ale… no... chciał to powiedzieć. - Nie mogłabyś mnie jej zabrać - powiedział powoli, wracając do jej wcześniejszych słów. Atmosfera w pokoju stała się ciężka jak ołów, ale chciał wyklarować sytuację. - Ale sprawiasz, że zaczynam się zastanawiać, czy to, co ona mi oferuje, jest tym, czego ja naprawdę potrzebuję - zakończył. Rzucił ostatnie spojrzenie na jezioro, po czym przeszedł kilka kroków dzielących go od biurka. Oparł się o blat i skrzyżował ręce na piersi. Nie powinien tego mówić, wiedział to doskonale. Jednak… cóż, Ivy Harrison mogłaby być jedyną kobietą w jego życiu, wobec której mógłby być stuprocentowo szczery, prawda?

Ivy Harrison

cookie

: pt lut 27, 2026 3:18 pm
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

Jak powinna brzmieć definicja przyjaźni? Słownikowo definiowana jest jako więź emocjonalną między ludźmi opartą na życzliwości, szczerości, zaufaniu i lojalności. Niektóre związki były budowane przede wszystkim na przyjaźni. To wszystko wiedziała Ivy. Tylko im dłużej wpatrywała się w oczy Charliego, tym bardziej zastanawiała się, czy to w ogóle można by nazwać jakąkolwiek przyjaźnią. Zwłaszcza że im dłużej rozmawiali, tym bardziej jej myśli się plątały.
Wiesz, jest tylko problem... — zaczęła Ivy, unosząc kąciki ust — nie chciałabym Cię trzymać w pokeball'u — niemalże czuła jak rumieńce zaczynały pojawiać się na jej twarzy. Ani na sekundę nie odrywała swoich błękitnych oczu od Marshalla. Kiedy się w niego wpatrywała, czuła to przedziwne, wręcz irracjonalne uczucie, którego nie była w stanie znieść. W jego oczach odnajdywała spokój, coś o co wręcz chciałaby zawalczyć. Puścić wolno, bo w uwięzi... widziała cierpienie. Czasami oczami wyobraźni Charlie przypominał jej ptaszka w złotej klatce.
Tylko zapadająca między nimi atmosfera, zrobiła się wręcz za bardzo gęsto. Widziała, że coś się zmieniło. Oboje byli zajęci. Jednak jednego nie byłaby w stanie zrobić Ivy, nie chciała znowu przekraczać magicznej granicy fizyczności, nawet jeśli Marshall był tak bardzo na wyciągnięcie jej ręki. Cholera, musiała rozładować to napięcie.
Jakbyś był pokemonem, złapanym do pokeball'a, to przecież bym Cię zabrała i nosiła w plecaku, lub w kieszeni — powiedziała półserio, półżartem, uśmiechając się nerwowo. Wręcz niezdarnie. Niejednoznaczna atmosfera była dla niej niezrozumiała. Jeszcze niedawno żartowali o pokemonach, o przyjaźni, a czas nagle prysł. Ivy kilka razy zamrugała, przechylając głowę. Im dłużej ta rozmowa się toczyła, tym bardziej nie potrafiła w nią uwierzyć.
To chyba powinnam dostać zwolnienie, albo złożyć wypowiedzenie, bo nie chcę sprowadzać żadnych kłopotów — zaraz wytknęła mu język. Ivy Harrison nigdy nikomu źle nie życzyła. Widząc pacjentów, życzyła im szybkiego powrotu do zdrowia. W ogóle nie liczyły się dla niej trudne i skomplikowane operacje. Dobra, skłamałabym, gdybym napisała w ten sposób. Lubiła je, ale doskonale wiedziała, że za nimi mogła się czaić ludzka tragedia. Podobnie jak w tym przypadku.
Wzdrygnęła się delikatnie, słysząc jego ton. Nie spodziewałaby się po Charlim tak dosadnego tonu. Może wręcz się go przestraszyła? Cała się wyprostowała. Wcale nie była opiekunką, ale im dłużej wybrzmiewało to w jej głowie, tym dosadniej zdawała sobie sprawę, że mógł mieć rację.
Charlie... jestem jego dziewczyną — mruknęła finalnie pod nosem, spuszczając wzrok — może źle to ujęłam i tyle — dodała po krótkiej chwili, zaciskając dłonie na kolanach. Jakby to miało ją opanować przed pędzącymi myślami. Szczerze nie wiedziała, jak powinna postąpić w tej sytuacji. Tyle ile słów miała obrony, tak za każdym razem znikały. Przypomniała sobie o Murphym, wspólnym psie, który to głównie ona się zajmowała. Pamiętała melanże, do których wracała po szesnastogodzinnym dyżurze, czy nawet kłótnie o najprostszą głupotę jak wybór filmu. Wszystko zmieniało się drastycznie w kłótnię wszech czasów.
Co oznacza praca na takim stanowisku? — zagadnęła, próbując ratować sytuację — lekarz leczy, a wiceprezes? — na pewno nie prezesuje, hehe. Westchnęła cicho, nie licząc na jego odpowiedź. Im dłużej trwała ta rozmowa, tym bardziej atmosfera robiła się gęsta.
Pływał. Ona na to lekko skinęła głową. Okej, czyli już nawet rozmowa przestała się im kleić. Nerwowo potakiwała głową, czując się nie na miejscu. W jakim wymiarze biedna rezydentka chirurgii siedziałaby w wielkim gabinecie wiceprezesa, dodatkowo próbując rozluźnić całą atmosferę. Nigdy nie lubiła ciszy. Z Dante ona nie istniała. Albo go nie było, albo był krzyk. Za to tu czuła się wręcz niezręcznie. Zwłaszcza słysząc jego propozycję, przechyliła delikatnie głowę. Szybko wykonała szybki rachunek strat i zysków. Tam by się uśmiechnął, prawda?
Jako przyjaciele... — zaczęła Ivy, czując jak wahanie się rośnie z każdym wypowiadanym słowem — moglibyśmy razem wybrać się na jezioro Ontario my i woda. Tyle naprawdę by jej wystarczyło — tylko obawiam się, że słaby ze mnie towarzysz do żeglowania — podobno trzeba było trzymać ster, rozwijać żagle, trzymać liny i wykonywać węzły. Na niczym się nie znała. Za to mogłaby poznać Charliego. Znaczy co. Nie, nie oto chodziło. Mogłaby poznać tajniki żeglugi wraz z przyjacielem.
I znów cisza...
Kolejne słowa niczego jej nie ułatwiły. W pierwszym momencie czuła, że chce uciec. Zamiast tego wstała z kanapy i powoli powędrowała przed Charliego. W obcasach różnica wzrostu dalej ją zaskakiwała, ale potrzebowała zajrzeć w jego brązowe tęczówki. Znaleźć w nich odpowiedź. Nikomu nikogo nie chciała zabierać, ale... chciałaby móc oglądać jego uśmiech.
Przecież nawet nie chcę, Charlie — zaczęła powoli Harrison, kładąc mu dłoń na ramieniu. Zwykły przyjacielski gest. Delikatnie go po nim głaskała — a czego potrzebujesz Charlie? — nie powinna pytać, ale chciała. Wręcz potrzebowała wiedzieć, co od życia chciał Marshall, by poczuć się szczęśliwy. Najgorsze było jednak to, że przez myśl jej przechodziło jedno. Naprawdę chciała go uszczęśliwić. Pewnie dlatego nerwowo zakaszlała.
Wiesz, z taką poważną miną Ci totalnie nie do twarzy — zaśmiała się uroczo, zakładając samej sobie niesforny kosmyk włosów za ucho — Charlie Marshallu, uśmiechniesz się za — i zaraz na jej twarzy pojawił się piękny uśmiech — pięć... — do góry wyciągnęła dłoń, pokazując pięć palców — cztery... — schowała pierwszy z nich — trzy... — kolejny — dwa... — a teraz czekała już tylko na jego uśmiech, stając na palcach, by zobaczyć go z bliska.

cookie

: sob lut 28, 2026 10:29 pm
autor: Charlie Marshall
Jakbyś był pokemonem, złapanym do pokeball'a, to przecież bym Cię zabrała i nosiła w plecaku, lub w kieszeni. Uniósł do góry jedną brew, a jego oczach pojawił się niebezpieczny błysk. Wstyd się przyznać, ale wizja bycia "noszonym w kieszeni" przez kogoś takiego jak Ivy, była dziwnie... kusząca, zwłaszcza gdy nie mógł oderwać wzroku od jej seksownej sukienki i szpilek. Cholera. - Muszę cię uprzedzić, że niełatwo mnie oswoić - zażartował. Charlie widział jej nerwowy uśmiech i rumieńce, które sprawiały, że wyglądała jeszcze bardziej bezbronnie. Chciał skrócić dystans, ale jednocześnie bał się tego, co mogłoby się stać, gdyby to zrobił - i chyba właśnie dlatego tego nie zrobił. To chyba powinnam dostać zwolnienie, albo złożyć wypowiedzenie, bo nie chcę sprowadzać żadnych kłopotów. Szkopuł w tym, że sprowadzili na siebie kłopoty już pierwszego dnia, gdy się zobaczyli. Tam, na szpitalnym korytarzu, gdy spojrzał w jej błękitne oczy i zburzyła cały jego uporządkowany świat. - Jako twój szef, oficjalnie odrzucam każdą taką prośbę. Jesteś zbyt cenna dla firmy - podjął negocjacje, śmiejąc się pod nosem, gdy dostrzegł jej wypięty język. Zachowywała się jak mała dziewczynka, a te drobne, niesforne gesty sprawiały, że czuł się młodszy o dziesięć lat. Ivy wnosiła do jego życia niespotykaną dotąd świeżość i brak... sztuczności, z którą on musiał zmagać się na co dzień. Każda inna kobieta w tym budynku starała się mu zaimponować, każda ważyła słowa i dopracowywała makijaż, by pasować do standardów Northland Power. Ivy natomiast po prostu była - ze swoimi pokemonami, ciasteczkami i szczerością. Chyba już powinien przestać porównywać ją do innych kobiet i po prostu zaakceptować fakt, że była jedyną kobietą w swoim rodzaju. Zwłaszcza teraz, gdy broniła Dantego za wszelką cenę. Charlie... jestem jego dziewczyną. Może źle to ujęłam i tyle. Charles na moment zamarł z ręką wspartą o krawędź biurka. Słowo dziewczyna wybrzmiało w ciszy gabinetu wyjątkowo głucho, jakby zupełnie tu nie pasowało (bo nie pasowało, to był jego gabinet i tyle, nie podobało mu się to). Widok Ivy ze spuszczonym wzrokiem, mruczącej te słowa pod nosem, sprawił, że poczuł nagłą falę irytacji - nie na nią, a na ten cały absurdalny układ, w którym tkwiła. Fakt, że należała do kogoś takiego jak Dante - faceta, który zamiast ją wspierać, zmuszał ją do bycia swoją opiekunką - budził w nim złość. - Nazywaj to jak chcesz, ale dla mnie to po prostu smutne, że kobieta o twoim potencjale uważa, że jej rolą jest niańczenie jakiegokolwiek dorosłego faceta - wzruszył ramionami, a w jego głosie mogła usłyszeć gorycz, chyba pierwszy raz, odkąd rozmawiali. Wiedział, że nie powinien się wtrącać, naprawdę, ale to było silniejsze od niego. Co on w zasadzie wyrabiał? Dał się wytrącić z równowagi przez fakt, że Ivy Harrison miała partnera i chciała o niego dbać? Kolejne słowa Ivy wcale nie pomogły. Co oznacza praca na takim stanowisku? Lekarz leczy, a wiceprezes? Nagła zmiana tematu miała załagodzić sytuację, ale zamiast tego Charlie zirytował się jeszcze bardziej - nie z powodu samego pytania, ale z faktu, że Ivy poczuła dyskomfort w jego towarzystwie. Niepotrzebnie wtrącał się w jej życie prywatne. Nie powinien komentować czynów jej chłopaka. Nie powinno go to nawet interesować. Dlaczego więc tak cholernie irytowała go jej sytuacja? - Zarządzam ryzykiem, podpisuję dokumenty, analizuję raporty finansowe i podejmuję decyzje, na które inni nie mają odwagi - zaczął wyliczać, odpowiadając na jej pytanie. - I na pewno nie rekrutuję pracowników osobiście. Od tego mam cały dział HR - uśmiechnął się pod nosem, powoli odsuwając emocje na bok - wracał profesjonalizm. A przynajmniej wróciłby, gdyby Ivy nie wstała z kanapy i nie ruszyła w jego stronę. Znowu była tak cholernie blisko, że czuł zapach jej perfum i szamponu. No i znów tracił rozsądek. Przecież nawet nie chcę, Charlie. A czego potrzebujesz, Charlie? Gdy położyła mu dłoń na ramieniu, znieruchomiał. Spojrzał na jej dłoń, potem prosto w jej oczy - jego własne pociemniały od emocji, których nie powinien czuć, będąc narzeczonym Blair. Przyjaciele... Tak, jasne. Charles milczał przez długą chwilę, pozwalając, by jej dłoń spoczywała na jego ramieniu. Ten delikatny ruch jej palców działał na niego silniej niż najmocniejsza whisky. Przełknął ślinę, a jego dłoń powędrowała w górę, jakby wbrew jego woli, i zatrzymała się tuż przy jej twarzy, ledwie muskając zbłąkany kosmyk włosów. Czego potrzebujesz, Charlie? To jedno zdanie odbijało się echem w jego głowie. Odpowiedź pojawiła się sama. - Ciebie. Potrzebuję ciebie - rzekł spokojnie. - I tego, jak na mnie patrzysz - dodał. Jego dłoń powędrowała wyżej, aż opuszki jego palców spoczęły na jej podbródku. Delikatnie uniósł jej twarz, zmuszając, by nie przestawała patrzeć mu w oczy. Przez sekundę jego wzrok uciekł na jej usta - różowe, uśmiechnięte, tak blisko jego własnych. Wiesz, z taką poważną miną Ci totalnie nie do twarzy. Czuł jej oddech na swojej skórze i wiedział, że wystarczy jeden ruch, by złamać każdą obietnicę daną Blair. Uśmiechniesz się za... Cztery... Trzy... Dwa... Jednak... przecież on i Ivy byli przyjaciółmi. Przyjaciele się nie całowali. Zamiast tego, gdy Ivy dotarła do jeden, na jego twarzy powoli zaczął pojawiać się uśmiech. - Jeden - powtórzył szeptem, wciąż trzymając jej podbródek. - Wygrałaś, Ivy - dodał, po czym opuścił dłonie i skrzyżował ramiona na piersi. Ten ruch kosztował go bardzo dużo wysiłku i miał nadzieję, że tego nie dostrzegła. Charles odchrząknął znacząco, próbując rozładować gęstą atmosferę. Cholera, od kiedy Ivy weszła do jego gabinetu, miał wrażenie, że w powietrzu ciągle unosiły się iskry. Odwrócił się lekko, by nie patrzeć prosto w jej błękitne oczy, które działały na niego jak magnes. Sięgnął po jedną z teczek na biurku, choć kompletnie nie docierało do niego, co było w niej napisane. Potrzebował po prostu zająć czymś dłonie, by znów nie powędrowały w stronę jej twarzy. - A co do tego Ontario... - rzucił od niechcenia, wertując dokumenty, ale nie będąc w stanie przeczytać żadnych liter. - Teraz jest kiepska pogoda na żagle, poza tym... jako twój przyjaciel, nie mógłbym patrzeć, jak walczysz z linami. Popłyńmy moim jachtem. Dostosuję się do twojego grafiku - zrobił pauzę, a jego spojrzenie na moment spoczęło na jej dłoniach, by po chwili wrócić do jej oczu. Wszystko, co mówił, brzmiało bezpiecznie i uprzejmie. Był najlepszym przyjacielem na świecie. - Tylko uprzedzam, na otwartej wodzie zasięg znika - przesunął kciukiem po krawędzi teczki, nie spuszczając wzroku z jej twarzy i znowu poważniejąc. Przyjaźń. Przyjaźń. Przyjaźń. Pamiętaj o przyjaźni, Charlie.

Ivy Harrison