cookie
: pt lut 20, 2026 12:31 pm
Charlie Marshall
To był błąd. Powtarzała to sobie jak mantrę, idąc w kierunku największych wieżowców w mieście. Co ona właściwie robiła? Ubrana elegancko jak na rozmowę o pracę w szpilach, które uwierały jej stopy i włosami związanymi w koka szła w stronę Northland Power, nie zatrzymując się ani na moment. Choć te kroki były słabe, jakby zdawała sobie sprawę, że popełnia błąd. Nie powinna pojawiać się na jego terytorium, nie powinna patrzeć mu w oczy, a już na pewno nie powinna dawać mu słoika z ciasteczkami, leżącego w jej torebce.
To był błąd. Wybrzmiało po raz kolejny, kiedy znalazła się w budynku. Wielki, nowoczesny i bardziej sterylny niż jakakolwiek sala chirurgiczna. Miała wrażenie, że ludzie w ogóle się nie uśmiechali. Każdy z powagą rozmawiał przez telefon. Nie pasowała tutaj. Z lekko nerwowym uśmiechem trafiła do recepcji. Od jednego człowieka obijała się od kolejnego. Cały czas powtarzając, że przyszła na rozmowę o pracę do Charlesa Marshalla. Nie wiedziała, jak się z nim skontaktować, a chciała mu podziękować. Tylko tyle. Tak sobie wmawiała, nawet jeśli samą siebie podejrzewała o kłamstwo.
Bo to był błąd. Zwłaszcza gdy już pukała do jego gabinetu. Miała wrażenie, jakby wszyscy na nich patrzyli, choć tak nie było. Młoda blondynka o niebieskich oczach mogła trafić w pułapkę wielkiej korporacji. Nie byłaby ani pierwszą, ani ostatnią osobą. Tylko sparaliżowało ją przez jego gabinetem, zwłaszcza kiedy nawiązał z nią kontakt wzrokowy. Wtedy już nie mogła się okłamać, bo zdała sobie sprawę jak wielki był to błąd.
— Dzień dobry Panie Marshall — zaczyna nerwowo Ivy, otwierając drzwi. Po kilku sekundach zamyka je przez przypadek z hukiem i delikatnie się wzdryga. Głowę przechyla delikatnie w tył, marszcząc brwi. Wszyscy na nich patrzyli, a ona stała jak kołek. Nabrała powietrza do płuc, by móc bardziej uspokoić myśli. Wiedziała, po co przyszła — cześć Charlie — poprawia się po chwili, posyłając mu lekki uśmiech. Tylko potem języka zabrakło jej w buzi. Miała mu tyle do powiedzenia, a teraz czuła się sparaliżowana.
— Przepraszam, że nachodzę Cię w pracy. Wiem, że na sto procent jesteś zajęty, ale... — ale co Ivy? Ale musiałaś go zobaczyć. Harrison zawsze mówiła dużo i często się śmiała. Miała ten charakterystyczny błysk w oku, tylko była zbyt na widoku. Jeszcze raz spojrzała do tyłu, a pracownicy Nortland Power cały czas się w nich wpatrywali. Czy wyglądała na klauna? Musiała, bo inaczej by tu nie przyszła, kłamiąc wszystkich, których spotkała.
— Mógłbyś zasłonić widok na nas? — pyta dość cicho, trzeci raz odwracając twarz w stronę pracowników — Wszyscy patrzą, co się dzieje — mruczy pod nosem, a kiedy zasłony zaczynają opadać, ostatni raz w głowie pojawia się jej błąd. Niepewnym krokiem, chwiejąc się na szpilkach, dociera przed jego biurko. Błąd Ivy, uciekaj stąd, krzyczy jej jakiś głosik w jej głowie. Misja była prosta. Zostaw ciasteczka, przeproś, podziękuj i zwiewaj, póki jeszcze możesz.
— Chciałam Cię przeprosić za nasze ostatnie spotkanie — mówi finalnie Ivy, czując jak kamień spada jej z serca. Dawno z takim trudem nie wyszukiwała słów. Wiele miała mu do powiedzenia, ale wszystko brzmiało nieodpowiedzialnie — I wiesz... Chciałam przynieść Ci coś za to, jak się mną zająłeś — zaczyna, mocniej ściskając uchwyt własnej torebki. Dawno nie była w tak niezręcznej sytuacji. Charles Marshall, wielki wiceprezes mógłby mieć wszystko, co chodziło po kuli ziemskiej — tylko ty już wszystko masz — mówi jeszcze ciszej, spuszczając głowę. Mogła tu nie przychodzić, bo jeszcze ją wyśmieje. Jej miłość to maka wyśmiał, przecież to było nieodpowiednie ludzi dla ludzi takich jak on — więc... Stwierdziłam, że zrobię coś, czego na pewno nie jadłeś — dodała finalnie, czując jak żołądek podskakuje jej coraz wyżej. Idiotka, nie powinna tu przychodzić. Mogła wybrać racjonalną drogę tej relacji. Zostać w domu i ani razu nie zobaczyć już Charliego. Tylko wyrzuty sumienia nie pozwoliły na to, by zakończyć ich historię w ten sposób. Tylko o jakiej historii mówimy? Jedno spotkanie w szpitalu, drugie w maku, winda, kosz oraz pożar. Rzadko która dwójka ludzi mogła pochwalić się takim zestawem.
— To słoik z ciasteczkami zrobionymi przeze mnie z przepisu mojej mamy — smak dzieciństwa. W końcu otwiera torbę i wyjmuje z niej wielki słoik obwiązany niebieską wstążką, przypominającą barwę jej oczy. Misja wykonana Ivy.
— To ja już pójdę... — zaraz odwraca się na pięcie, a kiedy chce już chwycić za klamkę, nie daje rady tego zrobić — Charlie... — zawiesza się, by finalnie na nowo się od niego odwrócić. Nie chciała wychodzić. Musiała jeszcze raz spojrzeć mu w oczy, musiała go poznać. Wiedziała to każda najmniejsza komórka jej ciała, nawet ta nieposiadająca jądra komórkowego.
— Wiem, że zabrzmię jak najgorsza idiotka na świecie — zaczyna Ivy, szukając w głowie jakiegokolwiek argumentu, by móc tu zostać na dłużej — ale moglibyśmy się zaprzyjaźnić? — pyta finalnie, czując się jak totalna idiotka. Z pewnością nią była. Kto pyta o takie rzeczy mężczyznę, do którego ma się słabość? Bo zdecydowanie, miała nią. Nawet teraz chciała móc ukryć się w jego ramiona, by móc poczuć się bezpiecznie — Przyjaciele też sprawiają, że pojawia się uśmiech na twarzy, prawda? — mogli też dawać sobie poczucie bezpieczeństwa, rozmawiać, przytulać się... Tylko czy przytulanie Charliego było jakkolwiek odpowiedzialne? Nie myślała o tym, bo chciała móc go poznać bardziej.
To był błąd. Powtarzała to sobie jak mantrę, idąc w kierunku największych wieżowców w mieście. Co ona właściwie robiła? Ubrana elegancko jak na rozmowę o pracę w szpilach, które uwierały jej stopy i włosami związanymi w koka szła w stronę Northland Power, nie zatrzymując się ani na moment. Choć te kroki były słabe, jakby zdawała sobie sprawę, że popełnia błąd. Nie powinna pojawiać się na jego terytorium, nie powinna patrzeć mu w oczy, a już na pewno nie powinna dawać mu słoika z ciasteczkami, leżącego w jej torebce.
To był błąd. Wybrzmiało po raz kolejny, kiedy znalazła się w budynku. Wielki, nowoczesny i bardziej sterylny niż jakakolwiek sala chirurgiczna. Miała wrażenie, że ludzie w ogóle się nie uśmiechali. Każdy z powagą rozmawiał przez telefon. Nie pasowała tutaj. Z lekko nerwowym uśmiechem trafiła do recepcji. Od jednego człowieka obijała się od kolejnego. Cały czas powtarzając, że przyszła na rozmowę o pracę do Charlesa Marshalla. Nie wiedziała, jak się z nim skontaktować, a chciała mu podziękować. Tylko tyle. Tak sobie wmawiała, nawet jeśli samą siebie podejrzewała o kłamstwo.
Bo to był błąd. Zwłaszcza gdy już pukała do jego gabinetu. Miała wrażenie, jakby wszyscy na nich patrzyli, choć tak nie było. Młoda blondynka o niebieskich oczach mogła trafić w pułapkę wielkiej korporacji. Nie byłaby ani pierwszą, ani ostatnią osobą. Tylko sparaliżowało ją przez jego gabinetem, zwłaszcza kiedy nawiązał z nią kontakt wzrokowy. Wtedy już nie mogła się okłamać, bo zdała sobie sprawę jak wielki był to błąd.
— Dzień dobry Panie Marshall — zaczyna nerwowo Ivy, otwierając drzwi. Po kilku sekundach zamyka je przez przypadek z hukiem i delikatnie się wzdryga. Głowę przechyla delikatnie w tył, marszcząc brwi. Wszyscy na nich patrzyli, a ona stała jak kołek. Nabrała powietrza do płuc, by móc bardziej uspokoić myśli. Wiedziała, po co przyszła — cześć Charlie — poprawia się po chwili, posyłając mu lekki uśmiech. Tylko potem języka zabrakło jej w buzi. Miała mu tyle do powiedzenia, a teraz czuła się sparaliżowana.
— Przepraszam, że nachodzę Cię w pracy. Wiem, że na sto procent jesteś zajęty, ale... — ale co Ivy? Ale musiałaś go zobaczyć. Harrison zawsze mówiła dużo i często się śmiała. Miała ten charakterystyczny błysk w oku, tylko była zbyt na widoku. Jeszcze raz spojrzała do tyłu, a pracownicy Nortland Power cały czas się w nich wpatrywali. Czy wyglądała na klauna? Musiała, bo inaczej by tu nie przyszła, kłamiąc wszystkich, których spotkała.
— Mógłbyś zasłonić widok na nas? — pyta dość cicho, trzeci raz odwracając twarz w stronę pracowników — Wszyscy patrzą, co się dzieje — mruczy pod nosem, a kiedy zasłony zaczynają opadać, ostatni raz w głowie pojawia się jej błąd. Niepewnym krokiem, chwiejąc się na szpilkach, dociera przed jego biurko. Błąd Ivy, uciekaj stąd, krzyczy jej jakiś głosik w jej głowie. Misja była prosta. Zostaw ciasteczka, przeproś, podziękuj i zwiewaj, póki jeszcze możesz.
— Chciałam Cię przeprosić za nasze ostatnie spotkanie — mówi finalnie Ivy, czując jak kamień spada jej z serca. Dawno z takim trudem nie wyszukiwała słów. Wiele miała mu do powiedzenia, ale wszystko brzmiało nieodpowiedzialnie — I wiesz... Chciałam przynieść Ci coś za to, jak się mną zająłeś — zaczyna, mocniej ściskając uchwyt własnej torebki. Dawno nie była w tak niezręcznej sytuacji. Charles Marshall, wielki wiceprezes mógłby mieć wszystko, co chodziło po kuli ziemskiej — tylko ty już wszystko masz — mówi jeszcze ciszej, spuszczając głowę. Mogła tu nie przychodzić, bo jeszcze ją wyśmieje. Jej miłość to maka wyśmiał, przecież to było nieodpowiednie ludzi dla ludzi takich jak on — więc... Stwierdziłam, że zrobię coś, czego na pewno nie jadłeś — dodała finalnie, czując jak żołądek podskakuje jej coraz wyżej. Idiotka, nie powinna tu przychodzić. Mogła wybrać racjonalną drogę tej relacji. Zostać w domu i ani razu nie zobaczyć już Charliego. Tylko wyrzuty sumienia nie pozwoliły na to, by zakończyć ich historię w ten sposób. Tylko o jakiej historii mówimy? Jedno spotkanie w szpitalu, drugie w maku, winda, kosz oraz pożar. Rzadko która dwójka ludzi mogła pochwalić się takim zestawem.
— To słoik z ciasteczkami zrobionymi przeze mnie z przepisu mojej mamy — smak dzieciństwa. W końcu otwiera torbę i wyjmuje z niej wielki słoik obwiązany niebieską wstążką, przypominającą barwę jej oczy. Misja wykonana Ivy.
— To ja już pójdę... — zaraz odwraca się na pięcie, a kiedy chce już chwycić za klamkę, nie daje rady tego zrobić — Charlie... — zawiesza się, by finalnie na nowo się od niego odwrócić. Nie chciała wychodzić. Musiała jeszcze raz spojrzeć mu w oczy, musiała go poznać. Wiedziała to każda najmniejsza komórka jej ciała, nawet ta nieposiadająca jądra komórkowego.
— Wiem, że zabrzmię jak najgorsza idiotka na świecie — zaczyna Ivy, szukając w głowie jakiegokolwiek argumentu, by móc tu zostać na dłużej — ale moglibyśmy się zaprzyjaźnić? — pyta finalnie, czując się jak totalna idiotka. Z pewnością nią była. Kto pyta o takie rzeczy mężczyznę, do którego ma się słabość? Bo zdecydowanie, miała nią. Nawet teraz chciała móc ukryć się w jego ramiona, by móc poczuć się bezpiecznie — Przyjaciele też sprawiają, że pojawia się uśmiech na twarzy, prawda? — mogli też dawać sobie poczucie bezpieczeństwa, rozmawiać, przytulać się... Tylko czy przytulanie Charliego było jakkolwiek odpowiedzialne? Nie myślała o tym, bo chciała móc go poznać bardziej.