Strona 1 z 1

montgomery morin

: ndz lut 22, 2026 11:05 pm
autor: montgomery morin
montgomery morin
eddie redmayne
homeprofilebiopermits
Obrazek
data i miejsce urodzenia
13.09.1990, toronto
zaimki
on/jego
zawód
skrzypek, solista
miejsce pracy
roy thomson hall/toronto symphony orchestra
orientacja
panseksualny
dzielnica mieszkalna
east end, york mills
pobyt w toronto
od urodzenia, ale z przerwami
umiejętności
jest wirtuozem gry na skrzypcach z techniką koncertową, potrafi improwizować i czytać nuty a vista, ma słuch absolutny, co pomaga z językami (biegle mówi po angielsku i francusku, i niemal płynnie po niemiecku i rosyjsku), umie być czarujący i romantyczny, posiada nienaganne maniery i znajomość savoir vivre'u, potrafi kłamać jak z nut i bez mrugnięcia okiem, jest zdyscyplinowany, sumienny, niezwykle zorganizowany i punktualny, umie zachować zimną krew gdy trzeba, choć płaci za to wysoką cenę, umie jeździć konno, konwersować o sztuce i podróżach w Europie, prowadzić rozmowy z dala od polityki bowychował się w środowisku, w którym było to wymagane, dobrze pływa, choć nie przepada za otwartą wodą, jeszcze lepiej tańczy, zwłaszcza walca i foxtrota
słabości
cierpi na reumatoidalną chorobę stawów, która zagraża jego karierze i na skrajny perfekcjonizm prowadzący do autodestrukcji, nie potrafi mówić o uczuciach i ma tendencję do izolowania się pod presją, z konfliktami (nie) radzi sobie wycofaniem i milczeniem, potrafi być niezwykle krytyczny lub wręcz okrutny zarówno względem siebie, jak i innych, cierpi na niezdiagnozowane PTSD objawiające się głównie bezsennością, przewlekłym bólem i zmęczeniem, chwiejnością nastrojów i napadami lęku uogólnionego, zdarza mu się nadużywać leków przeciwbólowych i nasennych, zdarza mu się dysocjować i wyłączać z własnej codzienności, nigdy, przenigdy, nie mówi o swoim ojcu w złym świetle

Suzuki Book 1: Perpetual Motion

Czasem wydaje mi się, że zacząłem grać na skrzypcach zanim nauczyłem się mówić, chodzić, myśleć. Wiem, że to nieprawda. Wiem, że były jakieś czasy przed smyczkiem, przed szelestem cienkich stronic zeszytów nutowych, przed gryfem wbijającym się w miękką skórę między żuchwą i ramieniem. Ale ich nie pamiętam. Tak po prostu. Całe moje dzieciństwo pachnie lakierem skrzypcowym - mastyksem, spirytusem i olejem lnianym. Kicham przez pierwsze pół roku lekcji, ale potem się przyzwyczajam. Ojciec mówi, że to kwestia przyzwyczajenia. Że wszystko jest kwestią przyzwyczajenia.
Kiedy zaczynam ćwiczyć, matka domyka drzwi salonu i wychodzi do południowego skrzydła. Twierdzi, że wysokie dźwięki wchodzą jej pod czaszkę jak igła. Migrena. Zawsze migrena. Ojciec jest na nią odporny. Siedzi w fotelu z nogą założoną na nogę i patrzy na mnie tak, jak patrzy się na drogie, ale brzydkie przedmioty. Trochę uwielbienia, trochę rozczarowania. Trochę dumy. Trochę wstydu - może za samego siebie.

Mój nauczyciel nazywa się Profesor Volkov, ale kiedy nikt nie słyszy, pozwala mi nazywać siebie Dziadkiem Dimą. Dziadek Dima przychodzi trzy razy w tygodniu. Ma dłonie jak wyschnięte korzenie, brwi jak skrzydła kruka i oczy, które widzą każdy błąd. Kiedy mnie poprawia, robi to delikatnie. Nigdy nie podnosi głosu. Opowiada o zimie w Petersburgu, o salach koncertowych, w których powietrze było tak gęste od ciszy, że można było je kroić nożem. Mówi, że muzyka to nie posłuszeństwo. To wytrzymałość.
Kocha mnie bardziej niż ojciec, choć nigdy nie mówi tego wprost. Czasami przynosi mi czekoladę w sreberku i udaje, że to nagroda za dobre tempo, nie pocieszenie, bo patrzę na niego jak na ratunek.


W któreś wakacje, na tyłach naszej posiadłości nagle pojawia się chłopiec. Patrzę na niego przez balkonową balustradę i przez rustykalne sploty dzikiego wina; słońce plami go na złoto i różowo, pyłki topoli osiadają mu na skroni niczym pierze. Wygląda tak jak ja, ale inaczej. Jakby wykonano go z tego samego drewna, ale innym dłutem. Albo tym samym dłutem, ale z innego tworzywa. Wygląda tak, jakby już kiedyś upadł, i nauczył się podnosić, podczas gdy ja nawet samemu sobie wydaję się być zrobiony z porcelany. Nosi ubrania po kimś innym, trochę za małe i wytarte przy szwach i kołnierzyku, i już wtedy - choć wcale tego nie rozumiem - czuję pierwsze uczucie zazdrości, że to nie moje rękawy są na niego za wąskie, za krótkie. Kiedy przedstawia mi się tego samego popołudnia, akcent ma podobny do mojego, ale spółgłoski nie rozpuszczają mu się na języku tak, jak zwykną to robić w moich ustach. Mówi ostrzej, szybciej. Jakby gryzł słowa, albo ciął je na strzępy.

Wolfgang.

Nigdy nie słyszałem takiego imienia. Podoba mi się, że zaczyna się od tej samej litery co moje własne - gdyby postawiono ją na głowie.


Saint-Saëns – Danse Macabre

Ojciec nigdy nie krzyczy, to byłoby zbyt proste. Gdy szał wzbiera w nim jak niepowstrzymany przypływ, zawsze i tak mówi cicho, jakby wszystko było negocjacją, którą i tak wygrał przed jej rozpoczęciem. Kiedy mnie bije, robi to bez pośpiechu. Nigdy przy moich siostrach. One są nietykalne — porcelanowe, jak figurki w witrynie.

Moja matka nie jest.

Uczę się wychodzić do ogrodu, uczę się odwracać wzrok. Ale mam podobno słuch absolutny - i tego zmysłu nie potrafię wyłączyć. Wiem, jak brzmią jego kroki na schodach gdy idzie spać. I wiem, jak brzmią, kiedy idzie po to, co mu się należy. Wiem, jak skrzypią drzwi, za którymi zaraz rozpocznie się koszmar. Czasem matka następnego dnia nosi golf, nawet w lipcu. Czasem przy śniadaniu nie może utrzymać filiżanki.

Szkoła z internatem to kamienne mury, zapach pasty do podłóg, wspólne łazienki, w których hałas nie jest groźny, bo nie jest skierowany przeciwko nikomu konkretnemu. Szkoła z internatem to ulga.
Wolfgang rozpoczyna naukę razem ze mną, dzięki dobroci mojego ojca - ot, czesne syna dozorcy opłacane z wielkodusznym gestem, który przy kolacji można nazywać wyrównywaniem szans. Wiem, że uspokaja mu to sumienie, jednocześnie zapewniając chwytliwą historię do opowiadania innym mężczyznom w drogich garniturach, i z krwią na rękach.
Dzielimy pokój, mój Wolfie i ja, dwa łóżka, dwa biurka, jedno okno wychodzące na dziedziniec. Wolfgang rzuca torbę pod ścianę, ja składam ubrania w kostkę. Jesteśmy jak bracia, choć nikt nie podejrzewa nas o więzy krwi. Ja jestem za chudy w ramionach, Wolfie za szeroki. Ja zbyt gładki tam, gdzie on jest silny i szorstki. Ja słucham Chopina, on tłucze Madonnę odtwarzaną z kaset, na których taśmę trzeba przewijać ołówkiem. Tańczy, kiedy myśli, że nie patrzę, i ruch jego bioder jest jak ruch wahadła. Ta płynność, ten rytm. To wszystko przez zapasy - Wolfgang jest doskonały w zapasach; na macie nie do ruszenia, silny, skupiony, niemal czuły w tym, jak przytrzymuje przeciwnika przy ziemi. Dziewczyny lgną do niego jak ćmy do płomienia świecy. Jest w nim coś, co obiecuje szczęście, ale nie spokój.


Mnie dziewczyny też lubią, ale inaczej: za moje miękkie manieryzmy, za to, że umiem słuchać, za wysokie kości policzkowe i dłonie muzyka. Ale do tańca pierwszy prosi mnie chłopak - inny, starszy, na potańcówce przy zgaszonych światłach. Wolfie patrzy na mnie z drugiego końca pomieszczenia, poprzez błyski neonowego światła. Tylko przez jedno uderzenie serca wygląda tak, jakby ktoś wbił mu nóż pod żebra. Potem odwraca wzrok.

Wakacje spędzamy trochę razem, trochę osobno, na terenie tej samej posiadłości, choć przy innych czynnościach; w tym samym ogrodzie, po przeciwnych stronach trawnika. W czerwcu zaczyna mi się wydawać, że tracę zmysły. Każdy przypadkowy dotyk jest jak porażenie prądem. Każde spojrzenie trwa o sekundę za długo. Kiedy Wolfgang śmieje się z moimi siostrami, nie mogę oddychać. Kiedy, zaczepnie, poprawia mi kołnierzyk albo wykrada mi z dłoni szklankę z lemoniadą — cały świat zwęża się do tego jedynego punktu.
Nie rozumiem mojego gniewu, ale wyładowuję go na sobie. Ćwiczę do krwi. Nie jem. Drapię skórę ramion aż piegi rozmyją się pod strużką krwi. Tego samego roku, ojciec łamie mi trzy żebra. Nie dłoń — nigdy dłoń. Popycha mnie na marmurowy blat po kłótni o plotki, które rzekomo dotarły do jego uszu ("Nie będę wychowywał pedała! Tfu!"). Przez kolejne trzy tygodnie ból promieniuje w górę i dół przy każdym ruchu smyczka. Dziadek Dima zauważa siniec pod koszulą. Nie pyta. Tylko każe mi oddychać głębiej przy każdej frazie.


Miesiąc później, chyba w ramach jakichś prac naprawczych prowadzonych na moim usposobieniu, ojciec zabiera nas na coś, co nazywa męskim wyjazdem na swoim ukochanym jachcie. Ocean jest aż zbyt spokojny, załoga aż nader dyskretna. Alkohol leje się łatwiej niż zwykle.
Między Wolfiem i mną napięcie gęstnieje tak bardzo, że w kabinie nie ma czym oddychać. Tym razem nie chodzi o przypadkowe otarcie dłoni o dłoń, kolana o kolano. Nie o spojrzenie rzucone ponad ramieniem. To nie jest coś, co można zbyć śmiechem. To jest czułość. Intymność, i bliskość, i pożądanie. Najpierw nieporadne i ostrożne, jak wówczas, gdy po raz pierwszy dotyka się ognia. Potem żywe jak niepowstrzymana pożoga.


Kiedy podnoszę wzrok, mój ojciec stoi w drzwiach z kieliszkiem whiskey i wyrazem twarzy, którego nigdy wcześniej u niego nie widziałem, ale który natychmiast budzi we mnie instynkt walki i ucieczki bardziej, niż jakikolwiek z jego wcześniejszych aktów przemocy. Jego atak jest nagły, ale nie chaotyczny. Kobra, lampart, sokół. Dzikie zwierzę zaślepione instynktem. Kiedy mnie uderza, ogarnia mnie nagła ulga - że to ja, nie Wolfie, będę jego ofiarą. Ale wówczas porusza się Wolfgang. Błysk wysuniętego ramienia, świst powietrza, pchnięcie. Metal spotyka kość ze stuknięciem tępym jak źle postawiona nuta. Potem nie pamiętam zresztą nic oprócz kolejnych dźwięków. Szumu fal, szelestu relingu, miękki szmer ciała osuwającego się za burtę, pluśnięcie wody tak subtelne, że prawie śmieszne. Ocean zamyka się nad moim ojcem bez sprzeciwu, bez dramatyzmu, bez podziękowania. No, bo za co?


Paganini – Caprice No. 24

Kiedy rodzinny prawnik wspomina coś o motywie i osobie trzeciej, moja matka nie rozumie tego, co dla mnie okazuje się oczywiste. Nasze nazwisko zawsze robiło różnicę, i zrobi ją także i teraz: dziedzictwo mojego ojca ochroni mnie nawet po jego śmierci, teraz, kiedy on sam nie może mnie już dalej krzywdzić. Ale Wolfgang nie nosi tego samego nazwiska, więc nie ma tego samego immunitetu.
Zawsze byłem dobry w kontrolowaniu tempa, więc to żadna niespodzianka, że teraz robię to samo. Wycofuję się powoli, metodycznie, budując dystans milczeniem. Mój chłód to jego alibi. On myśli, że łamię mu serce. Ja, że ratuję mu życie.


Studia na Sorbonie to rozsądna, ostrożnie wykalkulowana decyzja. Nowy adres, nowe środowisko, nowy początek z daleka od oceanu. Otaczają mnie sale wypełnione tą samą ciszą, o której opowiadał Dziadek Dima. Ciężkie, złote światło i publiczność wstrzymująca oddech za każdym razem gdy sięgam po smyczek. Krytycy piszą o „stalowej precyzji” i „arystokratycznym chłodzie”. Ja, w listach do matki, piszę, że nie tęsknię, i że mam się dobrze. Nie odwiedzam domu, w którym ona nosi żałobę jak teatralny kostium, i nie hamuje się przed romansami, których nie potrafię jej wybaczyć.

Hipokryta. Bo przecież sam wpadam w wir przelotnych miłostek, głównie z kobietami, jedną starszą ode mnie, która uczy mnie, że ciało można traktować jak instrument — bez sentymentu. Rok, dwa, trzy, aż do czasu, kiedy na charytatywnym przyjęciu poznaję kobietę, która odmieni moje życie, ustabilizuje je nie jak czuły dotyk, ale jak sztylet wbity prosto w serce, który nagle staje się epicentrum całego wszechświata.


Arvo Pärt – Spiegel im Spiegel

Zaczyna się w lipcu, pewnego upalnego poranka, od drżenia małego palca mojej lewej dłoni. Jest tak ledwie zauważalne, tak subtelne, że prawie eleganckie. Mimo to, nie mogę go zignorować.
Tłumaczę sobie, że to z odwodnienia. Za dużo kawy, za mało wody. Za dużo pracy, za mało snu. Zrzucam winę na loty międzykontynentalne, na klimatyzację w garderobach, na stres przed premierą.
Dwa tygodnie później, nie mogę go zgiąć.

To nie jest ostry ból - nie przeszywa, nie paraliżuje, nie kłuje jak sztylet wbity pod serce. Ale jest głęboki. Uparty, jakby był we mnie od dawna, może od zawsze, i dopiero teraz postanowił przemówić.

Miesiąc później, poranny dyskomfort nie rozchodzi się po kilku minutach. Trwa godzinę. Dwie. Czasem trzy. Obejmuje pozostałe paliczki, kłykcie, biegnie do nadgarstka i wprowadza się w prawą rękę. W stopy. Stoję przy oknie i masuję stawy, aż moja skóra robi się czerwona. Próbuję rozruszać ciało pod strumieniem gorącej wody. Liczę do dziesięciu. Potem do dwudziestu. Potem do stu, we wszystkich językach, które znam. Nawet po łacinie.

Diagnoza przychodzi bez dramatycznej muzyki. Reumatoidalne zapalenie stawów. Pytam, czy na to przypadkiem nie cierpią tylko starzy ludzie?
Nie, tłumaczy lekarz. Może się zdarzyć w każdym wieku. To czysta autoimmunologia. Bunt ciała przeciwko samemu sobie.
W gabinecie, słucham o leczeniu biologicznym, o remisjach, o „wielu pacjentach funkcjonujących normalnie. Nie mówi o Paganinim. Nie mówi o mikroruchach, które decydują o czystości dźwięku.
Kiwam głową. Zadaję rzeczowe pytania i jestem spokojny, uprzejmy, choć wydaje mi się, jakbym nagle wyprowadził się z własnego ciała, jak wtedy, przed laty, na łodzi, gdy pozbywałem się własnego ojca. Wychodzę ze szpitala i idę na kawę. Potem na koncert - zamiast na scenie, zasiadam na widowni.

Zaczynam ćwiczyć w rękawiczkach kompresyjnych, skupiając się na wolnych pasażach, jakbym wracał do dzieciństwa. I jak dziecko, leki przeciwbólowe łykam jak cukierki. Traktuję ból jak nowy instrument, nad którym muszę nauczyć się panować.
Coraz częściej zdarza mi się myśleć, że może to pora na dzieci. Na kogoś, kto przejmie mój talent i moje sekrety. Na jakiś rachunek sumienia.
Coraz częściej zdarza mi się także grywać samotnie i po ciemku — żeby nie widzieć, że palce nie poruszają się już z tą samą pewnością, że są mozolne, nieporadne jak u starca.
Na estradzie nadal zawsze pozostaję perfekcyjny. Ale gdy kurtyna opada, ręce drżą mi tak mocno, że muszę wcisnąć je do kieszeni.

Jak zwykle, nie mówię nikomu.

zgoda na powielanie imienia
nie
zgoda na powielanie pseudonimu
nie

Zgody MG

poziom ingerencji
niski
zgoda na śmierć postaci
nie
zgoda na trwałe okaleczenie
nie
zgoda na nieuleczalną chorobę postaci
nie
zgoda na uleczalne urazy postaci
tak
zgoda na utratę majątku postaci
nie
zgoda na utratę posady postaci
nie

montgomery morin

: ndz mar 01, 2026 2:22 pm
autor: Maple Hearts
Witamy na forum montgomery morin
Dobra wiadomość – Twoja karta postaci została zaakceptowana i możemy powitać Cię po tej stronie kanadyjskiej granicy! Przypominamy, że na rozpoczęcie rozgrywki masz 7 dni! W temacie kto zagra? możesz znaleźć użytkowników, którzy chętnie Ci w tym pomogą. Jednocześnie zachęcamy do założenia relacji, kalendarza i informatora. Powodzenia w Toronto!

montgomery morin

: ndz mar 01, 2026 2:22 pm
autor: Maple Hearts
ZDOBYTE TROFEA
ZDOBYTE NAGRODY


WYKORZYSTANE