las vegas parano, baby
: pn lut 23, 2026 3:04 pm
032.
William brought the paranoia.
Madox brought the trouble.
Madox brought the trouble.
Czy decyzja o ich wyjeździe do Vegas była podyktowana jedną pijacką rozmową? Oczywiście, że tak. Ale dodatkowym pretekstem przemawiającym za, było to, że William miał płacić za wszystko. No to jak Madox miał mu odmówić?
No nie mógł.
Na drugi dzień siedzieli już w samolocie wpierdalając po kilka Xanaxów, które przepisała mu Rosario, żeby podróż jakoś szybko im minęła.
Minęła wykurwiście szybko...
- Ja pierdole Willy, wyżarło mi mózg, nie wiem co się w ogóle działo i czemu nas rozsadzili... Po trzecim mnie odcięło, a nie ma pół opakowania, rozumiesz to? - szli po lotnisku, Madox to miał takie dziury w pamięci, że nie ogarniał nic. Jak wsiedli do samolotu, zamówili po drinku, wzięli po pierwszej tabletce, ale nie klepało, zmuliło ich tylko, wiec dołożyli po drugiej. A potem trzeciej. I go odcięło.
Kojarzył tylko jak gada ze stewardessą, pod kiblami, bo poszedł się odlać, i ona go pyta na jakim miejscu siedzi, a on się tylko cały ślini. A potem jeszcze miał taki przebłysk, jak William coś do niego krzyczy i biegnie między siedzeniami, ale się potyka i już leży, a on się śmieje. Śmiał się chyba tak długo i intensywnie, że aż go brzuch bolał, chociaż jak podwinął koszulkę z napisem łobuz kocha najbardziej, to miał na nim dużego siniaka, ale nie kojarzył zupełnie skąd. Nie wiedział skąd ma też jakiś numer zapisany na ręce i kapelusz kowbojski. Ale wyglądał w nim zajebiście, więc na to akurat nie narzekał.
- Nie wiem czy to był kurwa dobry pomysł, żeby jeść Xanax i go przepijać drinami, ale już chuj - stwierdził, no bo dotarli, a to najważniejsze. Byli w Vegas, czyli no... nie było źle. Inna sprawa, że pasażerowie, którzy z nimi lecieli patrzyli na nich krzywo przy wysiadaniu. Ale jakieś dwie laski się nawet uśmiechały i im pomachały. Madox nie odmachał, bo w ogóle ich nie kojarzył. Wcale.
Ruszyli do taksówki i podali adres hotelu, w którym byli zameldowani.
- Don Juan Palace, zajebiste miejsce. Wszystko tam macie chłopaki, hotel, kasynko, klub z panienkami, kaplica... - zaczął im wymieniać wystrzelony kierowca, a że Madox siedział z przodu, to aż obejrzał się przez ramię, no bo nie spodziewał się, że Willi im taką świetną miejscówkę ogarnie.
- No i zajebiście, dzięki bebé - bo William to był jak takie dziecko... we mgle i w ogóle. Dlatego Madox musiał tutaj przejść do rzeczy.
- A wiesz gdzie kupimy jakieś prochy? - zagaduje taksówkarza, bo po nim to tak widać, jak na tych obrazkach widać po mnie.
- A co chcecie? - zapytał gościu od razu, a Madox się obejrzał na Patelka. Co oni chcą? A tamten to pewnie powie, że wszystko.
- Coś szybkiego - musiało być, bo jak inaczej. A resztę to już niech wybiera William. Bo Noriega to jednak nie był AŻ taki ćpun.
William N. Patel