not everything offered is wanted
: wt lut 24, 2026 12:49 pm
Lokal wybrany na pożegnalne spotkanie nie należał do tych, w których bywała prywatnie - zbyt głośny, zbyt jasny, zbyt przepełniony ludźmi, którzy po kilku drinkach zaczynali mówić rzeczy, których na trzeźwo by nie wypowiedzieli. Ściany obwieszone były zdjęciami dawnych patroli, wyblakłymi wycinkami z gazet i oprawionymi w ramki dyplomami. Zapach alkoholu mieszał się z ciężką wonią smażonego jedzenia i męskich perfum.
Mercer stała przy jednym z wysokich stolików, kieliszek trzymając luźno w dłoni. Nie przyszła tu dla zabawy, przyszła z obowiązku; z szacunku do człowieka, którego kariera była dłuższa niż jej całe dorosłe życie. Uśmiechała się, kiedy trzeba było, kiwała głową, słuchała anegdot o pościgach sprzed dwóch dekad, o partnerach, którzy dziś byli już tylko nazwiskami na tablicy pamiątkowej.
Nie piła szybko, wiedząc, że towarzystwo nie jest odpowiednim, by pozwolić sobie na niekontrolowany luz. W pewnym momencie poczuła, że przestrzeń wokół niej nieznacznie się zmieniła. Najpierw był to tylko cień w polu widzenia, potem zapach. Ciężki, intensywny, jakby ktoś przesadził z wodą kolońską. Kiedy odwróciła głowę, zobaczyła go już zbyt blisko.
Daniel Hargrove, jej zmora, uśmiechał się szeroko, jakby właśnie wygrał zakład. Jego twarz była lekko zaczerwieniona, ruchy odrobinę mniej precyzyjne niż zwykle. W dłoni trzymał szklankę z bursztynowym płynem, która na pewno nie była pierwszą dziś skosztowaną. - Mercer - powiedział, przeciągając jej nazwisko w sposób, który od dawna ją drażnił. - Nie spodziewałem się, że jesteś aż tak towarzyska - nie odpowiedziała od razu. Przeniosła wzrok z jego twarzy na rękę, która opadła na blat stolika tuż obok jej dłoni. - To impreza służbowa - odparła spokojnie, będąc pewną, że nie pozwoli sobie na nic więcej. Wokół było pełno znajomych twarzy, a on piastował pozycję sierżanta sztabowego - z pewnością nie chciałby, aby publicznie dała wyraz temu, co sądziła o jego zalotach. Tych którymi męczył ją od kilku miesięcy. - Wystarczy, że się pojawię - doprecyzowała, próbując się od niego oddalić, ale akurat wznoszono toast i wszyscy zwrócili się w stronę mówcy, przekrzykując się.
- Zawsze taka zdystansowana - zrobił pół kroku bliżej, zmniejszając dystans, który i tak był już niewielki. Ramieniem niemal musnął jej ramię, jakby przypadkiem. - Wydział zabójstw trochę cię rozluźnił czy dalej udajesz, że nie słyszysz komplementów? - Margo uniosła na niego wzrok; jej twarz nie zdradzała emocji, ale w spojrzeniu pojawiło się coś ostrzejszego. Wykonywane gesty były zbyt krótkie, by zrobić scenę, a jednocześnie zbyt świadome, by były przypadkiem. - Proszę uważać, sierżancie, alkohol zmniejsza koordynację - wokół nich ktoś wybuchnął śmiechem, szkło zadźwięczało o szkło. Hargrove pochylił się nieco, jakby chciał powiedzieć coś bardziej poufnego, ale w tym samym momencie Margo odeszła, zostawiając go samego.
Próbowała spławić go już kilka razy. Zauważył ją, na jej nieszczęście, kilka miesięcy temu, jeszcze przed awansem. Na początku ich rozmowy były zwyczajne, z biegiem czasu stawały się coraz częstsze i śmielsze. Nie wykazywała najmniejszego zainteresowania, a on naciskał, jednak do tej pory nie przekraczał granicy. Nie na tyle, aby musiała interweniować.
Miała nadzieję, że tego wieczora nie zaszczyci jej już swoją uwagą, gdy nagle, wychodząc z toalety wąskim korytarzem, złapał ją za łokieć: - Wiesz, że mógłbym bardzo ułatwić ci życie w tym wydziale? - zapytał tonem sugerującym przysługę, która nie była bezinteresowna. Jej szczęka napięła się minimalnie, a z jego twarzy nie zniknął uśmiech. Przeciwnie, stał się szerszy, mniej subtelny. - Radzę ci przestać - szarpnęła ramieniem, zrywając niepożądany kontakt fizyczny. Powiedziała to na tyle wyraźnie, by nie było wątpliwości, ale bez podnoszenia głosu. Wystarczająco głośno, by kilka osób kręcących się nieopodal mogło zarejestrować ton.
Rhys Madden
Mercer stała przy jednym z wysokich stolików, kieliszek trzymając luźno w dłoni. Nie przyszła tu dla zabawy, przyszła z obowiązku; z szacunku do człowieka, którego kariera była dłuższa niż jej całe dorosłe życie. Uśmiechała się, kiedy trzeba było, kiwała głową, słuchała anegdot o pościgach sprzed dwóch dekad, o partnerach, którzy dziś byli już tylko nazwiskami na tablicy pamiątkowej.
Nie piła szybko, wiedząc, że towarzystwo nie jest odpowiednim, by pozwolić sobie na niekontrolowany luz. W pewnym momencie poczuła, że przestrzeń wokół niej nieznacznie się zmieniła. Najpierw był to tylko cień w polu widzenia, potem zapach. Ciężki, intensywny, jakby ktoś przesadził z wodą kolońską. Kiedy odwróciła głowę, zobaczyła go już zbyt blisko.
Daniel Hargrove, jej zmora, uśmiechał się szeroko, jakby właśnie wygrał zakład. Jego twarz była lekko zaczerwieniona, ruchy odrobinę mniej precyzyjne niż zwykle. W dłoni trzymał szklankę z bursztynowym płynem, która na pewno nie była pierwszą dziś skosztowaną. - Mercer - powiedział, przeciągając jej nazwisko w sposób, który od dawna ją drażnił. - Nie spodziewałem się, że jesteś aż tak towarzyska - nie odpowiedziała od razu. Przeniosła wzrok z jego twarzy na rękę, która opadła na blat stolika tuż obok jej dłoni. - To impreza służbowa - odparła spokojnie, będąc pewną, że nie pozwoli sobie na nic więcej. Wokół było pełno znajomych twarzy, a on piastował pozycję sierżanta sztabowego - z pewnością nie chciałby, aby publicznie dała wyraz temu, co sądziła o jego zalotach. Tych którymi męczył ją od kilku miesięcy. - Wystarczy, że się pojawię - doprecyzowała, próbując się od niego oddalić, ale akurat wznoszono toast i wszyscy zwrócili się w stronę mówcy, przekrzykując się.
- Zawsze taka zdystansowana - zrobił pół kroku bliżej, zmniejszając dystans, który i tak był już niewielki. Ramieniem niemal musnął jej ramię, jakby przypadkiem. - Wydział zabójstw trochę cię rozluźnił czy dalej udajesz, że nie słyszysz komplementów? - Margo uniosła na niego wzrok; jej twarz nie zdradzała emocji, ale w spojrzeniu pojawiło się coś ostrzejszego. Wykonywane gesty były zbyt krótkie, by zrobić scenę, a jednocześnie zbyt świadome, by były przypadkiem. - Proszę uważać, sierżancie, alkohol zmniejsza koordynację - wokół nich ktoś wybuchnął śmiechem, szkło zadźwięczało o szkło. Hargrove pochylił się nieco, jakby chciał powiedzieć coś bardziej poufnego, ale w tym samym momencie Margo odeszła, zostawiając go samego.
Próbowała spławić go już kilka razy. Zauważył ją, na jej nieszczęście, kilka miesięcy temu, jeszcze przed awansem. Na początku ich rozmowy były zwyczajne, z biegiem czasu stawały się coraz częstsze i śmielsze. Nie wykazywała najmniejszego zainteresowania, a on naciskał, jednak do tej pory nie przekraczał granicy. Nie na tyle, aby musiała interweniować.
Miała nadzieję, że tego wieczora nie zaszczyci jej już swoją uwagą, gdy nagle, wychodząc z toalety wąskim korytarzem, złapał ją za łokieć: - Wiesz, że mógłbym bardzo ułatwić ci życie w tym wydziale? - zapytał tonem sugerującym przysługę, która nie była bezinteresowna. Jej szczęka napięła się minimalnie, a z jego twarzy nie zniknął uśmiech. Przeciwnie, stał się szerszy, mniej subtelny. - Radzę ci przestać - szarpnęła ramieniem, zrywając niepożądany kontakt fizyczny. Powiedziała to na tyle wyraźnie, by nie było wątpliwości, ale bez podnoszenia głosu. Wystarczająco głośno, by kilka osób kręcących się nieopodal mogło zarejestrować ton.
Rhys Madden