Like none of this happened at all
: śr lut 25, 2026 12:17 am
To nie był pierwszy raz – widział już wcześniej martwego człowieka. Wiedział, że po śmierci twarz stawała się blada, że mięśnie sztywniały i stygły pod skórą jak wosk, a oczy traciły swój blask i jeżeli nikt nie zamknął nad nimi powiek, pojawiały się na nich brązowe plamy. Pamiętał, że kiedy zmarła matka, jej palce były zimne i zdrętwiałe, nie sposób było wziąć jej za rękę, więc objął ją ramionami, ale nawet wtedy sprawiała wrażenie ciężkiej, cięższej niż za życia i osunęła się na plecy, a on nie miał siły jej podtrzymać – nie przypominała siebie i nie chciał zapamiętać jej w ten sposób, lecz wspomnienie jej śmierci powracało do niego później znacznie częściej niż wspomnienie jej życia. Joe martwiła się o niego, kiedy zaczął pracę w CBC, ale dziennikarstwo śledcze w rzeczywistości rzadko, właściwie nigdy, nie dotyczyło morderstw – zajmowano się korupcją, analizą dokumentów i ujawnianiem skandali politycznych. Zdarzało się, że spędzał kilka godzin jedynie siedząc i obserwując, aż aparat zaczynał ciążyć mu w dłoniach, a dyktafon uwierać w wewnętrznym podszyciu płaszcza, często wracał do biura z pustymi rękami. Tego dnia było inaczej – mężczyzna, który leżał na chodniku, nie został jeszcze nawet zakryty folią, choć wszyscy wiedzieli, że był martwy. Wokół było zbyt dużo krwi.
– Notatka robocza. Czternasty grudnia, godzina osiemnasta pięćdziesiąt trzy. Miejsce zdarzenia zostało zabezpieczone, ale ciało pozostaje w zasięgu wzroku. Zwykle robi się to szybciej, z szacunku albo dla spokoju. Tu najwyraźniej uznano, że nie ma takiej potrzeby… – zacisnął palce mocniej na dyktafonie, czując jak twardy plastik wbija mu się w śródręcze. Coś było nie w porządku – mówił za szybko, pociły mu się dłonie. Zmusił się do chrząknięcia, chcąc dodać sobie otuchy – wyszedł z wprawy, nie spał poprzedniej nocy i teraz słowa grzęzły mu w gardle. – Powinienem mówić spokojniej, tak się lepiej nagrywa. Jeszcze raz. Najwyraźniej uznano, że nie ma takiej potrzeby lub że czas działa na czyjąś korzyść. Funkcjonariusze nie zdają pytań między sobą, to zawsze zwraca moją uwagę...
– Proszę to wyłączyć. – ktoś do niego podszedł, jeden z policjantów. Nie podniósł wzroku, wciąż wpatrując się w chodnik, na którym krew błyszczała pod wpływem świateł z radiowozu. Ktoś inny naciągnął na mężczyznę srebrną folię, która szeleściła pod wpływem wiatru, a on odruchowo cofnął się o krok do tyłu.
– To nie jest nagranie do publikacji, to tylko…
– Powiedziałem wyłączyć. – funkcjonariusz chwycił go za przedramię, a on poczuł, jak zalewa go nagła fala gorąca – rozluźnił palce i dyktafon upadł ze stukotem na chodnik. Za jego plecami rozległ się krótki, lekceważący śmiech policjantów – minęły zaledwie trzy tygodnie od wydarzeń w Richmond Hill, a on wciąż nie mógł patrzeć na nich w ten sam sposób, bał się pistoletów, które trzymali za pasem spodni i ciężkich, metalowych pałek, które w zderzeniu z ludzkim ciałem wydawały głośny, chrzęszczący dźwięk. Pochylił się, żeby podnieść z ziemi upuszczony magnet, kiedy wziął go do ręki, urządzenie okazało się jednak śliskie i mokre, brudne od krwi – poczuł, jak kolana się pod nim ugięły, jakby stał na grubym materacu wielkiego łóżka, ale zmusił się jeszcze do wyprostowania pleców. Weź się w garść, powtórzył w głowie słowa Lazare, starając się skupić na nich, nie na proteście, którego wspomnienia prześwitywały coraz wyraźniej na powierzchnię świadomości, do kurwy nędzy, Johnny. Weź się w garść. Z trudem przycisnął palcem klawisz dyktafonu.
– Na chodniku widać… ślady krwi… – wydawało mu się, że słyszał w uszach krzyk, choć być może był to jedynie dudniący odgłos jego własnego tętna – krew zaczynała zasychać mu na dłoniach, powietrze stało się gęste i duszne jak wełna. Ktoś do niego mówił, tym razem spokojniej, choć nie potrafił powiedzieć, co dokładnie. Znajomy głos. Chrząknął i podniósł wzrok, spoglądając na stojącą przed nim kobietę. Nie wyłączył dyktafonu. – Czuję, że jestem częścią czegoś większego.
Pilar Stewart