Strona 1 z 1

the bane of my existence

: śr lut 25, 2026 1:54 pm
autor: Rhys Madden
you've got no boundaries
you've got nothing to loose
Pożegnanie przechodzącego na emeryturę Stevensona było bardzo przełomowym wieczorem w jego życiu - jak się okazało, zdecydowanie na gorsze.
Z uciążliwego partnera, Margo Mercer stała się tym, czym obiecała się stać pierwszego dnia ich wspólnej pracy - absolutną karą, zesłaną mu przez los, nieznanego boga bądź samych przełożonych. Podczas gdy u innych ludzi złość generowała dystans, w którym on funkcjonował najlepiej, wyglądało na to, że Mercer działała zupełnie odwrotnie do ludzkiej populacji. Im bardziej denerwował ją swoją osobą, tym bardziej usiłowała odpłacić mu pięknym za nadobne.
Czuł na sobie jej czujne spojrzenie, wryte w środek jego pleców gdy pracował przy swoim biurku. Wyczuwał jej spięcie zawsze, gdy dzwonił jego telefon. Wstając z krzesła i ruszając do kuchni mógł zakładać się o to, ile zajmie jej czasu zrobienie tego samego - z reguły bardzo niewiele.
To nie tak, że utrudniało mu to jakiekolwiek nielegalne aktywności. Wiadomość, którą otrzymał pamiętnego wieczora kilka dni temu była jak na razie ostatnią, nie dostawał żadnych więcej. Złość buzowała w nim wtedy gdy jechał pod wskazany adres swoim samochodem, parkował kilka ulic dalej i przechodził do małego lokalu - tym razem pralni - na którego tyłach spotykał się z n i m. Nie opuszczała go gdy odbierał teczkę osób, które miał dla niego znaleźć.
Wspomnienie kłótni, z którą rozstali się z Mercer generowało w nim negatywne odczucia, dlatego też starał się nie sięgać po nie zbyt często. Czasem jednak jego umysł bezwiednie skręcał w podstępne uliczki, podróżował wstecz, w przeszłość, do chłodnej nocy i pustego parkingu. Nieproszony, nie zatrzymywał się w miejscu - zamiast tego krążył po okolicy, szukając wejścia do baru. Do stolika, przy którym stali, do jej wyzywającego spojrzenia czekoladowych oczu i zawadiackiego uśmiechu na pełnych ustach. Jasnej skóry jej odsłoniętych obojczyków, ciemnych loków opadających taflą na jej ramiona.
Z frustracją odrzucał od siebie każde z tych wspomnień, skupiając na tym, co mieli przed sobą - skomplikowaną sprawą, brakiem poszlak i, od pewnego czasu, napięciem ze strony przełożonych, pragnących od nich natychmiastowych rezultatów i zamknięcia dochodzenia.
Jeden z jego informatorów był niczym gwiazdka zesłana z nieba.
Wiadomość od niego sprawiła, że od razu wyprostował się w krześle i, ignorując spojrzenie kobiety, wstał z niego chwilę później, ruszając do wyjścia. Zgarnął swój płaszcz po drodze, zgarnął odznakę, którą schował do kieszeni spodni i broń, którą umieścił w kaburze.
Na parkingu przed komisariatem był już w połowie drogi do samochodu gdy usłyszał otwierające się za nim drzwi.
- Nie dziś, Mercer - warknął przed siebie, lecz wiedział, że doskonale go słyszała. Uparcie nie decydując się na używanie jej imienia, liczył na to, że to samo w sobie utrzyma między nimi dystans. - Nie mam na to ochoty, siły ani cierpliwości.

margo mercer

the bane of my existence

: śr lut 25, 2026 5:05 pm
autor: margo mercer
Po tamtym wieczorze coś między nimi się zmieniło, choć żadne z nich nie zdecydowało się tego nazwać. Flirt, który w półmroku baru wydawał się jedynie niegroźną potyczką, następnego dnia w pracy zamienił się w coś znacznie mniej zabawnego. Rozłam nie był spektakularny, nie było podniesionych głosów, trzaskania drzwiami ani jawnej wrogości. Było coś gorszego - kontrolowany dystans.
Mercer przestała reagować na jego prowokacje z tą samą lekkością. Odpowiadała rzeczowo, krótko, bez zbędnych spojrzeń. On z kolei unikał jej wzroku w momentach, w których wcześniej utrzymywał go z uporem, jakby to była kolejna runda do wygrania. Napięcie nie zniknęło, a tylko czasowo zmieniło formę. Stało się jakby cichsze, a może po prostu bardziej niebezpieczne.
Dlatego gdy usłyszała, że jego telefon zawibrował, nie uniosła głowy od razu. Najpierw zanotowała czas, a potem sposób, w jaki wyprostował się na krześle. Wiedziała, że zaraz wstanie i wyjdzie, tak samo jak tamtego wieczoru w barze. Nic powie nic, nie czując się w obowiązku, aby k o g o k o l w i e k informować o c z y m k o l w i e k.
Nie potrzebowała więcej; gdy drzwi komisariatu zamknęły się za nim, odczekała dokładnie trzy sekundy, nim ruszyła w jego ślady. Zapięła kurtkę, zgarnęła swoją odznakę i wyszła na parking z tą samą miną, z jaką wychodzi się po kawę. Zatrzymała się kilka kroków za nim, wsuwając ręce w kieszenie. Jego zirytowany ton nie zrobił na niej wrażenia. Brzmiał tak od tygodnia, jeśli nie dłużej.
- Jeśli nic nie zmieniło się od trzech godzin, to jesteśmy w pracy - powiedziała do jego pleców, spokojnie, bez przyspieszonego oddechu. Ruszając do przodu, nie zwolniła kroku i nie zamierzała się wycofać. - Nie zauważyłam, żebyś zgłosił wyjście przełożonemu, więc zakładam, że nie załatwiasz prywatnych spraw - jej głos był niemal uprzejmy. Kiedy zatrzymał się przy samochodzie, ale nie odwrócił w jej stronę, podeszła bliżej, wystarczająco, by zobaczyć napięcie w jego karku. - A więc zakładam, że pracujesz - kontynuowała absolutnie niezrażona jego pokazem niezadowolenia. - Co równa się temu, że gdziekolwiek się wybierasz, ja także się tam wybieram - stwierdziła, łapiąc za klamkę i nie czekając na kolejny komentarz, wsiadła do wnętrza jego wysłużonego chargera.
Od czasu tamtej nocy nie powiedziała ani słowa o ich rozmowie na parkingu. Do tej chwili nie wróciła do jego ż y c i a p r y w a t n e g o, nie prowokowała go spojrzeniem, nie testowała granic. Ale to nie oznaczało, że przestała patrzeć, wręcz przeciwnie.
Silnik nadal milczał, gdy zapięła pasy. Jej wzrok powędrował w prawo, gdzie stał wciąż po drugiej stronie, uchylając drzwi jedynie w połowie. Widziała dłoń zaciskającą się na nich z taką siłą, że knykcie zbielały nienaturalnie. Opór rysował się wyraźnie w przedramieniu i sposobie w jaki wstrzymał oddech. Pochyliła się lekko, zaglądając przez nie: - Madden - ponagliła. - Nie będziesz mnie trzymał poza tym - oparła się fotel pasażera i jak gdyby nigdy nic ustawiła w radiu ulubioną stację.

Rhys Madden

the bane of my existence

: śr lut 25, 2026 5:46 pm
autor: Rhys Madden
Niczym natrętny owad, Mercer wyczuwała dokładnie chwile, w których nie chciał jej widzieć, doprowadzając ją przy tym do szału. Gdy był otwarty na przedyskutowanie czegoś wspólnie, trzymała go na dystans, odpowiadając sucho i rzeczowo - gdy zaś ostatnim, czego chciał to jej kooperacji, nagle pojawiał się w niej płomień determinacji.
Odbywając jedną pokutę, musiał mierzyć się z drugą.
- Widzisz, na tym polega awans na detektywa. Nie musisz informować wszystkich o każdej rzeczy, jaką robisz w ciągu dnia - odrzucił z ironią, gdy już skończyła porównywać ich pracę do korporacji, w której miał czelność nie wklikać swojej przerwy obiadowej. - To się nazywa wzajemne zaufanie, Mercer. Może powinnaś o tym poczytać.
Niechęć w końcu nie była karalna - prawda? A choć Madden wykonywał każdy ruch głośno przy tym narzekając, wspólnie posuwali tę sprawę do przodu i ani razu nie był kłodą na drodze dla swojej służbowej partnerki. Wręcz przeciwnie, wspinał się na pieprzone balustrady byle tylko dopełnić swoich obowiązków należycie, lecz cały jego wkład w rozwiązanie tej sprawy najwyraźniej przyćmiły jego szorstkie słowa.
Był gotów zwerbalizować wszystkie te myśli do nadchodzącej kobiety, gdy ta zwyczajnie go minęła. Odwrócił się, marszcząc w konsternacji brwi i dopiero dostrzegając, jak obchodzi jego samochód i otwiera drzwi po stronie pasażera, prychnął pod nosem z niedowierzaniem. Huk zamykanych drzwi - zbyt mocno, zbyt głośno - zagłuszył ciche chyba sobie kurwa żartujesz, które umknęło z jego ust w reakcji na jej bezpośredniość.
Przez krótką chwilę przyglądał jej się w niedowierzaniu przez zamknięte okno jego chargera. Spodziewał się po niej kolejnej sprzeczki, ale z pewnością nie spodziewał się t e g o.
- Jesteś bezczelna - wycedził, nachylając się kilka sekund później do uchylonych drzwi. - Nie wszystkie rzeczy wymagają twojej bezpośredniej ingerencji. Jeśli się nudzisz, porozmawiam z kapitanem, żeby znalazł ci jakieś zajęcia.
Odczekał pięć sekund, pięć, nieznośnie długich i wypełnionych ciszą sekund oczekując, że wyjdzie na zewnątrz - w tym czasie zaś dostrzegł, że zdążyła już nawet przypiąć się pasami. Zaklął głośno, nie zamierzając wywlekać jej na zewnątrz siłą, choć bardzo miał na to ochotę.
I jego drzwi zamknęły się z większym hukiem, niż musiały, gdy wsiadł do środka - do krainy, którą zdążyły już zająć te jej cholerne perfumy. Mercer była drobna w porównaniu do niego, a miał wrażenie, że jej obecność wypełniała całe wnętrze samochodu, w którym nie zmieściłby się nikt więcej.
- Wiesz, dlaczego ludzie zgłaszają się do roli informatorów? - warknął, bo choć znalazł się w siedzeniu, jego ręce wciąż nie tknęły kierownicy ani nie zapięły jego pasa. - Ponieważ wierzą, że zapewnię im dyskrecję i potraktuję ich z godnością. Dostałem cynk, który może się sprawdzić, ale nie musi. Nie potrzebuję ciebie robiącej na miejscu cyrku.

margo mercer

the bane of my existence

: śr lut 25, 2026 6:37 pm
autor: margo mercer
Zmęczenie przyszło nagle, jak fala, która w końcu dociera do brzegu po zbyt długim sztormie. Nie było w nim dramatyzmu, raczej irytująca świadomość, że ich praca zaczynała przypominać źle zapętlony schemat. Każda rozmowa z nim kończyła się tak samo - sarkazmem, podważaniem, przerzucaniem odpowiedzialności z jednego na drugiego. Nieważne, czy stali przy tablicy ze zdjęciami ofiar, czy siedzieli naprzeciwko siebie w aucie - zawsze lądowali w tym samym miejscu.
Pokiwała głową, jakby przyjęła jego słowa do wiadomości, choć w rzeczywistości miała ochotę uderzyć pięścią w deskę rozdzielczą. - Jasne - mruknęła pod nosem. - Sięgnę po tę lekturę zaraz po tym, jak ty znajdziesz ją na półce w bibliotece, bo najwyraźniej twoja wiedza w tym temacie jest jeszcze mniejsza niż moja - nie podniosła głosu, bo nie musiała. Spokój był ostrzejszy niż krzyk, choć czasami, jak na przykład teraz, miała ochotę złapać za jego ramiona i mocno nim potrząsnąć.
Hipokryta - to słowo cisnęło jej się na język zbyt naturalnie. Zarzucał jej brak zaufania, podczas gdy sam trzymał wszystko pod kluczem; oczekiwał lojalności, nie oferując nawet minimum przejrzystości; wymagał partnerstwa, nie uznając jej za równą sobie. - Śmiało. Nie zapomnij mu wspomnieć też o tym, że chciałbyś zmiany partnera - nie wymazała tego zdania z pamięci. Nosiła je w sobie jak drzazgę, której nie dało się wyjąć bez rozcinania skóry. Rzucone mimochodem, w chwili złości, ale prawdziwe - przynajmniej na tyle prawdziwe, by zabolało. Nie dawała mu tego komfortu, żeby jego słowa znikały bez konsekwencji.
Przez sekundę w samochodzie zrobiło się cicho. To nie była cisza z gatunku tych przypisywanych spokojowi; ta była napięta, drapiąca po skórze. Powietrze wydawało się cięższe, jakby nawet ono miało dość tej rozmowy. - Proszę cię - parsknęła cicho. - Nie przypisuj godności gnojkom, którzy dla ciebie donoszą tylko po to, abyś nie wsadził ich za kratki - odwróciła wzrok w stronę przedniej szyby, obserwując odbijające się w niej promienie zimowego słońca. Jej ręce były skrzyżowane na piersi, nie w obronnym geście, raczej w próbie powstrzymania się przed powiedzeniem czegoś, czego nie dałoby się już cofnąć.
- Jedź - powiedziała w końcu chłodno, ale silnik nadal milczał. Odwróciła się powoli w jego stronę. Wwiercała się spojrzeniem w jego skroń, podczas gdy on uparcie patrzył prosto przed siebie. - Wkurwiasz mnie - powiedziała wprost, bez podniesionego tonu. - Bo zamiast po prostu pracować, robisz z każdej rzeczy pole bitwy - jej szczęka zacisnęła się na moment. -Mógłbyś chociaż raz przestać udowadniać, że jesteś najmądrzejszy w pomieszczeniu i po prostu robić swoją robotę - zastosowała na nim każdą znaną sobie psychologiczną strategię, ale wszystkie kończyły się fiaskiem. Ten człowiek był chodzącym ogniem, spalającym wszystko na swojej drodze.
- Nie jestem twoim wrogiem - westchnęła. - Ale zaczynam mieć wrażenie, że bardzo chciałbyś, żebym nim była - po tych słowach odwróciła wzrok jako pierwsza, uznawszy rozmowę za zakończoną.

Rhys Madden

the bane of my existence

: śr lut 25, 2026 7:10 pm
autor: Rhys Madden
Z jakiegoś powodu z n ó w siedzieli obydwoje w aucie, w którym atmosfera rozgrzana była do czerwoności. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego Mercer była tak cholernie uparta - nie na powierzchni, gdzie preferował utrzymywać swój tok myślenia. W końcu gdyby przyjrzał się samemu sobie nieco głębiej, odkryłby, że tak naprawdę niewiele ich w tej kwestii różniło.
- No tak - parsknął, otrzymując dokładnie to, czego się spodziewał - opinię kogoś, kto nie potrafiłby dostrzec niuansów znajdowania się po drugiej stronie. - Ten gnojek, do którego jadę, to bezdomny dzieciak, który był uzależniony od heroiny jeszcze zanim skończył dziesięć lat.
Nie wszystkim ludziom dało się pomóc, ale nie mógł powiedzieć, że nigdy nie próbował. Przede wszystkim jednak r o z u m i a ł. Jego dzieciństwo było dalekie do usłanego różami, być może dlatego jego perspektywa była inna niż większości policjantów na komisariacie - i z pewnością inna od siedzącej obok niego kobiety, od której wręcz emanowało spokojne, ułożone dzieciństwo pozbawione trosk.
- Podejrzewam, że dla ciebie wszyscy tego typu ludzie są gówno warci, Mercer. W końcu ich wina, że nie urodzili się w domu z idealnie przystrzyżonym trawnikiem, z dwójką kochających rodziców rzucających w nich forsą od małego.
Już miał sięgać do kluczyka w stacyjce, już miał odpalać auto, gdy z jej ust padła komenda.
J e d ź.
Natychmiast cofnął rękę jak oparzoną, puścił pas, ku któremu sięgał. Był w stanie godzić się z problemami, które tworzyła swoją obecnością, znosić jej cholerny z a p a c h i bliskość, ale z pewnością nie zamierzał słuchać jej rozkazów.
- Nie - warknął, uparcie, tak samo, jak upierała się ona, przez co obydwoje tracili swój cenny czas. Resztką świadomości wiedział, że to obłęd, że do niczego nie dotrą walcząc ze sobą i spierając się o każdą, najdrobniejszą rzecz, ale jednocześnie nie potrafił się ugiąć. Nie przed nią, o ile potrafił przed kimkolwiek innym. - Powinnaś czasem spojrzeć w lustro, Margo.
Dopiero jej westchnienie, zakończenie rozmowy, do którego dążyła, sprawiło, że wreszcie drgnął. Sięgnął do kluczyka z powrotem, odpalając samochód i wypełniając ciszę pomiędzy nimi warkotem silnika. Zwykle ten odgłos go uspokajał, ale dziś nie wiedział, czy istniała rzecz zdolna tego dokonać.
- Robiłem to, co robię, kiedy ty wciąż tkwiłaś w patrolówce czy innej dziurze, z której się wydostałaś. Nie czuję potrzeby tłumaczenia ci wszystkiego, co robię i dlaczego to robię. Przynoszę efekty, rozwiązuję sprawy. Większość osób zamyka się i docenia mniejszą ilość papierkowej roboty - prychnął, wyprowadzając auto z miejsca parkingowego. - Odkąd tylko się pojawiłaś kwestionujesz wszystko co robię i dziwisz się, że nie mam najmniejszej ochoty z tobą pracować. Faktycznie, ciężka sprawa do zgryzienia. Może potrzebujesz detektywa, żeby ją za ciebie rozwiązał?

margo mercer

the bane of my existence

: śr lut 25, 2026 7:59 pm
autor: margo mercer
Silnik jeszcze nie pracował. W aucie było duszno, jakby powietrze stało się gęstsze od słów, które padły. Przez krótką chwilę Margo patrzyła przed siebie, nie odwróciła się od razu, nie rzuciła riposty. Jego osąd, szybki, wygodny i uproszczony, zawisł między nimi jak coś brudnego.
Idealnie przystrzyżony trawnik. Dwójka kochających rodziców. Rzucanie forsą.
Jej szczęka napięła się niemal niezauważalnie. - Skończyłeś już pisać moją biografię? - zapytała w końcu cicho; jeszcze nie pozwoliła emocjom przejąć nad nią kontroli.
Odwróciła się w jego stronę powoli. - Masz niesamowity talent do zakładania, że wiesz wszystko o ludziach, których nawet nie próbujesz poznać - jej głos nie drżał; jeszcze nie drżał. Krótki, ostry uśmiech przeciął jej twarz. - Gratuluję. Właśnie udowodniłeś, że robisz dokładnie to, o co mnie oskarżasz - nie odwróciła wzroku, kończąc swoją myśl: - Upraszczasz - miała ochotę nawet uderzyć dłonią o dłoń, aby tym teatralnym gestem podkreślić sens swoich słów. Być może sama wyrokowała, być może powinna w pewnych momentach ugryźć się w język i z pokorą pochylić głowę, ale w walce, bo tym właśnie była ich praca - nieustającą walką, z nim nie odczuwała najmniejszej potrzeby kajania się. Nie przed kimś, kto na sumieniu miał więcej niż ona. A nie zdawała sobie sprawy z tego jakie sekrety chował w rogu swojej szafy.
W aucie było tak cicho, że słychać było ich oddechy. - Powinieneś wiedzieć, że nie wszyscy, którzy nie skończyli z igłą w ręku mieli łatwo, Madden - to było pierwsze pęknięcie. - I nie wszyscy, którzy mieli ciężko, mają monopol na moralność - uniosła brew, widząc jego cofnięcie ręki przy jej jedź. Zauważyła ten gest. Zauważyła, jak bardzo potrzebował nie podporządkować się jej słowu.
Powinnaś czasem spojrzeć w lustro, Margo. To było to. To jedno zdanie, które przestawiło coś w jej wnętrzu o kilka stopni.
Kiedy wspomniał o patrolówce i dziurze, z której się wydostała, jej spojrzenie przesunęło się w jego stronę powoli, jakby dawała mu jeszcze jedną szansę, by się wycofał. Nie zrobił tego. Jego ton był wyższy niż zwykle, ostry. Zraniona duma brzmiała w każdym słowie - mówił o efektach, o papierologii, o tym, że inni doceniają mniej pracy przy biurku. Mówił tak, jakby ona była jedyną osobą, która mu tę wygodę odbierała. - Skończyłeś? - zapytała cicho. - Bo jeśli tak, to pozwól, że ja coś powiem - odwróciła się do niego dopiero wtedy, gdy skręcił w boczną ulicę. Każdy jego ruch, odsłaniał napiętą linię szczęki. - Mówisz o zaufaniu, jakbyś w ogóle wiedział, co to znaczy - zaczęła spokojnie, kontrolowała swój głos zdecydowanie za bardzo. - Mówisz, że kwestionuję wszystko, co robisz. Może dlatego, że nigdy nie uznałeś mnie za partnera - zrobiła krótką pauzę, a gdy tylko próbować wtrącić coś pomiędzy jej słowa, pokręciła głową, dając mu wyraźny znak, żeby tego nie robił, żeby pozwolił jej dokończyć. Miał swoją okazję do przemowy, teraz jej kolej.
- Od pierwszego dnia traktujesz mnie jak intruza - jej oddech przyspieszył nieznacznie, choć nieudolnie starała się to ukryć. - Nie jak kogoś, kto ma z tobą pracować. Tylko jak problem, który trzeba przeczekać albo zepchnąć na bok - przez moment w aucie było słychać tylko opony sunące po asfalcie. - I wiesz co? - dodała ciszej. - Mam dość udawania, że to mnie to nie rusza - odwróciła się do niego całym ciałem. I wtedy puściło. - W pierwszej chwili, w której mnie poznałeś, kazałeś mi iść zaparzyć sobie pieprzoną kawę - warknęła, wszystkie trzymane na wodzy emocje, zostały wypuszczone wolno. Nikt inny nie potrafił wyprowadzić jej z równowagi tak szybko, tak sprytnie, tak celowo. - W drugiej chwili zasugerowałeś, że zdobyłam swoją posadę nie ciężką pracą, a długim jęzorem za zamkniętymi drzwiami kogoś na górze - wyliczała. - W trzeciej chwil, zanim jeszcze zdążyłam cokolwiek zrobić, powiedziałeś, że nie chcesz żebym była twoją partnerką i przekonam się, jak wielka kara mnie spotkała - jej dłonie uniosły się w bezradnym geście, jakby naprawdę nie mogła uwierzyć, że musi to wszystko przypominać. - W czwartej chwili kazałeś mi zapomnieć o tym, że czegokolwiek się od ciebie nauczę - jej śmiech był krótki, pozbawiony humoru.
- A kiedy znudziło ci się zgrywanie pieprzonego pana świata, postanowiłeś flirtować ze mną na przyjęciu pożegnalnym swojego partnera - jej spojrzenie było twarde, miała dość jego bzdur. - Przestań więc pieprzyć o tym, że kwestionuję wszystko co robisz, bo do tej pory nie dałeś mi ani j e d n e g o powodu, żebym robiła inaczej - w samochodzie zrobiło się duszno. I po raz pierwszy to ona przestała być opanowana.
Nie wyglądała już jak detektyw analizująca fakty, wyglądała jak kobieta, która przez tygodnie gryzła się w język - i w końcu przestała.

Rhys Madden

the bane of my existence

: śr lut 25, 2026 8:40 pm
autor: Rhys Madden
Kilka dni względnej ciszy między nimi - przynajmniej jak na ich standardy - szybko okazało się okupione prawdziwą ceną. Teraz, gdy wszystko implodowało wewnątrz jego samochodu, odnalazł odbicie własnej złości w siedzącej obok kobiecie.
- Nie muszę wiedzieć wszystkiego, wystarczy, że wiem wystarczająco - odgryzł się od razu, ponieważ przecież nigdy nie twierdził, że wie wszystko na dany temat. Jego wiedza zarówno o niej, jak i wszystkich innych z ich komisariatu była wyłącznie fragmentaryczna. Z tych kawałków składał sobie całość obrazu i nie wątpił, że tu i ówdzie ten obraz był zakłamany, ale to były wyłącznie detale - szczegóły, których naprostowanie nie zmieniało odbioru całej treści.
Jak dotąd jego zdanie na temat Margo Mercer pozostawało niezmienne. Była uparta, nieznośnie drobiazgowa, momentami bezczelna i bezpośrednia, by w innych być chłodną i wzgardliwą. Zachowywała się d o k ł a d n i e tak, jak się tego po niej spodziewał i miał ten fakt na końcu języka wyłącznie po to, by ją rozwścieczyć, ale nie zdążył sprzedać jej następnego uproszczenia.
Bowiem Mercer eksplodowała.
Jego dłonie zacisnęły się na skórzanym obiciu kierownicy z taką siłą, że jego knykcie zabarwiły się bielą. W ciszy słuchał potoku jej żalu i gniewu, oskarżeń, których rzucała w jego stronę jakby sama była jedynie niewinną ofiarą jego paskudnego zachowania. Jakby nie odbijała każdej, rzucanej w jej stronę piłki z równą zaciekłością, o ile nie większą. Nie próbował jej przerywać - nie dlatego, że postanowił być uprzejmy, ale mierzył siły na zamiary i podejrzewał, że Mercer posunęłaby się bardzo daleko byle tylko mu na to nie pozwolić. Widziała jednak każdą chwilę, w której gwałtownie zaprzeczał, bowiem jego głowa zaczynała się poruszać w lewo i w prawo, zarówno w braku zgody, jak i absolutnym braku wiary w to, że miała czelność atakować go w ten sposób.
Cisza, która zapadła po jej słowach, dźwięczała mu w uszach, jak gdyby brak brzmienia jej głosu pochłaniał wszystkie inne dźwięki. Nie słyszał już toczących się po jezdni kół, warkotu silnika czy pisku hamulców, które wciskał nieco zbyt mocno, zbyt późno, rozproszony jej i s t o t ą.
- Dziękuję za ten bardzo wiarygodny obraz naszej relacji, który sobie skrupulatnie malowałaś przez ten czas - odpowiedział, pozornie krótko, pozornie spokojnie, ale w jego głosie miejsce gniewu zajęło coś znacznie zimniejszego. - Ten, w którym jesteś jedynie biedną ofiarą mojego podłego traktowania, w którym siedzisz cicho jak myszka, podczas gdy ja ci umniejszam, upraszczam i ratuję swoje kruche, męskie ego poniżając cię na każdym roku. Nie wiedziałem, że tak łatwo tobą pomiatać, Mercer.
Prychnął, przekleństwo wydostało się z jego ust na wydechu, jak siła, której nie był w stanie powstrzymać.
- Ze wszystkich tych rzeczy chyba najbardziej odklejona jest myśl, że to j a z tobą flirtowałem - parsknął, choć wcale nie było mu w tej chwili do śmiechu. - Ale jeśli to wpasowuje się w twoją ideę mojego bycia gburem, który sugeruje, że przeleciałaś kogoś dla awansu i teraz sam próbuje cię przelecieć, proszę bardzo. Twoja wersja rzeczywistości jest najwyraźniej jedyną prawidłową.
Skręcił w prawo, może nieco zbyt szybko i gwałtownie, ale kto wie - może da to Mercer okazję na wlepienie mu mandatu.
- Nie musisz mnie lubić - kontynuował, gdy dojeżdżali na miejsce. - Ale jeśli potrzebujesz powodu do niekwestionowania moich decyzji, niech będzie nim moje pieprzone doświadczenie. To, którego ty nie masz, i zaraz obrócisz moje słowa w kółko tak, żeby były znowu bezpodstawnymi próbami ratowania mojego ego, a nie zwykłym postawieniem faktów.

margo mercer

the bane of my existence

: śr lut 25, 2026 9:21 pm
autor: margo mercer
Silnik warczał nisko, jednostajnie, jakby próbował zagłuszyć to, co właśnie eksplodowało między nimi. Margo przez chwilę milczała, wpatrzona w przednią szybę, ale nie była to cisza wycofania. To była cisza zbierania amunicji. Czuła, jak puls uderza jej w skroniach, jak dłonie wciąż mają w sobie resztki drżenia, którego nie zdołała całkowicie opanować. Nienawidziła tego. Nienawidziła, że potrafił ją doprowadzić do takiego stanu, że jednym zdaniem, jednym protekcjonalnym spojrzeniem rozmontowywał spokój budowany od lat.
Reszta chłodnego rozumu, który jeszcze odzywał się w jej głowie, nakazywał jej po prostu urwać tę dyskusję, która donikąd nie prowadziła. Nie było mowy, żeby ci dwoje doszli do porozumienia. Zamiast tego górę wzięła skrywana głęboko porywczość, wypełzająca na wierzch bardzo rzadko. Odwróciła się powoli w jego stronę. - Wiesz, co jest naprawdę męczące? - zaczęła nisko, zbyt spokojnie jak na kogoś, kto przed chwilą wybuchł. - To, że za każdym razem próbujesz sprowadzić wszystko do jednego: że jestem niedoświadczona, że nie rozumiem, że kwestionuję, bo nie wiem wystarczająco dużo - jej spojrzenie było twarde, nieruchome. Czuła, jak coś w niej się przełamuje. Jak ostatnia warstwa zawodowej uprzejmości opada.
- Nie potrzebuję twojej zgody, żeby wykonywać swoją pracę. Nie potrzebuję twojego doświadczenia jako przepustki do zadawania pytań. I nie potrzebuję twojego przyzwolenia, żeby siedzieć w tym samochodzie - jej głos podniósł się o ton. Już tego nie kontrolowała. - Przestań traktować mnie jak zagrożenie dla swojego autorytetu - pas bezpieczeństwa wpił się w jej ramię, gdy nachyliła się nieco bliżej - przypadkowo, gdy jego noga nacisnęła na hamulec zbyt gwałtownie. - I przestań, kurwa, wkładać mi w usta rzeczy, których nie powiedziałam. Nigdy nie zasugerowałam, że jesteś niekompetentny. Nigdy nie powiedziałam, że nie masz prawa do swoich metod. Powiedziałam tylko, że chcę wiedzieć, co robisz - nie prywatnie, nie poza ramami czasu, który wyznaczał rytm w ich jednostce. Zawsze wtedy, gdy dotyczyło to pracy - ich wspólnej pracy. - To się nazywa partnerstwo, ale skąd możesz to znać, jeśli wszyscy moi poprzednicy uciekli - a ich ucieczki niewiele wspólnego miały z tym, że faktycznie nie nadawali się do tej roboty. Nie mogła im się dziwić - sama miała każdego dnia tę natrętną myśl w głowie, że o wiele łatwiej byłoby jej u boku kogoś innego. Jednak to byłaby jej porażka, a Margo Mercer nie potrafiła przegrywać.
Nie przerywała mu kiedy mówił, choć kosztowało ją to niesamowicie wiele wysiłku. Była na niego wściekła i chciała go znienawidzić, a mimo to gdzieś w otchłani jej umysłu ta silna emocja była blokowana. Wyjaśnienie tego znajdowało swoje miejsce przy stoliku w barze, w którym świętowali przejście na emeryturę Stevensona. I ta niewygodna, rozpychająca się w jej głowie myśl, napędzała ją jeszcze bardziej, bo za wszelką cenę pragnęła ją zdusić. - Jeśli to, że nie klękam przed twoim doświadczeniem, jest dla ciebie problemem, to przykro mi, ale powinieneś go rozwiązać na własną rękę - w jej oczach pojawiło się coś nowego - zawód.
Jej dłoń zacisnęła się na materiale spodni. - Wkurwia mnie to, Rhys. Wkurwia mnie, że za każdym razem, kiedy próbuję z tobą pracować, kończy się to jak walka o dominację. Nie pozwalasz mi zrobić niczego po swojemu i zawsze kiedy tylko ci to nie odpowiada, uznajesz mnie za przeszkodę - odwróciła wzrok, jakby wypowiedzenie tego kosztowało ją więcej, niż chciała pokazać.
Całe szczęście, że zdawali się dojeżdżać na miejsce; czuła drżenie, coś spalało ją od środka, potrzebowała wyładować emocje mocno i głośno. - I jeszcze jedno - zwróciła się do niego odpinając pas. - Nie waż się robić ze mnie idiotki, bo nie wymyśliłam sobie ani jednej sekundy tamtego wieczoru - gdy zwolnił, wjeżdżając na żwirowy parking jakiejś przydrożnej knajpki, miała wrażenie, że wysiadła z chargera, jeszcze zanim się zatrzymał. Łapiąc za drzwi, uderzyła nimi z taką siłą, że poczuła przeszywający ból w samych trzewiach.
Nie pomogło.

Rhys Madden

the bane of my existence

: śr lut 25, 2026 9:42 pm
autor: Rhys Madden
Nie dostrzegł jej małego ruchu przy którymś hamowaniu. Nie słyszał pasów wpijających się w materiał jej płaszcza. W y c z u ł, że się zbliżyła, wyczuł jej obecność tuż obok, bliżej, niż być powinna. I doprowadzało go to do s z a ł u.
Każdego dnia w biurze mógłby przysiąc, że wystarczyło mu przekroczenie progu komisariatu by wiedzieć, czy siedziała już przy swoim biurku, czy nie. Czuł się jak pieprzony pies tropiący, zawsze świadomy jej obecności choć nikt wokół niego nie zwracał najmniejszej uwagi na kolejną detektyw robiącą sobie kawę o siódmej rano. Wiedział kiedy wracała na swoje miejsce gdy znikała na dłuższą chwilę, rozpoznawał jej chód, spokojny lecz zdecydowany, odgłos, jaki wydawały jej buty w spotkaniu z linoleum wyłożonym na korytarzu.
Cała jej istota zapisała się gdzieś w jego podświadomości, z której nie potrafił jej wypędzić nieważne jak bardzo próbował. Żadne ostre słowa, żadna wzgardliwa uwaga i żaden dystans stworzony przez nią lub przez niego nie odsuwał jego myśli na inny tor - myśli, które skręcały ku niej częściej, niż byłby skłonny to przyznać.
Zimna furia, z którą wypluwała z siebie słowo za słowem uderzała w jego wnętrze raz za razem - w miejsce, którego nigdy nie obnażał, nawet przed samym sobą. Jego twarz pozostała wygięta w grymasie złości, który po tylu latach stał się dla niego niemal naturalny, ale gdzieś w głębi owładnęło nim innego rodzaju napięcie.
W pierwszym instynkcie pragnął zaprzeczyć.
Pragnął przyznać, że była kompetentną detektyw - właśnie dlatego aż tak się sprzeczali, ponieważ dostrzegała rzeczy, których nie widział nikt inny. Zapewnić ją, że nigdy nie wyrzucałby jej pomysłów dla samego wyrzucania ich, że jej wnioski były trafne, a niektóre koncepcje nie przeszły mu nawet przez myśl. Mercer nie byłaby udręką żadnego innego policjanta - żadnej osoby ambitnej, która pragnęła dla siebie drugiej, równie ambitnej osoby do współpracy. Byłaby doskonała dla Evansa, dla Robertsa, dla wszystkich tych osób, których codzienna egzystencja nie wymagała upychania koszmarów na dno najniższej szuflady, których kręgosłup moralny nie uginał się pod ciężarem czynów, które popełnili w przeszłości.
Margo była karą wyłącznie dla niego.
I właśnie z tego powodu nie mógł zaprzeczyć.
Dostrzegł tę palącą potrzebę, przerwania jej, uspokojenia, wypowiedzenia czegoś, co wyprowadziłoby ją z błędu - ponieważ tkwiła w błędzie. Nie traktował jej jako zagrożenia dla swojego autorytetu, traktował ją jako zagrożenie. Koniec. Kropka. Dla swojej egzystencji, dla swojego życia, swojej kariery, ale też dla tych obszarów swojego życia, które wiązały się ze zbyt wielką ilością blizn, by pragnął otwierać je na nowo.
Zdusił potrzebę odezwania się, nawet, gdy w jego wnętrzu coś zawrzeszczało w proteście. Jego szczęka napięła się jeszcze mocniej gdy auto wtaczało się na żwirową powierzchnię, bardziej siłą przyzwyczajenia, mechaniczną czynnością, którą wykonywał tysiące razy niż świadomym parkowaniem.
Margo Mercer musiała go nienawidzić. Nigdy nie sądził, że wypełnianie tej roli stanie się dla niego problemem.
- Po tej sprawie poproszę kapitana, żeby przydzielił cię do kogoś innego - odpowiedział krótko, gdy warkot silnika ustał, dając miejsce równie ogłuszającej ciszy. Wpatrywał się przez krótką chwilę w błyszczące logo tkwiące na środku kierownicy. Wściekłość uleciała z niego gdzieś w połowie jej wywodu, zastąpiona zmęczeniem wgniatającym jego barki w fotel. - Problem rozwiąże się sam.
Nie wiedział, czy w ogóle usłyszała jego słowa, wychodząc pośpiesznie na zewnątrz byle tylko nie spędzać kolejnej chwili w jego towarzystwie. Podążył jej śladem, choć nie waląc drzwiami swojego auta z impetem, z którym ona postanowiła się z nim pożegnać.
- Nazywa się Miles. Denerwuje się, gdy zadaje się mu zbyt wiele pytań, zbyt szybko. Ja będę je zadawał na początku, bo ja go znam - poinformował ją, tłumacząc, ponieważ z pewnością za chwilę powiedziałaby mu, że musiał podkreślić swój autorytet. - Powiedział, że słyszał coś o teczce podrzucanej w tamtej okolicy.
Zatrzymał się w połowie drogi do drzwi średniej, sieciowej kawiarni. Przez przeszklone ściany widział już znajomą sylwetkę siedzącą przy jednym ze stolików, zamiast jednak na niego, odwrócił swój wzrok na Margo.
- Skończyłaś? - spytał cierpko, nie tyle celem rozjuszenia jej, co upewnienia się, że cokolwiek wydarzyło się między nimi w samochodzie, nie zostanie przeniesione na to, co mieli zrobić teraz.

margo mercer

the bane of my existence

: śr lut 25, 2026 10:17 pm
autor: margo mercer
Nie wierzyła mu ani przez sekundę, kiedy próbował zamknąć wszystko w jednym, chłodnym zdaniu o zmianie partnera. To nie brzmiało jak ulga i nie brzmiało jak rozwiązanie. Brzmiało jak ucieczka. Jak ktoś, kto zamiast przyznać, że coś wymknęło się spod kontroli, woli odciąć źródło problemu. I nagle, po raz pierwszy od początku ich współpracy, zobaczyła w jego złości coś więcej niż arogancję; widziała i rozumiała doskonale to napięcie, które nie było skierowane przeciwko niej, tylko przez nią wyzwalane. Jakby była lustrem, w którym odbijało się coś, czego sam nie chciał oglądać.
- W porządku - zaskakująco, najpewniej dla nich obu, nie zawetowała jego pomysłu. - Poprosisz go, żeby tobie przydzielił kogoś innego - niby niewielka zmiana, ale różnica była rażąca. To nie ona nie chciała jego; to nie ona miała z nim problem. Było wręcz odwrotnie, łaknęła tej współpracy nawet jeśli była największą męką, drogą pod górę, niekończącym się zakrętem usłanym przeszkodami. Chciała z nim pracować, bo był najlepszy i chciała z nim pracować dla niego. To była ta sama myśl upychana na dnie umysłu, tuż obok tej, która rozsądnie kazała go nienawidzić i jednocześnie nie potrafiła tego uczynić.
Zimne powietrze ją otrzeźwiło. Zdystansowanie się od Maddena, bycie przez kilka chwil nieświadomą jego obecności, zapachu, każdego minimalnego gestu, który zauważała, bardzo jej pomogło. Wyłączyła się, odchodząc kawałek dalej, gdzie praktykowała głębokie oddechy i przejście do trybu pracy. Potrzebowała tego, bo miała wrażenie, że ich kłótnia, eskalująca z każdą chwilą w ogromny konflikt, przestała tak naprawdę dotyczyć wyłącznie pracy. Nie zauważyła tego, gdy przerzucali się wzajemnie winami, a dopiero wtedy, kiedy największe emocje opadały.
Z bezpiecznej odległości przyglądała mu się, naprawdę nie rozumiejąc i bardzo chcąc go zrozumieć. Cokolwiek sprawiało, że w ułamku sekundy stawał się zupełnie odmiennym człowiekiem, zjadało go kawałek po kawałku i odczuwała z tego powodu nachalną chęć zabrania tego ciężaru z jego ramion. Chociaż częściowo. Było to niesamowicie idiotyczne, bo przecież ten człowiek był jeszcze paręnaście dni temu obcy; i od tego czasu nie zasłużył ani przez moment, by czuła do niego jakiekolwiek pozytywne uczucie.
Wyrwana z natłoku myśli jego krótkim pytaniem, pokręciła głową. - Nie będę się odzywać - zapewniła już spokojnie. Jakby ktoś przełączył włącznik, a ostatnie kilkanaście minut nie miało miejsca. - Będę słuchać. I nie będę ci przeszkadzać - dodała rzeczowo, tonem profesjonalnym do bólu. Minęła go bez słowa, tym razem bez prowokacji, bez potrzeby ocierania się o jego ramię czy zaznaczania swojej obecności. Otworzyła drzwi kawiarni i weszła do środka, pozwalając, by to on prowadził. Zatrzymała się pół kroku za nim, wystarczająco blisko, by móc zareagować, ale wystarczająco daleko, by nie naruszać przestrzeni.
Jej twarz złagodniała całkowicie; gniew zostawiła na parkingu w pustym samochodzie. Zauważyła sylwetkę przy stoliku, nerwowy ruch dłoni, sposób, w jaki mężczyzna co chwilę zerkał w stronę drzwi. Nie wyglądał na kogoś, kto czekał cierpliwie, a raczej jak ktoś kto rozważał ucieczkę. Jego palce bębniły w blat w nieregularnym rytmie, kolano podskakiwało pod stołem, kubek z kawą był niemal nietknięty. Wyglądał jakby jego zdenerwowanie było podszyte strachem. Zapamiętała to wszystko bez wysiłku, składając w głowie obraz człowieka, który przyszedł tu z własnej woli, ale nie był pewien, czy to był dobry pomysł.

Rhys Madden