Strona 1 z 1

you the garden and the grave

: czw lut 26, 2026 2:33 am
autor: nadir al khansa
003
you the garden and the grave,
you who I held as the last air left
Obojętność;
na neon pulsujący niczym przyśpieszone tętno, zawieszony tuż nad barem. I zbyt głośne skrzypnięcia barowego stołka, na którym usadowił się z dobrych kilka godzin - miesięcy, lat, stuleci - temu. Gdy omyłkowo unosił podbródek ponad bezpieczną wysokość, mimowolnie mrużył oczy, oślepiany niczym lodowiskowymi reflektorami. Uwięziony tym przeszywającym uczuciem szponami sięgającym do przeszłości, wpatrywał się głównie na własne dłonie; splecione desperacko na szklance wypełnionej na wpół wypitym alkoholem. Przechylając ją wolno w palcach, obserwował jak przeklęty zaklęty światło tańczące w jej krzywiznach. Wszystko, byleby nie c z u ć. Ciepła oraz dymu gromadzącego się pod nisko zawieszonym sufitem. Czy nierówno buczącej klimatyzacji, najwyraźniej nienadążającej w tym nierównym boju z powietrzem wypełnianym po brzegi odorem spoconych ciał, alkoholu, ciężkich perfum i duszącej woni papierosów. Pod koniuszkami palców odczuwał delikatne wyżłobienia - drobne rysy w drewnie, teraz tak niebywale nieinteresujące dla niego - w blacie, który pomimo kilkukrotnego przeciągnięcia szmatką przez barmana nadal pozostawał delikatnie lepiący. Drgnął na stołku ledwo dostrzegalnie po długim bezruchu, gdy od nacisku jego ciała na przedramiona tuż pod łokciami odcisnął się już mu ślad od krawędzi baru. Dlatego starał się skupić na chociażby jednym c h o l e r n y m szczególe i zakotwiczyć w nim całego siebie, by nie
z n i k n ą ć.
Pozwalając powiekom opaść, momentalnie tonął w kalejdoskopie wspomnień z ostatnich dni. Granice między nimi zdawały się rozmyte do tego stopnia, iż sam Al Khansa nie zdołałby nakreślić ich prowizorycznie w swych chaotycznych myślach. Sidła utkane z marazmu ciasno oplatywały jego obolałe ciało, odbierając mu resztki kontroli nad nim. Oddałeś ją; jego własny głos syczący od kpiny jakby muskał zakrzywienia małżowin usznych. A teraz każde najmniejsze drgnięcie tego ważącego trzy tony nieszczęść ciała było wynikiem ciężko wysnutej decyzji i wewnętrznego zmuszania się do podjęcia jakiegokolwiek czynu. Bo gdyby mogło, przestałoby pewnie również oddychać.... Wszak oddech - jeden za drugim, jeden za drugim... - był okupiony udręką w tym nieprzerwanym trwaniu. Gdy niespodziewanie ktoś trącił plecy Nadira przechodząc z b y t blisko niego, poczuł wędrujący po skórze płomień, wypalający skórę, ścięgna i tlący się dopiero między kręgami kręgosłupa. Mimowolnie całe jego ciał zesztywniało, napinając się w gotowości do ucieczki. Och! Bo bolało go życie; dźwięczny śmiech wędrujący w labiryncie ludzi skupionych tłumnie na parkiecie, głośna muzyka wdzierająca się basami za materiał ciemnej koszulki, zniekształconego odbicia w lustrzanej ścianie za barem, rozmiękła podkładka pod szklanką, swój głos... A w tym letargu z trudem wyszarpywał z siebie kontury ostatnich wspomnień, gdyż wszystko zawsze strumieniem myśli płynęło do apogeum.
Złudnego poczucia niepowstrzymania oślepiającego go równie mocno, co ostre światła otulające taflę olimpijskiego lodowiska. Pamiętał pierwsze dźwięki utworu przejmujące władzę nad każdym mięśniem; wyuczone wędrowały przecieranymi przez lata szlakami ku uciesze publiki. Naznaczał ruchy prawdziwymi emocjami; czyż nie to Cię zgubiło, Nadirze? Nie zdołał już wyszarpać się z ostrych szponów uczuć, gdy drżącymi dłońmi malował kolejną figurę. Wzleciał tak wysoko ikarowym lotem, że prządki losu wypleść z niego mogły jedynie upadek. Nigdy nie miał wygrać; nie z sobą. Niczym powidoki nawiedzały jego wizję, gdziekolwiek wędrował zamyślonym spojrzeniem. Wkradały się podstępnie niewyraźnym omamem, po który wyciągał wygłodniałe pamięci i życia dłonie, by w następstwie umykały mu między palcami. Imiona układały się w elegię, prowadząc żałobnym szlakiem po gasnącym cieple cudzych ramion. Ileż w tym było prawdy, a ile obłudy utkanej przez szaleńczy umysł tonący w euforii? Niekiedy myślał niejasno, iż może jego serce zaczęło wygrywać melodię tych butów uderzających w biegu po zaokrąglonych kamieniach bruku, lecz jednostajnym
bum-bum-bum
nie prowadziło do niczego; żadnego europejskiego miasteczka. Czasami czuł też otulający jego skórę półmrok hotelowego korytarzu, by zmąciło to fantomowy żar cudzych dłoni wędrujących po karku. Bo po dławiącym dymie w gardle po wypalonym papierosie na mikroskopijnym balkonie nad wąską uliczką, nie pozostał nawet cień gorzkości na języku.Samir; nieznanym głosem składającym obcym akcentem imię, mieszało się z prawie otrzeźwiającym uczuciem chłodu na czole, bijącym od szyby taksówki mknącej przez miasto okryte gwieździstym płaszczem. I jeśli naprawdę żył w tych majakach przeszłości, to teraz pozostał wyłącznie z marnymi strzępami.
Dlatego stał się duchem, nawiedzającym dawne miejsca niegdyś tętniące jego własnym życiem. Rzucał cień siebie na naznaczone emocjami echo minionych dni, jakby zdołać go mogło zmartwychwstać. Dalej - dlaczego, dlaczego, dlaczego - niczym posąg zajmował miejsce przy barze, dusząc się od różnorodności i przesytu atakujących go bodźców.
Po prostu i s t n i a ł; a to było najwyraźniej jego największą udręką oraz problemem.



lazare moreau