you who I held as the last air left
na neon pulsujący niczym przyśpieszone tętno, zawieszony tuż nad barem. I zbyt głośne skrzypnięcia barowego stołka, na którym usadowił się z dobrych kilka godzin - miesięcy, lat, stuleci - temu. Gdy omyłkowo unosił podbródek ponad bezpieczną wysokość, mimowolnie mrużył oczy, oślepiany niczym lodowiskowymi reflektorami. Uwięziony tym przeszywającym uczuciem szponami sięgającym do przeszłości, wpatrywał się głównie na własne dłonie; splecione desperacko na szklance wypełnionej na wpół wypitym alkoholem. Przechylając ją wolno w palcach, obserwował jak
Złudnego poczucia niepowstrzymania oślepiającego go równie mocno, co ostre światła otulające taflę olimpijskiego lodowiska. Pamiętał pierwsze dźwięki utworu przejmujące władzę nad każdym mięśniem; wyuczone wędrowały przecieranymi przez lata szlakami ku uciesze publiki. Naznaczał ruchy prawdziwymi emocjami; czyż nie to Cię zgubiło, Nadirze? Nie zdołał już wyszarpać się z ostrych szponów uczuć, gdy drżącymi dłońmi malował kolejną figurę. Wzleciał tak wysoko ikarowym lotem, że prządki losu wypleść z niego mogły jedynie upadek. Nigdy nie miał wygrać; nie z sobą. Niczym powidoki nawiedzały jego wizję, gdziekolwiek wędrował zamyślonym spojrzeniem. Wkradały się podstępnie niewyraźnym omamem, po który wyciągał wygłodniałe pamięci i życia dłonie, by w następstwie umykały mu między palcami. Imiona układały się w elegię, prowadząc żałobnym szlakiem po gasnącym cieple cudzych ramion. Ileż w tym było prawdy, a ile obłudy utkanej przez szaleńczy umysł tonący w euforii? Niekiedy myślał niejasno, iż może jego serce zaczęło wygrywać melodię tych butów uderzających w biegu po zaokrąglonych kamieniach bruku, lecz jednostajnym
Dlatego stał się duchem, nawiedzającym dawne miejsca niegdyś tętniące jego własnym życiem. Rzucał cień siebie na naznaczone emocjami echo minionych dni, jakby zdołać go mogło zmartwychwstać. Dalej - dlaczego, dlaczego, dlaczego - niczym posąg zajmował miejsce przy barze, dusząc się od różnorodności i przesytu atakujących go bodźców.
Po prostu i s t n i a ł; a to było najwyraźniej jego największą udręką oraz problemem.
lazare moreau