Strona 1 z 1

to understand, I destroyed myself

: pt mar 06, 2026 1:49 am
autor: nadir al khansa
wiedeń, luty 2026; europejska odyseja skąpana w manii
to understand, I destroyed myself

Połowę nocy półnagi w skotłowanej pościeli spoglądał na sufit, wodząc wzrokiem po pęknięciach w farbie. Śledził misternie tworzone wzory przez upływający czas i sukcesywne zalania przez sąsiadów, czując przy tym każdy skrawek własnego ciała.
I myśli!
Przeklęte myśli przylegające wręcz do wilgotnej od potu skóry, by nie zdołał już od nich uciec aż do pierwszych promieni słońca wkradającego się przez uszkodzoną i do wpół spuszczoną drewnianą żaluzję. Nawet w tej niezmienionej od kilkunastu minut pozycji, serce Al Khansy boleśnie obijało się w klatce piersiowej unoszącej się zdecydowanie za szybko. Wszystko w nim dopraszało się ruchu; dalszej ucieczki przed sobą, a pozostanie na dłużej w bezruchu, mogło wyłącznie doprowadzić do zguby.
Może nie istniał już wcale? W bieli bawełnianych fal tonęło wyłącznie porzucone na straty ciało. Jego imię przestawało wybrzmiewać we wspomnieniach innych; czyż nie uciekł już wystarczająco daleko? I kłębiło się w nim równie mocne przerażenie, gdyż po opuszczeniu - zbyt lekkich na zbawienny sen - powiek dosięgało go to nienazwane uczucie, spychające z tego złudnego szczytu świata. Głuchł wtedy od olimpijskich wiwatów, a oślepiony ostrymi błyskami flaszy nie potrafił dojrzeć w pędzie własnych myśli tego prawdziwego pragnienia zbłąkanej duszy; w błękicie oczu, w których tak często starał się odszukać swojego odbicia i złotych pasmach kradnących całe lśnienie słońca, a gdyby tak, wyciągnąć dłoń... ... i zastygnąć na wieki w tym słodkim strzępie przeszłości. Ręka opadła z głuchym uderzeniem na materac, bo to ciało p o w i n n o zapomnieć i pozostać zapomniane. Wepchnięty ponownie w nieustannie zmieniający się kalejdoskop przypadkowych myśli, zsunął się do krawędzi łóżka i utkwił swój wzrok w uchylonych drzwiach od swojego obecnego pokoju. Wróć wreszcie do domu, uciekaj dalej? Ze skrzypnięciem sprężyn wstał nieśpiesznie, powoli sięgając po kolejne warstwy ubrań, rozrzuconych w nieładzie po drewnianym parkiecie i wciągając je na siebie bez zastanowienia.
Drugą połowę nocy musiał spędzić poza tymi nieszczęsnymi czterema ścianami, które powoli przypominać zaczynały więzienną celę. Dlatego już chwilę później wystukał kłykciami lewej dłoni bliżej nieokreśloną melodię o skrzypiące ze starości drzwi współlokatorki pisanej mu czystym przypadkiem. Potrzebował cudzej obecności, substytutu dla niedostępnych emocji... c z e g o k o l w i e k, gdyż wszystko przed nim i zanim zaczynało tak przeraźliwie pędzić.
Kroki Nadira wybijały szybki i miarowy rytm na jednym z austriackich chodników, któremu towarzyszył ten drugi nieco cichszy. W półciemnościach wyciągnął swoją wychłodzoną od powietrza dłoń, by spleść ją z palcami Benoite, ostatecznie gubiąc się gdzieś w połowie drogi i zaciskając na drewnianej barierce oddzielającej ich od Dunaju. Al Khansa czuł podskórnie, jakby wraz z biciem serca pulsował mu cichy szept;
skocz,
bum,

skocz,
bum,

skocz!
Splecione dźwięki w wygrywanej mu pieśni, ucichły, dopiero kiedy płuca wypełniło mroźne powietrze, a oczy dostrzegły rozmyte w falach odbicie jaskrawoczerwonego neonu. Mekka dla zbłąkanych w wiedeńskich ciemnościach okazała się czekać na nich tuż nieopodal, skrywając się między budynkami mogącymi uchodzić za opustoszałe. Entuzjastycznym kiwnięciem głowy wskazał Benoite prawdopodobnie ostateczny punkt ich podróży, ruszając wraz z nią ku ceglastemu budynkowi. Przepuścił po dżentelmeńsku swą towarzyszkę w drzwiach, by następnie wyminąć ją i własnym ciałem torować drogę do baru.
- Myślisz, że dzisiejsza noc powinna smakować margaritą?- Oparłszy się niedbale o blat, rzucił zaciekawionym spojrzeniem ku ciemnowłosej kobiecie, lekko przy tym przekrzywiając głowę. Wskazującym palcem dłoni wystukiwał delikatnie o blat melodię przerażająco podobną do początku programu, który stał się jego zgubą w olimpijskim boju. Nieświadomy tego zapewne nie dostrzegłby również we własnym odbiciu tych rozszerzonych źrenic, błyszczących w niepokojącym podekscytowaniu.

Benoite Lemarchand

to understand, I destroyed myself

: pn mar 09, 2026 8:07 am
autor: Benoite Lemarchand
it was my weakest night
between the dark and light
Od zawsze znała ciężar kradzieży.
Nie taki, o którym głoszą homilie czy skrzętnie spisane policyjne raporty; raczej ten cichy, prywatny ciężar, noszony głęboko pod skórą, który z czasem uwiera jak kamyk w bucie. Wydawać by się mogło, że jest już on dawno pogrzebany, z a p o m n i a n y, już całkiem niewielki i nic nie znaczący, a jednak, od czasu do czasu, przypomina o sobie przy źle postawionym kroku.
Na początku były rzeczy. Małe, materialne drobiazgi, dobywane dłonią w przypływie impulsu — kolorowe breloczki, zapomniane na stoliku zapalniczki, kolczyki pozostawione na brzegu umywali, pierścionki gubione pod barowym krzesłem. Każda zdobycz wiązała się z napięciem, wymagała czujnego spojrzenia, opanowania przyspieszonego bicia serca, tej jednej sekundy odwagi, kiedy palce przesuwają przedmiot z czyjegoś świata do jej własnego. Był w tym wysiłek, stres, niepokój, krótki spazm adrenaliny.
Materialne rzeczy stawiały opór.
A wkrótce zrozumiała, że istniało też coś, co było znacznie łatwiejsze do przywłaszczenia.
Ludzie noszą swoje dusze niemal na wierzchu, jak otwarte portfele. Wystarczyło słuchać uważniej niż inni. Zadać jedno pytanie więcej. Zatrzymać spojrzenie o sekundę za długo. Wtedy, zardzewiały już mechanizm, nagle zaczynał się rozgrzewać, wykonywać pierwsze ruchy, aż finalnie puszczać parę pełnym hukiem i pracować na wysokich obrotach. I zaczynały się opowieści — o dzieciństwie, dawnych miłostkach, o rzeczach, które pamiętali tylko oni.
W tych opowieściach oddawali jej cząstki siebie.
Bez alarmu.
Bez zamków.
Bez wysiłku.
Benoite odkryła, że wspomnienia kradnie się najłatwiej na świecie. Wystarczy być czyjąś uważnością.
Czasem łapała się na tym, że nosi w sobie historie, których już dawno nie pamiętają ich właściciele. Czyjeś pierwsze pocałunki. Czyjeś rodzinne kłótnie. Czyjeś sekrety wypowiedziane przy kieliszku wina. Kilka słów klapniętych za dużo w jej towarzystwie nigdy nie ucieka w eter. To wszystko pozostaje w niej. Cudza własność przechowywana bez pozwolenia.
Wtedy właśnie, czuła największy ciężar tej kradzieży — nie w rękach, nie w torebce czy kieszeniach, a gdzieś głęboko pod mostkiem. Bo rzeczy można oddać. Rzeczy można gubić. Można też wyrzucić do rzeki, ale kiedy raz zabierze się komuś fragment jego wspomnienia, kiedy stanie się jedynym powiernikiem, jedyną osobą, która jeszcze pamięta — tego nie da się już zwrócić.
Tej miękkiej i chłodnej nocy i on stawał się częścią, którą w pewnym stopniu przywłaszczyła. Idąc obok niego bez pośpiechu, wyrwana z objęć Morfeusza, sprawiali wrażenie, jakby oboje zgubili gdzieś zegarki albo uznali, że noc nie potrzebuje czasu. Ich kroki odbijały się echem od kamiennych ścian nad kanałem Dunaju, a powietrze pachniało wilgocią, którą Benoite momentami przecinała papierosowym dymem.
Spotkali się, jak dwie myśli, które przypadkowo trafiły na siebie w cudzej głowie i chociaż wymienili wiele słów, to nie znała go naprawdę. I może dlatego to wszystko było takie proste. Odnajdywała cichy komfort w jego osobie; był latarnią napotkaną na drodze, która nie pyta dokąd idziesz, tylko przez chwilę oświetla chodnik.
Woda w kanałach odbijała światła oazy w rozedrganych smugach, które na spokojnej tafli wyglądały jak wstążki księżyca. Bar stojący niemal nad samą rzeką był ostatnim czynnym o tej porze schroniskiem dla wędrowców takich jak oni. Światło czerwonego neonu jarzyło się ostro, tworząc wrażenie niby ogniska, przyciągającego wszystkie zbłąkane dusze. Tuż po otwarciu drzwi przez towarzysza, wykonała pierwsze kroki w akompaniamencie dochodzącej z wnętrza muzyki. Woń alkoholu zmieszana z ciężkim zapachem wiatru nasiąkniętego w ubraniach tworzyły specyficzną mieszankę unoszącą się w powietrzu, a fala gorąca uderzała Lemarchand z każdym kolejnym krokiem w stronę baru.
Ściągnięta do połowy ramion kurtka wadziła przy wykonywaniu płynnych ruchów, nim pytanie zostało przetworzone przez zajęty zrzucaniem ciążącej warstwy umysł, zorientowała się, że cisza między jego pytaniem a jej odpowiedzią mogła trwać odrobinę za długo.
Margarita — powtórzyła, a lekko zmrużywszy oczy wyobraziła sobie lewitujący w powietrzu drink w odcieniu świeżo wyciśniętego soku z cytryny. Na samo wspomnienie smaku ślinianki zaczęły pracować, co z kolei przywiodło jej na myśl, że kwaśny trunek nie pasował do tej nocy. — Jakim drinkiem jestem? — rzuciła, zbijając przy tym samą siebie z pantałyku, wszak pytanie wyrwało się z jej ust wręcz niekontrolowanie. Alternatywną dla tych słów równie dobrze mogłoby być indagowanie: jak naprawdę mnie widzisz i co ci przypominam?
Przypominasz mi słodko-gorzkie Campari — uporawszy się z warstwą wierzchniej odzieży, odrzuciła małą stertę ubrań na wysokie krzesło barowe. Tak jak nonszalancko pozbyła się kurtki z zasięgu wzroku, z taką samą lekkością przyszło jej znaleźć trunek przypominający mężczyznę. — Chcesz wiedzieć czemu? — przekrzywiła głowę w dokładnie ten sam sposób, co Nadir Samir podczas rzucenia pierwszego pytania przy barze.

nadir al khansa

to understand, I destroyed myself

: sob mar 14, 2026 8:57 pm
autor: nadir al khansa
Pozwoliłby jej.
Wkradnąć się w rytm jego kroków uderzających o wilgotny chodnik prowadzący ich w objęcia nocnego Wiednia, gdyż ta melodia nigdy tak naprawdę nie należała do niego. Szła impulsami w mięśniach, by
krok
za
krokiem prowadzić go ku własnej zgubie utracie kontroli. Oddać własne ciało zapomnieniu, by zostało mu wybaczone; ciążące na ramionach błędy i to przeklęte życie, które nigdy nie mogło wpasować się w odpowiednie ramy. A Benoite pojawiając się tego jednego przypadkowego dnia, gdy zwykła pomyłka zacisnęła na moment supłem ich nicie przeznaczenia, stała się w jego oczach odpowiednim obserwatorem upadku. Wzlotu do samego słońca, Nadirze, pozwól promienią sparzyć Twą skórę! ; bo cichy głos podszeptujący mu w tym chaosie potrzebował teraz publiki i towarzystwa drugiej niewiadomej. Egoistycznie nie zastanawiał się wtedy nad brzemieniem, jakie tak lekko przekazywał drugiej osobie. Czyż nie splątywał wokół jej kostki łańcuchem wspomnienia, które mogło pociągnąć ją dokładnie tam, gdzie wcześniej jego? Lekkomyślnie,
bo pozwolił jej
wykradać historie wydostające się z niego w monologach o trzeciej nad ranem, jakby miały odejść z jej myśli wraz z pierwszymi promieniami słońca. Gestykulując z maniakalną wręcz ekscytacją, opowiadał - opowiadał, opowiadał, opowiadał... do utraty tchu - o ludziach napotkanych na własnej drodze i niektórych z tych blizn, które po sobie pozostawili na duszy.
Jego ciało szczelnie otulone bodźcami ledwo zauważalnie kołysało się do nieznanej mu dotąd muzyki, lecącej prosto z głośników zawieszonych tuż pod samym sufitem. Jakby pozostawanie w bezruchu sprowadzić mogło na niego wyłącznie samo nieszczęście. Jakim drinkiem jestem? Kąciki ust drgnęły mu ku górze, gdyż zaskoczony pytaniem, pozwolił sobie na chwilę poważnych rozmyślań i studiowania twarzy swej towarzyski. Zaczynając od pełnych ust wypowiadających najmniej oczywiste dla niego uwagi od czasu samego poznania. Na ciepły odcień skóry, kojarzący się Nadirowi z letnimi nocami, gdy jeszcze żar minionego dnia otulał ciała wraz z powietrzem. Oraz opadające na nią ciemne niesforne loki, zamykające cały obraz tak odmienny od wiedeńskiego krajobrazu. Była niewątpliwie inna - a może intrygująco mu tożsama? Będąca równie nieproszoną odmiennością w cudzej gościnie?
I jej o c z y; spojrzeniem - zdawać się mogło - wnikające głębiej, by następnie skryć w tym ciemnym błysku kolejne sekrety... cudze? Złapał się dłonią krawędzi blatu, prostując się przy tym nieznacznie i lekko wraz ze skrzypnięciem stołka barowego obracając się jeszcze bardziej w jej kierunku. Zapewne również w tym momencie stojący nieopodal barman postawił na nich krzyżyk, tracąc zainteresowanie ignorującymi go obcokrajowcami i nieśpiesznie ruszając do obsłużenia kolejnych klientów.
- Chciałbym... - Wątpliwość w głosie Nadira zakradła się między pierwszą a drugą sylabę, nim zdał sobie sprawę z tak jawnie wydostających się z niego uczuć. Wszak choćby starał się po stokroć zaprzeczyć, to gdzieś podskórnie obawiał się, że tą jedną analizą zdoła przeniknąć do jego myśli, wkraść się tak głęboko, że wyczyta z niego każdy wers jego życia. Dotrze -błagam, nie - do bolesnego upadku, zwieńczenia wszelkich jego dotychczasowych klęsk oraz potwornego fatum sięgającego samych gwiazd przeznaczenia Al Khansy. Nerwowo zanurzając palce wolnej dłoni w swoje splątane wiatrem hebanowe pukle, postanowił zapewnić ją nieco pewniej o własnych chęciach, skrywając za tym możliwe niepewności rodzące się gdzieś w mętliku myśli. - ...bardzo, Benoite.
Chwilę później poszedł w ślady kobiety, zsuwając z siebie wierzchnie odzienie i bezwstydnie zajmując nim miejsce po swej drugiej stronie. Rozważając możliwe scenariusze, dobranego mu przez nią słodko-gorzkiego Campari. Takie zastawienie przy pierwszej myśli łatwo dałoby się dopasować do sporej ilości osób, lecz bez zwątpienia przeczuwał, iż argumenty kobiety prawdopodobnie wyrwą się poza ramy bezpiecznych ogólników.
- Myślę, że mogłabyś być Last Word- Zaczął powoli, przypominając sobie zasłyszane niegdyś powiastki, zagłuszając przy tym ból ukłucia w klatce piersiowej na wspomnienie swych pierwszych przygód z finezyjnymi koktajlami. Dlatego pochylił się o kilka cali ku niej, opierając się wygodniej o barowy blat i ozdobił swe wargi prowokacyjnym uśmiechem. - Słyszałem, że został wymyślony tuż przed wprowadzeniem prohibicji w Stanach Zjednoczonych. Czuję, że potrafiłbym wyobrazić sobie Ciebie jako ciepłą noc w speakeasy. Taką z tajemnicami wybrzmiewającymi głośniej od samej muzyki... bo ile z nich w sobie nosisz?
Czyż nie mogłaby zasiąść przed nim niczym wyrwana z dawnych czasów lub jednego z niszowych filmów noir?

Benoite Lemarchand