Połowę nocy półnagi w skotłowanej pościeli spoglądał na sufit, wodząc wzrokiem po pęknięciach w farbie. Śledził misternie tworzone wzory przez upływający czas i sukcesywne zalania przez sąsiadów, czując przy tym każdy skrawek własnego ciała.
I myśli!
Przeklęte myśli przylegające wręcz do wilgotnej od potu skóry, by nie zdołał już od nich uciec aż do pierwszych promieni słońca wkradającego się przez uszkodzoną i do wpół spuszczoną drewnianą żaluzję. Nawet w tej niezmienionej od kilkunastu minut pozycji, serce Al Khansy boleśnie obijało się w klatce piersiowej unoszącej się zdecydowanie za szybko. Wszystko w nim dopraszało się ruchu; dalszej ucieczki przed sobą, a pozostanie na dłużej w bezruchu, mogło wyłącznie doprowadzić do zguby.
Może nie istniał już wcale? W bieli bawełnianych fal tonęło wyłącznie porzucone na straty ciało. Jego imię przestawało wybrzmiewać we wspomnieniach innych; czyż nie uciekł już wystarczająco daleko? I kłębiło się w nim równie mocne przerażenie, gdyż po opuszczeniu - zbyt lekkich na zbawienny sen - powiek dosięgało go to nienazwane uczucie, spychające z tego złudnego szczytu świata. Głuchł wtedy od olimpijskich wiwatów, a oślepiony ostrymi błyskami flaszy nie potrafił dojrzeć w pędzie własnych myśli tego prawdziwego pragnienia zbłąkanej duszy; w błękicie oczu, w których tak często starał się odszukać swojego odbicia i złotych pasmach kradnących całe lśnienie słońca, a gdyby tak, wyciągnąć dłoń... ... i zastygnąć na wieki w tym słodkim strzępie przeszłości. Ręka opadła z głuchym uderzeniem na materac, bo to ciało p o w i n n o zapomnieć i pozostać zapomniane. Wepchnięty ponownie w nieustannie zmieniający się kalejdoskop przypadkowych myśli, zsunął się do krawędzi łóżka i utkwił swój wzrok w uchylonych drzwiach od swojego obecnego pokoju.
Drugą połowę nocy musiał spędzić poza tymi nieszczęsnymi czterema ścianami, które powoli przypominać zaczynały więzienną celę. Dlatego już chwilę później wystukał kłykciami lewej dłoni bliżej nieokreśloną melodię o skrzypiące ze starości drzwi współlokatorki pisanej mu czystym przypadkiem. Potrzebował cudzej obecności, substytutu dla niedostępnych emocji... c z e g o k o l w i e k, gdyż wszystko przed nim i zanim zaczynało tak przeraźliwie pędzić.
Kroki Nadira wybijały szybki i miarowy rytm na jednym z austriackich chodników, któremu towarzyszył ten drugi nieco cichszy. W półciemnościach wyciągnął swoją wychłodzoną od powietrza dłoń, by spleść ją z palcami Benoite, ostatecznie gubiąc się gdzieś w połowie drogi i zaciskając na drewnianej barierce oddzielającej ich od Dunaju. Al Khansa czuł podskórnie, jakby wraz z biciem serca pulsował mu cichy szept;
skocz,
skocz,
skocz!
Splecione dźwięki w wygrywanej mu pieśni, ucichły, dopiero kiedy płuca wypełniło mroźne powietrze, a oczy dostrzegły rozmyte w falach odbicie jaskrawoczerwonego neonu. Mekka dla zbłąkanych w wiedeńskich ciemnościach okazała się czekać na nich tuż nieopodal, skrywając się między budynkami mogącymi uchodzić za opustoszałe. Entuzjastycznym kiwnięciem głowy wskazał Benoite prawdopodobnie ostateczny punkt ich podróży, ruszając wraz z nią ku ceglastemu budynkowi. Przepuścił po dżentelmeńsku swą towarzyszkę w drzwiach, by następnie wyminąć ją i własnym ciałem torować drogę do baru.
- Myślisz, że dzisiejsza noc powinna smakować margaritą?- Oparłszy się niedbale o blat, rzucił zaciekawionym spojrzeniem ku ciemnowłosej kobiecie, lekko przy tym przekrzywiając głowę. Wskazującym palcem dłoni wystukiwał delikatnie o blat melodię przerażająco podobną do początku programu, który stał się jego zgubą w olimpijskim boju. Nieświadomy tego zapewne nie dostrzegłby również we własnym odbiciu tych rozszerzonych źrenic, błyszczących w niepokojącym podekscytowaniu.
Benoite Lemarchand