pinot noir
: pt mar 06, 2026 7:02 am
Ethan Hartley
Piątki wieczór na kolacje z inwestorami wydawały się tradycją, przed którą pod żadnym pozorem nie była w stanie uciec. Niestety, George chciał poznać bliżej plany finansowe i poprosił, by na kolacji towarzyszył im dyrektor finansowy. Wcześniej nie miałaby z tym żadnego problemu, ale teraz? Próbowała unikać kontaktu z nim na tyle, ile było to możliwe. Z trudem ludzie zdobywali u niej zaufanie, zwłaszcza patrząc na to, co działo się dookoła niej.
Wcześniej była u ojca i to wcale nie poprawiło jej humoru. Stary Marshall wydawał się być jeszcze większym palantem niż wcześniej. Kiedy zaczęły wracać do niego siły, zrobił się jeszcze bardziej kontrolujący. Choć największym szczęściem dla niego było jedno, zgodność tkankowa z jego ukochaną córką. Podobno w pozostałych przypadkach coś się nie zgadzało, tylko potrzebowali do tego dłuższej analizy. O tej informacji całe rodzeństwo miało dowiedzieć się razem. Te dwie informacje krążyły bez zatrzymywania się po jej głowie. Standardowo przyszła wcześniej, ubrana w białą, przylegającą do ciała sukienkę i marynarkę. Krótkie włosy zaczynały zahaczać jej o ramiona, a ona siedziała pogrążona we własnych myślach z pierwszym kieliszkiem wina.
— Dobry wieczór, panie Hartley — skinęła delikatnie głową, mierząc mężczyznę od stóp do głów. Na oficjalną kolację nie przyszedł w dresie, to już jakiś plus. Tylko niezbyt ją interesował, nawet wzroku nie uniosła — pan LeClerc jeszcze się... — i wtedy rozbrzmiał jej dzwonek do telefonu. Niewiele myśląc, sięgnęła po telefon. Na ekranie wyświetliło się imię inwestora. Spojrzała jedynie krótko na Ethana, wzdychając krótko.
— Halo, dobry wieczór panie LeClerc, my już na pana czekamy — zaraz przerwała, a z głośnika telefonu dało się usłyszeć ucieszonego George'a — słucham? Rodzi się Panu właśnie dziecko? — powtórzyła razem za nim. Pierwszy raz od dawna kącik ust jej drgnął, przez co nie wiedziała, co powinna powiedzieć. Żadne słowa tego nie oddawały, a ją to zabolało. Jak sól wrzucona na starą ranę — To ma być znak naszej współpracy? — dopytała, kiedy ogłaszał głośno, że podpisze kontrakt w poniedziałek — naprawdę? Nie, nie musimy świętować bez Pana dwóch okazji — przymknęła na moment oczy, poszukując odpowiednich słów — dobrze, trzymam kciuki za pana żonę... — stwierdziła finalnie, wzdychając krótko. Odłożyła telefon do torebki. Potrzebowała wina, a najlepiej sporej ilości alkoholu. Chwyciła za szkło i wypiła połowę jego zawartości na raz.
— Mamy zjeść razem kolację i świętować — stwierdziła beznamiętnie Cherry — syn mu się rodzi — dodała, chwytając się ponownie za brzuch. Nie spodziewała się, że wrócą do niej z powrotem nieprzepracowane traumy. Zwłaszcza przy nim. W głowie przelatywały myśli oraz obrazy, do których nie chciała wracać.
— Możemy się do siebie nie odzywać? — pierwszy raz uniosła na niego wzrok, spoglądając na jego zielone oczy. Było w nich coś interesującego, czemu nie była zaprzeczyć. Tyle że po całym tygodniu nie miała siły na przepychanie. Szpitale uwzięły się za jej rodziną jak rzep do psiego ogona i nie chciały odpuścić.
Piątki wieczór na kolacje z inwestorami wydawały się tradycją, przed którą pod żadnym pozorem nie była w stanie uciec. Niestety, George chciał poznać bliżej plany finansowe i poprosił, by na kolacji towarzyszył im dyrektor finansowy. Wcześniej nie miałaby z tym żadnego problemu, ale teraz? Próbowała unikać kontaktu z nim na tyle, ile było to możliwe. Z trudem ludzie zdobywali u niej zaufanie, zwłaszcza patrząc na to, co działo się dookoła niej.
Wcześniej była u ojca i to wcale nie poprawiło jej humoru. Stary Marshall wydawał się być jeszcze większym palantem niż wcześniej. Kiedy zaczęły wracać do niego siły, zrobił się jeszcze bardziej kontrolujący. Choć największym szczęściem dla niego było jedno, zgodność tkankowa z jego ukochaną córką. Podobno w pozostałych przypadkach coś się nie zgadzało, tylko potrzebowali do tego dłuższej analizy. O tej informacji całe rodzeństwo miało dowiedzieć się razem. Te dwie informacje krążyły bez zatrzymywania się po jej głowie. Standardowo przyszła wcześniej, ubrana w białą, przylegającą do ciała sukienkę i marynarkę. Krótkie włosy zaczynały zahaczać jej o ramiona, a ona siedziała pogrążona we własnych myślach z pierwszym kieliszkiem wina.
— Dobry wieczór, panie Hartley — skinęła delikatnie głową, mierząc mężczyznę od stóp do głów. Na oficjalną kolację nie przyszedł w dresie, to już jakiś plus. Tylko niezbyt ją interesował, nawet wzroku nie uniosła — pan LeClerc jeszcze się... — i wtedy rozbrzmiał jej dzwonek do telefonu. Niewiele myśląc, sięgnęła po telefon. Na ekranie wyświetliło się imię inwestora. Spojrzała jedynie krótko na Ethana, wzdychając krótko.
— Halo, dobry wieczór panie LeClerc, my już na pana czekamy — zaraz przerwała, a z głośnika telefonu dało się usłyszeć ucieszonego George'a — słucham? Rodzi się Panu właśnie dziecko? — powtórzyła razem za nim. Pierwszy raz od dawna kącik ust jej drgnął, przez co nie wiedziała, co powinna powiedzieć. Żadne słowa tego nie oddawały, a ją to zabolało. Jak sól wrzucona na starą ranę — To ma być znak naszej współpracy? — dopytała, kiedy ogłaszał głośno, że podpisze kontrakt w poniedziałek — naprawdę? Nie, nie musimy świętować bez Pana dwóch okazji — przymknęła na moment oczy, poszukując odpowiednich słów — dobrze, trzymam kciuki za pana żonę... — stwierdziła finalnie, wzdychając krótko. Odłożyła telefon do torebki. Potrzebowała wina, a najlepiej sporej ilości alkoholu. Chwyciła za szkło i wypiła połowę jego zawartości na raz.
— Mamy zjeść razem kolację i świętować — stwierdziła beznamiętnie Cherry — syn mu się rodzi — dodała, chwytając się ponownie za brzuch. Nie spodziewała się, że wrócą do niej z powrotem nieprzepracowane traumy. Zwłaszcza przy nim. W głowie przelatywały myśli oraz obrazy, do których nie chciała wracać.
— Możemy się do siebie nie odzywać? — pierwszy raz uniosła na niego wzrok, spoglądając na jego zielone oczy. Było w nich coś interesującego, czemu nie była zaprzeczyć. Tyle że po całym tygodniu nie miała siły na przepychanie. Szpitale uwzięły się za jej rodziną jak rzep do psiego ogona i nie chciały odpuścić.