trust me, it'll be fun
: pt mar 06, 2026 8:22 pm
Jak powszechnie wiadomo – najlepsze pomysły miewało się zwykle tak mniej więcej w okolicach trzeciej nad ranem. Najlepiej w momencie, kiedy nie zdążyło się jeszcze do końca wytrzeźwieć – albo nawet na dobre nie zaczęło się jeszcze tego procesu… – i kiedy w drodze do domu doznawało się nagłego olśnienia.
Tym razem olśnienie musiało być dość silne, by bez większego zastanowienia zawrócić w miejscu i odpuścić sobie cały ten powrót. Zdecydowanie lepiej było od razu skierować się prostu do jednej z tych wcale nie tak licznych osób, które nawet nie powinny dziwić się odwiedzinami o jakiejś nieludzkiej porze. Bo nawet jeśli podróż na przedmieścia Toronto wymagała nieco więcej zachodu i czasu, to wciąż ledwie zaczynało świtać, kiedy wreszcie znalazł się przed domem przyjaciółki. Przynajmniej jednak wciąż miał dość rozsądku, żeby nie dobijać się do drzwi wejściowych – widocznie zdążył w porę uznać, że żadne z jej rodziców raczej nie zareagowałoby zbyt entuzjastycznie, gdyby nawet wyjaśnił im powód tak wczesnych odwiedzin. Niezależnie od tego, jak bardzo miałby być przy tym przekonujący.
Niestety, rozsądku nie starczyło już na tyle, by nie podejść do okna jej sypialni, schylając się po drodze po kilka niewielkich kamyków. Pierwszy oczywiście nie trafił, odbijając się od ściany poniżej parapetu. Zdecydowanie za mało, żeby móc się jakkolwiek zniechęcić. Zamachnął się raz jeszcze, drugim kamykiem dorzucając przynajmniej w sam parapet. I chociaż przez moment chyba nawet przeszło mu przez myśl, że w zasadzie nie miał absolutnie żadnej pewności, że z jakiegoś powodu nie pomylił mimo wszystko okien i nie dobijał się właśnie do niewłaściwego… całkiem szybko udało mu się tę myśl odsunąć gdzieś na dalszy plan. A wyczerpawszy trzymaną w ręku amunicję, ponownie podniósł z ziemi kilka kolejnych kamyków, żeby powtórzyć rzucanie nimi w szybę do skutku.
Przecież nie po to fatygował się aż tutaj, żeby teraz poddać się po ledwie kilku nieudanych próbach. Zwłaszcza, że kilka z rzucanych kamyków rzeczywiście trafiło przecież w okno i na pewno kwestią czasu pozostawało, aż Cath wreszcie się obudzi i przez nie wyjrzy.
– O, nie śpisz! – zauważył z szerokim uśmiechem, kiedy wreszcie jej twarz pojawiła się w tym cholernym oknie. – To super się składa. Mam zajebisty pomysł, a ty idziesz ze mną. Masz pięć minut.
Bo przecież znali się już chyba wystarczająco, by podobnie niewiele wnoszące wyjaśnienie nie powinno jej nawet w żaden sposób dziwić. A gdyby nawet… chyba i tak nie zamierzał uraczyć jej żadnym bardziej konkretnym. Niewiele wskazywało też na to, by miał jej dawać czas na ewentualne protesty i wymówki, po prostu przechodząc na przód budynku. W końcu… niby co lepszego miałaby mieć do roboty bladym świtem? I tak już przecież nie spała, a skoro tak – absolutną oczywistością było to, że wystarczyło już tylko poczekać na nią te wspomniane pięć minut. Dostatecznie wiele czasu, żeby z kieszeni wyciągnąć nieco sfatygowanego skręta i odpalić go rozsiadając się na schodkach prowadzących do drzwi frontowych.
Catherine Bennett
Tym razem olśnienie musiało być dość silne, by bez większego zastanowienia zawrócić w miejscu i odpuścić sobie cały ten powrót. Zdecydowanie lepiej było od razu skierować się prostu do jednej z tych wcale nie tak licznych osób, które nawet nie powinny dziwić się odwiedzinami o jakiejś nieludzkiej porze. Bo nawet jeśli podróż na przedmieścia Toronto wymagała nieco więcej zachodu i czasu, to wciąż ledwie zaczynało świtać, kiedy wreszcie znalazł się przed domem przyjaciółki. Przynajmniej jednak wciąż miał dość rozsądku, żeby nie dobijać się do drzwi wejściowych – widocznie zdążył w porę uznać, że żadne z jej rodziców raczej nie zareagowałoby zbyt entuzjastycznie, gdyby nawet wyjaśnił im powód tak wczesnych odwiedzin. Niezależnie od tego, jak bardzo miałby być przy tym przekonujący.
Niestety, rozsądku nie starczyło już na tyle, by nie podejść do okna jej sypialni, schylając się po drodze po kilka niewielkich kamyków. Pierwszy oczywiście nie trafił, odbijając się od ściany poniżej parapetu. Zdecydowanie za mało, żeby móc się jakkolwiek zniechęcić. Zamachnął się raz jeszcze, drugim kamykiem dorzucając przynajmniej w sam parapet. I chociaż przez moment chyba nawet przeszło mu przez myśl, że w zasadzie nie miał absolutnie żadnej pewności, że z jakiegoś powodu nie pomylił mimo wszystko okien i nie dobijał się właśnie do niewłaściwego… całkiem szybko udało mu się tę myśl odsunąć gdzieś na dalszy plan. A wyczerpawszy trzymaną w ręku amunicję, ponownie podniósł z ziemi kilka kolejnych kamyków, żeby powtórzyć rzucanie nimi w szybę do skutku.
Przecież nie po to fatygował się aż tutaj, żeby teraz poddać się po ledwie kilku nieudanych próbach. Zwłaszcza, że kilka z rzucanych kamyków rzeczywiście trafiło przecież w okno i na pewno kwestią czasu pozostawało, aż Cath wreszcie się obudzi i przez nie wyjrzy.
– O, nie śpisz! – zauważył z szerokim uśmiechem, kiedy wreszcie jej twarz pojawiła się w tym cholernym oknie. – To super się składa. Mam zajebisty pomysł, a ty idziesz ze mną. Masz pięć minut.
Bo przecież znali się już chyba wystarczająco, by podobnie niewiele wnoszące wyjaśnienie nie powinno jej nawet w żaden sposób dziwić. A gdyby nawet… chyba i tak nie zamierzał uraczyć jej żadnym bardziej konkretnym. Niewiele wskazywało też na to, by miał jej dawać czas na ewentualne protesty i wymówki, po prostu przechodząc na przód budynku. W końcu… niby co lepszego miałaby mieć do roboty bladym świtem? I tak już przecież nie spała, a skoro tak – absolutną oczywistością było to, że wystarczyło już tylko poczekać na nią te wspomniane pięć minut. Dostatecznie wiele czasu, żeby z kieszeni wyciągnąć nieco sfatygowanego skręta i odpalić go rozsiadając się na schodkach prowadzących do drzwi frontowych.
Catherine Bennett