There's no salvation for me now
: ndz mar 08, 2026 8:18 pm
Życie ostatnio miało smak porannej lury z ekspresu, pitej w zdecydowanym pośpiechu i odgrzewanego jedzenia z królestwa plastikowego tupperware wszelkiej maści. Clark wpadł w pracoholistyczny cug, który niczym węzeł powoli zaciskał się na jego szyi. Nigdy nie potrafił powiedzieć sobie dosyć; zawsze uciekał w pracę, kiedy tylko na horyzoncie pojawiały się rozterki. To był jego sposób na utrzymanie pozorów, na zatrzymanie maski faceta, który twardo stąpa po ziemi. I owszem, stąpał, ale kolana coraz częściej uginały się pod ciężarem zmęczenia, a język plątał się przy kolejnych zdaniach powtarzanych bezrefleksyjnie niczym kinowy frazes.
Libretto nie było może spełnieniem jego kulinarnych marzeń, ale z drugiej strony Clark nigdy nie należał do ludzi o wybitnie wymagających kubkach smakowych. Liczyło się raczej to, że miejsce było blisko jego mieszkania. Dlatego wpadał tu regularnie, czasem nawet kilka razy w tygodniu. Niekiedy pojawiał się jeszcze w dresach, prosto po treningu. Innym razem zjawiał się tuż po powrocie z lotniska, z torbą przewieszoną przez ramię i zmęczeniem starannie wypisanym na twarzy. Bo czego się nie robi dla porządnej, ociekającej tłuszczem margarity? Wspominałam już, że nie był wymagający?
Tym razem jednak Clark czuł, że potrzebuje czegoś więcej niż tylko jedzenia i ciszy. Ostatnimi czasy jego życie towarzyskie było w jeszcze większych powijakach niż zwykle. Coraz częściej łapał się na tym, że rozmawiał wyłącznie ze współpracownikami, najcześciej z tymi z wierzy, którzy zarzucali go wszystkimi lotniczymi frazesami przez radio. w kokpicie. Tak, więc o ile picie porannej kawy w samotności było jeszcze do zniesienia, ale jedzenie w absolutnej ciszy potrafiło skutecznie odebrać apetyt, nawet jemu.
Stąd też ten sms. Krótki, zdawkowy. Wiedział jednak, że David nie będzie miał mu za złe tego lakonizmu, bez głębokich wywodów. Czemu właśnie do niego? Bo mimo różnicy wieku, wiedział, że może na nim polegać. Poznali się przecież w wojsku, w świecie surowej dyscypliny, ciężkich butów i rozkazów wypowiadanych tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu. Obaj wiedzieli, jak smakuje zmęczenie po zdecydowanie zbyt długiej służbie i jak brzmi charakterystyczne chrzęszczenie kamaszy na korytarzach koszar. Clark miał pewność, że przy Dawidzie nie musi udawać i zgrywać twardziela. Ooje robili to codziennie, więc mieli prawo do przerwy. Mieli prawo do narzekania, zajadania się tłustym fast foodem i oderwania do rzeczywistości na kilka chwil. Mógł się wygadać, jeśli poczuje taką potrzebę. A jeśli nie, to też było w porządku. W końcu nie tylko Clark, ale i David miał swoje prywatne biwy i bolączki, które niekoniecznie musiałī wychodzić na światło dzienne. A Clark potrzebował powiewu normalności. Rozmowy o niczym, gwaru, śmiechu, błahostek. Ostatnio zatracił się w melancholii i marazmie dot ego stopnia, że łaknął tego czego miał na lekarstwo, a co był czymś zupełnie naturalnym dla innych. Rutyna. Szczególnie ta towarzyska.
David Harrison
Libretto nie było może spełnieniem jego kulinarnych marzeń, ale z drugiej strony Clark nigdy nie należał do ludzi o wybitnie wymagających kubkach smakowych. Liczyło się raczej to, że miejsce było blisko jego mieszkania. Dlatego wpadał tu regularnie, czasem nawet kilka razy w tygodniu. Niekiedy pojawiał się jeszcze w dresach, prosto po treningu. Innym razem zjawiał się tuż po powrocie z lotniska, z torbą przewieszoną przez ramię i zmęczeniem starannie wypisanym na twarzy. Bo czego się nie robi dla porządnej, ociekającej tłuszczem margarity? Wspominałam już, że nie był wymagający?
Tym razem jednak Clark czuł, że potrzebuje czegoś więcej niż tylko jedzenia i ciszy. Ostatnimi czasy jego życie towarzyskie było w jeszcze większych powijakach niż zwykle. Coraz częściej łapał się na tym, że rozmawiał wyłącznie ze współpracownikami, najcześciej z tymi z wierzy, którzy zarzucali go wszystkimi lotniczymi frazesami przez radio. w kokpicie. Tak, więc o ile picie porannej kawy w samotności było jeszcze do zniesienia, ale jedzenie w absolutnej ciszy potrafiło skutecznie odebrać apetyt, nawet jemu.
Stąd też ten sms. Krótki, zdawkowy. Wiedział jednak, że David nie będzie miał mu za złe tego lakonizmu, bez głębokich wywodów. Czemu właśnie do niego? Bo mimo różnicy wieku, wiedział, że może na nim polegać. Poznali się przecież w wojsku, w świecie surowej dyscypliny, ciężkich butów i rozkazów wypowiadanych tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu. Obaj wiedzieli, jak smakuje zmęczenie po zdecydowanie zbyt długiej służbie i jak brzmi charakterystyczne chrzęszczenie kamaszy na korytarzach koszar. Clark miał pewność, że przy Dawidzie nie musi udawać i zgrywać twardziela. Ooje robili to codziennie, więc mieli prawo do przerwy. Mieli prawo do narzekania, zajadania się tłustym fast foodem i oderwania do rzeczywistości na kilka chwil. Mógł się wygadać, jeśli poczuje taką potrzebę. A jeśli nie, to też było w porządku. W końcu nie tylko Clark, ale i David miał swoje prywatne biwy i bolączki, które niekoniecznie musiałī wychodzić na światło dzienne. A Clark potrzebował powiewu normalności. Rozmowy o niczym, gwaru, śmiechu, błahostek. Ostatnio zatracił się w melancholii i marazmie dot ego stopnia, że łaknął tego czego miał na lekarstwo, a co był czymś zupełnie naturalnym dla innych. Rutyna. Szczególnie ta towarzyska.
David Harrison