Strona 1 z 1

Please, shake me from my lovesick dream

: ndz mar 08, 2026 10:31 pm
autor: Horacy Bell
#002
And I am wound so tightly
I hardly even breathe
You wonder why we're hungry for some kind of release
Dobrze, że to już koniec tygodnia. Horacy czuł, że jest bardzo zmęczony. Mimo dużej odporności psychicznej i fizycznej, nawet on musiał robić przerwy. Nie mógł sobie pozwolić na błędy, a kiedy zdrowy rozsądek zaczynały przysłaniać emocje, było o nie bardzo łatwo. Tygodnie na oddziale ratunkowym nie miały wyraźnych granic. Jeden przechodził w drugi tak płynnie, że po pewnym czasie pamiętało się tylko konkretne przypadki. A najbardziej zapadały w pamięć porażki. Śmierć pacjenta zawsze pozostawiała po sobie pewien rodzaj ciszy, który nie znikał wraz z końcem dyżuru. Horacy wracał myślami do tego dyżuru kilkukrotnie podczas ostatniego tygodnia - analizował go z uporem, minuta po minucie, lek po leku, jakby gdzieś mogło kryć się rozwiązanie, które zostało przeoczone. Pamiętał moment, w którym monitor wydał ten charakterystyczny, jednostajny dźwięk. Płaska linia zawsze wyglądała tak samo, niezależnie od tego, kim był człowiek leżący na stole. W każdej przeprowadzanej przez Horacego symulacji tamten mężczyzna umierał, zawsze padało słowo koniec, w pomieszczeniu zapadała krótka, cisza. Potem ktoś sprzątał narzędzia, ktoś inny zapisywał godzinę zgonu. Oddział ruszał dalej, bo w kolejce byli już następni pacjenci. Świat SOR'u nie zatrzymał się dla jednego człowieka. Świat Horacego już tak.
Chciałby, tak jak jego koledzy z pracy, po prostu pójść do domu, zasnąć i próbować zapomnieć. W jego organizmie napięcie nie znikało wraz z końcem dyżuru.
Dlatego czasami potrzebował czegoś prostego. Czegoś, co nie wymagało rozmów ani analiz.
Spojrzał na zegarek, bo minęło już kilka minut od ustalonej godziny. Po chwili przyszedł SMS. Mocno się spóźnię, był wypadek na drodze. Widzimy się w barze. Samotność była dla niego czymś praktycznym i pasowało mu, że nikt już od niego niczego nie oczekuje. Nie miał energii na komplikowanie swojego życia kolejnymi relacjami z ludźmi. Po piętnastu godzinach koncentracji w szpitalu ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, był kolejny emocjonalny rollercoaster. Wynajęcie prostytutki, żeby sobie ulżyć było dużo prostsze niż szukanie dziewczyny na jedną noc. Istniała jasna umowa. Czas, pieniądze, ciało. Nic więcej.
Wchodząc do hotelu, zobaczył w lustrze własne odbicie. Lekko zmęczone oczy. Napięcie w ramionach, które wciąż nie chciało ustąpić. Twarz człowieka, który od kilku dni spał zdecydowanie za mało. Może drink pomoże mu się trochę rozluźnić.
- Whisky sour, na dymnej. - rzucił do stojącej tyłem barmanki.

Liyana Sinclair

Please, shake me from my lovesick dream

: pn mar 09, 2026 9:38 am
autor: Liyana Sinclair
002.
Polerując szklankę poczuła delikatne szarpnięcie, które ktokolwiek inny być może by zignorował, ale nie ona. Podniosła ją wyżej, na wysokość swoich oczu; nie myliła się – malutki kawałek szkła odłupał się od całości, wyszczerbiając szklankę. Bez chwili wahania wyrzuciła ją do kosza i sięgnęła po kolejną.
Praca za barem mogła wydawać się powtarzalna – upływająca na tych samych schematach. Nalej, potrząśnij, dodaj lodu, przelej do kieliszka, podaj. Nawet butelki z alkoholami stały w zawsze tej samej konfiguracji. Te najczęściej podawane niżej, żeby łatwo było po nie sięgnąć, te rzadkie, luksusowe, zamawiane raz na jakiś czas, wysoko, tak, że Liyana wspinała się wówczas na palce stóp, balansując na granicy walki z własnym ciałem, które napinało się wtedy całe. Dziś jeszcze jej się to nie zdarzyło. Była właściwie z tego powodu zadowolona, bo po tym, jak wczoraj zdjęto jej szwy z rany na ramieniu, te okolice trochę ją bolały przy gwałtowniejszych ruchach. Ale i tak cieszyła się, że nie musi już niczym jej osłaniać, jak to robiła zazwyczaj w pracy, przez to, że ubierała się dość lekko – zazwyczaj w bluzki na cienkich ramiączkach, bo wiecznie było jej za ciepło.
Wbrew pozorom jej dni tutaj nie były takie same. Zmieniały się twarze klientów, zmieniały się problemy, z którymi nierzadko musiała się mierzyć. Jednego dnia wystarczyło, że weszła pomiędzy kłócących się mężczyzn, żądając, by przestali się zachowywać jak idioci (z tego co zrozumiała jeden był mężem, a drugi kochankiem stojącej nieopodal kobiety, która wyglądała, jakby żałowała znajomości z każdym z nich), kolejnego musiała wytoczyć cięższe działa i zadzwonić po ochronę. Dziś było spokojnie i Lina miała nadzieję, że to już się nie zmieni.
Whiskey sour na dymnej.
Liyana tylko rzuciła za siebie okiem, zbyt pośpiesznie, żeby wyłapać cokolwiek znajomego w siedzącej przy barze sylwetce.
Robi się. – Odłożyła szklankę i ścierkę na bok, unosząc spojrzenie na stojące w równych rzędach butelki. Szybko znalazła tę, której szukała. Świetnie, środkowa półka. Sięgnęła po nią, a potem po resztę składników, których używała do tego drinka, w tym to na podkręcenie smaku. Kilka mocnych potrząśnięć shakerem (i kilka pociągnięć w miejscu, gdzie skóra jeszcze się goiła) i wylała całość do szklanki, z zadowoleniem patrząc, że wyszła jej idealna pianka. Całość udekorowała plasterkiem suszonej pomarańczy i odwróciła się, przesuwając szklankę w stronę mężczyzny.
Proszę – mówiąc to podniosła wzrok na twarz klienta, a na jej własnej odmalował się wyraz zaskoczenia. – To pan – wyrwało jej się, a dopiero kilka sekund potem coś do niej dotarło. – Zszywał mi pan ramię jakieś dwa tygodnie temu – powiedziała, na wypadek gdyby lekarz jej nie pamiętał, co nie byłoby zaskakujące, biorąc pod uwagę ilu pacjentów przewijało się przez oddział ratunkowy. W większości na pewno dużo bardziej ciekawych przypadków niż ten jej. Przez chwilę przyglądała mu się, nawet nie przejmując tym, że mógłby czuć się z tym niezręcznie.
Ciężki dyżur? – spytała odruchowo, w końcu puszczając szklankę z jego drinkiem i cofając dłoń. Sięgnęła po ścierkę i niby od niechcenia przetarła blat nieopodal, w miejscu gdzie niedawno siedział inny klient. Teraz przy samym barze nie było nikogo, prócz lekarza.

Horacy Bell

Please, shake me from my lovesick dream

: pn mar 09, 2026 8:32 pm
autor: Horacy Bell
Horacy przez chwilę patrzył na drinka, zanim po niego sięgnął. Piana była perfekcyjna, gładka i równa, a plaster pomarańczy leżał idealnie na środku. Zauważył to odruchowo. Jego umysł był przyzwyczajony do wychwytywania detali, nawet wtedy, gdy próbował przestać analizować świat. Potrzebował za to kilku sekund, żeby skojarzyć twarz. Na oddziale ratunkowym rozmywały się one często w pamięci, bo ciało człowieka w sytuacji zagrożenia życia stawało się ważniejsze niż jego rysy. Lekarz uczył się patrzeć na parametry, na kolor skóry, na sposób oddychania. Na wszystko, co mogło powiedzieć coś o stanie organizmu. Twarz była tylko dodatkiem. Ale teraz, kiedy patrzył na nią w innym świetle, poza białymi lampami sali zabiegowej, pamięć wróciła nagle i bardzo wyraźnie.
-Ramię. Szkło. Barowa bójka, która wcale nie była bójką. Ma pani szczęście. Centymetr głębiej i miałbym znacznie więcej pracy. Na szczęście tamten wyglądał gorzej. - uśmiechnął się z przekąsem, gdy nieświadomie powtórzył jej słowa z tamtego dnia. Bar hotelowy był prawie pusty. Kilka stolików w głębi zajmowali ludzie, którzy rozmawiali półgłosem, jakby wieczór wymuszał na nich większą dyskrecję. Światło lamp było przytłumione i miękkie, rozlewające się po powierzchni ciemnego drewna i szkła. Wszystko wydawało się tu trochę wolniejsze niż w świecie, z którego właśnie przyszedł.
Przesunął wzrokiem po jej sylwetce, zupełnie odruchowo zatrzymując się na ramieniu.
Wygląda na to, że zagoiło się dobrze. – dodał po chwili. W jego tonie nie było nachalnej medycznej kontroli, raczej nawykowe sprawdzenie, które pojawiało się u lekarzy nawet poza szpitalem. - Wygląda na to, że wróciła pani do pracy szybciej niż zalecałem. - Kącik jego ust drgnął minimalnie. Nie był to do końca uśmiech. Bardziej cień rozbawienia. – Albo barmani mają równie słabą cierpliwość do odpoczynku jak lekarze - Horacy przesunął dłonią po twarzy, a potem powoli przeczesał palcami włosy, jakby próbował w ten sposób rozproszyć napięcie, które wciąż siedziało gdzieś w jego głowie. Gest był krótki, odruchowy, ale przyniósł chwilową ulgę. Skóra na karku była napięta od wielu godzin spędzonych w jednej pozycji nad łóżkami pacjentów.
Ciężki dyżur.
To pytanie było tak zwyczajne, że aż prawie zabawne. Ludzie zadawali je często, jakby była to uprzejma formuła rozmowy, niemal tak lekka jak komentarz na temat pogody.
- Zdarzały się lżejsze – powiedział w końcu spokojnie. Jego głos był bardziej zachrypnięty niż ostatnio. Zawsze taki był po długim dyżurze, kiedy gardło było wysuszone od kawy i zbyt wielu godzin mówienia w półszeptach nad łóżkami pacjentów.
Butelki ustawione w równych rzędach. Shaker. Szklanki. Ruchy Liny, które były szybkie i precyzyjne, choć wydawały się niemal automatyczne. I nagle przyszła mu do głowy myśl, która wydała się zaskakująco trafna.
Wie pani – powiedział powoli – że to wcale nie jest aż tak różne od oddziału ratunkowego. - Uniósł lekko brew. – Praca za barem. Ludzie przychodzą tutaj zmęczeni, pokłóceni z kimś, rozczarowani, często z bólem. - Na chwilę zamilkł, jakby szukał właściwego porównania. – W szpitalu też tak jest.

Liyana Sinclair