one more bad decision
: wt mar 10, 2026 12:45 pm
Uśmiech, który pojawił się na jej ustach, nie był ani złośliwy, ani szczególnie triumfalny - miękki, jakby bawiło ją to wszystko w sposób, którego nie potrafiła do końca wyjaśnić. Przez moment jeszcze stała przy drzwiach kierowcy, opierając dłoń o klamkę i patrząc na niego z tą samą spokojną pewnością, która zwykle poprzedzała kolejną z ich małych zaczepnych potyczek. - Daj spokój - mruknęła w końcu, unosząc lekko brew. - Nie pozwoliłbyś mi usiąść za kierownicą nawet wtedy, gdybyśmy jechali zawieźć to auto na złom - obeszła przód samochodu powoli, jakby wcale się nie spieszyła, a każdy krok był częścią tej drobnej gry, którą od miesięcy prowadzili niemal bezwiednie.
Zatrzymała się przy drzwiach pasażera, prosto przed nim. Wystarczająco blisko, by czuł jej oddech i wystarczając daleko, by nie wzbudzać podejrzeń. - Jesteś przewrażliwiony - dodała spokojnie. - To tylko samochód, Madden. Ma nas przewieźć z punktu A do punktu B - kącik jej ust uniósł się odrobinę wyżej. - A to, że czasem zamknę drzwi trochę mocniej, naprawdę nie jest tragedią - wiedziała jednak, że go to i r y t o w a ł o. I być może właśnie dlatego robiła to czasem z pełną premedytacją. Było w tym coś absurdalnie zabawnego - obserwowanie jak powoli doprowadza go na skraj cierpliwości, jak zaciska szczękę i próbuje udawać, że wcale go to nie obchodzi.
Jej spojrzenie zatrzymało się na nim jeszcze przez moment, zanim wreszcie usiadła na miejscu pasażera. Jedno musiała mu jednak przyznać; granica jego cierpliwości rzeczywiście się przesunęła.
Drzwi zamknęły się z głuchym kliknięciem, a chwilę później wnętrze samochodu wypełnił niski ryk silnika. Kiedy wyjechali z parkingu i zostawili za sobą budynek komisariatu, napięcie które jeszcze chwilę wcześniej wisiało w powietrzu powoli zaczęło się rozpraszać.
Miasto przesuwało się za szybą spokojnie, w ciepłym świetle latarni. Neonowe szyldy, odbicia reflektorów na mokrym asfalcie, pojedyncze samochody sunące powoli w przeciwnym kierunku, wszystko to tworzyło znajomy, wieczorny krajobraz Toronto.
Oparła głowę o zagłówek i przez chwilę patrzyła przed siebie w milczeniu. Dopiero gdy poczuła jego dłoń na swoim udzie, wypuściła powoli powietrze z płuc. Gest był niemal naturalny. Tak prosty, że przez moment wyglądał jak coś zupełnie odruchowego. Jej spojrzenie przesunęło się w dół, na jego dłoń spoczywającą na materiale jej spodni. Przez krótką chwilę tylko ją obserwowała, jakby rozważała czy w ogóle reagować.
W końcu jednak uniosła własną rękę i bez pośpiechu wsunęła palce między jego, splatając je ze sobą. Nie było w tym nic natarczywego; ot, gest równie prosty jak jego.
Po chwili odwróciła się lekko w jego stronę. Jedną ręką wciąż trzymała jego dłoń, drugą wyciągnęła powoli w jego kierunku, przesuwając palcami po karku tuż przy linii włosów. Dotyk był krótki, prawie przelotny. - Wiesz… - powiedziała cicho po chwili. Jej głos brzmiał zupełnie inaczej niż jeszcze kilkanaście minut temu na parkingu. - spokojniej i ciszej. - To jest zaskakująco proste - przeniosła wzrok na jezdnię; miasto powoli zostawało za nimi, a droga prowadząca w stronę jeziora była coraz spokojniejsza.
Nie powiedziała nic więcej, choć wiedziała, że prędzej czy później rzeczywistość wyciągnie po nich macki; wiedziała, że były tylko dwie opcje - albo im się uda, albo nie uda, nie było niczego pomiędzy; że będą musieli zmierzyć się z konsekwencjami własnych czynów. Niemniej teraz siedziała obok niego, tak samo jak wczoraj w nocy, ignorując wszystkie znaki ostrzegawcze.
Zamiast tego czuła coś znacznie lżejszego. I na tym się skupiała.
Rhys Madden
Zatrzymała się przy drzwiach pasażera, prosto przed nim. Wystarczająco blisko, by czuł jej oddech i wystarczając daleko, by nie wzbudzać podejrzeń. - Jesteś przewrażliwiony - dodała spokojnie. - To tylko samochód, Madden. Ma nas przewieźć z punktu A do punktu B - kącik jej ust uniósł się odrobinę wyżej. - A to, że czasem zamknę drzwi trochę mocniej, naprawdę nie jest tragedią - wiedziała jednak, że go to i r y t o w a ł o. I być może właśnie dlatego robiła to czasem z pełną premedytacją. Było w tym coś absurdalnie zabawnego - obserwowanie jak powoli doprowadza go na skraj cierpliwości, jak zaciska szczękę i próbuje udawać, że wcale go to nie obchodzi.
Jej spojrzenie zatrzymało się na nim jeszcze przez moment, zanim wreszcie usiadła na miejscu pasażera. Jedno musiała mu jednak przyznać; granica jego cierpliwości rzeczywiście się przesunęła.
Drzwi zamknęły się z głuchym kliknięciem, a chwilę później wnętrze samochodu wypełnił niski ryk silnika. Kiedy wyjechali z parkingu i zostawili za sobą budynek komisariatu, napięcie które jeszcze chwilę wcześniej wisiało w powietrzu powoli zaczęło się rozpraszać.
Miasto przesuwało się za szybą spokojnie, w ciepłym świetle latarni. Neonowe szyldy, odbicia reflektorów na mokrym asfalcie, pojedyncze samochody sunące powoli w przeciwnym kierunku, wszystko to tworzyło znajomy, wieczorny krajobraz Toronto.
Oparła głowę o zagłówek i przez chwilę patrzyła przed siebie w milczeniu. Dopiero gdy poczuła jego dłoń na swoim udzie, wypuściła powoli powietrze z płuc. Gest był niemal naturalny. Tak prosty, że przez moment wyglądał jak coś zupełnie odruchowego. Jej spojrzenie przesunęło się w dół, na jego dłoń spoczywającą na materiale jej spodni. Przez krótką chwilę tylko ją obserwowała, jakby rozważała czy w ogóle reagować.
W końcu jednak uniosła własną rękę i bez pośpiechu wsunęła palce między jego, splatając je ze sobą. Nie było w tym nic natarczywego; ot, gest równie prosty jak jego.
Po chwili odwróciła się lekko w jego stronę. Jedną ręką wciąż trzymała jego dłoń, drugą wyciągnęła powoli w jego kierunku, przesuwając palcami po karku tuż przy linii włosów. Dotyk był krótki, prawie przelotny. - Wiesz… - powiedziała cicho po chwili. Jej głos brzmiał zupełnie inaczej niż jeszcze kilkanaście minut temu na parkingu. - spokojniej i ciszej. - To jest zaskakująco proste - przeniosła wzrok na jezdnię; miasto powoli zostawało za nimi, a droga prowadząca w stronę jeziora była coraz spokojniejsza.
Nie powiedziała nic więcej, choć wiedziała, że prędzej czy później rzeczywistość wyciągnie po nich macki; wiedziała, że były tylko dwie opcje - albo im się uda, albo nie uda, nie było niczego pomiędzy; że będą musieli zmierzyć się z konsekwencjami własnych czynów. Niemniej teraz siedziała obok niego, tak samo jak wczoraj w nocy, ignorując wszystkie znaki ostrzegawcze.
Zamiast tego czuła coś znacznie lżejszego. I na tym się skupiała.
Rhys Madden