Strona 1 z 3

He wasn’t a project. He was a warning.

: śr mar 11, 2026 8:14 am
autor: Shereen Winfield
01
He wasn’t a project. He was a warning.


Brązowe oczy przecinały przestrzeń, żarząc się jak dwa ciemne płomienie i obserwując zawodzących żałobników. Kobiety stały nad głębokim grobem z twarzami przysłoniętymi woalkami, płacząc. Mężczyźni trzymali się lepiej — choć nieproszony gość wiedział, że tylko udawali. Zwłaszcza ojciec biednego Joela. Ledwo się trzymał, lecz wspierał żonę w akcie pożegnalnym jedynego syna. Młodzi, starsi. Pogrzeby przyciągały ludzi, łączyły pokolenia. Zupełnie jak wesela. Przesunąwszy wzrokiem po zebranych osobach, próbował zlokalizować tę jedną kobietę. Byłą dziewczynę. Zostawiła go okrutnie pół roku temu, łamiąc jego serce na pół. Rozdarła je jakby włócznią, strzępiąc i kalecząc. Nie potrafił jej tego wybaczyć i miał nadzieję, że będzie cierpiała. Śmierć jej najlepszego przyjaciela była mu nawet na rękę. Był pewien, że do niego wróci. Rzuci mu się w ramiona, wybaczy wszystkie te kłótnie i na chwilę zapomni o tym, że czasem, ale tylko czasem był najgorszym chłopakiem. Patrząc na nią, ubraną w te czarne garniturowe spodnie, widział kogoś innego. To nie była jego dziewczyna. Tamta nosiła jego bluzy i zakładała trampki, zamiast szpilek. Kobieta biznesu, tak o niej teraz mówili. Serce na moment podeszło mu do gardła, gdy podłapał jej spojrzenie. Chwilę później poczuł rozczarowanie, bo to nie było spojrzenie pełne miłości. Szybko przerwała kontakt wzrokowy i zniknęła w tłumie, jakby się wystraszyła. Czego, do kurwy się bała? Jeśli wtedy wydawał jej się straszny, gdy za nią chodził i wieczorami stukał w okno, to teraz dostanie powód do strachu. Pierwszą wiadomość zza grobu — oczywiście od Joela — wysłał wieczorem, kilka godzin po pogrzebie. I zamierzał wysłać kilka następnych. Wkurwiało go to, że za tym martwym facetem płakała dłużej, niż za nim. Przecież to było niewybaczalne.


***


Kolejne wiadomości przychodziły co kilka godzin. Ignorowała je, jak tylko mogła. W pewnym momencie przestała zerkać na telefon. Odkładała go ekranem do dołu w obawie, że na ekranie znów pojawi się dymek z imieniem i nazwiskiem Joela. Żarty skończyły się już pierwszego dnia. Od dnia pogrzebu — czyli równo od dwóch tygodni — nie miała ani jednego dnia spokoju. Zgłosiła się na policję, podała dane personalne podejrzanego i sprawa ucichła. Policjant przyjmujący zgłoszenie wzruszył szerokimi ramionami, dając jej znać, że coś zrobią. Napomknął, że na razie nie mogą zrobić zbyt wiele — co w slangu policyjnym znaczyło tyle samo, co nic — bo nikt nie ucierpiał, a fizyczna przestrzeń nie została naruszona. Poza tym, oni to nie wiedzą, czy to na pewno ten mężczyzna. Zderzyła się ze ścianą, a poziom irytacji wzrósł dwukrotnie. I w ogóle nie malał od kilku dni. Przesiadując w pracy, nie potrafiła skupić się na tym, co mówił do niej ojciec. Coś tam jej tłumaczył, że nie wszystkie dokumenty powinna podpisywać, bo niektórzy partnerzy najchętniej naciągnęliby ją na zwiększone koszta, a jeśli uda im się raz, to będę próbować kolejny. Siedziała przy tym biurku i słuchała, choć myślami była gdzieś indziej, dokładnie w mieszkaniu Erica. Słuchasz mnie w ogóle? — słowa ojca wyrwały ją ze znużenia. Pokręciła przytakująco głową, chcąc, by dał jej święty spokój. Nigdy nie lubiła matematyki, a zarządzanie, przypominało jej te nudne zajęcia. Ojciec głęboko westchnął, rozkładając ręce, jakby prosił o pomoc niebiosa. Po jego wyjściu z biura Shereen sięgnęła po telefon. Napisała krótką, zapowiadającą wizytę wiadomość do Erica. Obawiała się odmowy — przecież mógł mieć plany, co było zrozumiałe. Odzew był pozytywny, a ona tylko dodała, żeby zostawił otwarte drzwi.
Mieszkała nieopodal. Zaledwie kilka numerów dalej. Przed wejściem do budynku zamieszkiwanego przez Erica, zdążyła wpaść do siebie. Rozpuściła włosy, założyła mniej urzędowe ubrania, zostawiła drobne zakupy na stole i wyszła. Nie chciała siedzieć sama w domu. Szczerze mówiąc, zupełnie tego nie lubiła. Wolała spędzać czas w czyimś towarzystwie, bo w ten sposób, czuła się bezpieczniej. Na zewnątrz panowało zimno. Chłód uderzał w jej policzki, zostawiając na nich zaczerwienienia. W takich momentach najbardziej doceniała to, że Stones mieszkał blisko. Nie groziło jej całkowite wychłodzenie ani zamarznięcie. Same plusy. Nie martwiła się też o spóźnienie. Zapukała dziesięć minut przed umówioną godziną, weszła do środka cztery minuty później. W szóstej już zostawiała zbędną warstwę ubrań w miejscu do tego przeznaczonym i była gotowa na przywitanie Erica.
— Za dwadzieścia sekund wchodzę. Jeśli musisz coś ogarnąć, masz na to tylko chwilę — przestrzegła, dając mu chwilę dla siebie, jeśli była mu taka potrzebna. Doliczyła do czterdziestu i weszła do środka, witając ciemnowłosego ciepłym uśmiechem. To nie było jej mieszkanie. Mogła czuć się bezpieczniej.

Eric Stones

He wasn’t a project. He was a warning.

: śr mar 11, 2026 9:51 pm
autor: Eric Stones
#kiedyś_uzupełnię_kalendarz_obiecuje

Tego dnia mimo obudzenia się z bolącymi plecami, Stones miał pewien plan. Jaki plan? Bardzo kurwasprytny, a mianowicie planował... pójść na siłownię. Ogólnie poza plecami, odczuwał ból także na czole i przypomniał sobie było tego powodem gdy się przebierał. Nagle postanowił podejść do lusterka w przedpokoju i wtedy go zauważył. Pięknego, okrągłego siniaka praktycznie na środku czoła. Dotknął go w taki sposób, jakby chciał sprawdzić, czy to nie omamy, ale po przyłożeniu palców syknął, co dało mu wystarczający powód, by wierzyć, iż faktycznie zaczął go posiadać. Westchnął głośno, bo należało go jakoś zasłonić. W sumie nie myślał długo, bo po minięciu mniej więcej trzech sekund, pstryknął palcami, a następnie podszedł do szafy i wyciągnął z niej granatową czapkę beanie. Bądź co bądź panowała zima, więc noszenie czapki było wręcz wskazane, jeśli nie chciało się mieć chorych zatok. Ani kataru. O właśnie, jeśli jutro lub pojutrze nie będę chory, to będzie super. bo bądź co bądź, trochę się spocił podczas wbiegania na górę i na samym szczycie górki mogło go owiać, ale już trudno. Najważniejsze, że dobrze się bawił i zebrał kolejne wspomnienia do swojej wyimaginowanej księgi wspomnień. Chociaż po ostatnim spotkaniu z przyjacielem, zaczął rozważać dwie opcje: 1) kupienie kamery tylko takiej małej, przenośnej coby niezbyt wiele miejsca zajmowała i mógł ją wrzucić do kieszeni kurtki, bluzy lub tylnej kieszeni spodni; 2) instaxa lub aparatu na klisze, by za jakiś czas wywołać te zdjęcia - czy byłoby to retro? Pewnie tak, lecz nie zważał na to. Po prostu uważał, że mogłoby to być całkiem fajne. Nie wykluczał robienia zdjęć telefonem, lecz aparat wydawał mu się być bardziej... profesjonalnym sprzętem.
Tak czy inaczej, po zebraniu się, nakarmił Stev'a (bojownika), a następnie zgarnął wszystko, co potrzebne tj. dokumenty, kluczyki i telefon i wsiadł do swojej Hondy, by następnie udać się w stronę biura. Po dotarciu do biura nie zdjął czapki i jak ludzie pytali, to odpowiadał, że po prostu zimno mu w głowę - niektórzy patrzyli na niego, jakby był jakimś szaleńcem lub kimś nienormalnym, ponieważ w biurze było ciepło. A nawet bardzo ciepło. aż miał ochotę uruchomić swój przenośny mini wiatraczek, lecz uznał, że nie będzie pogarszał sytuacji i po prostu wytrzyma.
Na szczęście czas w robocie minął mu całkiem szybko i nim się obejrzał, przekraczał drzwi od siłowni - torbę z rzeczami zgarnął przed wyjściem z domu, by się po nią specjalnie nie wracać. Szkoda mu buło czasu i paliwa.
Sprawnie mu poszło schowanie rzeczy do szafki i gdy wyszedł z szatni, pierwsze na co wszedł to (standardowo) bieżnia - nie, na siłce nie łaził w czapce. Biegł ze słuchawkami w uszach - takimi sportowymi (specjalnie kupił takie już kilka lat temu, by nie spadały mu podczas biegania), a gdy uznał, że wystarczy, zszedł z bieżni, wziął kilka potężnych łyków wody i poszedł ćwiczyć ręce. W trakcie podnoszenia hantli zauważył wiadomość od Shereen. Przestał na moment to, co robił, by odpisać przyjaciółce. Jako iż nie posiadał planów na wieczór, zgodził się, by do niego wpadła. Po wymianie korespondencji smsowej kontynuował wykonywanie ćwiczeń i przy okazji pokorzystał jeszcze z innych urządzeń.
Opuścił siłkę gdy zauważył, że wkrótce miała przyjść Reen. Wracał do domu na złamanie karku, ponieważ po pierwsze, musiał jej otworzyć drzwi, a po drugie, przed jej przybyciem chciał się umyć - jasne, mógł to olać, lecz raczej mogłaby nie wytrzymać panującej woni eu de Stones wymieszanej z potem po wysiłku fizycznym. Tak więc gdy dotarł do domu, nie zamykał za sobą drzwi i od razu pobiegł do łazienki.
Słyszał jej głos i dobrze, że nie weszła równo po dwudziestu sekundach, ponieważ w tamtym momencie wyłaził spod prysznica. Po czterdziestu sekundach miał już na sobie spodnie dresowe i trzymał w dłoniach ciemny t-shirt.
- Hej. Jesteś głodna? Chcesz coś do picia? Mam wodę, sok pomarańczowy, sprite i... mocniejsze trunki. - powiedział, witając się z Sher uściskiem, a po przywitaniu założył koszulkę. Z włosów co jakiś czas skapywały krople wody, ale nie przejmował się tym.
- Jak dzień? - spytał, bo miał wrażenie, że wyglądała na nieco... zmęczoną.

Shereen Winfield

He wasn’t a project. He was a warning.

: pn mar 23, 2026 8:07 pm
autor: Shereen Winfield
Lubiła mieć kontrolę nad własnym życiem i czasem, więc jeśli zamierzała do kogoś przyjechać, zawsze wcześniej dawała znać. Rzadko zdarzało się, że wpadała bez zapowiedzi. W ten sposób traktowała głównie swoją rodzinę. Oni również często wpadali bez wcześniejszej informacji. Dostawała tylko krótką wiadomość, typu: możesz szykować kawę. Nieważne, że w mieszkaniu panował chaos. Nieważne, że mogła mieć inne plany. Kontakt z siostrą miała znikomy, więc ona pojawiała się rzadko. Rodzice... Z nimi bywało różnie. Skomplikowane relacje z dystansowaną i chłodną matką sprawiały, że odczuwała dyskomfort, gdy kobieta z ciekawości do niej przyjeżdżała. Miała z tyłu głowy obawę, że pod tą niby prostą wizytą i ciekawością, kryło się coś więcej — może chciała sprawdzić, jak jej młodsza córka radziła sobie w życiu? Oczywiście, że średnio. Odnajdywała się w tym artystycznym nieładzie, bo w ten sposób nazywała swój bajzel. W głowie także nie miała poukładane i dopiero próbowała zrozumieć sytuację, w której się znalazła. Wiedziała, że jej były chłopak prześladowca, podszywał się w okrutny sposób pod jej zmarłego przyjaciela, żeby ją dręczyć i wzbudzać wyrzuty sumienia. Policja dostała informacje, ale co z tego, skoro Winfield została odesłana i potraktowana jak jedna z wielu ofiar prześladowania? Nie było lokacji, nie było dowodów. Eric był jedyną znajomą osobą, którą mogła poprosić o tę drobną przysługę. Internet nie miał dla niego ograniczeń. Poruszał się po sieci ze sprytem pająka czyhającego na ofiarę w zacienionym miejscu.
Widok Erica wprawił ją w poczucie bezpieczeństwa. Przywitała go z ciepłym uśmiechem, obejmując bruneta, gdy tylko ją uścisnął. Przymknęła na chwilę oczy, zupełnie nieskrępowana tym, że nie miał na sobie koszulki. Trzymał ją w rękach. Poza tym nie miała czternastu lat, żeby oblewać się rumieńcem na widok faceta bez koszulki. Odsuwając się od niego, posłała mu wdzięczne spojrzenie — chciała podziękować za to, że zgodził się na spotkanie. Sprawa, z którą do niego przyszła, nie mogła dłużej czekać. Niepewnym spojrzeniem przesunęła po wciąż wilgotnym ciele chłopaka, unosząc nieco do góry brew. Nie, dlatego że wyglądał źle czy nieodpowiednio. Po prostu nie była pewna, czy Eric był w domu, gdy do niego napisała. Może w czymś mu przeszkodziła i musiał się na szybko ogarniać? Mogła gdybać, zastanawiać się nad tym i mierzyć z wyrzutami sumienia, że być może pokrzyżowała mu plany. Albo wejść, skoro zapraszał ją do środka i przestać rozdrabniać się nad rzeczami, na które już i tak przestała mieć wpływ, gdy ogłosiła swoje przyjście.
— Wiesz co? Muszę ci coś powiedzieć. I do tego jest mi potrzebny chyba mocniejszy trunek, niż sok... — odpowiedziała przejęta, może trochę zbyt mrukliwie, jak na coś ważnego do przekazania. Po spojrzeniu kobiety i sposobie, w jaki zaciskała palce na bluzce odsłaniającej dekolt, nietrudno było wywnioskować, że coś ją męczyło. Była zmęczona i nie próbowała się z tym specjalnie kryć. Wiedziała, że akurat przed n i m nie musiała tego robić. Opuściła swoje biuro. Nie siedziała już w tym przytłaczającym miejscu, jakim był gabinet należący do właściciela sali bankietowej. Miała szczerze dość uzupełniania tabelek, słuchania na temat ważnych klientów, sponsorów i firm współpracujących z ojcem. Chciała się stamtąd jak najszybciej urwać, wyjść na zewnątrz i zaczerpnąć tego zatruwanego przez kierowców samochodów powietrza. Dziwnym zbiegiem okoliczności, te spaliny były dużo przyjemniejsze do wciągania niż zapach patyczków zapachowych w gabinecie. Niemały wyczyn, patrząc na to, że w biurze pachniało białymi kwiatami — a ona naprawdę lubiła ten zapach.

Przeszła obok Erica, wchodząc w głąb mieszkania. Przysiadła na jednym z kuchennych krzeseł, pozwalając sobie na odrobinę swobody. Nie chciała stać jak przerażona mysz i czekać, aż Eric wyda jej polecenie lub pozwoli usiąść. Bywała już u niego, znali się długo — tego typu uprzejmości mieli już dawno za sobą.
— Jak dzień? Osobiście mam dość mojego taty. Od rana słuchałam o naszych współpracownikach, magazynach i firmach, z którymi współpracujemy. Wiem już skąd zamawiać kwiaty i ozdoby, a ojciec nawet wskazał mi florystę, który hoduje nietypowe kwiatki. Tragedia. On chyba naprawdę planuje mnie wyszkolić w jeden księżyc — pożaliła się, układając ręce na blacie i oparła się o nie czołem. Mówiła dość wyraźnie, więc nie miała wątpliwości co do tego, że Eric słyszał każde wypowiedziane przez nią słowo. Rzadko miewała gorsze dni, ale na jej nieszczęście, takie również się zdarzały. Miała nadzieję, że jak trochę wypije, wróci do mieszkania i położy się spać, to jutro wstanie z dużo lepszą energią.

Eric Stones

He wasn’t a project. He was a warning.

: śr mar 25, 2026 7:00 pm
autor: Eric Stones
Stonesa zaskoczyło gdy usłyszał, że Sher ma ochotę na coś mocniejszego, a z drugiej strony bardzo go ciekawiło, co mu miała do powiedzenia.
- Rozumiem. Postaram się zatem sprostać Twoim oczekiwaniom. - powiedział i podczas wypowiadania tych słów, zaczął wyciągać rum, colę i energetyka - jedynie limonki nie miał ale chyba nie było to większym problemem. Następnie założył koszulkę i niczym barman, zaczął podrzucać rum (bo podrzucanie energola i coli mogłoby się źle skończyć), a po paru podrzuceniach, na oko wlewał wszystko po kolei. Oczywiście przypadkiemnalał więcej rumu niż pozostałych dwóch składników Ups no cóż... Kiedy drinki były gotowe, włożył do jednej szklanki słomkę - oczywiście jak Shereen będzie chciała, to będzie mogła ją sobie wyciągnąć. Po prostu Stones uważał, że skoro w barze tak podają, on też tak poda. Dlaczego do swojej szklanki nie wrzucił słomki? Ponieważ zwyczajnie wolał pić bezpośrednio. Nim wziął łyka, stuknął szklanką o szklankę Sheree.
- Mów śmiało, jeśli będziesz chciała dolewkę lub sama sobie wlej co tam chcesz. Moja kolekcja alkoholi znajduje się w tamtej szafce. - powiedział, wskazując szafkę, która służyła do przechowywania procentowych trunków. Miał w niej naprawdę przeróżne alkohole - od cydrów, po sake, soju, wina półsłodkie, wódki (kolorowe i zwykłe) oraz oczywiście - do połowy wypite - whiskey.
- No to słucham uważnie. - odparł nagle, siadając obok Shereen i wytężając słuch. Naprawdę go ciekawiło, co miała do powiedzenia i czemu miała taki humor.
- Już miałem pytać komu przywalić, ale skoro o Twojego tatę chodzi to chyba jedyne co mógłby zrobić, to przesłać jakiegoś wirusa mailem albo w smsie, podając się za firmę fotowoltaiczną albo jakąś inną, która wytypowałaby go na szczęśliwego zwycięzcę. - rzucił Eric, zaczynając myśleć nad planem, który mógłby wdrożyć. Czy byłby do tego zdolny? Oczywiście. Kilka razy już tak robił tym, którzy go wkurwili lub tym, którzy inni chcieli lecz zwracali się z prośbą do Erica o pomoc. Bardzo szanował tych, którzy w ramach zapłaty, kupowali mu jakieś łakocie, alkohol lub stawiali obiad. Co jak co, ale żadną z tych rzeczy nie gardził, o nie! Alkohol i jedzonko akceptował praktycznie ZAWSZE.
- Myślisz, że jeszcze długo będzie Ci przekazywał tę wiedzę? - spytał nagle Eric z ciekawości, chociaż słysząc o nietypowych kwiatach, zmarszczył brwi, bo zaczął zastanawiać się, jak one wyglądają i jakie można było do nich zaliczyć. Znaczy ogrodnik był z niego żaden - posiadał jedynie kaktusa na parapecie w salonie i ten mu całkowicie wystarczył.
- Poza tym, już na szczęście jesteś po pracy. Także możesz się zrelaksować. - powiedział, chcąc tym jakoś pocieszyć Shereen. Nie miał pojęcia, czy jutro będzie miała powtórkę z rozrywki, czy wręcz przeciwnie ale miał nadzieję, że będzie lepiej niż dzisiaj. I że jej ojciec da jej odetchnąć.

Shereen Winfield

He wasn’t a project. He was a warning.

: śr mar 25, 2026 8:46 pm
autor: Shereen Winfield
Rzadko miewała ochotę na coś mocniejszego niż sok lub woda. Wychodziła jednak z założenia, że sytuacja była na tyle trudna, że wymagała nieco innych środków niż zazwyczaj. Wyjątkowo postawiła na wypicie jednego drinka — co nie oznaczała, że popierała alkoholizm, czy picie częściej niż raz w miesiącu. Tego mężczyzny nie powinno być w jej życiu. Podobnie jak zmarłego przyjaciela. Pojawiła się na jego pogrzebie, ubrana w czarny, elegancki garnitur i widziała, jak trumnę z jego ciałem wkładano do grobu. Była wstrząśnięta tym wypadkiem, śmiercią Joela, udziałem w pogrzebie — i jeszcze bardziej zachowaniem człowieka, który powinien zostać pogrzebany w jej wspomnieniach razem z przeszłością zostawioną w Ottawie. Trupy nie powinny chodzić wśród żywych, a on — ten cholerny stalker — był fizycznym dowodem na istnienie życia pozagrobowego. W jaki sposób miała przekazać Erickowi takie informacje, żeby nie brzmieć jak szajbuska, czy inna nie do końca stabilna psychicznie osoba? W rzeczywistości na pewno było to dużo łatwiejsze niż w jej myślach. Odczuwała jednak pewien dyskomfort na myśl o tym, że planowała poprosić go o pomoc. Była dorosła i powinna radzić sobie sama. Tak przynajmniej powtarzała jej nadgorliwa matka. Dlaczego miałaby jej nie wierzyć?
— Na pewno nie będę chciała wypić więcej. Mam naprawdę kiepską głowę i nie wiem, czy ten jeden drink to nie będzie już za dużo — przyznała rozbrajająco szczerze, podnosząc głowę znad stołu i zerknęła na wysoką szklankę napełnioną alkoholem i colą. Nie widziała, ile rumu tam dodał. Może to i lepiej? W końcu czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Dopóki nie wiedziała, że zupełnym przypadkiem dodał więcej alkoholu, niż powinien, mogła pić bez obawy o to, że za chwilę ją poskłada. Zerknęła w stronę szafki, o której mówił i pokręciła ze zrezygnowaniem głową. — Twoja kolekcja alkoholi jest zdecydowanie zbyt duża — nie zamierzała rozwodzić się na ten temat, ani go pouczać. Spojrzenie, którym go obdarzyło było na tyle wymowne, że niezrozumienie zawartego w nim przekazu graniczyło z cudem. Martwiła się, że Stones — nawet jeśli nie miał teraz problemu — w pewnym momencie zacznie sięgać coraz częściej po alkohol. Nie widziała problemu w posiadaniu napojów wysokoprocentowych, dopóki sięgało się po nie z umiarem. A nie wszyscy znali ten umiar.
Sięgnęła po swojego drinka, prostując się na krześle i przysunęła słomkę do ust. Złapała łyk; jeden, niewielki. Wystarczający, by się skrzywić, gdy poczuła smak rumu. Nieco karmelowy, odrobinę korzenny i na tyle intensywny, by mogła go wyczuć między pozostałymi składnikami. Drink ten nie smakował w żaden sposób źle, lecz nie należał do najdelikatniejszych. Odwróciła się bardziej w stronę Erica. Przechylając głowę nieco w bok, podparła ją otwartą dłonią. Włosy Winfield spłynęły lekko po ramieniu, zatrzymując się tuż nad stołem. Słysząc wymyślony przez niego plan, skomentowała pomysł szczerym, przyjemnym śmiechem. Nie przepadała za lekcjami ojca i miała go szczerze dość, ale nie do końca była pewna, czy dokładanie mu dodatkowych problemów było odpowiednim wyjściem przy jego kiepskim stanie zdrowia.
— Świetny pomysł. Tylko gorzej, jak ten cyberatak go przerazi i zejdzie mi na zawał. Wolałabym tego uniknąć. Wystarczająco kiepsko się czuje — naprostowała, odrzucając niemal od razu pomysł. Nie żywiła wobec niego urazy; martwiła się o jego stan zdrowia. Rozumiała, że przeżył już pięćdziesiąt lat, ale wolałaby, żeby został na tym świecie przynajmniej do jej ślubu. — Będzie mnie dręczył, dopóki nie dojdzie do wniosku, że jestem gotowa. Ale to nie jest mój największy problem — przygryzła wewnętrzną stronę policzka, poruszając się niepewnie na krześle.
Sięgnęła do tylnej kieszeni spodni, wyciągając swój telefon, który za chwilę odblokowała. Radość z twarzy szatynki spłynęła, zostawiając za sobą powagę i niepewność. Weszła w ostatnie wiadomości, wciskając dymek czatu ze zdjęciem człowieka, którego nie było już na tym świecie. Nachyliła się w stronę Erica, dając mu do ręki telefon i wiadomości do przejrzenia. Nie było w nich nic miłego. Ignorowała je i blokowała, ale celowo nie pozbyła się ich treści. Obserwowałem cię dzisiaj na pogrzebie.; mam nadzieje, że tęsknisz; byłaś chujową przyjaciółką, przez ciebie gnije w trumnie; nawet nie wiesz, jak się świetnie bawię, byłaś taka smutna, że to aż miłe; długo zamierzasz mnie ignorować?; jestem w pobliżu. Wysłane jedna po drugiej, licząc od dnia pogrzebu, do dnia obecnego.
— Joel to mój przyjaciel. Miał niedawno śmiertelny wypadek jak wracał do domu. Na jego pogrzebie był mój... — odchrząknęła, sięgając po szklankę z drinkiem. Upiła ponownie łyk, przeczesując ze zmartwieniem włosy. — były chłopak. Rozstaliśmy się w Ottawie. Wcześniej wysyłam do mnie wiadomości, ale ze swojego konta. Byłam na policji, ale mnie zbyli — dokończyła markotnym tonem, sięgając zmartwionym spojrzeniem do oczu Erica. — I się boję. Bo wiem, że jest w pobliżu — starała się nie karmić swojej paranoi. Sprawdzała kilka razy drzwi, zasłaniała wszystkie żaluzje. Bała się zerknąć za okno i odsłonić zasłonkę. Nie chciała go widzieć. Ten człowiek wzbudzał w niej lęk, przypominał o najgorszym momencie życia i o popełnionym błędzie, za który musiała w tym momencie płacić.

Eric Stones

He wasn’t a project. He was a warning.

: ndz mar 29, 2026 10:30 pm
autor: Eric Stones
Eric nie do końca wierzył, że na tym jednym drinku Sher poprzestanie - znaczy jasne, zrobił jej ciut mocniejszego, lecz po alkoholu zdanie bądź też podjęta decyzja, mogły ulec zmianie. W przypadku Stonesa nie raz tak było. Niejednokrotnie wchodził do klubu i po kilku kolejkach mówił, że więcej NIE pije, że to jego ostatni, a koniec końców ulegał albo po prostu… zapominał, że tak powiedział lub udawał, że nic takiego nie powiedział. On ogólnie lubił pić i może czasami więcej niż powinien ale zawsze był pretekst Piję by zapomnieć, piję by piję, by choć na chwilę wyciszyć ten cholerny hałas w głowie, którego na trzeźwo nie potrafię uciszyć.
Znał ten schemat aż za dobrze. Najpierw jedno - głównie dla smaku. Potem drugie - dla towarzystwa i trzecie -bo przecież wieczór dopiero się zaczyna; oczywiście kolejność powody potrafiły być naprzemienne. A potem wszystko zaczynało się rozmywać, granice, postanowienia, rozsądek. Zostawało tylko przyjemne ciepło rozlewające się po ciele i złudne poczucie, że nagle wszystko ma sens albo przynajmniej przestaje boleć. Że jest super, wręcz zajebiście lub beznadziejnie - wtedy potrafił przystawić się do byle nieznajomego i prowokować by zacząć się bić.
Dlatego patrząc na Sher, uniósł lekko brew, kiedy mówiła, że to tylko jeden drink.
- Taa… jasne… znaczy, zobaczymy. - mruknął pod nosem, bardziej do siebie niż do niej, opierając się łokciem o blat.
- Czy ja wiem… widziałem większe. - odparł zgodnie z prawdą, ani trochę nie uważając swojej kolekcji za jakąś niewyobrażalnie dużą. Poza tym, z wielką chęcią jeszcze by coś tam dokupił - chociaż możliwe, że wkrótce będzie musiał wykorzystać drugą szafkę ale to raczej za jakiś czas. Największa jaką widział, była w jednym z ekskluzywniejszych cocktail barów. I u jednego ziomka. Oczywiście Eric widział to spojrzenie Sher i wiedział, że gdyby wzrok mógł zabijać, to właśnie leżałby martwy. On oczywiście zmiast podejść do sprawy na poważnie, posłał przyjaciółce szeroki uśmiech, jakby miało mu to jakkolwiek pomóc.
On po chwili również sięgnął po swojego drinka - doskonale wiedział, że sobie jeszcze zaraz doleje - i wziął kilka łyków, przyglądając się reakcji Sher na jego dzieło.
- Jak chcesz, mogę dodać więcej coli lub dosypać brązowego cukru. - bo ten drugi, mógłby trochę załagodzić smak. Ucieszył się natomiast z dwóch rzeczy: po pierwsze, nie postawiła jedynki i nie zamierzała (chyba) wylać drinka, który przygotował, a po drugie, po chwili usłyszał jej śmiech, na który zareagował tym, że również parsknął śmiechem. Słysząc o skutkach, jakie mogłyby powstać w wyniku przesłania zainfekowanego pliku, wydał z siebie krótkie:
- Och… - i przeczesał dłonią włosy, bo nie spodziewał się usłyszeć, że pan Winfield nie czuł się najlepiej.
- Dobra, zapomnij. - machnął ręką. - Wykreślam ten pomysł. Jest szansa, że będzie z nim lepiej? - spytał z troską w głosie. Ech ci ojcowie… jedni chorowali, drudzy byli ciągle zajęci w podróżach służbowych..Ciekawe, czy na święta wróci. Niby coś tam mama mówiła, że z nią rozmawiał i w piątek ma przylecieć ale no… zobaczymy. pomyślał, przypominając sobie sytuacje, gdy pan Stones miał przyjechać do domu, a ostatecznie albo nie przyjeżdżał, albo przyjeżdżał… tylko kilka dni później bo Sprawy się trochę poprzeciągały. Z drugiej strony Eric doskonale wiedział, jaka rozmowa będzie go czekała, gdy zobaczy się z ojcem.
Awansowałeś? Myślałeś nad założeniem własnej firmy? Eric, musisz się wziąć w garść bo nie osiągniesz NIC. znał te teksty doskonale. Padały praktycznie zawsze. Eric niejednokrotnie zastanawiał się, czy w jego ojcu zajdzie jakaś przemiana albo po prostu… zacznie cieszyć się z tego, co jego własne dzieci osiągają, zamiast ciągle piłować je w dół. No ale zaraz przestał myśleć o ojcu, ponieważ zauważył, jak Sher wyciąga telefon. Podniósł jedną brew nie wiedząc, czego się spodziewać.
- Mam Ci go nap… - nie dokończył, ponieważ do jego uszu dotarło wszystko i… zmarszczył czoło, mając wrażenie, jakby to miał być jakiś jeden wielki żart - aczkolwiek mina Sher na nic takiego nie wskazywała. Oczywiście zaczął czytać wiadomości, praktycznie od razu po otrzymaniu do ręki telefonu. Miał pytać, czy poszła z tym na komisariat, lecz szybko usłyszał odpowiedź.
- A to głupie szuje. - oczywiście takim mianem określił policję, choć wiele innych, mocniejszych epitetów cisnęło mu się na język.
- Jesteś pewna, że Twój były to wysyła? Szlag… Sher, a co jeśli… - zrobił krótką przerwę, bo musiał przełknąć ślinę. - Co jeśli coś chce Ci zrobić? Przecież Ty możesz być w niebezpieczeństwie… wiesz co? Dziś zostajesz u mnie na noc. I nie kłóć się ze mną. Jutro rano Cię zawiozę do domu albo prosto do pracy, w zależności gdzie będziesz chciała. - powiedział stanowczo, patrząc przyjaciółce prosto w oczy, by zaraz potem, jeszcze raz przeczytać wszystkie wiadomości. Oczywiście przez głowę Erica zaczęło przelatywać mnóstwo pomysłów, lecz każdy nagle kończył się albo w martwym punkcie, albo ze znakiem zapytanie.
- Jak w ogóle można podszywać się pod kogoś kto zmarł?! To chore! - aż krzyknął i sięgnął po szklankę, bo nie sądził, że Sher aktualnie znajdowała się w aż takim bagnie. Musiał jej jakoś pomóc. I musiał coś wymyślić by ten, kto pisze te wiadomości zapłacił.
- A, i przykro mi z powodu Twojego przyjaciela. - rzucił nagle, kładąc dłoń na dłoni przyjaciółki, by tym gestem dodać jej otuchy. Bo nie kojarzył, by składał kondolencje.

Shereen Winfield

He wasn’t a project. He was a warning.

: czw kwie 02, 2026 8:18 pm
autor: Shereen Winfield
Winfield wierzyła w swój rozsądek. Przed studiami mogła pozwolić sobie na wpicie więcej niż jednego drinka, wtedy nie miała dodatkowych obowiązków i nie musiała być ciągle pod telefonem. W tym momencie życie szatynki polegało głównie na rozmowach telefonicznych i kontaktach z kontrahentami, z którymi nie miała najmniej ochoty rozmawiać. Przebywać w ich towarzystwie również nie chciała i nie lubiła. Spotkania biznesowe polegające na omawianiu przyszłości sali i warunków współpracy z nieznajomymi osobami były nie tylko ograniczające, ale i męczące. Wiedza przekazana przez ojca i często powtarzane zwroty (takie jak: trzeba zbudować własną markę i o nią dbać), w teorii brzmiały nieźle. W praktyce wyglądało to tak, że musiała r o z m a w i a ć i wypowiadać się na tematy, które nie były ani trochę interesujące. Odcięcie się od tego, chociaż na kilka godzin i spędzenie czasu w towarzystwie Erica — nawet jeśli robił beznadziejne, bo cholernie mocne, drinki — pomagało jej odzyskać rezon i odsunąć od siebie myśli związane z pracą. W ich miejsce pojawiały się inne. Kiepskie samopoczucie ojca i Oliver uprzykrzający jej życie na coraz kreatywniejsze sposoby. Te dwie rzeczy wprowadzały ją w stan stagnacji. Zatrzymała się w miejscu, jakby świat nagle skurczył się to tych dwóch punktów na świecie. Jakby poza nimi dwoma, nie istniało już nic, co mogłoby ją uszczęśliwić, czy zmotywować. Najgorsza była bezsilność. Lekarze zajmowali się ojcem i to oni byli odpowiedzialni za polepszenie jego stanu. Oliver? Obawiała się go i nie chciała wiedzieć, do czego byłby zdolny, gdyby dowiedział się, w którym domu i przy której ulicy aktualnie zamieszkiwała. A może już wiedział i czekał, aż wróci do domu? Zrobiło jej się chłodno na tę myśl. Musiała sięgnąć ponownie po drinka, żeby się nieco rozgrzać i rozluźnić — wciąż nie mogła przeboleć tego okropnego rumu.
— Też widziałam większe. U mojego wujka. Tak wyszło, że skończył na odwyku, wiesz? — wyparowała z rozkosznie słodkim, sarkastycznym uśmiechem. Denerwowało ją podejście bruneta do tak poważnej sprawy. Eric był dla niej ważny. Martwiła się o niego, co było l o g i c z n e, patrząc na to, w jakiej tkwili relacji. Troszczyła się o niego i czuła się zobowiązana, by go chronić przed głupimi decyzjami i pomysłami. Wpadał na nie aż nazbyt często, co bywało uciążliwe. Tak samo jak uciążliwa była nadopiekuńczość Winfield i jej poczucie obowiązku. Wszyscy jej przyjaciele (w teorii), byli dorosłymi ludźmi odpowiedzialnymi za własne decyzje. Każdy musiał liczyć się z ich konsekwencjami. Ren, choć się starała, nie potrafiła otoczyć wszystkich opieką. Próbowała stłumić to dziwne poczucie odpowiedzialności w zarodku i pozwalać przyjaciołom na popełnianie własnych błędów.
— Może... Mogę sama sobie dodać cukru — sprostowała, podnosząc się z miejsca. Potrzebowała tylko drobnych wskazówek, co do miejsca pobytu brązowego cukru. Przyszła do jego domu, lecz nie chciała nadużywać gościnności Erica. Niepewność czy nieśmiałość, którą odczuwała za pierwszym razem, gdy przyszła do mieszkania Azjaty, już dawno minęła. W tym momencie czuła się niemal jak u siebie. Czasem musiała tylko zapytać, gdzie co stało. Cukier i colę znalazła od razu. Widziała, gdzie odstawiał colę, z cukrem miała trochę wątpliwości, ale i na to znaleźli rozwiązanie. Zupełnie nie znała się na robieniu drinków. Dodała cukru do smaku, podobnie jak i coli — zależało jej na złagodzeniu intensywności rumu.

Posłała mu delikatny uśmiech, gdy przeczesywał włosy palcami. Nie wspominała mu o samopoczuciu ojca. Odkąd wróciła, nie mieli tak naprawdę czasu na dłuższą rozmowę. W ciągu czterech miesięcy wydarzyło się tak dużo, że próbowała się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości. Wróciła na swoje miejsce i odstawiła już odnowionego drinka na stole. Zbyła gotowa do poprowadzenia tej nieprzyjemnej rozmowy.
— Wiesz, jak to jest z lekarzami. Najpierw nastawiają na najgorsze, później dają nadzieje. Tata musi odpocząć od pracy i.... — gdyby nie powiedziała mu wcześniej o swoim powodzie powrotu do Toronto, zrobiłaby to teraz. Założyła nogę na nogę, odchrząkając, gdy zbliżała się do finału tej krótkiej przypowiastki o ojcu i jego samopoczuciu. Temat był ciężki, bo rodzina wciąż nie była pewna, z czym będą musieli się zmierzyć.
— Znaleźli u niego jakieś cienie w płucach. Był ostatnio na prześwietleniu — nie mogła więc jednoznacznie powiedzieć, czy stan ojca się polepszał, czy może pogarszał. Chciała uwierzyć, że wszystko będzie w porządku. Próbowała to robić. Wpadła w niemałe bagno i jak to na ogół bywa z bagnami, nie chciała wpadać w nie tak głęboko. Nikt nie zapytał jej wcześniej o zdanie. Po prostu coś przypieczętowało jej los i uznało, że w najbliższym czasie będzie musiała zmierzyć się ze swoimi najgorszymi koszmarami. Pech chciał, że były aż trzy.
Ojciec, właścicielstwo i były, zaburzony chłopak — ojcem przejmowała się najbardziej, salę była w stanie ogarnąć, a trzeciego po prostu się bała. I nie próbowała się z tym kryć.
Jesteś pewna, że Twój były to wysyła?
Kiwnęła głową. Wiadomości zaczęły pojawiać się tego samego dnia, w którym odbył się pogrzeb Joela. Widziała w pobliżu swojego byłego chłopaka. Wszędzie poznałaby te błyszczące, zielone oczy przepełnione złością. Spojrzenie chłopaka nie było przyjazne. Jego obecność zapowiadała początek kłopotów — nie była na nie gotowa. Próbowała zapobiec problemowi, zanim ten zaczął istnieć na dobre. Wiedziała, że gdyby była aniołem, Oliver dostałby się do nieba tylko po to, żeby ściągnąć ją do piekła. Nie chciała się tam znaleźć.
— Był jednym z moich trzech powodów powrotu do Toronto. Jestem pewna, że to on. Mam takie przeczucie — tym razem to ona przeczesała włosy, zatrzymując między kciukiem i palcem wskazującym ich kosmyk. Potarła o końcówki, nie bardzo wiedząc, w jaki sposób się teraz zachować.
Wewnątrz drżała z obawy. Gdy wspominała o chłopaku z Ottawy, czuła nieprzyjemny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Oczami wyobraźni widziała jego przeszywające spojrzenie. Dopóki nie poznała jego drugiej strony, była przekonana, że powiedzenie o diable w oczach, było tylko głupim porównaniem. Wcale nie było. Nie skomentowała od razu jego propozycji. Spojrzenie bruneta mówiła jasno i wyraźnie — nie pytał jej o zdanie, zarządzał. Informował ją i mówił, że zostawała u niego i nie podlegało to żadnej dyskusji. Był zaskakująco stanowczy. Ale i tak musiała spróbować.
— Nie mogę zostać u ciebie na noc. Nie noszę ze sobą ubrań na zmianę — pokręciła głową.
Mieszkała niedaleko, właściwie ich domostwa dzieliło od siebie tylko kilka innych budynków. Zastanowiła się, czy nie powinna udać się do domu po coś na zmianę. Z drugiej strony odczuwała obawę. Skąd miała wiedzieć, czy Oliver nie stał akurat pod oknem jej domu i nie czekał na jej powrót? W odpowiedzi na podniesiony głos Erica pokręciła z początku głową. Nie wiedziała. Wielu rzeczy nie potrafiła zrozumieć. Domyślała się, że niektórzy po prostu tacy byli. Traktowali innych jak zabawki, próbowali nastraszyć i udowodnić światu, że nie obowiązywało ich prawo ani zasady. — To jest tylko i wyłącznie moja wina. Nie powinnam się z nim umawiać — skąd mogła wiedzieć, że pod fasadą przyjemnego, czarującego faceta krył się prawdziwy potwór? Teraz gdy siedziała naprzeciw Erica, przesuwając palcami po jego dłoni, gdy próbował dodać jej otuchy, myślała o tym, czy zamknęła drzwi od domu. Nie potrafiła skupić się na otoczeniu, na stojącym obok drinku, czy obecności Erica. Rozważała przyjęcie jego propozycji.
Ból po śmierci Joela powoli przemijał. W miejscu, w którym jeszcze kilka miesięcy temu pomieszkiwał, teraz była nieprzyjemna pustka. Już nie bolało, nie tak bardzo, jak przed pogrzebem. Chciała, by po prostu został w jej pamięci — przywracanie go do życia, w dodatku w tak okrutny sposób, otwierało świeżo zabliźnioną ranę. Nie bez powodu w każdej książce, autorzy nazywali nekromancję aktem nieprawności i zepsucia.


Eric Stones

He wasn’t a project. He was a warning.

: pn kwie 06, 2026 11:04 pm
autor: Eric Stones
Eric uśmiechnął się lekko na wzmiankę o pokaźnej kolekcji alkoholi należącej do wujka Sher, jednakże ten wyraz twarzy nie utrzymał się długo, bo gdy tylko padło słowo „odwyk”, kąciki jego ust zaczęły powoli opadać, układając się w cienką linię.
- Bez obaw. Żaden odwyk mi nie grozi. - powiedział nagle, będąc PEWNYM, że ma pod kontrolą swoje uzależnienie, znaczy… inaczej, on nie uważał, że w ogóle JEST uzależniony. Wcale nie widział problemu w piciu codziennie, nawet jeśli sięgał po zwykłe piwo. - Poza tym to, że Twój wujek na nim był, nie znaczy, że i ja będę. - dodał, wzruszając ramionami, bo co to w ogóle miało znaczyć… nie rozumiał, dlaczego został wrzucony do tego samego worka - albo może nie został, tylko źle to zinterpretował? Po tych słowach wziął kilka łyków swojego drinka. Może nie powinien tak robić, tylko napić się za jakiś czas, ale no… chciał się napić, to się napił, proste.
- Śmiało. - skinął głową, dając Sher zielone światło na to, by sama nieco złagodziła smak swojego drinka, bo czemu miałby jej zabraniać? Przez krótką chwilę było mu trochę przykro, że nie smakował jej taki, jaki zrobił, ale no przecież miała prawo wyrażenia swojej opinii, a w dodatku każdy miał inny gust. Jedni woleli bardziej alkoholowe, drudzy mniej. Tak samo było np. z zupami: jedni woleli pomidorową, a inni rosół albo grzybową. Eric najbardziej lubił ramen i jego kolekcja zupek w szafce ani trochę nie malała, ba! Dzień wcześniej robił zakupy, więc przy okazji złapał jeszcze kilka instant ramenów.
Zaraz jednak zaczął uważnie słuchać, co Sher miała mu do powiedzenia o ojcu. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw i zwyczajnie… miał ochotę ją przytulić, bo to, co zostało wykryte u pana Winifield, nie świadczyło o niczym dobrym, lecz koniec końców, zaczął ją tylko miziać po plecach. Znaczy, jasne, medycyna szła do przodu, ludzie wychodzili z naprawdę różnych rzeczy, lecz to nadal był ten moment, kiedy wszystko nagle przestaje być oczywiste. I wiele jest w rękach lekarzy oraz samego organizmu taty Sher. Nie odezwał się od razu. Przez chwilę tylko patrzył na nią uważnie, jakby próbował znaleźć w jej twarzy coś, co podpowie mu, jak bardzo jest źle. Albo jak bardzo ona sama to przeżywa.
- Wiesz może, czy da się jakoś pozbyć tych cieni? Jest jakaś szansa na usunięcie ich czy cokolwiek? - spytał, bo no nie chciał nawet myśleć o tym, że Sher mogłaby stracić ojca. Nie był specjalistą. Nie znał się na diagnozach, wynikach, tych wszystkich medycznych określeniach, które dla jednych brzmiały jak wyrok, a dla innych jak początek walki. Ale liczył, że to ta druga opcja będzie rozgrywana. Spojrzał na Sher uważniej, z czymś między niepokojem a uporem.
- Lekarze mówili coś konkretnego? Jaki plan, leczenie… cokolwiek? - zapytał już spokojniej, starając się złapać jakikolwiek punkt zaczepienia, coś, czego można się uchwycić zamiast dryfować w domysłach.
A potem temat zszedł na byłego Sher. Uniósł brew, gdy usłyszał o liczbie powodów, jakie skłoniły Winifield do przyjazdu do Toronto.
- Trzech powodów powiadasz… - powtórzył, choć nie wnikał, jakie były pozostałe dwa - uważał, że jak Winifield będzie chciała, to sama się podzieli tą informacją. Domyślał się, że drugi powód to był ojciec, a trzeci? Cóż, skończyły mu się pomysły. Nie sądził, by chodziło o widoczki albo lepsze jedzenie. Szczerze powiedziawszy, dla niego najważniejsze było, że mimo wszystko tu przyjechała.

- Ale to żaden problem. Przecież ja Ci coś mogę dać. - powiedział i, dla potwierdzenia swoich słów, poszedł do sypialni, by po kilku minutach wrócić z T-shirtem (z motywem gwiezdnych wojen) oraz krótkimi spodenkami - obie rzeczy były prane dwa dni wcześniej, więc były świeże i pachniały płynem z kapsułki - i położył je gdzieś obok Sher, by wiedziała, że kwestię ubrań można uznać za rozwiązaną.
- Nie, to nie jest WYŁĄCZNIE Twoja wina, Sher. Skąd mogłaś wiedzieć, że gość się okaże taki, jakim się okazał? - powiedział Eric, nie zgadzając się z przyjaciółką. I brzmiał naprawdę poważnie. Nawet poważniej niż gdy oświadczał, że tę noc spędzi u niego. Nie pozwoli, aby się obwiniała. Gość mógł od razu pokazać swoją twarz, a nie grać w jakieś głupie gierki i bawić się w aktorstwo. Ach ci pieprzeni manipulanci… tak ich właśnie Stones określał, doskonale wiedząc, że niektórzy specjalnie zakładali maski, by po lepszym poznaniu je zdjąć lub je mieli na twarzy przez cały czas.
- Ale bym mu przyjebał… - rzucił nagle, zaciskając lewą dłoń w pięść, a drugą ręką sięgając po drinka, by wziąć kolejne kilka łyków. Bo skoro Sher żałowała, to coś musiało być na rzeczy. Tak przynajmniej uważał Eryk.

Shereen Winfield

He wasn’t a project. He was a warning.

: ndz kwie 12, 2026 10:41 pm
autor: Shereen Winfield
Cisza, którą obdarzyła jego protest odwykowy, była głośniejsza, niż jakiekolwiek słowo, które mogłaby wypowiedzieć. Cisza i spojrzenie. Jedno z tych przepełnionych troską o kogoś bliskiego. Przyjemność od nałogu dzieliła niewidoczna granica. Wystarczyło przesunąć się o te kilka mikrometrów, by się zgubić. Mogła przesadzać, lecz Winfield miała to do siebie, że m a r t w i ł a się o członków rodziny i przyjaciół. Nawet jeśli Eric uważał, że w tym momencie wszystko kontrolował, jaką mógł mieć pewność, że za miesiąc, dwa lub trzy, nie zacznie wracać pijany częściej niż dotychczas? Sheri nie chciała być świadkiem jego upadku, nie chciała być też współwinna. Poczułaby się źle, gdyby przyszła do jego mieszkania i zobaczyła go w stanie nadmiernego upojenia alkoholowego. Zaczęłaby się zastanawiać, dlaczego wcześniej nie zareagowała. A nawet jeśli by zareagowała, czułaby, że zrobiła za mało. Rozsądek jej podpowiadał, że nie powinna się mieszać. Eric był osobą dorosłą, był za siebie odpowiedzialny — a ona nie była kimś na tyle ważnym, by oczekiwać, że na jej prośbę zmieni swoje życie. Cisza była lepszym rozwiązaniem, niż kontynuacja tematu — znał jej zdanie. Resztę zostawiła zdrowemu rozsądkowi Azjaty.
Musiała przyznać, że jego dotyk był kojący.
Jego palce sunące po jej plecach zostawiały po sobie przyjemne ciepło.
Dodawał jej tym gestem otuchy i sprawiał, że czuła się bezpieczniej. Wiedziała, że miała jego pełne wsparcie, dlatego mówiła dużo śmielej niż wcześniej. Opowiedziała mu o wstępnej diagnozie, popijając powoli drinka. Teraz gdy go złagodziła, smakował lepiej. Delikatniej i bardziej jak cola. Czuła ten słodko-kwaśny posmak przebijający się przez intensywną warstwę rumu. Wanilia, cukier, coś między karmelem i limonką — takie drinki mogłaby wypić nawet ze dwa. Gdy zbliżała się do końca pierwszego, poczuła uderzenie alkoholu. Rozgrzał przyjemnie jej ciało, wprawiając w lżejszy nastrój. Była markotna, wszak rozmowa o chorobie ojca i nie była najłatwiejsza. Największy problem sprawiała jej bezsilność. Nie umiała nazwać wprost tego uczucia, łatwiej było je porównać do powolnego tonięcia. Momentu, w którym woda zalewa płuca, a ty nie możesz złapać oddechu, bo każda próba przybliża cię do śmierci. Shereen nie umierała, ale wiedziała, że płuca Charliego Winfielda toczyła paskudna zaraza, która powodowała ich powolne obumieranie. Czymkolwiek były te komórki, zabijały jej tatę. Chciała mu pomóc, ale nie potrafiła. Wszak nie była lekarzem, a zostawienie go w rękach lekarzy, również nie napawało ją radością.
— Najpierw leczenie chirurgiczne. Będzie miał robiony zabieg. Później chemioterapia. Tylko nie znamy jeszcze szczegółów — przytłaczające.
Tata ją denerwował, ale z nikim nie miała nigdy bliższej więzi niż z nim. Matka była dużo chłodniejsza, mniej otwarta na relacje, uczucia, emocje — podobno kiedyś była inna, tak twierdził dziadek. Była wesoła i szczęśliwa, teraz, w wieku pięćdziesięciu dwóch lat, była tylko cieniem tej kobiety, którą wszyscy dookoła kochali i podziwiali. Może była nieszczęśliwa w małżeństwie, może dlatego, że mimo próśb kierowanych do Boga, w którego tak cholernie mocno wierzyła, on pokarał ją dwiema córkami. A przecież zawsze chciała mieć syna.
— Pierwszym był ojciec. Drugim był on. Trzecim... — przygryzła policzek od wewnętrznej strony, czując jak zalewa ją fala ciepła; czegoś między niepewnością i zawstydzeniem. — Wiesz, tęskniłam. Za Tobą i przyjaciółmi — przyznała szczerze, podnosząc wzrok na twarz bruneta.
Oczywiście, że tęskniła. Uwielbiała Elsę, ale to Eric był jej bliższy, w nieco inny sposób niż przyjaciółka. Widział ją w różnych momentach życia, co też pozwoliło stworzyć między nimi tę dziwną, wciąż nienazwaną odpowiednim słowem więź. To do niego zadzwoniłaby w pierwszej kolejności, gdyby potrzebowała pomocy. Dzisiaj również to zrobiła. Darzyła go zaufaniem w dużo większym stopniu niż pozostałych.

Chciała zaoponować, odmówić z czystej kultury — nie chciała sprawiać mu problemów, choć wiedziała, iż był to dużo lepszy pomysł, niż wieczorny powrót do domu.
— Eric... zdążyła wypowiedzieć tylko jego imię. Podniósł się z miejsca i uparcie trzymając się swojego zdania, zostawił ją na chwilę samą, by przynieść jej ubrania.
Zaciskając palce na szklance, uniosła ją do ust, upijając spory łyk, gdy dotarło do niej, że miała zostać u niego na n o c. Nie powinna czuć się tym skrępowana, lecz z jakiegoś powodu fakty, że mogła być tak b l i s k o i nosić na sobie ubrania przesiąknięte jego zapachem, wywoływały w niej dziwną nieśmiałość i ekscytację. Przyłapała swoje serce na przyspieszonym biciu. Czuła jak porusza się nierówno w klatce piersiowej, jak zmusza ją do złapania głębszego oddechu. Winfield, uspokój się... — upomniała się w myślach, wyciszając natłok dudniących w głowie myśli. Czy jego ubrania będą jej pasować? Czy będzie wyglądać w nich dobrze? Gdzie miałaby spać? Musiała wziąć prysznic. Cholera. Zagryzła dolną wargę, dopijając do końca drinka.
Ze stanu zawieszenia wyrwała ją obecność Erica. Podniosła na niego wzrok, zerkając na ubrania, które jej przyniósł. Sięgając po koszulkę, rozłożyła ją, by przyjrzeć się nadrukowi, który szczerze ją rozbawił. Odcięła się od tego ponurego nastroju. Radość w obecności Erica przychodziła jej z zaskakującą łatwością. Jego towarzystwo ją uspokajało — był jej osobistym azylem, do którego lubiła wracać. Tęskniła za Toronto, gdy była w Ottawie, ale to nie miasto ją przyciągało — przyciągali ją ludzie. Dom był tam, gdzie serce. A sercem zawsze była z rodziną i przyjaciółmi. Tutaj, właśnie w Toronto. Mogła być szczęśliwa, naprawdę. Żeby to zrobić, musiała pozbyć się swojego byłego chłopaka, który odbierał jej radość z życia. Wystarczyło, że o nim wspomniała i od razu poczuła spadek nastroju. Stones miał rację w tej kwestii — nie mogła wiedzieć, że facet, któremu oddała serce, był zaburzony do tego stopnia, że po rozstaniu to dręczenie jej zaczęło sprawiać mu przyjemność. Użalanie się nad sobą nie było w stylu Shereen, ale odczuwała wewnętrzną dezolację. Eric by mu przyjebał, ona po prostu chciała, żeby dał jej spokój i odciął się od przeszłości.
— No, ale jego tutaj nie ma. Nie masz jak mu przyjebać — odparła, przesuwając palcami po blacie stołu. Robiła to spokojnie, z wyważoną delikatnością, bez nieprzyzwoitego nacisku. Sprawiała wrażenie kogoś, kto musiał przemyśleć następne słowa, zanim je wypowie. Wahała się przez moment, czy prośba, którą chciała wytypować, nie była zbyt osobista, zbyt odsłaniająca.
— Ale możesz mnie przytulić — dokończyła po chwili, niezbyt śmiało, ale też bez przesadnego skrępowania.

Eric Stones

He wasn’t a project. He was a warning.

: śr kwie 15, 2026 10:29 pm
autor: Eric Stones
Zdziwiło go, że nie chciała kontynuować tematu odwyku, ponieważ myślał, że ma mu coś jeszcze do powiedzenia, a zamiast tego milczała. Dopiero gdy zobaczył spojrzenie Sher, miał wrażenie, że jest nim właśnie zabijany. Nawet jakiś taki dreszcz go zaczął przechodzić, choć czy przez to planował odpuścić picie? Otóż nie. Picie pozwalało mu zapomnieć o tym, co się działo. O tym, co go bolało i pomagało mu czuć się lepiej - a przynajmniej takie miał wrażenie. Nie pamiętał, kiedy dokładnie wypił o ten jeden kieliszek za dużo, ale nie miał zamiaru ot tak przestawać. Jeszcze wiedział, gdzie mieszka, gdzie pracuje i… że ma parę bliskich osób - chociaż czasami miał wrażenie, jakby obserwował wszystko z boku, a życie tak po prostu sobie płynęło; jakby wsiadł na rzucony na wodę materac i sobie tak zwyczajnie dryfował. Chociaż przy Sher nie miał takiego poczucia. Przy niej czuł się jakoś tak… l e p i e j. Była jego bezpieczną przystanią, do której chciał przybijać, choć nie był do końca pewien, czy może, bo przecież byli tylko przyjaciółmi.
Tylko? czy może ?
Poza tym, miał wrażenie, że o Winifield potrafił jakoś tak… częściej myśleć, niż o innych przyjaciółkach. W dodatku bardzo lubił, gdy do niego dzwoniła, nawet jeśli nie rozmawiali o niczym konkretnym, a np. o pogodzie albo on marudził, bo w pracy znowu był kocioł i wszystko było na ASAP. Nienawidził tego słowa i dostawał gorączki, gdy, dostając zlecenie, słyszał, że ma je wykonać ASAP, choć właśnie był w trakcie wykonywania czego innego - a nagle miał pootwierane miliony tasków i wszystko rozgrzebane, przez co musiał albo kończyć w domu, albo zostawać po godzinach. W sumie może niedługo wziąłby jakiś urlop, by złapać trochę oddechu?
Na twarzy Stonesa pojawiło się coś w rodzaju smutku wymieszanego ze współczuciem - nawet zatrzymał na chwilę mizianie jej po plecach, bo po prostu… nie spodziewał się, że sytuacja była aż tak poważna.
- Ja… naprawdę bardzo mi przykro, Sher. Mam nadzieję, że pokona to, co go dopadło. - powiedział i nie czekając na cokolwiek, po prostu ją przytulił - wstał na chwilę z miejsca, by być naprzeciwko przyjaciółki i dać jej to, na co jego zdaniem zasługiwała. Jeśli chciała płakać, śmiało. Nie zamierzał ani jej powstrzymywać. Mimo iż w swojej rodzinie nie miał nikogo z poważną chorobą, to mógł sobie jedynie wyobrażać, co Winifield czuła. Dowiedzieć się o tym, że wkrótce być może pożegnasz kogoś bliskiego…
Jasne, jego ojciec był w jakimś sensie chory, ale Eric wiedział, że gdzieś tam sobie był i pewnie wkrótce wróci do domu. Odbędą miłą rozmowę, a potem jeden z nich pójdzie spać, a drugi będzie chciał o odbytej konwersacji zapomnieć. Eric nie wierzył już w to, że cokolwiek sprawi, że jego ojciec się zmieni. Żył pracą, delegacjami i wynikami.
Praktycznie każdy powrót ze szkoły Erica był równoznaczny z pytaniem jak Twoje wyniki, synu? Jeżeli były zadowalające, Eric mógł liczyć na uśmiech ojca, a w innym przypadku podniesiony ton i to właśnie tego drugiego doświadczał o wiele częściej. Choć się starał, to zawsze było ZA MAŁO. Zawsze byli LEPSI. I zawsze pan Stones nie mógł zrozumieć, dlaczego jego syn się nie starał lub starał się, ale nie wystarczająco - a on naprawdę robił, co mógł, a po jakimś czasie zrozumiał, że to jego ojciec miał zbyt wysokie oczekiwania. Rozumiał troskę, lecz nie rozumiał tej przesady. Całkowicie jej nie rozumiał.
Zaraz jednak przestał myśleć o ojcu, tylko wysłuchał powodów, dla których Sher wróciła do Toronto. Poczuł jakieś takie przyjemne ciepło, kiedy usłyszał trzeci powód. Kiedy usłyszał, że tęskniła… za nim. Za mną… powtórzył w myślach, a kąciki ust same się uniosły. Poczuł się tak, jakby właśnie wygrał jakąś nagrodę, lub trafił rzutką w sam środek tarczy w dartach.
- Ja tam się bardzo cieszę, że wróciłaś do mni... znaczy do nas. Jakos tak lepiej jest gdy tu jesteś i wiesz co? Też za Tobą tęskniłem. - powiedział ciszej, jakby chciał, by tylko ona wiedziała o tej ostatniej informacji. Nieco speszony, uciekła spojrzeniem gdzieś w bok, a potem wziął łyka drinka.

On nie słuchał, gdy wypowiedziała jego imię, ponieważ był całkowicie skoncentrowany na tym, by przynieść jej ubrania, w których mogłaby spać - znaczy, no… zawsze mogła w samej bieliźnie, lecz ten pomysł wolał zostawić wewnątrz swojej głowy. Nie przyjmował żadnej odmowy, bo nie chciał potem się martwić - choć zapewne i tak będzie, gdy Sher wróci do siebie. Ale nim wróci, mieli jeszcze trochę wspólnego czasu. Gdy wracał, zaczął się zastanawiać, jak właściwie będą spać… rozum mu podpowiadał, by poszedł na kanapę, a serce… by zadać proste pytanie. Przełknął ślinę, próbując podjąć jakąś decyzję.
Uśmiechnął się widząc reakcję Sher na otrzymaną koszulkę. Miał też kilka innych z motywem Gwiezdnych Wojen (gaci i skarpetek też), więc łatwo można było zgadnąć, jakie uniwersum było jego ulubionym. I doceniał Sher za to, że nie kazała mu iść przynieść czegoś innego.
No ale potem temat zszedł na kolejne poważne tory i Eric naprawdę był wkurwiony, że Sher doświadczała czegoś takiego. Aż zacisnął pięści w tej irytacji oraz złości. Jednakże słysząc prośbę, jaka została do niego wystosowana, Eric zamrugał kilka razy, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał. Jasne, już wcześniej przytulił Sher, lecz to była naturalna reakcja, by dodać otuchy, a teraz… zapewne także jej potrzebowała, dlatego bez większego zastanowienia zrobił te dwa kroki do przodu, by objąć Winifield. Objął ją mocno, ale nie aż tak - nie chciał jej przecież udusić. Do tego zaczął gładzić ją po głowie oraz wdychać perfumy, którymi pachniała. Szczerze? Mógł trwać w tym objęciu naprawdę długo.
- A tak w ogóle… tak sobie myślałem… chcesz spać razem, czy mam się ewakuować na kanapę? - spytał podczas przytulenia, bo nie, jeszcze się nie zamierzał odsuwać. Jeszcze się tą chwilą nie nasycił.

Shereen Winfield