you shouldn't have looked
: czw mar 12, 2026 8:53 am
Kilka dni minęło szybciej niż się spodziewała. Praca na komisariacie wróciła do swojego zwykłego, nieco monotonnego rytmu; takiego, który z jednej strony potrafił być męczący, a z drugiej był dziwnie uspokajający. Sprawa, którą zajmowali się z Maddenem na początku tygodnia dotyczyła mężczyzny znalezionego martwego w jednym z moteli przy autostradzie. Początkowo wyglądało to na coś poważniejszego: brak dokumentów, ślady walki, podejrzenie, że ktoś chciał zatrzeć po sobie ślady. Ostatecznie jednak okazało się, że była to brutalna, ale stosunkowo prosta historia. Dług hazardowy, źle zakończona rozmowa i jeden człowiek, który uznał, że łatwiej będzie nacisnąć spust niż oddać pieniądze.
Reszta czasu wyglądała podobnie. Raporty, rozmowy z ludźmi, przeglądanie akt i kolejne godziny spędzone przy biurku, podczas których nic szczególnie ekscytującego się nie działo. A jednak w tym wszystkim było coś nowego, coś co sprawiało, że dni mijały inaczej niż wcześniej.
Rhys.
Nie umawiali się wprost. Rzadko kiedy padło między nimi zdanie, które brzmiałoby jak zaplanowane spotkanie, mimo to w jakiś sposób ciągle znajdowali się w tych samych miejscach. Czasami ona kończyła pracę i przypadkiem przejeżdżała przez jego dzielnicę, więc zatrzymywała się na chwilę, która kończyła się kilkoma godzinami spędzonymi w jego mieszkaniu. Innym razem to on odwoził ją po pracy, a potem zostawał na kolejną kawę, która nie miała nic wspólnego z kawą. Bywało też tak, że po prostu wchodzili razem do mieszkania, jakby było to najbardziej naturalną rzeczą na świecie.
Nic się między nimi nie zmieniło, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Nadal się droczyli, nadal rzucali sobie złośliwe uwagi i testowali wzajemną cierpliwość w dokładnie taki sam sposób jak wcześniej. A jednak gdzieś pod tą warstwą znajomego napięcia pojawiło się coś nowego, spokojniejszego, głębszego. Ich spojrzenia zatrzymywały się na sobie odrobinę dłużej, a dotyk, który kiedyś był tylko prowokacją, teraz stawał się czymś zwyczajnym. Jakby oboje powoli przyzwyczajali się do myśli, że obecność drugiej osoby nie jest już chwilowym kaprysem.
Tego wieczoru Margo siedziała przy stole w swoim mieszkaniu, pochylona nad laptopem i kilkoma niedbale rozłożonymi kopiami akt. Cisza była niemal całkowita, tylko tykanie zegara w kuchni i cichy szum ulicy za oknem przypominały, że miasto wciąż żyło własnym rytmem. To była jedna z tych rzeczy, których nie mogła robić w biurze. Sprawa Mastersa.
Oficjalnie już do niej nie należeli. Została przekazana Collinsowi i jego zespołowi, a ona przyjęła to bez protestu, przynajmniej na zewnątrz. Nie wdawała się w dyskusje, nie próbowała jej odzyskać i nie zadawała pytań, które mogłyby zwrócić na nią niepotrzebną uwagę. Nie znaczyło to jednak, że przestała się nią interesować.
Od samego początku śledziła postępy Collinsa - cicho, z dystansu, jak ktoś, kto tylko przegląda informacje dostępne w systemie. Nigdy nie wspomniała o tym Rhysowi, nie dlatego, że mu nie ufała. Po prostu nie widziała powodu, by robić z tego coś większego. Do tej pory nie było zresztą niczego, co naprawdę zwróciłoby jej uwagę.
Aż do wczoraj. W raporcie pojawiło się nowe nazwisko.
Collins oznaczył je niemal natychmiast jako nieistotne, stawiając obok charakterystyczny krzyżyk, jeden z tych znaków, które mówiły sprawdzone, bez znaczenia. Większość ludzi przeszłaby nad tym dalej; ona zatrzymała się przy nim na chwilę dłużej. Nazwisko brzmiało: Luca Bianchi - włoskie, zwyczajne, nic szczególnego. A jednak miała wrażenie, że gdzieś już je widziała.
To wystarczyło, żeby zacząć szukać głębiej. Kilka minut później system wypluł pierwsze wyniki, a ona poczuła znajome ukłucie w żołądku, to samo, które pojawiało się zawsze, gdy intuicja zaczynała układać fakty w coś więcej niż przypadek. Nazwisko pojawiło się w trzech innych sprawach z ostatnich dwóch lat. W każdej z nich Luca Bianchi był jedynie marginalną postacią: świadkiem, właścicielem samochodu, który pojawił się na nagraniu z monitoringu, albo kimś, kto wynajmował magazyn użyty przez podejrzanych. W każdym przypadku ktoś zaznaczył go dokładnie tak samo jak Collins - krzyżykiem oznaczającym brak znaczenia.
Za każdym razem nazwisko spychano na koniec listy, jakby ktoś chciał, żeby tam zostało.
Margo przesunęła palcami po klawiaturze, otwierając kolejne dokumenty. W jednej sprawie pojawił się przy transporcie alkoholu, który ostatecznie okazał się przykrywką dla prania pieniędzy. W drugiej był właścicielem firmy logistycznej wynajmującej ciężarówki. W trzeciej wspólnikiem restauracji, która nagle zmieniła właściciela po kontroli skarbowej.
A teraz jego nazwisko pojawiło się przy Mastersie.
Była tak pochłonięta analizowaniem kolejnych dokumentów, że przez chwilę nie zarejestrowała pierwszego dźwięku. Dopiero drugi - wyraźne pukanie do drzwi, wyrwał ją z koncentracji. Podniosła wzrok znad laptopa i spojrzała w stronę korytarza. Nie musiała nawet sprawdzać, kto stoi po drugiej stronie. Kiedy otworzyła, Madden był oparty o framugę dokładnie tak, jakby był tam od z a w s z e. - Nie przypominam sobie, żebym zapraszała cię na kawę - zauważyła ze swoją charakterystyczną miną, w której powaga mieszała się z rozbawieniem. Mimo tych słów wspięła się lekko na palce i pocałowała go na przywitanie zanim odsunęła się, robiąc mu miejsce w drzwiach.
Zrobiła krok w bok, wpuszczając go do środka. Na pewno zdążył zrobić kilka kroków w głąb mieszkania, zanim jego wzrok mógł zatrzymać się na stole - na laptopie, na rozrzuconych kopiach akt. Na nazwisku, które pojawiało się w kilku miejscach jednocześnie.
Zamknęła drzwi i oparła się o nie na moment, obserwując jego reakcję. - Zanim coś powiesz - odezwała się spokojnie. - Powinnam chyba zaznaczyć, że oficjalnie nie grzebię w tej sprawie - jej spojrzenie wróciło na stół.
Rhys Madden
Reszta czasu wyglądała podobnie. Raporty, rozmowy z ludźmi, przeglądanie akt i kolejne godziny spędzone przy biurku, podczas których nic szczególnie ekscytującego się nie działo. A jednak w tym wszystkim było coś nowego, coś co sprawiało, że dni mijały inaczej niż wcześniej.
Rhys.
Nie umawiali się wprost. Rzadko kiedy padło między nimi zdanie, które brzmiałoby jak zaplanowane spotkanie, mimo to w jakiś sposób ciągle znajdowali się w tych samych miejscach. Czasami ona kończyła pracę i przypadkiem przejeżdżała przez jego dzielnicę, więc zatrzymywała się na chwilę, która kończyła się kilkoma godzinami spędzonymi w jego mieszkaniu. Innym razem to on odwoził ją po pracy, a potem zostawał na kolejną kawę, która nie miała nic wspólnego z kawą. Bywało też tak, że po prostu wchodzili razem do mieszkania, jakby było to najbardziej naturalną rzeczą na świecie.
Nic się między nimi nie zmieniło, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Nadal się droczyli, nadal rzucali sobie złośliwe uwagi i testowali wzajemną cierpliwość w dokładnie taki sam sposób jak wcześniej. A jednak gdzieś pod tą warstwą znajomego napięcia pojawiło się coś nowego, spokojniejszego, głębszego. Ich spojrzenia zatrzymywały się na sobie odrobinę dłużej, a dotyk, który kiedyś był tylko prowokacją, teraz stawał się czymś zwyczajnym. Jakby oboje powoli przyzwyczajali się do myśli, że obecność drugiej osoby nie jest już chwilowym kaprysem.
Tego wieczoru Margo siedziała przy stole w swoim mieszkaniu, pochylona nad laptopem i kilkoma niedbale rozłożonymi kopiami akt. Cisza była niemal całkowita, tylko tykanie zegara w kuchni i cichy szum ulicy za oknem przypominały, że miasto wciąż żyło własnym rytmem. To była jedna z tych rzeczy, których nie mogła robić w biurze. Sprawa Mastersa.
Oficjalnie już do niej nie należeli. Została przekazana Collinsowi i jego zespołowi, a ona przyjęła to bez protestu, przynajmniej na zewnątrz. Nie wdawała się w dyskusje, nie próbowała jej odzyskać i nie zadawała pytań, które mogłyby zwrócić na nią niepotrzebną uwagę. Nie znaczyło to jednak, że przestała się nią interesować.
Od samego początku śledziła postępy Collinsa - cicho, z dystansu, jak ktoś, kto tylko przegląda informacje dostępne w systemie. Nigdy nie wspomniała o tym Rhysowi, nie dlatego, że mu nie ufała. Po prostu nie widziała powodu, by robić z tego coś większego. Do tej pory nie było zresztą niczego, co naprawdę zwróciłoby jej uwagę.
Aż do wczoraj. W raporcie pojawiło się nowe nazwisko.
Collins oznaczył je niemal natychmiast jako nieistotne, stawiając obok charakterystyczny krzyżyk, jeden z tych znaków, które mówiły sprawdzone, bez znaczenia. Większość ludzi przeszłaby nad tym dalej; ona zatrzymała się przy nim na chwilę dłużej. Nazwisko brzmiało: Luca Bianchi - włoskie, zwyczajne, nic szczególnego. A jednak miała wrażenie, że gdzieś już je widziała.
To wystarczyło, żeby zacząć szukać głębiej. Kilka minut później system wypluł pierwsze wyniki, a ona poczuła znajome ukłucie w żołądku, to samo, które pojawiało się zawsze, gdy intuicja zaczynała układać fakty w coś więcej niż przypadek. Nazwisko pojawiło się w trzech innych sprawach z ostatnich dwóch lat. W każdej z nich Luca Bianchi był jedynie marginalną postacią: świadkiem, właścicielem samochodu, który pojawił się na nagraniu z monitoringu, albo kimś, kto wynajmował magazyn użyty przez podejrzanych. W każdym przypadku ktoś zaznaczył go dokładnie tak samo jak Collins - krzyżykiem oznaczającym brak znaczenia.
Za każdym razem nazwisko spychano na koniec listy, jakby ktoś chciał, żeby tam zostało.
Margo przesunęła palcami po klawiaturze, otwierając kolejne dokumenty. W jednej sprawie pojawił się przy transporcie alkoholu, który ostatecznie okazał się przykrywką dla prania pieniędzy. W drugiej był właścicielem firmy logistycznej wynajmującej ciężarówki. W trzeciej wspólnikiem restauracji, która nagle zmieniła właściciela po kontroli skarbowej.
A teraz jego nazwisko pojawiło się przy Mastersie.
Była tak pochłonięta analizowaniem kolejnych dokumentów, że przez chwilę nie zarejestrowała pierwszego dźwięku. Dopiero drugi - wyraźne pukanie do drzwi, wyrwał ją z koncentracji. Podniosła wzrok znad laptopa i spojrzała w stronę korytarza. Nie musiała nawet sprawdzać, kto stoi po drugiej stronie. Kiedy otworzyła, Madden był oparty o framugę dokładnie tak, jakby był tam od z a w s z e. - Nie przypominam sobie, żebym zapraszała cię na kawę - zauważyła ze swoją charakterystyczną miną, w której powaga mieszała się z rozbawieniem. Mimo tych słów wspięła się lekko na palce i pocałowała go na przywitanie zanim odsunęła się, robiąc mu miejsce w drzwiach.
Zrobiła krok w bok, wpuszczając go do środka. Na pewno zdążył zrobić kilka kroków w głąb mieszkania, zanim jego wzrok mógł zatrzymać się na stole - na laptopie, na rozrzuconych kopiach akt. Na nazwisku, które pojawiało się w kilku miejscach jednocześnie.
Zamknęła drzwi i oparła się o nie na moment, obserwując jego reakcję. - Zanim coś powiesz - odezwała się spokojnie. - Powinnam chyba zaznaczyć, że oficjalnie nie grzebię w tej sprawie - jej spojrzenie wróciło na stół.
Rhys Madden