-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Reszta czasu wyglądała podobnie. Raporty, rozmowy z ludźmi, przeglądanie akt i kolejne godziny spędzone przy biurku, podczas których nic szczególnie ekscytującego się nie działo. A jednak w tym wszystkim było coś nowego, coś co sprawiało, że dni mijały inaczej niż wcześniej.
Rhys.
Nie umawiali się wprost. Rzadko kiedy padło między nimi zdanie, które brzmiałoby jak zaplanowane spotkanie, mimo to w jakiś sposób ciągle znajdowali się w tych samych miejscach. Czasami ona kończyła pracę i przypadkiem przejeżdżała przez jego dzielnicę, więc zatrzymywała się na chwilę, która kończyła się kilkoma godzinami spędzonymi w jego mieszkaniu. Innym razem to on odwoził ją po pracy, a potem zostawał na kolejną kawę, która nie miała nic wspólnego z kawą. Bywało też tak, że po prostu wchodzili razem do mieszkania, jakby było to najbardziej naturalną rzeczą na świecie.
Nic się między nimi nie zmieniło, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Nadal się droczyli, nadal rzucali sobie złośliwe uwagi i testowali wzajemną cierpliwość w dokładnie taki sam sposób jak wcześniej. A jednak gdzieś pod tą warstwą znajomego napięcia pojawiło się coś nowego, spokojniejszego, głębszego. Ich spojrzenia zatrzymywały się na sobie odrobinę dłużej, a dotyk, który kiedyś był tylko prowokacją, teraz stawał się czymś zwyczajnym. Jakby oboje powoli przyzwyczajali się do myśli, że obecność drugiej osoby nie jest już chwilowym kaprysem.
Tego wieczoru Margo siedziała przy stole w swoim mieszkaniu, pochylona nad laptopem i kilkoma niedbale rozłożonymi kopiami akt. Cisza była niemal całkowita, tylko tykanie zegara w kuchni i cichy szum ulicy za oknem przypominały, że miasto wciąż żyło własnym rytmem. To była jedna z tych rzeczy, których nie mogła robić w biurze. Sprawa Mastersa.
Oficjalnie już do niej nie należeli. Została przekazana Collinsowi i jego zespołowi, a ona przyjęła to bez protestu, przynajmniej na zewnątrz. Nie wdawała się w dyskusje, nie próbowała jej odzyskać i nie zadawała pytań, które mogłyby zwrócić na nią niepotrzebną uwagę. Nie znaczyło to jednak, że przestała się nią interesować.
Od samego początku śledziła postępy Collinsa - cicho, z dystansu, jak ktoś, kto tylko przegląda informacje dostępne w systemie. Nigdy nie wspomniała o tym Rhysowi, nie dlatego, że mu nie ufała. Po prostu nie widziała powodu, by robić z tego coś większego. Do tej pory nie było zresztą niczego, co naprawdę zwróciłoby jej uwagę.
Aż do wczoraj. W raporcie pojawiło się nowe nazwisko.
Collins oznaczył je niemal natychmiast jako nieistotne, stawiając obok charakterystyczny krzyżyk, jeden z tych znaków, które mówiły sprawdzone, bez znaczenia. Większość ludzi przeszłaby nad tym dalej; ona zatrzymała się przy nim na chwilę dłużej. Nazwisko brzmiało: Luca Bianchi - włoskie, zwyczajne, nic szczególnego. A jednak miała wrażenie, że gdzieś już je widziała.
To wystarczyło, żeby zacząć szukać głębiej. Kilka minut później system wypluł pierwsze wyniki, a ona poczuła znajome ukłucie w żołądku, to samo, które pojawiało się zawsze, gdy intuicja zaczynała układać fakty w coś więcej niż przypadek. Nazwisko pojawiło się w trzech innych sprawach z ostatnich dwóch lat. W każdej z nich Luca Bianchi był jedynie marginalną postacią: świadkiem, właścicielem samochodu, który pojawił się na nagraniu z monitoringu, albo kimś, kto wynajmował magazyn użyty przez podejrzanych. W każdym przypadku ktoś zaznaczył go dokładnie tak samo jak Collins - krzyżykiem oznaczającym brak znaczenia.
Za każdym razem nazwisko spychano na koniec listy, jakby ktoś chciał, żeby tam zostało.
Margo przesunęła palcami po klawiaturze, otwierając kolejne dokumenty. W jednej sprawie pojawił się przy transporcie alkoholu, który ostatecznie okazał się przykrywką dla prania pieniędzy. W drugiej był właścicielem firmy logistycznej wynajmującej ciężarówki. W trzeciej wspólnikiem restauracji, która nagle zmieniła właściciela po kontroli skarbowej.
A teraz jego nazwisko pojawiło się przy Mastersie.
Była tak pochłonięta analizowaniem kolejnych dokumentów, że przez chwilę nie zarejestrowała pierwszego dźwięku. Dopiero drugi - wyraźne pukanie do drzwi, wyrwał ją z koncentracji. Podniosła wzrok znad laptopa i spojrzała w stronę korytarza. Nie musiała nawet sprawdzać, kto stoi po drugiej stronie. Kiedy otworzyła, Madden był oparty o framugę dokładnie tak, jakby był tam od z a w s z e. - Nie przypominam sobie, żebym zapraszała cię na kawę - zauważyła ze swoją charakterystyczną miną, w której powaga mieszała się z rozbawieniem. Mimo tych słów wspięła się lekko na palce i pocałowała go na przywitanie zanim odsunęła się, robiąc mu miejsce w drzwiach.
Zrobiła krok w bok, wpuszczając go do środka. Na pewno zdążył zrobić kilka kroków w głąb mieszkania, zanim jego wzrok mógł zatrzymać się na stole - na laptopie, na rozrzuconych kopiach akt. Na nazwisku, które pojawiało się w kilku miejscach jednocześnie.
Zamknęła drzwi i oparła się o nie na moment, obserwując jego reakcję. - Zanim coś powiesz - odezwała się spokojnie. - Powinnam chyba zaznaczyć, że oficjalnie nie grzebię w tej sprawie - jej spojrzenie wróciło na stół.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wykopał sobie ten grób, ale odkąd jej dłoń pierwszy raz musnęła jego, codziennie zastanawiał się nad sposobem, by się w nim nie kłaść.
Minęły prawie dwa lata od śmierci Sophie, od wypełnionego furią i żałobą okresu, którego niemal nie pamiętał. Nigdy wcześniej nie przeszło mu przez myśl, że jego życie mogłoby wrócić do normalności. Trzymając się na uboczu, obserwując społeczeństwo nie czuł chęci ani potrzeby by na powrót stać się jego częścią. Odbijało się to nie tylko na jego życiu towarzyskim, w którym złością i kąśliwymi uwagami ograniczał krąg bliskich mu osób do absolutnego, upartego minimum. Odbijało się to też na pracy - niechęci do spędzania w niej więcej czasu, niż było to potrzebne. Skracania sobie drogi postępowania, docierania do wniosków i stawiania założeń, których udokumentowanie zrzucał na karb swojego partnera.
Miał wrażenie, że ostatnie dwa lata tkwił w zawieszeniu. Błąkał się po świecie jak duch, gdzieś między życiem a śmiercią, przykuty do miejsca, z którego nie mógł się ruszyć.
A później pojawiła się o n a.
Wkroczyła do jego codzienności, malując odcienie szarości kolorami. Z początku były to czerwienie, barwy złości i irytacji gdy utrudniała mu codzienne funkcjonowanie, wyzwalając w nim reakcje pogrzebane głęboko pod powierzchnią. Później pojawiły się następne. Ciekawość o to, jaką była osobą. Zazdrość, gdy wracała z komisariatu z innymi mężczyznami. Pragnienie, by poczuć na swojej skórze jej dotyk.
Gdzieś pod feerią barw, z wolna tworzyło się coś innego. Coś prawdziwego, głębokiego, od czego wiedział, że nie było już ucieczki. Widząc świat w tym kolorze, nie chciał nigdy więcej obserwować go w szarości go pozbawionej. Chcę wyjścia. Ostatnie dni tchnęły w niego energię, której nie czuł od bardzo dawna. Pojawiając się na komisariacie robił to coraz wcześniej, niemal zahaczając o prawidłowy czas ich startu pracy. Śledząc kolejne tropy, nie zostawiał całej biurokracji w rękach drugiej osoby, nie zamykał śledztwa pośpiesznie, b y l e j a k, robił to z większą starannością.
W tej nadziei, że być może niedługo jego odznaka nie będzie splamiona tym wszystkim, co zrobił.
Że może istniała wersja rzeczywistości, w której będzie w stanie naprawić wyrządzone przez niego krzywdy podchodząc do tej pracy należycie. Że nie był całkowicie s k r e ś l o n y.
Gdy Margo wyszła tego wieczora z komisariatu, tkwił przy swoim biurku przez dłuższy czas nawet, jeśli ich sprawa została zamknięta. Jego kolano wędrowało w górę i w dół pod blatem, w szczęce pojawiło się napięcie gdy dojrzewało w nim przeczucie, że powinien to zrobić.
Pół godziny później był w drodze do Mimmo's.
Godzinę później przechodził przez zatłoczony bar, ignorując rzucane w jego kierunku, nieprzychylne spojrzenia. Przechodził do loży schowanej na samym jego końcu, w której Sergio Carbone prowadził jakieś spotkanie.
Zrobił dla niego wystarczająco.
Bez żadnego zająknięcia wykonując każde polecenie, spełniając każdą prośbę i każdy r o z k a z rzucany przez starego mafioza. Był jego wtyką w wydziale zabójstw - jedną z wielu na komisariacie. Wykreślał nazwiska, które były istotne, dopisywał te, których trzeba było się pozbyć. Wyciągał informacje na temat toczących się spraw, zatajał dowody, pomagał mu kształtować policyjne wnioski w sposób, którego od niego wymagał.
To musiało mieć jakiś koniec.
Spodziewał się kategorycznej odmowy. Paskudnego uśmiechu wykrzywiającego twarz Carbone'a oznaczającego w o j n ę. Na widok jego stonowanej reakcji, ta niebezpieczna emocja w jego wnętrzu znów zamigotała. Nie otrzymując ani potwierdzającej, ani zaprzeczającej odpowiedzi, wyszedł z nią czując się nieco lżejszy - w ten bezsensowny sposób, w który nic przecież jeszcze się nie zmieniło, ale droga do innej rzeczywistości nie została przed nim zamknięta.
Z tyłu głowy miał świadomość tego, że wyjście z tej sytuacji nie będzie darmowe. Że Carbone będzie wymagał od niego czegoś jeszcze, słynny ze swojej zachłannej natury. Ale być może, być może, Madden mógł zostawić to za sobą.
Mógł być z n i ą.
Pozwolił sobie być naiwnym tej nocy, kierując swój samochód w stronę adresu, który nie był jego własnym. Potrzeba zobaczenia jej na własne oczy wygrała z rozsądkiem i świadomością tego, że się ze sobą nie umawiali - nawet w ten umowny sposób, który dla nikogo innego nie byłby prawdziwym ustalaniem terminu czy aktywności.
Opierając się o framugę, cierpliwie czekał aż pojawi się w drzwiach - a gdy to zrobiła, kąciki jego ust uniosły się w szelmowskim uśmiechu. Lubił jej mieszkanie, było przytulne, pachniało nią. Ten zapach teraz owiał jego twarz gdy otworzyła drzwi szerzej, a ich usta spotkały się w progu.
- Byłem w okolicy - skłamał, w ten sposób, w który kłamał zwykle gdy nie chciał przyznać, że pragnął jej obecności i postanowił w tej kwestii zadziałać bez uprzedniego ustalenia czegokolwiek. Wkroczył do wnętrza jej mieszkania, błogo nieświadomy czekającej na niego niespodzianki. Zdjął z siebie kurtkę, wchodząc do jej salonu.
I zatrzymał się, dostrzegając blat zawalony aktami i jej rozłożonego laptopa. Zmarszczył brwi - czy ich sprawa nie była łatwa, nieskomplikowana i zamknięta?
- Pracujesz? - spytał krótko, podchodząc bliżej, wabiony jej reakcją - reakcją osoby, która wiedziała, że robi coś w sekrecie przed inną. A ta inna właśnie się o tym dowiedziała.
Jego serce zamarło na jedno uderzenie gdy dostrzegł znajome nazwiska. Małżeństwo Masters. Małżeństwo dwójki osób, u których ewidentnie upozorowano samobójstwo, a sprawa została przekazana do wewnętrznych.
- To już nie jest nasza sprawa - zauważył, z wymuszoną obojętnością odkładając kurtkę na oparcie jej krzesła, na pierwsze miejsce, które się napatoczyło. - Znalazłaś coś?
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dostrzegła ją natychmiast. Niewielką zmianę w sposobie w jaki się zatrzymał, gdy jego wzrok przesunął się po blacie. To napięcie, które pojawiło się w jego ramionach i tę krótką pauzę zanim zadał pytanie. Obserwowała go przez moment w milczeniu, po czym powoli zamknęła laptopa, jakby chciała dać sobie chwilę na uporządkowanie myśli. Nie była zaskoczona tym, że to zauważył, zawsze miał wyczulony wzrok na rzeczy, które nie pasowały do obrazu sytuacji. A stos dokumentów dotyczących sprawy, która oficjalnie nie należała już do nich, zdecydowanie do tego obrazu nie pasował.
Nie czuła jednak potrzeby, by cokolwiek przed nim ukrywać. Nie robiła niczego, co mogłoby zostać uznane za ingerencję w śledztwo Collinsa. Nie wchodziła do akt, do których nie miała dostępu, nie próbowała kontaktować się ze świadkami ani podważać decyzji przełożonych. Była jedynie obserwatorem, kimś, kto przyglądał się sprawie z boku, analizując pojawiające się w systemie raporty i notatki. Tak przynajmniej tłumaczyła to sobie od początku - że robi to wyłącznie dla siebie, że chce zrozumieć mechanizm sprawy, która od pierwszej chwili wydawała jej się nie do końca uporządkowana; że to tylko ciekawość zawodowa i nic więcej.
Jednocześnie spodziewała się dokładnie takiej reakcji - że Madden nie będzie zachwycony tym, co zobaczył; że stanie po przeciwnej stronie i spróbuje przekonać ją, by zostawiła tę sprawę w spokoju. A ona, jak zawsze, gdy chodziło o pracę, potrafiła być uparta. Wiedziała też, że jeśli pozwoli tej rozmowie przerodzić się w pełnoprawną dyskusję, bardzo szybko zamieni się ona w niepotrzebną kłótnię. Dlatego zamiast reagować od razu, jedynie wzruszyła lekko ramionami i pokręciła głową, przyznając mu w ten prosty sposób rację. - Wiem - powiedziała spokojnie, opierając się biodrem o krawędź stołu. - Masz rację - na moment spojrzała w dół, na rozłożone dokumenty, jakby sama chciała upewnić się, że rzeczywiście nie przekroczyła granicy, której nie powinna przekraczać.
Dopiero kiedy zapytał czy znalazła coś konkretnego, sięgnęła po jedną z kartek i przesunęła ją w jego stronę. Jej ruch był spokojny, metodyczny, jakby opowiadała o czymś zupełnie zwyczajnym. - Luca Bianchi - powiedziała, wskazując palcem nazwisko w raporcie. - Collins uznał go za nieistotnego. Tak jak kilka innych osób - sięgnęła po kolejną kartkę i położyła ją obok pierwszej, a potem jeszcze jedną. - Problem polega na tym, że jego nazwisko pojawia się tutaj… i tutaj - na stole leżały trzy inne raporty z zamkniętych spraw. W każdej z nich Bianchi pojawiał się gdzieś na marginesie. - Trzy różne sprawy zabójstw w ciągu dwóch lat i za każdym razem ktoś uznał go za p r z y p a d k o w e g o faceta, który znalazł się w złym miejscu o złym czasie - jej palec zatrzymał się na jednej z notatek w raporcie.
Na moment zapadła cisza. - Może to naprawdę nic - powiedziała w końcu, cofając dłoń i opierając się z powrotem o stół. - Może facet ma po prostu wyjątkowego pecha i pojawia się przy każdej możliwej sprawie - jej spojrzenie wróciło jednak do dokumentów. - Ale jest powiązany z La Fratellanza Ventresca - a wiedziała to z jedynego zdjęcia, które znalazło się w papierach; zdjęcia na którym spod jego rozpiętej koszuli wyłaniał się wytatuowany symbol tej włoskiej rodziny.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dla niej, może bardziej niż dla wszystkich innych, odznaka, którą zabierała ze sobą każdego dnia znaczyła wszystko. Stanowiła punkt, w którym przestawała być wyłącznie Margo, a stawała się detektyw Mercer - osobą, która chwytała się strzępów danych i łączyła je w jedną całość. Przede wszystkim jednak, nie ustępowała n i k o m u - nawet jemu.
Widok sprawy Mastersów na jej stole nie musiał oznaczać katastrofy, ale sprawił, że czerwone lampki zapaliły się w jego głowie natychmiast. Oczywiście, że tkwiło w ich samobójstwach podwójne dno. Właśnie dlatego skrzętnie oddał tę sprawę Collinsowi, zostawiając to w jego rękach, w których, jak podejrzewał, prawda zostanie pogrzebana pod stosem nieistotnych dowodów, śladowych poszlak i domysłów. Nie mieszaj się w to, Madden. Przyznanie mu racji przez kobietę natychmiast wzbudziło w nim podejrzenia, było jak czekające w powietrzu ale, zatrzymujące świat w antycypacji. Obserwował ją, stojąc po drugiej stronie stołu, jak w jej oczach zapala się ten błysk determinacji - błysk, który zwykle uwielbiał, ale którego nie m ó g ł teraz widzieć. Nie w tej sprawie, nie przy tych ludziach. W tym jednym Margo nie mogła grzebać, nie mogła doszukiwać się schowanej przed światem prawdy. Wraz z jej palcem wodził spojrzeniem po jej notatkach, po spisanych zależnościach, których do pewnego stopnia był również świadomy - ale których nie chciał zgłębiać. Nie chciał ich wiedzieć. Nie drążył, po prostu oddał śledztwo komuś, kto miał się go pozbyć.
- Kryminaliści lubią spędzać czas z innymi kryminalistami - odparł zdawkowo, odwracając się w stronę jej s z a f y, w której wnętrzu wiedział, że chowa się barek. - Jeśli ma kartotekę, można go ściągnąć na przesłuchanie, ale bez dowodów na jego ingerencję niczego nie można zrobić.
Luca Bianchi.
Znał go. Przeciął się z nim wielokrotnie, nigdy nie wiedząc, dlaczego Sergio trzymał osobę tak niechlujną, tak łatwą w byciu złapanym. Był pewien, że dzisiejszego wieczora również tkwił w Mimmo's, siedząc gdzieś na sali, pośród osób rzucających mu oceniające spojrzenia.
Sięgnął po butelkę jakiegoś rumu, który stał otwarty. Potrzeba nalania alkoholu oferowała mu cel, coś, co mogło zająć jego ręce, odwrócić jego spojrzenie, a jednocześnie jego smak mógł odwrócić uwagę od nieprzyjemnej rozmowy, którą mieli pewnie odbić.
Kłamał każdego dnia od ostatnich dwóch lat - nie zamierzał pozwolić, by zasłona na jego twarzy opadła teraz. Nie zamierzał jej dopuścić do prawdy, nie teraz, gdy był tak blisko wyciągnięcia się z tego bagna.
- Jeśli masz jakąś poszlakę, zgłoś to Collinsowi - powiedział wreszcie, racjonalnie, stawiając pośród jej notatek butelkę i odwracając się, wiedząc, gdzie mógł znaleźć szklanki. Wyciągnął dwie - jedną z nich postawił przed sobą, drugą przed nią, znów stojąc naprzeciw niej, z wielkim stołem tkwiącym pomiędzy nimi. Jej notatkami, sprawą, którą rozgrzebała, tworzącą między nimi dystans - dosłownie i w przenośni. - Margo - westchnął, łagodniej, przyglądając jej się znów z tym zmęczeniem, którego na chwilę się pozbył, znów z ciężarem na swoich barkach, którego nie czuł przed wejściem do mieszkania. - Jak długo nad tym ślęczysz?
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jej spojrzenie wciąż krążyło po dokumentach rozłożonych na blacie. Nazwisko Bianchiego powracało w nich jak echo, które zbyt uporczywie powtarzało się w różnych miejscach, by uznać je za przypadek. W innych okolicznościach być może odpuściłaby szybciej, uznając, że to tylko kolejny zbieg okoliczności, jedna z tych drobnych nieścisłości, które pojawiały się w wielu sprawach i ostatecznie nie prowadziły do niczego konkretnego. Ale tym razem coś w tej układance nie pozwalało jej zostawić jej w spokoju. Każda z tych spraw była i n n a, inne ofiary, inne motywy, inne miejsca, a jednak w tle zawsze pojawiał się ten sam cień, jakby ktoś konsekwentnie przesuwał jedną figurę po planszy, pilnując, by nikt nie spojrzał na nią zbyt uważnie.
Kiedy Rhys sięgnął po butelkę, zarejestrowała ten ruch gdzieś na obrzeżach świadomości, ale nie poświęciła mu wiele uwagi. Gest był na tyle zwyczajny, że nie wzbudził w niej żadnych podejrzeń. Gdyby spojrzała na to z boku, może zauważyłaby, jak naturalnie porusza się po jej mieszkaniu, jakby znał je od dawna, wiedząc dokładnie, gdzie znajduje się barek, gdzie stoją szklanki i jak sięgnąć po rzeczy, których sam nigdy nie musiał szukać. W innych okolicznościach ten drobiazg prawdopodobnie wywołałby w niej ciche rozbawienie albo nawet odrobinę czułości. Teraz jednak jej uwaga była zbyt mocno przywiązana do stosu dokumentów.
- Nie pójdę z tym do Collinsa - odpowiedziała spokojnie, kręcąc lekko głową. Nie było w jej głosie buntu ani prowokacji, raczej rzeczowa pewność. - Nie z czymś czego sama nie jestem jeszcze pewna - podsunęła jedną z kartek bliżej, jakby sam ruch miał pomóc jej uporządkować myśli. - Spławiłby mnie w pięć sekund. Tak samo jak skreslił z listy podejrzanych Bianchiego - dodała ciszej. - Nawet nie próbował sprawdzić, czy ten facet pojawia się gdzieś jeszcze - na moment przeniosła wzrok na Rhysa, jakby chciała upewnić się, że naprawdę patrzy na te same dokumenty co ona. - Zajęło mi to kilka godzin - przyznała bez większego wahania. Kilka godzin wśród sterty akt, które większość ludzi uznałaby za kompletnie bezużyteczne.
Jej palec znów przesunął się po jednym z raportów, zatrzymując się przy nazwisku. - Robię to od początku - dodała po chwili, tym razem już bez żadnej próby ukrywania tego faktu. - Odkąd Collins przejął sprawę - uniosła lekko brwi, jakby czekała na jego reakcję, ale nie zatrzymała się na tym. - Spójrz na to j e s z c z e raz - powiedziała spokojniej, wskazując kolejne kartki.- Każda z tych spraw wygląda inaczej. Inne ofiary, inne okoliczności, inne motywy. Na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego, ale Bianchi pojawia się w każdej z nich, a za nim pojawia się Ventresca - jej głos nie podniósł się ani o ton wyżej, ale determinacja była wyraźna w sposobie, w jaki mówiła. Na chwilę zapadła cisza, w której jedynym dźwiękiem był cichy stuk szkła, gdy odsunęła jedną ze szklanek na bok, robiąc więcej miejsca na dokumenty.
Odchyliła się lekko od stołu, splatając ręce na piersi, ale jej spojrzenie wciąż pozostawało utkwione w papierach. Czuła to wyraźnie, to charakterystyczne napięcie w żołądku, które pojawiało się zawsze, gdy intuicja zaczynała układać fakty w jedną całość. Nie ufała jej bezgranicznie, nauczyła się już, że potrafi prowadzić na manowce, ale równie dobrze wiedziała, że kiedy pojawiała się w ten sposób, rzadko bywała całkowicie bezpodstawna.
A teraz była niemal pewna jednego.
Gdzieś w tych aktach znajdowało się więcej spraw, które ktoś bardzo skutecznie uciszył. Spraw powiązanych z Ventrescą, które zniknęły z radarów równie szybko, jak się na nich pojawiły.
I skoro już natrafiła na pierwszy trop, n i e z a m i e r z a ł a przestać kopać.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Musiał łapać się tych informacji, które były dostępne dla nich wszystkich. Żeby było wiarygodnie. Żeby nie wzbudzać jej podejrzeń. Bez słowa przechylił butelkę gdy mówiła, nalewając odrobinę alkoholu do jej szklanki.
- A może sprawdził i niczego nie znalazł. A może ten Bianchi jest częścią innego postępowania, skoro jest zamieszany w więcej rzeczy - westchnął, uparcie nie dostrzegając powiązań, które ona w tej chwili malowała. - Collins jest ma kopę lat na karku. I na pewno nie spodoba mu się, że grzebiesz w jego sprawach bez żadnego porozumienia. Kapitanowi zresztą też nie.
Jego myśli skakały do różnych rozwiązań gdy uniósł szklankę do ust, upijając małego łyka bursztynowego płynu. Mógł zgłosić to Collinsowi - kazać mu ogarnąć swoją stronę lepiej, tak, żeby nie zostały żadne nitki, których mogła się złapać. Wiedział jednak, że Margo była j e g o partnerem, a Collins zwyczajnie odbiłby piłeczkę przedstawiając ją jako j e g o problem do załatwienia.
Nie chciał też by jej nazwisko przewinęło się przez Ventrescę. Nie chciał myśleć nawet o konsekwencjach, gdyby Sergio zwęszył k o l e j n y wytrych na trzymanie go blisko i utrzymywanie posłusznym.
- Nie będzie to pierwszy raz, kiedy mafia wmieszała się w jakieś morderstwa - zgodził się, wiedząc, że nie było sensu w zaprzeczaniu wnioskom, do których docierała. - Ventresca istniała na długo przed tym, gdy byliśmy detektywami i będzie istnieć na długo po tym. Siedzimy w wydziale zabójstw, Margo.
Westchnął lekko, odstawiając szklankę na blat - gdzieś pomiędzy jej notatkami, poszlakami i prawdą zagrzebaną na samym środku. Odwrócił się, bardzo powoli obchodząc stół wyłożony wszystkim tym, co mu wskazywała. Jego wzrok wodził po kobiecych notatkach, odnajdywał znajome twarze na fotografiach, powiązania, których jeszcze nie zrobiła - ale wiedział, że z czasem zrobi.
Niebezpieczeństwo.
- Wiem, że chcesz coś sobie udowodnić - mruknął, stając naprzeciw niej, biodrem opierając się o blat. Jego wzrok prześlizgnął się po rysach jej twarzy i spojrzeniu czekoladowych tęczówek. - Ale musi być na to sposób bez wkurwiania wszystkich współpracowników. Jesteś dopiero na początku swojej kariery. Nie zamykaj sobie możliwości podkopywaniem Collinsa.
Collins niósł ze sobą całe morze niebezpieczeństw - ale jego krzywe spojrzenia i wspominanie o niej kapitanowi w nieprzychylny sposób były tylko czubkiem góry, do której nie powinna się zbliżać. I znów, stąpali po grząskim gruncie.
T e r a z, gdy prawie mu się udało znaleźć wyjście.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Margo skinęła głową, kiedy wspomniał o Collinsie i kapitanie. Ten argument był nie do podważenia i dobrze o tym wiedziała. Gdyby ktoś w podobny sposób grzebał w sprawie prowadzonej przez nią, wcale by jej się to nie spodobało. Na pewno nie przyjęłaby tego spokojnie. W tej jednej kwestii Rhys miał rację i tylko ktoś naprawdę nierozsądny próbowałby się z nim o to sprzeczać. A jednak ten drobny, uparty fragment jej charakteru nie pozwalał jej zostawić tego w spokoju.
Westchnęła cicho, odwracając na moment wzrok od dokumentów. - Nie dowiedzą się - powiedziała spokojnie, jakby była to najprostsza rzecz na świecie. - Nie zamierzam się z tym wychylać dopóki nie będę mieć czegoś konkretnego - powtórzyła znowu, bo to była prawda. Nie miała zamiaru biec do kapitana z teorią opartą wyłącznie na przeczuciach i kilku powtarzających się nazwiskach. Wiedziała jak wyglądał ten świat i jak łatwo było w nim zostać uznanym za kogoś, kto szuka sensacji tam gdzie jej nie było. To co robiła, wiedziała tylko ona, a teraz również on. I nawet przez sekundę nie pojawiła się w jej głowie myśl, że mógłby zrobić z tą wiedzą coś przeciwko niej.
Przyglądała mu się przez chwilę, pozwalając spojrzeniu wędrować od rozrzuconych dokumentów do zamkniętego laptopa, aż w końcu zatrzymała je na nim, gdy zbliżył się na tyle, że znajdował się w zasięgu jej dłoni. W innych okolicznościach prawdopodobnie skróciłaby dzielący ich dystans bez wahania. Dotknęłaby go, może nawet pocałowała, pozwalając, by reszta świata na chwilę przestała istnieć. Tym razem jednak jej myśli krążyły wyłącznie wokół faktów, które przed chwilą odkryła. Wokół tych powiązań, które próbował racjonalizować, jakby były czymś zupełnie zwyczajnym.
Nie podobało jej się to.
Nie dlatego, że mówił coś całkowicie nierozsądnego lecz dlatego, że wytykał jej błędy, które sama dobrze widziała. I dlatego, że uparcie nie chciał dostrzec czegoś, co dla niej było jasne jak słońce.
Westchnęła ponownie, mimowolnie cofając się o krok. Ta bliskość, zapach jego skóry, świadomość każdego jego ruchu sprawiała, że trudniej było jej zebrać myśli. A teraz potrzebowała ich wszystkich. - Co ty byś zrobił? - zapytała w końcu spokojnie. W jej głosie nie było prowokacji, raczej szczere zainteresowanie odpowiedzią. - Gdyby wszystko wskazywało na to, że ktoś pod naszym nosem tuszuje sprawy powiązane z Ventrescą naprawdę uznałbyś, że lepiej tego nie ruszać? - na moment zamilkła, przyglądając mu się uważnie. - Bo ktoś starszy może się poczuć urażony? - nie chodziło nawet o Collinsa, ani o kapitana. Zdawała sobie sprawę, że w policyjnym świecie wciąż była dla wielu osobą, którą należało traktować z lekkim pobłażaniem. Młodsza, mniej doświadczona, w dodatku kobieta w środowisku, które wciąż potrafiło być boleśnie szowinistyczne.
Przyzwyczaiła się do tego znacznie szybciej niż powinna, ale nie potrafiła udawać, że czegoś nie widzi. Jeśli coś raziło ją w oczy, jeśli fakty zaczynały układać się w zbyt wyraźny wzór - nie zamykała ich tylko dlatego, że ktoś mógłby uznać to za niewygodne. Nawet jeśli gdzieś na horyzoncie pojawiało się ostrzeżenie, nawet jeśli za tym ostrzeżeniem czaiły się konsekwencje.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jego ramiona opadły lekko w dół, ciężkie od jej słów, od wszystkich idących za nimi reperkusji - oraz tego, że nie mógł zaprzeczyć. Poruszając się po tym grząskim gruncie, musiał odpowiadać jak osoba, która nie miała sobie niczego nielegalnego do zarzucenia, która nie miała z tym nic wspólnego.
- Naprawdę myślisz, że Collins jest umoczony? - spytał, bez cienia ironii, sarkazmu czy oceny w głosie - skupiając się na tym, co próbowała mu przekazać tak, jak tego od niego chciała. - Z takimi oskarżeniami nie możesz pójść do kapitana z jednym dowodem. Będziesz musiała zbudować całą sprawę i wykazać w niepodważalny sposób, że trzeba go poddać wewnętrznemu śledztwu. Inaczej przekreślisz całą swoją karierę.
Co by zrobił na jej miejscu?
Drążyłby, węsząc potencjał zdrady uparcie zmierzałby do znalezienia odpowiedzi. Nie zatrzymałaby go ani prośba od partnera, reprymenda od kapitana ani potencjał uczynienia z siebie przeciwnika wszystkich innych na wydziale. Jeśli intuicja podpowiadałaby mu, że coś jest z daną osobą nie tak, nie potrafiłby jej zignorować. Nie potrafiłby przejść z tym do porządku dziennego, widząc taką osobę codziennie na komisariacie.
Ale to o n był taką osobą.
To on tuszował sprawy powiązane z Ventrescą, to on był tym kretem zaszytym głęboko w oddziałach policji. Collins był tylko jednym z pionków, ale jego upadek równie dobrze mógł doprowadzić do niego. Gdzieś jednak pośród jego egoistycznych potrzeb zachowania własnej anonimowości i utrzymania stosunków między nimi, które były obecnie, tkwiło coś jeszcze - s t r a c h. Obawa o konsekwencje, jakie Margo ściągnie na siebie podążając tą ścieżką. Ventresca nie była ulicznym gangiem, któremu można było ukręcić głowę.
Była w s z ę d z i e.
- To nie jest nożownik z ulicy czy wściekły facet wyładowujący się na swojej rodzinie. Ventresca jest stara, musi mieć swoich ludzi wszędzie. Polityków, lekarzy, policjantów - dodał wreszcie, cicho, a mogła dostrzec tę obawę w jego spojrzeniu, w cieniu, który je wypełnił. - Jesteś młoda, Margo - kontynuował, łagodnie, choć wiedział, że może wściec się na jego słowa, którymi usiłował delikatnie przekazać jej, że być może to było ponad jej obecne kompetencje. - Nie wdepnij w coś, z czego nie będziesz w stanie później wyjść.
Westchnął ciężko, odwracając się do niej bokiem. Sięgnął po szklankę, przenosząc swój wzrok na stół wypełniony informacjami, poszlakami. Niczego jeszcze nie miała. Jeszcze.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pokręciła lekko głową, jakby sam ten tok myślenia był dla niej niewygodny. Czy naprawdę uważała, że ktoś z nich był zdolny do czegoś takiego; że ktoś świadomie ignorował fakty albo, co gorsza - pomagał je ukrywać? - Nie wiem - powiedziała w końcu spokojnie, unosząc na niego wzrok. Nie próbowała tego maskować ani owijać w bardziej dyplomatyczne słowa. Po prostu nie miała pewności, a udawanie, że jest inaczej byłoby zwyczajnym kłamstwem. Westchnęła cicho i oparła dłonie o krawędź stołu. - Mówiłam ci już d w a razy, że nie zamierzam się z tym wychylać - dodała, tym razem nieco chłodniej, choć sama nie była pewna, kiedy ten ton wkradł się do jej głosu. - Nie pójdę ani do Collinsa, ani do kapitana. Nie jestem idiotką - właściwie nie potrzebowała, by werbalizował tę oczywistość; znała zasady tej gry wystarczająco dobrze, by wiedzieć, gdzie kończy się ciekawość, a zaczyna ryzyko, którego nie warto podejmować bez powodu.
Nie chciała, żeby ta rozmowa zaczęła przypominać kolejną z tych kłótni, które zostawiali już powoli za sobą. Jednocześnie wiedziała też coś jeszcze - że nie odpuści. I była niemal pewna, że Rhys również zdawał sobie z tego sprawę, bo sam by tego nie zrobił. Dlatego jego obecna postawa nie wydawała jej się nielogiczna, tłumaczyła ją inaczej. W ostatnich latach doświadczył wiele; ten cień sceptycyzmu wobec całego systemu, wobec pracy, wobec sensu walki z czymś, co i tak zawsze zdawało się wracać w nowej formie. Wiedziała, że miał za sobą doświadczenia, które nauczyły go patrzeć na ten świat z dystansem, może nawet z pewnym cynizmem. W jej oczach właśnie to pchało go teraz do defensywy. Nie dlatego, że naprawdę uważał jej tok myślenia za absurdalny, ale dlatego, że przestał wierzyć, iż takie rzeczy da się naprawdę naprawić.
Gdy jednak padły jego ostatnie słowa coś w niej drgnęło.
Zmiana była subtelna, ale wyraźna. Jej ramiona napięły się odrobinę mocniej, a spojrzenie, które przed chwilą błądziło między nim a dokumentami, skupiło się na nim z nową intensywnością. - Co to właściwie ma znaczyć? - zapytała, prostując się nieco. Nie podniosła głosu, ale w sposobie w jaki wypowiedziała te słowa, pojawiło się wyraźne napięcie. - Wiek nie ma tu żadnego znaczenia - powiedziała spokojniej, choć emocje wciąż przebijały się przez kontrolowany ton. - Jeśli coś wygląda nie tak jak powinno, naszym zadaniem jest to sprawdzić - przez chwilę patrzyła na dokumenty, jakby ważyła w myślach wszystkie argumenty, które mogłaby jeszcze wypowiedzieć. W końcu jednak wypuściła powietrze z płuc i sięgnęła po jedną z teczek, zaczynając zbierać kartki w niedbałą kupkę. Nie robiła tego z rezygnacją, raczej z decyzją, że ta rozmowa nie musi iść dalej w tym kierunku.
Nie dzisiaj.
Gdy odłożyła papiery na bok, obeszła stół powoli i zatrzymała się tuż przed nim. Tym razem dystans, który przed chwilą powstał między nimi, zniknął równie naturalnie, jak się pojawił. Margo wsunęła dłonie w jego dłonie, splatając palce z lekkim, uspokajającym uśmiechem. - Jestem ostrożna - powiedziała ciszej. - Nie musisz się o mnie martwić - jej kciuk przesunął się lekko po jego skórze w tym drobnym, niemal odruchowym geście. - Nie zrobię niczego głupiego - w jej głowie brzmiało to jak najprostsza prawda świata. Nie miała zamiaru rzucać się w coś bez przygotowania ani wchodzić w konflikt, którego nie byłaby w stanie kontrolować. Była przekonana, że dokładnie wie, gdzie przebiega granica, której nie należy przekraczać.
Nie zdawała sobie tylko sprawy z jednego.
Z tego, że już dawno znalazła się znacznie bliżej niej, niż sądziła. I że swoją ciekawością, zupełnie nieświadomie zaczęła przyciągać uwagę ludzi, którzy potrafili zniszczyć ją znacznie skuteczniej niż ktokolwiek na komisariacie.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nawet, gdyby nie był jednym z n i c h, ryzyko wciąż było ogromne.
I jednocześnie nie miałby żadnych oporów by szafować własną karierą, własnym życiem by dotrzeć do sedna sprawy, która nie pozwalała mu zasnąć. Widział w Margo coś znajomego, coś, co pozostawało w jego sercu uśpione od dłuższego czasu i wiedział, że właśnie to coś będzie skłonne przekroczyć granicę, jeśli sprawa będzie wydawała jej się tego warta.
A była.
Ostrzejszy ton był tym, czego się spodziewał - reakcją na podważenie jej kompetencji, jej braku doświadczenia. Niczego takiego nie sugerował w kontekście oceny jej pracy jako detektywa, ale w próbie nakreślenia wszystkiego tego, z czego mogła nie zdawać sobie jeszcze sprawy.
- Wiesz, że nie o tym mówię - odparł jedynie, nie przechodząc do defensywy ale też nie chcąc wchodzić w zbędną kłótnię. Tego typu konflikty wydawały się należeć do czasu przed, nie do teraźniejszości, w której znacznie rzadziej naciskali sobie wzajemnie na odcisk w sposób inny od żartobliwego. - Naszym zadaniem nie jest prowadzić wewnętrznego śledztwa na własną rękę. Jeśli podejrzewasz kogoś o pracę na dwa fronty, to sprawa dla internal affairs, a jeśli według ciebie z kilkoma sprawami powiązana jest mafia, możesz to zgłosić do przełożonego Collinsa w wydziale przestępczości zorganizowanej - dodał, nie potrafiąc zwalczyć tej potrzeby odpowiedzenia nawet, gdy żadne z nich nie chciało się kłócić. - Są inne sposoby.
Czyż to nie ona miała wiarę w system, w którym pracowali? Czy to nie on powinien się tym zająć, skoro widziała jakieś nieprawidłowości? Słowa kolejne cisnęły mu się na usta ale zamiast tego zacisnął je w wąską linię, nie chcąc tworzyć z tego konfrontacji. Jego brwi rozluźniły się odrobinę dopiero gdy dostrzegł zmianę w jej mimice, gdy ruszyła wzdłuż stołu, obchodząc dzielącą ich przeszkodę.
Jej podejście, kobiece dłonie odnajdujące jego własne, sprawiły, że powietrze opuściło jego płuca w krótkim westchnieniu. Pochylił się w dół, pokonując dzielącą ich różnicę wzrostu, wkraczając w strefę bliskości, w której wszystko było jak zwykle, która wzbudzała w nim spokój.
- Wiem, że chcesz dobrze - powiedział cicho, opierając swoje czoło o jej na krótką chwilę. - Ale w tej robocie rzadko kiedy chodzi o to, co jest właściwe. To biurokracja. Collins ma nad tobą przewagę stażu, renomy i wstążek na mundurze.
Odsunął się lekko, po to, by móc na nią spojrzeć. Wyplątał dłoń z jej palców, unosząc ją w górę by chwycić kosmyki ciemnych włosów i wetknąć je za jej ucho.
- Collins to cały system. A ty jesteś jedna.
margo mercer