Strona 1 z 2

trouble waiting to happen

: ndz mar 15, 2026 8:27 am
autor: margo mercer
Dni wyglądały niemal dokładnie tak samo jak poprzednie, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Funkcjonowała normalnie, pojawiała się na komisariacie o tej samej porze, brała udział w odprawach i siedziała nad sprawami, które trafiały na ich biurka. Z zewnątrz nic nie zdradzało tego, że część jej uwagi pozostawała gdzieś indziej. Pracowała tak jak zawsze - dokładnie, metodycznie, z tą samą determinacją, która od początku jej kariery czyniła z niej detektywa, którego trudno niestety było zignorować.
Ale gdy wracała wieczorem do mieszkania i zamykała za sobą drzwi, świat zmieniał się w coś zupełnie innego.
Dolna szuflada komody przestała być tylko miejscem, w którym schowała akta sprawy Mastersów, stała się początkiem czegoś znacznie większego. Margo wracała do niej niemal codziennie, wyciągając z niej kolejne dokumenty, kartki z notatkami i wydruki, które zaczynały powoli tworzyć własny, prywatny system zależności. Tworzyła mapę powiązań, początkowo chaotyczną, złożoną z kilku imion i czerwonych linii, które jeszcze nie miały większego sensu. Z każdym kolejnym wieczorem układanka zaczynała jednak nabierać kształtu.
Nazwiska, które wcześniej wydawały się nieistotne, zaczynały pojawiać się częściej. Sprawy zamykane zbyt szybko. Raporty podpisywane przez tych samych ludzi. A gdzieś pomiędzy nimi wciąż przewijało się jedno - Luca Bianchi.
Nie wychylała się, nie do dzisiaj.
To odkrycie przyszło nagle, w jednej z tych chwil, kiedy siedziała nad stertą starych raportów i bez większej nadziei przewijała kolejne dokumenty w systemie. Adres pojawił się niemal mimochodem, w jednej z notatek patrolowych, oznaczony jako nieistotna informacja. Gdy jednak zaczęła sprawdzać kolejne wpisy, okazało się, że to samo miejsce pojawiało się częściej. Zawsze w tle. Zawsze przy nazwisku Bianchiego.
Mimmo's.
Pierwszy impuls był oczywisty; pojechać tam natychmiast, zobaczyć na własne oczy, czy wszystko naprawdę wyglądało tak jak sugerowały jej notatki. Ten sam instynkt, który prowadził ją przez większość śledztw, podpowiadał jej jednak coś jeszcze. Czerwone światło zapaliło się w głowie równie szybko jak ekscytacja. Dlatego pół godziny później stała już pod drzwiami mieszkania Maddena.
Pukanie było krótkie, zdecydowane. Nie zamierzała się rozmyślać ani zastanawiać, czy to dobry pomysł. Sama go o to poprosiła; właściwie on poprosił ją, żeby przyszła do niego, gdy tylko poczuje, że sprawa zaczyna wykraczać poza coś z czym powinna radzić sobie sama.
Kiedy drzwi się otworzyły, nie dała mu nawet czasu na pytanie. Wsunęła się do środka niemal odruchowo, zatrzymując się dopiero o krok dalej. Jej dłonie na moment znalazły się na jego ramionach, a krótki, przelotny pocałunek, którym go przywitała, był już naturalnym nawykiem bez którego, gdy nie mieli towarzystwa, nie potrafiła się obyć. - Obiecałam ci coś, pamiętasz? - powiedziała, zdejmując kurtkę i rzucając ją niedbale na oparcie krzesła przy wejściu. W jej głosie było coś pomiędzy napięciem a ekscytacją, które trudno było ukryć. - To, że jeśli będę potrzebować pomocy, przyjdę do ciebie - przeszła kilka kroków dalej, jakby dopiero teraz pozwalając sobie na oddech i odwróciła się do niego z tym charakterystycznym błyskiem w oczach, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy była przekonana, że właśnie trafiła na coś ważnego.
Na chwilę zamilkła, jakby układała w głowie słowa, które zamierzała powiedzieć dalej. - Dokopałam się do miejsca, w którym Bianchi praktycznie mieszka - dodała w końcu. - Jeśli moje przypuszczenia są słuszne, to La Fratellanza Ventresca ma tam swoją małą, nieoficjalną siedzibę - przesunęła dłonią po włosach, jak zawsze robiła, kiedy w jej głowie zaczynały układać się kolejne elementy układanki. - Chciałabym odwiedzić Lucę Bianciego. Prywatnie. Tylko popatrzeć - jej spojrzenie zatrzymało się na nim uważnie, jakby dokładnie obserwowała jego reakcję.
- I wiem, gdzie go znaleźć. W Mimmo's.

Rhys Madden

trouble waiting to happen

: ndz mar 15, 2026 1:38 pm
autor: Rhys Madden
i give in to sin, becasue you have to make this life livable
but there'll be times when my crimes will seem almost unforgivable
Czas nigdy nie był jego sprzymierzeńcem, ale teraz miał go zdecydowanie z b y t mało.
Nie sądził jednak, że kiedykolwiek będzie ścigał się z osobą, z którą pragnął spędzać go jak najwięcej.
Margo nadała wszystkim wydarzeniom ruch, była odpowiedzialna za odwrócenie się klepsydry, która odmierzała każde ziarenko w stałym tempie. Wiedział, że zawartość jej szuflady nie miała tkwić schowana zbyt długo - że następnego wieczoru, który spędzali na osobności, zamierzała wyjąć wszystkie akta z powrotem i zacząć drążyć. Nie był w stanie kontrolować tego, co uda jej się odkryć, a co pozostanie ukryte, więc nawet nie próbował. Rzucił się do tego, na co miał wpływ - własnego losu.
Każdy dzień, który Mercer wykorzystywała na drążenie kwestii Bianchiego, Madden krążył pomiędzy komisariatem a Mimmo's. Carbone wymagał od niego specyficznych przysług, które j e s z c z e nie wydawały mu się takie straszne - ale były jakoś związane ze sprawą głośnego zabójstwa dokonanego przez jednego z członków Vertresci, Salvatore'a Moretti.
Ten jeden raz m u s i a ł wiedzieć jak to, czego żądał od niego Sergio, łączyło się z tym wszystkim. Zawsze odwracał wzrok, ale tym razem intuicja podpowiadała mu, że wydostanie się z tego układu będzie wymagało od niego czegoś, co będzie trudne do udźwignięcia nawet dla jego zahartowanego, moralnego kręgosłupa. Chciał być na to przygotowanym, dostrzec to zanim uderzy go z całą mocą.
Ślęczał nad rozłożonymi aktami do późnego wieczora. Moretti był mężczyzną, którego wreszcie dopadła sprawiedliwość - niegdyś prawą ręką Carbone'a, która dokonywała dla niego ohydnych czynów. Pomimo starań mafioza, zostawił przez lata zbyt wiele śladów i jego los został przesądzony w zeszłym miesiącu. Jego prawnicy odwoływali się do wyroku, ale wątpił, by nawet Sergio był w stanie wyciągnąć go z morderstwa, z którego pomocą wreszcie go zatrzymano. Potrzebowałby prawdziwego cudu - a Rhys miał nieodzowne wrażenie, że mimo wszystko, Carbone nie poddał się, nie odrzucił swojej prawej ręki i zamiast tego, dłońmi Maddena grzebał w tej zamkniętej już sprawie.
Odgłos pukania wyrwał go z lektury. Jego brwi zmarszczyły się lekko - zamknął akta tej sprawy, wsunął pod kilka innych teczek ich śledztw, które i tak nie powinny tkwić na jego blacie, ale nawykł już do zabierania ich do domu jeśli chciał im się lepiej przyjrzeć.
- Margo - wyrwało mu się, pełne zaskoczenia gdy kobieta wpadła do jego mieszkania, przelotnym pocałunkiem wyraźnie dając mu znać, że dziś nie wpadła na kawę. Widział ekscytację w jej oczach, adrenalinę, przez którą jej krok był sprężysty, a ciało napięte. Widywał ją taką w pracy.
Coś podjechało mu do gardła gdy zamykał drzwi za nią, jego własny kark spiął się lekko w oczekiwaniu na słowa, które wiedział, że mu się nie spodobają - ponieważ Margo Mercer coś o d k r y ł a.
- Pamiętam - odrzucił z rozwagą, podążając za nią kilka kroków w stronę salonu. Oparł się ramieniem o framugę, stając w przejściu i przyglądając jej się gdy szukała odpowiednich słów, przejęta, świadoma tego, że trafiła na coś ważnego. Mimmo's. Znajoma nazwa wykręciła mu trzewia nim do mózgu w pełni dotarła świadomość tego, co w ogóle do niego powiedziała. Odrzucił ją od siebie, z trudem, siłą, wracając do poprzednich słów - do tych, które wzbudziły w nim niepokój nie przez fakt tego, że w Mimmo's wszyscy go znali, ale przez zwykłą, ludzką obawę.
- Chcesz o d w i e d z i ć Lucę Bianciego? - powtórzył, cedząc każde słowo, jego brwi podjechały tak wysoko na jego czole, jakby groziły całkowitą ucieczką z jego twarzy. - W siedzibie pieprzonej mafii, Margo?

margo mercer

trouble waiting to happen

: ndz mar 15, 2026 4:07 pm
autor: margo mercer
Madden był naprawdę dobry w tym co robił, może nawet zbyt dobry. Przez długi czas funkcjonował na granicy dwóch światów, pomiędzy którymi rozciągała się cienka, niemal niewidzialna linia, a mimo to potrafił poruszać się po niej z zadziwiającą swobodą. Dzielił swoją uwagę, czas i energię pomiędzy obowiązki detektywa a zadania, które wykonywał dla ludzi stojących po drugiej stronie prawa. Tamte przysługi również były pewnego rodzaju pracą - brudną, splamioną winą i zdradą wszystkiego, co kiedyś przysięgał chronić, ale wciąż pozostającą pracą. I wychodziło mu to niepokojąco dobrze.
Był wystarczająco ostrożny, wystarczająco zdyscyplinowany, by nie pozostawiać po sobie śladów. Wystarczająco opanowany, by nie zdradzać się gestem, spojrzeniem ani tonem głosu - właśnie dlatego Margo nie zauważyła n i c z e g o. Ani jednego szczegółu, który kazałby jej się zatrzymać i zadać pytanie.
W jej oczach pozostawał dokładnie taki sam jak zawsze. Ten sam chłodny, nieco naburmuszony detektyw, który potrafił odpowiadać półsłówkami albo wzruszeniem ramion zamiast pełnym zdaniem. Ten sam człowiek, który częściej odburkiwał niż prowadził rozmowę, a mimo to w dziwny sposób potrafił być obok, kiedy było to potrzebne. Nie robił niczego, co wyróżniałoby go z tłumu, nie przyciągał niepotrzebnej uwagi. Po prostu robił swoje.
Dlatego gdy weszła do jego mieszkania, jej wzrok nawet na chwilę nie zatrzymał się na aktach rozłożonych na stoliku. Nie interesowało jej, dlaczego zabrał do domu kolejną teczkę z komisariatu ani nad czym dokładnie pracował. W ostatnich tygodniach nie prowadzili żadnej sprawy, która wymagałaby poświęcania wieczorów na analizowanie dokumentów. Gdyby jednak nawet tak było, nie uznałaby tego za coś wartego uwagi.
Skupiła się wyłącznie na nim; na jego reakcji.
Uniesione brwi i niedowierzanie w jego głosie wcale jej nie zaskoczyły. Właściwie jakaś część jej samej, ta bardziej rozsądna, spodziewała się dokładnie takiej odpowiedzi. Prawdopodobnie powiedziałaby to samo, gdyby role się odwróciły. - Nie bezpośrednio - odpowiedziała spokojniej niż mogło się wydawać po jej wcześniejszym wejściu do mieszkania. Przesunęła dłonią po włosach, zbierając myśli zanim mówiła dalej. - Nie zamierzam tam wejść i zacząć wymachiwać odznaką przed bandą gangsterów - jej usta wygięły się w cień uśmiechu, choć w spojrzeniu nie było ani krzty żartu. - Dla jasności, nie brakuje mi piątej klepki - próbowała lekko rozluźnić atmosferę.
Wzdychając, oparła się biodrem o oparcie kanapy, krzyżując ramiona na piersi. Nie wyglądała na osobę, która zamierzała rzucić się w sam środek mafijnego gniazda bez planu. Może i mogła działać impulsywnie, ale nie była głupia. - Chcę tylko zobaczyć to miejsce - dodała po chwili. - Rozejrzeć się. Sprawdzić kto tam przychodzi i wychodzi. Jak wygląda okolica, czy ktoś pilnuje wejścia - na moment jej spojrzenie przesunęło się gdzieś w bok, jakby w myślach układała kolejne elementy planu. - Może nawet nie będziemy musieli wchodzić do środka. A jeśli już to tylko na chwilę. Wypijemy drinka, usiądziemy przy barze i tyle - jej wzrok wrócił do niego powoli. - Nikt nie rozpoznaje gliny po zapachu, Rhys.
W jej głosie pojawiła się nuta uporu, ta sama, którą zdążył poznać aż za dobrze. Nie była kimś, kto odpuszczał tylko dlatego, że ktoś powiedział jej, żeby się nie mieszała. Jeśli coś zaczynało do siebie pasować, jeśli instynkt podpowiadał jej, że właśnie tam znajduje się brakujący element układanki, nie potrafiła udawać, że tego nie widzi.
I choć w tej chwili starała się mówić spokojnie, gdzieś pod powierzchnią jej słów wciąż buzowała determinacja. Ta sama, która sprawiała, że wchodziła w miejsca, w które inni woleli nie zaglądać i zadawała pytania, których nikt nie chciał słyszeć.

Rhys Madden

trouble waiting to happen

: ndz mar 15, 2026 4:59 pm
autor: Rhys Madden
Obiecała mu, że jeśli będzie potrzebowała pomocy, skieruje się do niego - a on tym samym poniekąd obiecał jej, że jej tej pomocy udzieli. Nigdy jednak nie przeszłoby mu przez myśl, że Margo dotrze do Mimmo's, że będzie chciała tam p ó j ś ć.
Nikt nie rozpoznawał gliny po zapachu - ale rozpoznawał jego twarz, a także ludzi, z którymi współpracował. Podejrzewał, że Sergio już zdawał sobie sprawę z tego, z kim pracował na co dzień. Nie musiał wiedzieć o Mercer wiele, wyłącznie to, że jest jego partnerką, ale jakieś nieprzyjemne wrażenie w żołądku podpowiadało mu, że przynajmniej część z jego podwładnych znała również j e j twarz.
Dlatego jego własna wykrzywiła się w złości, nie tyle w reakcji na jej pełne uporu słowa, co ten charakterystyczny grymas wskazujący na to, że zaparła się nogami i przygotowała na ofensywę, nie zamierzając się poddać.
- Czy ty oszalałaś? - warknął, może nieco zbyt głośno niż powinien, może zbyt d o s a d n i e wyrażając swoje niezadowolenie w związku z jej ambitnymi planami. Pokręcił głową, odwracając od niej wzrok - przechodząc do kuchni, szukając dla swoich dłoni zajęcia, dla swojego spojrzenia celu. Wszystkiego, co nie eskalowałoby tej intensywności, z którą uderzały go własne emocje. - Sama przed chwilą powiedziałaś, że Mimmo's jest nieoficjalną siedzibą mafii. To oznacza, że to nie jest zwykły bar, Margo. Odsetek osób, które tam przychodzą, a są zwykłymi ludźmi, którzy weszli z ulicy, musi być naprawdę niewielki.
Otworzył lodówkę, ignorując rozrzucone na niej magnesy - jeden z Vancouver, drugi z Seattle. Każdy z nich umieściły kiedyś na niej kobiece dłonie, a on nigdy nie zwracał na nie wystarczającej uwagi by je zdjąć. Wyjął ze środka lodowatą butelkę wody, byle tylko r o z r u s z a ć własną złość.
- Mogę od razu powiedzieć ci, kto tam przychodzi i wychodzi - sarknął, a Mercer nie miała pojęcia z jaką dokładnością byłby w stanie to zrobić. Zamiast tego odwrócił się, opierając plecami o lodówkę, odkręcając butelkę. - Ludzie umoczeni w tym od stóp do głów. Ludzie niebezpieczni, którzy może nie wywęszą w tobie odznaki nosem, ale zapamiętają twoją twarz. Czy tego chcesz?
Jego dłoń zacisnęła się na butelce gdy haustem wypił fragment jej zawartości, odstawiając ją następnie na blat obok.
- Obiecałaś mi, że nie będziesz się wychylać. Że będziesz dyskretna. Czym innym jest zajmowanie się tym po kryjomu, a czym innym jest włażenie prosto do gniazda szerszeni i pokazywanie im swojej twarzy, Margo - dodał, kręcąc głową z niedowierzaniem, ponieważ nie było nawet kąta, pod którym widziałby sens tej całej operacji. Operacji, w której nie mógł uczestniczyć, nawet jeśli by się z nią zgadzał. - I po co? Co ci da znalezienie tam Bianciego? Jeśli robią jakieś szemrane interesy, nie robią tego przy barze, tylko na zapleczu. Nie zrobisz nikomu zdjęcia, nie poznasz ich nazwisk. Członkowie Ventresci są na pewno udokumentowani w drugim wydziale, ale samo przebywanie w ich towarzystwie to za mało, żebyś mogła go o cokolwiek oskarżyć.

margo mercer

trouble waiting to happen

: ndz mar 15, 2026 5:43 pm
autor: margo mercer
Margo nie była osobą, która cofała się o krok tylko dlatego, że ktoś podniósł głos. Właściwie działało to na nią dokładnie odwrotnie - im bardziej ktoś próbował ją zatrzymać, tym mocniej zapierała się w miejscu, jakby sam ton sprzeciwu był dla niej zaproszeniem do dalszej walki. I choć jeszcze chwilę temu weszła do jego mieszkania z ekscytacją, z tą charakterystyczną energią, teraz coś w jej postawie wyraźnie się zmieniło.
Stała w miejscu, w którym zatrzymał ją jego wybuch - napięta, wyprostowana, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Przez moment po prostu na niego patrzyła, obserwując jak krąży po kuchni, jak otwiera lodówkę, jak szuka dla siebie zajęcia, które pozwoliłoby mu wyładować tę nagłą falę złości.
Właśnie ta reakcja podziałała na nią jak iskra.
- Czy ja oszalałam? - powtórzyła po nim, ale w jej głosie nie było już śladu wcześniejszego spokoju. - Serio? - odpychając się od oparcia kanapy zrobiła kilka kroków w jego stronę, stając przy kuchennej wyspie. Jej spojrzenie było ostre, ciemniejsze niż chwilę wcześniej, kiedy opowiadała mu o swoim odkryciu. - Przed chwilą powiedziałam ci dokładnie, co chcę zrobić - kontynuowała, nieco ciszej, ale w jej głosie wciąż drżała napięta struna. - I przypomnę znowu, że wyraźnie zaznaczyłam, że być może nawet nie wejdę do środka - już celowo mówiła wyłącznie o sobie, wykreśliła -my z tego planu; wiedziała, że Madden z nią nie pójdzie, wiedziała też że zabroni tego jej.
Jej ręce opadły wzdłuż ciała w geście zniecierpliwienia, jakby jego reakcja była dla niej jednocześnie absurdalna i irytująca. - Chcę się t y l k o rozejrzeć - powtórzyła twardo. - Mogę przejść się w okolicy. Naprawdę myślisz, że jakaś banda mafiosów zainteresuje się przypadkową kobietą spacerującą po ulicy? - przez głos przebijała się nuta sarkazmu, choć pod powierzchnią było coś jeszcze, coś znacznie ostrzejszego, brzmiącego jak ostrzeżenie, by nie przekraczał granicy. Tym razem zupełnie innej od tej którą pokonywali razem.
Cisza zgęstniała między nimi jak powietrze tuż przed burzą; miała wrażenie, że Rhys wcale jej nie słucha, że utknął gdzieś w połowie jej pierwszego zdania i od tamtej chwili reagował już wyłącznie na sam pomysł, który w jego głowie urósł do rozmiaru czegoś znacznie bardziej niebezpiecznego, niż w rzeczywistości był.
Uniósł się w niej ten znajomy impuls, który pojawiał się zawsze, gdy ktoś próbował ustawiać ją w miejscu, w którym nie zamierzała stać. - Mam wrażenie, że w ogóle mnie nie słuchasz - powiedziała w końcu, już bez sarkazmu, ale z wyraźną frustracją. - Uparłeś się na jedną wersję tego planu i nawet nie próbujesz usłyszeć co faktycznie mówię - odwracając wzrok w bok, próbowała złapać dystans do własnych emocji. Przez ułamek sekundy przemknęła jej przez głowę myśl, którą natychmiast spróbowała od siebie odepchnąć - myśl niepokojąco podobna do tej, którą czasem rzucał jej ojciec, gdy był przekonany, że wie lepiej, co jest dla niej dobre.
Rhys zaczynał brzmieć podobnie.
Jej spojrzenie wróciło do niego, twarde i uparte, takie, jakie widywał setki razy na komisariacie, kiedy była przekonana, że ma rację i nikt nie zdoła jej od tego odwieść. - Dopisujesz do tego scenariusza wszystkie możliwe katastrofy, jakbym właśnie planowała wejść tam z bronią i aresztować połowę Ventresci przy ladzie - westchnęła cicho, kręcąc głową z niedowierzaniem, ale w jej postawie nie było już wahania. W tej chwili było jasne, że nie zamierzała odpuścić tylko dlatego, że Rhys uznał jej pomysł za głupi.
Bo jeśli coś było w niej absolutnie niezmienne, to fakt, że kiedy instynkt mówił jej, że jest blisko prawdy - zatrzymanie się w połowie drogi nigdy nie wchodziło w grę.

Rhys Madden

trouble waiting to happen

: ndz mar 15, 2026 6:48 pm
autor: Rhys Madden
Prychnął w reakcji na jej słowa, zbyt szybko, zanim zdążył się powstrzymać. Nigdy nie miał szczególnego problemu z eskalacją konfliktów, jednak przy Margo było inaczej. Gdy sytuacja między nimi się zaostrzała, w jego sercu pojawiało się c o ś, co wciskało hamulce, a przynajmniej przypominało mu o ich obecności. Teraz jednak nie zadziałały, może zniknęły całkowicie, zniszczone wizją ryzyka, na które chciała się targnąć Mercer.
Ponieważ tu nie chodziło już nawet o j e g o obecność w Mimmo's. Wiedział, że jeśli pójdzie do baru, istniało ryzyko, że odkryje prawdę o jego drugiej tożsamości. Ale to ryzyko wydawało mu się małe, nieistotne w porównaniu do tego, które ściągnęłaby na s w o j e barki. I na swój chory, pokręcony sposób, to właśnie strach o nią i troska sprawiały, że jego głos stawał się ostrzejszy, głośniejszy, słowa cięły w powietrzu, starając się podciąć skrzydła, na których wleciała do jego mieszkania.
- Obiecałaś, że nie będziesz się wychylać, tymczasem wymyśliłaś sobie oglądanie Mimmo's - odparował bez chwili zawahania. - Jeśli według ciebie mam uwierzyć, że będziesz faktycznie trzymać się z dala i nie wejdziesz do środka, to przykro mi, ale nie jestem pieprzonym idiotą.
Cisza między nimi była gęsta, ciężka. Ale gdy Margo docierała do wniosków, że Rhys zbyt przypominał jej ojca, Madden uświadamiał sobie, że być może ten ojciec miał odrobinę r a c j i. Pomiędzy swoimi seksistowskimi uwagami, brakiem wiary w umiejętności własnego dziecka i niemal chorobliwą troską okazywaną w zły sposób, tkwiła świadomość tego, że Mercer potrafiła pakować się w kłopoty - nie zdając sobie sprawy z tego, jak głęboko mogła wpaść.
- Nie wyobrażam sobie, że wmaszerujesz do środka z odznaką i kogokolwiek aresztujesz, Margo - odpowiedział, a w jego głosie zabrzmiał chłód na widok tej ściany, którą między nimi postawiła - ściany przekonania, że on zwyczajnie nie rozumiał jej możliwości i docierał do pochopnych wniosków. - Jesteś kompetentną i zdrową na umyśle osobą, i nigdy nie poddawałem twoich umiejętności ani racjonalnego myślenia w wątpliwość. Nigdy.
Nie pokonywał dzielącej ich odległości - tak, jak ona stała po drugiej stronie kuchennej wyspy, tak on tkwił jeszcze dalej, oparty o lodówkę. Jego ramiona skrzyżowały się na piersi, spod podciągniętych rękawów granatowej bluzki wychylały się fragmenty czarnego tuszu zdobiącego skórę.
- Ventresca to nie jest jeden z ulicznych gangów, do których baru możesz podejść i pooglądać ich sobie z daleka. Mają swoich ludzi wszędzie. Skąd możesz wiedzieć, że będziesz dla nich losową kobietą na ulicy? Że jeden z capo nie rozpozna w tobie detektywa? Nie zanotuje sobie twojej twarzy w głowie, nie każe cię sprawdzić? - prychnął, wymieniając jedno za drugim. Westchnął ciężko, robiąc odrobinę przerwy, starając się dobrać słowa, które mogły przebrnąć przez ścianę jej uporu. - Obiecałaś, że nie będziesz się mieszać. Że będziesz ostrożna. Potencjalne wystawienie swojej głowy na cel przez mafię jest definicją mieszania się. W dodatku nie da ci niczego wartościowego.

margo mercer

trouble waiting to happen

: ndz mar 15, 2026 7:17 pm
autor: margo mercer
Nie zorientowała się, że gdzieś po drodze przegapiła moment, w którym rozmowa przestała być zwykłą różnicą zdań. Nie potrafiła wskazać dokładnej sekundy, jednego słowa, jednego spojrzenia, które przechyliło szalę, ale nagle poczuła wyraźnie, że stoją już nie naprzeciw siebie w dyskusji, lecz na dwóch przeciwnych krańcach czegoś znacznie głębszego. Przepaści, która pojawiła się między nimi tak nagle, jakby ktoś przeciął niewidzialną linę na której do tej pory utrzymywali równowagę. I może właśnie to uderzyło ją najmocniej - świadomość, że znów znaleźli się w miejscu, które tak dobrze pamiętała z początku ich znajomości - chłodnym, ostrym i pełnym napięcia.
Irytacja narastała w niej powoli, napędzana tonem jego głosu, twardością słów i tym nieprzyjemnym wrażeniem, że Rhys nawet nie spróbował zatrzymać się na chwilę zanim ruszył do ataku. Nie spróbował zapytać, nie spróbował zrozumieć, nie spróbował z nią porozmawiać - zamiast tego od razu przeszedł do ofensywy. Jakby jedynym sposobem w jaki potrafił ją przekonać było przyciśnięcie jej do ściany.
A ona, najwyraźniej bardzo n a i w n i e, sądziła, że ten etap mieli już dawno za sobą.
Przez chwilę milczała, patrząc na niego z drugiej strony kuchennej wyspy. W jej spojrzeniu nie było już jednak tego zawahania, które pojawiło się wcześniej. Coś w niej stwardniało, może właśnie dlatego, że zabolało bardziej niż chciała to przyznać. - Wiesz co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? - odezwała się w końcu, a w jej głosie, w przeciwieństwie do niego, nie było krzyku. Był za to chłód, który potrafił ciąć równie skutecznie jak podniesiony ton. - Że masz rację - odchyliła lekko głowę, jakby sama próbowała poukładać myśli, które się w niej kłębiły. - Ventresca to nie banda dzieciaków z ulicy. Wiem to. Wiem, że mają ludzi wszędzie. Wiem, że jeden z capo może spojrzeć na mnie dwa razy dłużej i zacząć zadawać pytania. Wiem też, że jeśli ktoś zacznie mnie sprawdzać, to nie będzie to uprzejma rozmowa przy kawie - uniosła lekko brwi, powtarzając za nim. - Naprawdę sądzisz, że tego nie rozumiem? - jej palce zacisnęły się na krawędzi blatu, choć sama nie była pewna czy robi to świadomie.
- Myślisz, że chcę tam wejść jak idiotka z odznaką w kieszeni i poczuciem nieśmiertelności? Że nie wiem, jak wygląda praca z ludźmi, którzy potrafią zniszczyć komuś życie jednym telefonem? - przez krótką chwilę w kuchni znów zapadła cisza, ale tym razem była inna. Bardziej napięta. - Ale chyba zapominasz o jednej rzeczy - teraz w jej głosie pojawiła się nuta, której nie dało się pomylić z niczym innym - g n i e w u, który w końcu znalazł ujście. - Ja przede wszystkim jestem detektywem - słowo zawisło w powietrzu między nimi. - A dopiero potem kobietą, o którą powinieneś się martwić - nie odrywała od niego wzroku. - Naprawdę doceniam, że to robisz. N a p r a w d ę. Ale nie możesz patrzeć na każdą moją decyzję przez pryzmat tego, co jest między nami.
Na moment urwała, jakby rozważając czy powinna powiedzieć to, co właśnie przyszło jej do głowy. Ostatecznie jednak irytacja okazała się silniejsza od wahania. - Mam dziwne wrażenie, że gdyby w tym miejscu stał teraz Stevenson albo Collins… - jej usta drgnęły lekko. - Albo nawet Evans i powiedział ci dokładnie to samo, co ja przed chwilą, to wzruszyłbyś ramionami i uznał, że wiedzą, co robią - jej spojrzenie stało się ostrzejsze. - Ale ponieważ to j a stoję po drugiej stronie tej kuchni, nagle słyszę wykład o tym, jak bardzo jestem nierozsądna i jak bardzo powinnam trzymać się z dala - wyprostowała się odrobinę, odrywając dłonie od blatu. Nie podniosła głosu, właściwie mówiła spokojniej niż wcześniej, ale to wcale nie łagodziło ciężaru słów. To przede wszystkim ich różniło - ekspresja, ale choć była tak odmienna, trafiała do celu równie skutecznie.

Rhys Madden

trouble waiting to happen

: ndz mar 15, 2026 7:57 pm
autor: Rhys Madden
Tym razem było inaczej.
Nie było ognia zrodzonego z iskierki sarkazmu, zaczepki, która uderzyła we wrażliwy punkt lub żartu, który poszedł za daleko. Dystans stworzony między nimi nie był sztuczny, podtrzymywany w ramach reakcji samoobrony - był n a t u r a l n y, w sposób, który nigdy wcześniej nie wystąpił. Przynajmniej nie w jego oczach.
Konflikt zawsze w jego rękach był narzędziem, którym osiągał zamierzone cele, ale teraz za wszelką cenę starał się go uniknąć - i gdyby nie jego impulsywna natura, może uczucia względem niej zwyciężyłyby, nakazując mu ostrożniejszy dobór słów. Cichą prośbę zamiast podniesionego głosu. Pytania zamiast założeń i wrednych komentarzy. Ale to samo, co napędzało złość między nimi na samym początku ich relacji, teraz powróciło ze zdwojoną siłą - ponieważ ta kłótnia nie była płytką przepychanką, była czymś znacznie więcej.
- Spójrz na siebie - odrzucił, po tym, gdy wylała z siebie wszystkie słowa, wszystkie oskarżenia i nazwiska, których nie chciał już słuchać. - Mówisz mi, że wyciągnąłem wszystkie wnioski i przestałem cię słuchać, a ty robisz zupełnie to samo.
Napięcie wyostrzyło linię jego szczęki, zakradło się do sztywnego karku, nawet na przedramiona, zaciśnięte na klatce piersiowej mocniej, niż musiały. Spoglądał na nią, szamoczącą się, mówiącą mu o tym jak to rzekomo znów oceniał ją niesprawiedliwie, zrzucającą wszystkie jego argumenty na karb tego, co było między nimi. Jego głowa obróciła się lekko, pokręciła w wyrazie niedowierzania, gdy furia w jego żyłach została zastąpiona czymś innym, znacznie zimniejszym.
- Nie próbuję cię odwieźć od tego pomysłu bo jest ryzykowny, a mi na tobie zależy, Margo, choć wiem, że dla ciebie byłoby to bardzo wygodne. Kolejny mężczyzna w twoim życiu, który podcina ci skrzydła bo boi się, że zrobisz sobie krzywdę - odrzucił beznamiętnie, również wychwytując podobne schematy - w tym, w jaki sposób reagowała na słowa swojego ojca, wyolbrzymione, wychodzące z miejsca, o które oskarżała teraz niego. - Odwodzę cię od niego bo jest głupi, a ryzyko jest niewspółmierne do korzyści, które możesz na tym zyskać.
Nie ruszył się, nie zmniejszył dystansu między nimi, nawet nie drgnął, tkwiąc w swoim miejscu, z dala od niej, z dala od zwodniczej bliskości, która zapewniała go o tym, że wszystko będzie dobrze. Która zasłaniała mu czerwone lampki błyszczące w jego głowie, gasiła wszystkie wątpliwości i dostrzegalne przez niego problemy.
- Stevenson, Collins, Evans... - wymienił, wracając do jej słów, sprowadzających z pewnością jego obiekcje do płci, ponieważ Margo kochała uznawać jego słowa za niewarte wzięcia pod uwagę gdy wyczuwała w nich zmyślony seksizm. - Masz rację, nie powiedziałbym im tego, gdyby wykonywali swoją pracę. Ale ty nie wykonujesz swojej roboty - dodał, wytykając to, co cisnęło mu się na usta od samego początku. - Nie pracujesz w tamtym wydziale. Ventresca nie leży w zakresie twojej specjalizacji ani obowiązków. Nigdy nie kazałem ci siedzieć przy biurku i nie ryzykować gdy pracowałaś nad naszymi sprawami. Gdy strzelali do nas w kawiarni nie kazałem ci zostać na miejscu ani wracać na posterunek. Nie myl mojej troski o ciebie z próbą nakładania ci jakichkolwiek ograniczeń.

margo mercer

trouble waiting to happen

: ndz mar 15, 2026 8:31 pm
autor: margo mercer
Ciepło rozlało się po jej ciele powoli, ciężko, jak fala, która podnosiła się gdzieś głęboko w klatce piersiowej i rozchodziła dalej, wzdłuż ramion, karku, aż do końcówek palców. Przez ułamek sekundy pomyślała, że zna to uczucie aż za dobrze; zwykle pojawiało się tuż przed tym, jak traciła cierpliwość. Różnica polegała na tym, że zazwyczaj potrafiła je zatrzymać i wyciszyć. Cofnąć się o krok zanim wypowie słowa, których później nie da się już wycofać.
Tym razem nie była tego taka pewna.
Drżenie było niemal niewidoczne, ale czuła je wyraźnie, kiedy odsunęła dłonie od blatu kuchennej wyspy. Mięśnie w ramionach napięły się instynktownie, jakby ciało samo przygotowywało się do ruchu - do odwrócenia się na pięcie, przejścia przez mieszkanie i wyjścia zanim między nimi padnie o jedno zdanie za dużo. Jeszcze mogła to zrobić; jeszcze mogli zakończyć tę rozmowę w miejscu, które nie zostawi po sobie czegoś trudnego do naprawienia.
Bo przecież nie przyszła tu po to, nie przyszła się kłócić. Chciała mu powiedzieć o tym, co odkryła. Przyszła, bo w pierwszym odruchu pomyślała właśnie o nim. O tym, że powinien o tym wiedzieć. Przez moment nawet wyobrażała sobie, jak stoją po drugiej stronie ulicy od Mimmo’s, jak obserwują wejście, wymieniają uwagi półgłosem, analizują każdy szczegół tak jak robili to już tyle razy wcześniej. Ale Rhys nigdy nawet nie był sceptyczny, od samego początku był na nie. Nie dlatego, że czegoś nie rozumiał; nie dlatego, że potrzebował więcej informacji; po prostu był przekonany, że popełniała błąd, bo wiedział w i ę c e j.
To była chyba ta chwila, w której naprawdę zaczęła żałować, że w ogóle poruszyła przy nim ten temat.
Przez długą sekundę patrzyła na niego w milczeniu, jakby ważyła w głowie wszystkie słowa, które cisnęły jej się na język. Gdy w końcu się odezwała, jej głos był spokojniejszy niż jeszcze chwilę wcześniej, ale pod powierzchnią tej ciszy kryło się coś znacznie twardszego. - Ventresca nie leży w zakresie moich obowiązków, ale najwyraźniej nie leży też w zakresie nikogo innego - te słowa zawisły w powietrzu ciężej niż zamierzała. - W aktach sprzed miesięcy widzę te same nazwiska, te same schematy, te same sprawy z których ktoś bardzo konsekwentnie ich wymazuje - jej brwi ściągnęły się lekko, westchnęła cicho, ale nie było w tym zmęczenia, raczej coś na kształt ostatecznej decyzji, która już zapadła.
- Możesz mi jeszcze raz powiedzieć, że to głupi pomysł. Możesz powiedzieć, że ryzyko jest niewspółmierne do tego co mogę zyskać. Możesz nawet spróbować mnie przekonać, że robię to z niewłaściwych powodów - jej głos nie podniósł się ani o ton. Cokolwiek zrobi - to nic nie zmieni. - Nie porzucę tego - te trzy słowa były wypowiedziane z taką pewnością, że trudno było je zinterpretować inaczej niż jako zamknięcie całej dyskusji. Powiedziała to spokojnie, jakby stwierdzała coś oczywistego. - Zaczęłam to sprawdzać i nie zamierzam teraz odwrócić się i udawać, że nic nie widziałam tylko dlatego, że tobie się to nie podoba - na ułamek sekundy coś w jej spojrzeniu złagodniało, jakby chciała powiedzieć jeszcze coś innego, coś mniej ostrego.
Ale ten moment minął równie szybko, jak się pojawił. - Jeśli naprawdę uważasz, że jedynym powodem dla którego tu stoję jest to, że potrzebuję twojej zgody albo aprobaty… - przechyliła lekko głowę. - To znaczy, że w tej rozmowie pomyliłeś się dużo bardziej, niż sądzisz - opuściła ręce, jakby nagle poczuła ciężar wypowiedzianych przez siebie słów. - Przyszłam tu, bo obiecałam ci, że nie zrobię niczego bez ciebie - odepchnęła się lekko rękoma od blatu, nieświadomie wycofując się w głąb salonu; zdecydowanie bliżej drzwi wyjściowych.
- Ale najwyraźniej to był błąd.

Rhys Madden

trouble waiting to happen

: ndz mar 15, 2026 9:03 pm
autor: Rhys Madden
Ten jej cholerny u p ó r, ten, który momentami uwielbiał, teraz doprowadzał go do szału.
Nawet gdyby odjąć jego udział w tym wszystkim, gdyby usunąć moralne zagadnienia własnego uczestnictwa w przestępczych działaniach Mimmo's, to, co robiła Margo, było nierozważne. Było ambicją młodego detektywa, który dostrzegał w świecie niesprawiedliwość i pragnął wziąć sprawy we własne ręce nie wiedząc, że na końcu tego wszystkiego mogła czekać na niego zguba.
To, z jaką łatwością była w stanie zbić wszystkie zagrożenia i potencjalne konsekwencje doprowadzało go do szału tak samo, jak cisza i chłód, których obecność u kobiety z kolei znów rozniecała ognie wściekłości w jego sercu. To o n a oskarżała go zawsze o budowanie ścian, którymi odgradzał się od reszty świata - tymczasem bariera zbudowana między nimi przez nią była zrobiona z betonu.
- Nie wątpię, że w to wierzysz, Margo. Że nie ma innego wyjścia, jak tylko pójść do siedziby Ventresci i drążyć samemu sprawę, którą według ciebie nikt się nie zajmuje - parsknął, odklejając się od lodówki tylko wtedy, gdy ona cofnęła się w stronę wyjścia. - Czy naprawdę myślisz, że na komisariacie panuje jakiegoś rodzaju spisek? Że wszyscy przymykamy oko na pieprzoną mafię, ponieważ jest tak dla nas łatwiej i wygodniej? Że zostałabyś zignorowana, gdybyś poszła do przełożonego, do kapitana, albo do kogokolwiek innego?
Jego ręce rozplątały się, opadły luźno wzdłuż ciała, ale jego palce rozprostowały się i zgięły, zdradzając wciąż buzującego w jego wnętrzu napięcie. Wkroczył do salonu, wściekły nie tylko na jej pomysł, na jej upór - ale na stanowczość, w której tkwiła, niezależnie od jego słów. Na to, że nie mógł zrobić absolutnie nic, by odwieźć ją od tego idiotycznego pomysłu, ponieważ ona, Margo Mercer, postanowiła - i nie liczyła się ze zdaniem nikogo innego.
- Tu nie chodzi o sprawiedliwość - wycedził, czując jad sączący się z własnych słów, gorzki na języku. - Tu chodzi o to, że to ty musisz wziąć sprawy w swoje ręce i udowodnić, że jesteś w stanie zrobić więcej niż inni - dodał, zbliżając się do stołu, na którym leżały zabrane przez niego akta, odznaka, a nawet policyjna broń, jednak jego wzrok utkwiony był w kobiecie. - Ponieważ tatuś powtarzał ci całe życie, że nie nadajesz się do tej roboty i teraz musisz stale udowadniać wszystkim, a przede wszystkim sobie, że nie miał racji, więc zrobisz to w najgłupszy możliwy sposób, pchając się w rzeczy, które cię nie dotyczą, byle tylko poczuć się wielkim detektywem.
Podświadomie wiedział, że po jego słowach nogi kobiety skierują ją natychmiast do wyjścia i w reakcji na to zgarnął tkwiącą na stole odznakę, wciskając ją do kieszeni.
- Wiesz co? Dobrze, detektyw Mercer - prychnął, zgarniając kluczyki do samochodu leżące obok. - Jedziemy do Mimmo's pooglądać sobie gangsterów, skoro tego pragniesz, partnerze.
Po broń sięgnął jako ostatnią, wsuwając ją tymczasowo za pasek spodni, niedbale, nie zamierzając marnować czasu na szukanie kabury.
Tak, jak nosiło się ją w Mimmo's.
margo mercer