Ale gdy wracała wieczorem do mieszkania i zamykała za sobą drzwi, świat zmieniał się w coś zupełnie innego.
Dolna szuflada komody przestała być tylko miejscem, w którym schowała akta sprawy Mastersów, stała się początkiem czegoś znacznie większego. Margo wracała do niej niemal codziennie, wyciągając z niej kolejne dokumenty, kartki z notatkami i wydruki, które zaczynały powoli tworzyć własny, prywatny system zależności. Tworzyła mapę powiązań, początkowo chaotyczną, złożoną z kilku imion i czerwonych linii, które jeszcze nie miały większego sensu. Z każdym kolejnym wieczorem układanka zaczynała jednak nabierać kształtu.
Nazwiska, które wcześniej wydawały się nieistotne, zaczynały pojawiać się częściej. Sprawy zamykane zbyt szybko. Raporty podpisywane przez tych samych ludzi. A gdzieś pomiędzy nimi wciąż przewijało się jedno - Luca Bianchi.
Nie wychylała się, nie do dzisiaj.
To odkrycie przyszło nagle, w jednej z tych chwil, kiedy siedziała nad stertą starych raportów i bez większej nadziei przewijała kolejne dokumenty w systemie. Adres pojawił się niemal mimochodem, w jednej z notatek patrolowych, oznaczony jako nieistotna informacja. Gdy jednak zaczęła sprawdzać kolejne wpisy, okazało się, że to samo miejsce pojawiało się częściej. Zawsze w tle. Zawsze przy nazwisku Bianchiego.
Mimmo's.
Pierwszy impuls był oczywisty; pojechać tam natychmiast, zobaczyć na własne oczy, czy wszystko naprawdę wyglądało tak jak sugerowały jej notatki. Ten sam instynkt, który prowadził ją przez większość śledztw, podpowiadał jej jednak coś jeszcze. Czerwone światło zapaliło się w głowie równie szybko jak ekscytacja. Dlatego pół godziny później stała już pod drzwiami mieszkania Maddena.
Pukanie było krótkie, zdecydowane. Nie zamierzała się rozmyślać ani zastanawiać, czy to dobry pomysł. Sama go o to poprosiła; właściwie on poprosił ją, żeby przyszła do niego, gdy tylko poczuje, że sprawa zaczyna wykraczać poza coś z czym powinna radzić sobie sama.
Kiedy drzwi się otworzyły, nie dała mu nawet czasu na pytanie. Wsunęła się do środka niemal odruchowo, zatrzymując się dopiero o krok dalej. Jej dłonie na moment znalazły się na jego ramionach, a krótki, przelotny pocałunek, którym go przywitała, był już naturalnym nawykiem bez którego, gdy nie mieli towarzystwa, nie potrafiła się obyć. - Obiecałam ci coś, pamiętasz? - powiedziała, zdejmując kurtkę i rzucając ją niedbale na oparcie krzesła przy wejściu. W jej głosie było coś pomiędzy napięciem a ekscytacją, które trudno było ukryć. - To, że jeśli będę potrzebować pomocy, przyjdę do ciebie - przeszła kilka kroków dalej, jakby dopiero teraz pozwalając sobie na oddech i odwróciła się do niego z tym charakterystycznym błyskiem w oczach, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy była przekonana, że właśnie trafiła na coś ważnego.
Na chwilę zamilkła, jakby układała w głowie słowa, które zamierzała powiedzieć dalej. - Dokopałam się do miejsca, w którym Bianchi praktycznie mieszka - dodała w końcu. - Jeśli moje przypuszczenia są słuszne, to La Fratellanza Ventresca ma tam swoją małą, nieoficjalną siedzibę - przesunęła dłonią po włosach, jak zawsze robiła, kiedy w jej głowie zaczynały układać się kolejne elementy układanki. - Chciałabym odwiedzić Lucę Bianciego. Prywatnie. Tylko popatrzeć - jej spojrzenie zatrzymało się na nim uważnie, jakby dokładnie obserwowała jego reakcję.
- I wiem, gdzie go znaleźć. W Mimmo's.
Rhys Madden