Strona 1 z 2

hold my sin above my head

: pn mar 16, 2026 11:16 am
autor: Rhys Madden
but oh, my heart was flawed
so hold my hand, consign me not to darkness
Cisza, która wybrzmiała po zamknięciu przez nią drzwi towarzyszyła mu przez następne dni.
Wypełniała przestrzeń między nimi w trakcie poranków, pozbawionych wspólnego robienia kawy. Popołudniami, gdy krótkimi uwagami raportowali do siebie najnowsze odkrycia i postępy we wspólnie prowadzonej sprawie. Wieczorami, gdy bez słowa rozstawali się, ruszając własnymi ścieżkami.
W i e d z i a ł, że to się tak skończy. Od samego początku budował dystans względem niej dokładnie z t e g o powodu. Wiedział, że zarówno jego przeszłość, jak i jego druga tożsamość, pojawią się między nimi nawet, jeśli Margo nie będzie tego świadoma. Że wyciągną w ich stronę swoje ohydne macki, rzucając o jedno słowo zbyt dużo, albo o kilka zbyt mało - zmuszając go do odsunięcia się, lub do sięgnięcia po coś, po co nie powinien.
Wiedział, że jego słowa ją zraniły.
Żałował ich, tak, jak pragnął żałować tego, że w ogóle pozwolił jej się do siebie zbliżyć. Z jej drążeniem czy nie, Ventresca nigdy nie miała pozostać pasywnym graczem w ich układzie. Zawsze istniało ryzyko, że dwa światy, które nigdy nie powinny się spotkać, zetkną się ze sobą. A jakaś skrajnie egoistyczna część jego charakteru pragnęła uchronić samą siebie przed kolejną utratą. Pragnęła odsunąć się dalej, stracić ją już teraz niż potencjalnie przeżyć drugi raz to, co ledwo udało mu się przeżyć raz. Właśnie dlatego nie przeprosił, nie napisał następnego dnia, nie zaburzył tkwiącej między nimi ciszy, jakby ten konflikt stał się drzwiami, oferującymi kobiecie wyjście z ich relacji.
Koniec końców, osiągnął to, na czym zależało mu najbardziej. Zrezygnowała z pójścia do Mimmo's, straciło ono na znaczeniu w trakcie ich kłótni, która przeistoczyła się z rozmowy dwójki detektywów w szamotanie się kochanków. Wiedział, że nie zjawiła się w barze też następnego dnia. Ponieważ o n w nim był, uprzednio sprawdzając, czy żadne z zaparkowanych samochodów nie chowało w sobie upartej detektyw.
Ale choć jego egoizm pragnął żałować, że kiedykolwiek zbliżył się do Margo, nie pozwalało mu na to serce - powykręcane w uczuciach zbyt prawdziwych, zbyt głębokich by mógł je ignorować. Jego spojrzenie wciąż tęsknie wbijało się w jej plecy gdy odchodziła bez słowa. Palce nerwowo bębniły w ścianę kubka z kawą gdy rozważał dopicie jej jednym haustem tylko po to, by dołączyć do niej w kuchni w robieniu następnej.
Wiedział, że nie ustąpi. To była jedyna rzecz, która powstrzymywała go przed skróceniem dystansu, który pozostawiły po sobie ich słowa. Nie było wersji rzeczywistości, w której mogli funkcjonować dalej ze sobą, a w której Margo zbliżała się do Ventresci - nawet nie przez jego troskę o jej życie, ale przez sam fakt tego, co mogła odkryć.
Ze wszystkich sytuacji, które wymagały od niego balansowania na granicy między dwoma światami, ta wydawała się najbardziej skomplikowana - ale na przestrzeni dni w jego głowie pojawił się pomysł. I on zaczął drążyć, w aktach policyjnych, w których brakowało wielu informacji - ale też w tym, co sam wiedział na temat celu fiksacji Mercer. Bianchi, niewysoki mężczyzna błyszczący w Mimmo's rzędem kolczyków i tatuażem węża pnącego się po jego szyi. Wiedział na jego temat s p o r o.
Szara teczka tkwiła na jego biurku przez cały dzień, pozwalając mu bić się z myślami na przestrzeni godzin. Dopiero gdy zegar wybił dwudziestą, a Margo odsunęła krzesło od biurka jak robiła to zawsze przed wyjściem - tym razem zmuszona do nadgodzin nie przez niego - chwycił ją, wstając z miejsca.
Oparł się tyłem o blat, stając obok niej gdy pakowała rzeczy do torby. Przysiadł na krawędzi mebla, wyciągając w jej stronę dłoń z teczką wypchaną informacjami.
- Wszystko na temat Bianchiego. Jego rodzina, znajomi, miejsca, w których bywa - powiedział krótko, trzymając akta przed sobą - lecz gdy sięgnęła dłonią po teczkę, cofnął ją, w wyraźnym ale zaznaczonym tym gestem. W jego oczach błysnęło zawahanie. - Nie znajdziesz tego w policyjnych aktach.
Z tej rzeczy również nie było już powrotu.

margo mercer

hold my sin above my head

: pn mar 16, 2026 12:10 pm
autor: margo mercer
Ostatnie dni nauczyły ją jak głośna potrafi być cisza. Nie taka zwyczajna, chwilowa przerwa między zdaniami lecz ta ciężka, nienazwana przestrzeń, która rozciągała się między nimi od momentu, gdy zamknęły się za nią drzwi jego mieszkania. Na początku była tylko złość - prosta, ostra, łatwa do zrozumienia. Złość na to, że przeszedł do ofensywy z taką brutalnością, że zamiast rozmowy wybrał ciosy wymierzone w najczulsze miejsca. Złość na to, że wyciągnął temat jej ojca, choć wiedział, jak bardzo był to grunt, po którym nigdy nie powinno się chodzić bez ostrożności. Ta pierwsza fala była najłatwiejsza do uniesienia, bo gniew zawsze był emocją, z którą Margo radziła sobie najlepiej.
Potem jednak przyszło rozczarowanie. Cichsze, bardziej uporczywe. Wspomnienie wszystkich rozmów, które odbyli wcześniej, momentów, w których otwierała się przed nim bardziej niż przed kimkolwiek innym. Opowiadała rzeczy, których nie wypowiadała głośno od lat, ufając, że między nimi pozostaną bezpieczne. I właśnie dlatego bolało bardziej, że w chwili, gdy zabrakło mu argumentów, sięgnął dokładnie po to.
Z czasem te uczucia zaczęły się mieszać, rozmywać, nakładać na siebie tak, że trudno było je już rozdzielić. Złość nie zniknęła, ale ustąpiła miejsca zmęczeniu, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy traciła coś co dawało jej poczucie stabilności - k o n t r o l ę. A tej ostatnio nie miała prawie wcale. Ignorowanie problemu nigdy nie było w jej stylu, jednak w tych kilku dniach okazało się niemal zbawienne. Rzucenie się w wir pracy, przyjmowanie spraw możliwie najdalszych od Ventresci i Mimmo’s, skupianie się na raportach, przesłuchaniach i papierach, które nie miały z nimi nic wspólnego - wszystko to pomagało jej na chwilę uciszyć myśli.
Paradoksalnie pomagała też jego obecność. Choć milcząca, chłodna, ograniczona do krótkich zdań i zawodowych uwag - w jakiś sposób łatwiej było udawać, że wszystko jest w porządku, gdy siedział kilka metrów dalej niż gdyby całkowicie zniknął z jej codzienności.
Ale tęskniła.
To była najbardziej irytująca część całej sytuacji; fakt, że tęskniła za nim tak bardzo, mając go właściwie na wyciągnięcie ręki. Mogła przecież coś powiedzieć; jedno zdanie, jedno przełamanie ciszy. Mogła przeprosić za to, że się uniosła, choć wciąż uważała, że miała powody. Mogła przeprosić za milczenie, za to, że karała nim jego i siebie jednocześnie. Mogła wyciągnąć rękę i sprawdzić czy on zrobi to samo.
Dzisiejszy dzień był chyba pierwszym momentem, w którym zaczęła mieć wrażenie, że ta cisza pęka. Kilka razy przyłapała się na tym, że jej wzrok wędruje w jego stronę, zawsze wtedy, gdy była pewna, że nie patrzy. Gdy pochylał się nad aktami albo sięgał po kubek z kawą - to były krótkie, ukradkowe spojrzenia, znikające tak szybko, jak się pojawiały.
Nie wiedziała jak zacząć.
Dlatego wstała z krzesła, zamykając laptopa i sięgając po torbę, jakby zamierzała po prostu wyjść i zostawić ten dzień za sobą. Tchórzostwo było najłatwiejszą opcją. Zatrzymała się jednak, gdy w polu jej widzenia pojawiła się jego sylwetka. Uniesiona brew zdradziła zaskoczenie, kiedy jej oczy przeskoczyły między teczką w jego dłoni a twarzą. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, cofnął rękę, jakby sam nie był pewien czy chce, żeby ją wzięła. - Nie prosiłam się o to - powiedziała cicho. Jej głos był spokojny, niemal neutralny. Piętro było prawie puste, ale te korytarze nigdy naprawdę nie spały; ktoś zawsze przechodził, słyszał fragment rozmowy i dopowiadał sobie resztę. - Bardzo wyraźnie dałeś mi do zrozumienia, że nie powinno mnie to interesować, więc po co to robisz? - jej spojrzenie przesunęło się jeszcze raz po aktach.
W końcu wzięła ją z jego dłoni, ale tylko na chwilę. Nie otwierając, nie zaglądając do środka, odłożyła zamkniętą na j e g o biurko, nie na swoje. Częściowo z dumy, częściowo dlatego, że wiedziała, że jeśli ją zabierze, stanie się dokładnie tym czym nie chciała, żeby była - drzazgą, która utknie między nimi jeszcze głębiej. - Skąd to wziąłeś, jeśli nie jest dla nas dostępne? - zapytała ciszej, zatrzymując na nim spojrzenie odrobinę dłużej niż powinna. W jej głosie nie było oskarżenia, raczej cień czegoś znacznie bardziej niepokojącego, jakby próbowała upewnić się, że w pogoni za odpowiedziami dla niej nie zrobił czegoś, czego później oboje mogliby żałować.

Rhys Madden

hold my sin above my head

: pn mar 16, 2026 12:39 pm
autor: Rhys Madden
Korytarze ich komisariatu nigdy nie spały - nie tak naprawdę. Ale ich piętro było prawie puste i nie widział wcześniej nikogo w zasięgu, kto mógłby podsłuchać ich rozmowę. Mimo wszystko, jego słowa też były ciche, na wszelki wypadek - na wypadek, gdyby ktoś podszedł, ruszył w ich kierunku i podsłuchał choćby słowo, ale nie silił się na przesadną ostrożność.
Ze wszystkich nieodpowiednich osób, które nie powinny słuchać o śledztwie na temat Ventresci, jedna była uczestnikiem tej konwersacji.
Ta rozmowa była inna od pozostałych, które prowadzili w ciągu ostatnich dni. Nie była wymijającym potwierdzeniem lub zaprzeczeniem, w trakcie którego wzrok sięgał w innym kierunku. Pierwszy raz odkąd opuściła jego mieszkanie była tak blisko, z uwagą w stu procentach skierowaną w jego kierunku, a coś w jego sercu szarpnęło, wyrywając się w jej stronę.
Pozwolił jej zabrać teczkę, na której tak jej zależało. Przekazanie jej nie przyszło mu lekko, tak jak wszystkie kłamstwa, które miał wpleść w następne słowa - w sporadyczne okruchy prawdy. Sam skompletował te informacje, ale nie od początku posiadał wgląd w działania Ventresci. Dwa lata temu jego wejściem był niepozorny chłopak, który chciał dogadać się z policją - zamiast jednak policjanta o złotym sercu, napotkał żądnego informacji, impulsywnego detektywa targanego żałobą.
Detektywa, który zamiast wsadzić diabła za kraty, dokonał z nim targu.
- Odezwałem się do informatora, który w przeszłości dostarczał mi informacji na ich temat - odpowiedział, ignorując jej pierwsze słowa, ponieważ był zbyt zmęczony, a ta rozmowa kosztowała go zbyt wiele by znów wrócił do choćby namiastki słownych przepychanek, które między sobą prowadzili. Umilknął na chwilę, z wzrokiem zawieszonym gdzieś na powierzchni szarej teczki. - Myślałem, że to ktoś z Ventresci zamordował.
Prawda przepleciona kłamstwem. Z początku właśnie to pchnęło go w stronę Sergio Carbone'a - potrzeba sprawiedliwości, potrzeba z e m s t y. Nie widział chłopaka nigdy później w Mimmo's. Lubił myśleć, że uciekł z Toronto, znajdując dla siebie wyjście w miejscu, do którego nie sięgały szpony Ventresci.
- Nie miałem racji - dodał, krótko, również prawdziwie. To Carbone wskazał mu osobę, która była za to odpowiedzialna. To on wskazał mu kierunek i pchnął w plecy, podsycając wściekłość, od której jego ciało drętwiało z napięcia. Obrazy pogrążonego w półmroku pomieszczenia i krwi, która nie była jego do przelania, wyryły się na jego powiekach, atakując z każdym mrugnięciem oka.
Westchnął, unosząc dłoń w górę - przecierając zmęczoną twarz, jakby ten ruch mógł odegnać fragmenty przeszłości uparcie mieszające się z tym, co było tu i teraz.
- Wiem, że to jest dla ciebie istotne - powiedział wreszcie, wracając do sedna tej rozmowy - sedna powodu, dla którego w ogóle przekazywał jej tę teczkę przede wszystkim, chociaż wcale nie powinien. Chociaż sposób, w jaki zamierzał t o rozwiązać, jedynie podsyci wściekłość Carbone'a. - Chciałem o tym porozmawiać, jeszcze raz.

margo mercer

hold my sin above my head

: pn mar 16, 2026 2:01 pm
autor: margo mercer
Wiedziała o tym. W głębi duszy zawsze wiedziała, że jeśli Rhys coś znajdzie, jeśli dotrze do informacji, których nie powinien mieć to nie będą one pochodziły z oficjalnego raportu ani z uprzejmej rozmowy z kimś z drugiego wydziału. Mimo to, kiedy zobaczyła teczkę w jego dłoniach i usłyszała słowa, które wprost sugerowały, że część z tych informacji nie została zdobyta w sposób, który można by spokojnie wpisać do policyjnych akt, coś w niej jednak drgnęło.
Co uderzyło ją jeszcze mocniej, to świadomość, która przyszła dopiero chwilę później - cicha i niepokojąco oczywista. Rhys prawdopodobnie wiedział, od samego początku. Od chwili, gdy zobaczył akta rozrzucone na jej stole tamtej nocy w mieszkaniu. Musiał przynajmniej w części zrozumieć do czego próbowała dotrzeć. Te powiązania nie były aż tak subtelne dla kogoś, kto sam kiedyś szukał odpowiedzi w tym samym kierunku.
A mimo to nic wtedy nie powiedział.
Ta myśl powinna była zapalić w jej głowie znacznie jaśniejsze światło ostrzegawcze niż to, które gdzieś w oddali zaczęło właśnie migotać. Czerwony punkt, ledwie widoczny, ale uparcie przypominający o sobie.
Zignorowała go.
Poniekąd dlatego, że mówił o Sophie. I choć Margo znała tylko fragmenty tej historii, pojedyncze zdania rzucone gdzieś mimochodem, krótkie informacje, które nigdy nie układały się w pełny obraz - widziała wystarczająco dużo, by wiedzieć jak głęboko tamto wydarzenie wciąż w nim tkwiło. Nie musiał o tym mówić wprost, wystarczało spojrzenie, nagłe napięcie w jego szczęce, sposób w jaki milkł na ułamek sekundy dłużej niż zwykle, gdy rozmowa choćby ocierała się o przeszłość.
Ta rana nie była zamknięta, nawet nie była dobrze zabliźniona. Raczej przykryta cienką warstwą czasu, która pękała przy najmniejszym nacisku.
Dlatego nie powiedziała nic. Nie zapytała o szczegóły, nie próbowała wracać do tematu, który ewidentnie nie był powodem dla którego teraz stali naprzeciwko siebie. Wiedziała, że Sophie była tłem tej rozmowy; początkiem drogi, która doprowadziła go do informacji zamkniętych w tej teczce, ale nie była jej sednem.
Sedno leżało gdzieś pomiędzy nimi. W napięciu, które narastało przez ostatnie dni i które z każdą kolejną rozmową robiło się coraz trudniejsze do zignorowania.
Margo wsunęła dłonie w kieszenie dżinsów i wypuściła powoli powietrze z płuc, jakby próbowała rozproszyć ciężar, który zawisł w powietrzu między nimi. Zrobiła pół kroku w bok, nie tyle odsuwając się, co ustawiając w takiej odległości, która była jednocześnie bliska i bezpieczna. Na moment zawiesiła wzrok gdzieś obok niego, jakby szukała właściwych słów. - Nie wiem czy powinniśmy o tym znowu rozmawiać, bo to skończy się w ten sam sposób - była tego pewna; nie brzmiało to jednak jak oskarżenie, a stwierdzenie faktu, który oboje zdążyli już zauważyć. - Nie chcę za każdym razem niszczyć tego co mamy, bo patrzymy na sprawy z dwóch różnych stron - słowa wybrzmiały ciszej niż wszystko, co powiedziała wcześniej, ale w ich prostocie było coś znacznie cięższego niż w całej wcześniejszej sprzeczce. Bo nie mówiła już o sprawie, o Ventresce ani o aktach, które spokojnie leżały na biurku.
Mówiła o nim. O nich.

Rhys Madden

hold my sin above my head

: pn mar 16, 2026 2:56 pm
autor: Rhys Madden
Rozmowa już dawno przestała dotyczyć wyłącznie sprawy, nad którą pracowała Margo. Nie dotyczyła jej nawet wtedy, gdy wciąż tkwili w jego mieszkaniu, otoczeni ogniem toczącej się między nimi kłótni. Gdzieś w trakcie nawet ryzyko, które niosło dla niego jej drążenie tego tematu zeszło na dalszy tor, pozostawiając w centrum uwagi wyłącznie ją. Jej zachowanie, jej upór, jej potrzebę drążenia prawdy.
Wszystkie te cechy, które były mu znajome. Które niosły cenę, której Margo nie była w stanie zapłacić - o której istnieniu nawet nie zdawała sobie sprawy.
Pozwolił ciszy zgęstnieć, wypełnić przestrzeń między nimi gdy się odsunęła, a jej słowa wreszcie wydobyły się z gardła. Z jednej strony, pragnął to zignorować. Pragnął udawać, że wcale nie rozmawiali o sobie, że wszystko nadal toczyło się Bianciego i mafii, dla której pracował. Miał w końcu ofertę na stole, której nie zdołał jeszcze zwerbalizować - oferty pomocy. Osiągnięcia tego, na czym najbardziej jej zależało, ale jego sposobami, z obietnicą ukrócenia tego tematu gdy Luca znajdzie się za kratami. Ona w końcu się odsunęła - stanęła w bezpiecznym dystansie. Czy byłby takim pieprzonym dupkiem, gdyby zrobił to samo w konwersacji?
- Stałem na twoim miejscu, Margo. - słowa same popłynęły, ciche i pozbawione iskry, z którą wcześniej zaciekle z nią walczył. - Wiem, jakie to uczucie, pragnąc sprawiedliwości za wszelką cenę. Brnąc do przodu pomimo ryzyka, tam, gdzie każe mi iść intuicja. Zajmować się rzeczami, które inni kazali mi odpuścić.
I żałował.
Żałował, że dobrnął do tego punktu nie mając nic do stracenia. Że wściekłość i żal stworzyły w jego sercu paliwo, które pchało go naprzód w stronę całkowitego spalenia. Że nie miał nikogo innego, kto mógłby go zatrzymać, zanim było za późno.
- Nie słuchasz mnie, kiedy do ciebie mówię. Twierdzisz, że przychodzisz by spytać mnie o opinię, ale ty przyszłaś, ponieważ chciałaś, żebym poszedł do Mimmo's z tobą. Kiedy sobie coś postanowisz, nie przestaniesz, póki nie spróbujesz tego zrobić. I ja wiem jakie to uczucie. - wsunął dłonie do kieszeni spodni, wiedząc, że znów wkraczał na pole minowe - jak zawsze, gdy zarzucał kobiecie cokolwiek. Dziś był jednak zbyt zmęczony tą sytuacją na kolejny konflikt. - Ale mam wrażenie, że oczekujesz, że będę ci przytakiwać i patrzeć, jak ryzykujesz wplątując się w Ventrescę. A jeśli tego nie robię, ty odbierasz to jako personalny atak albo spoufalanie się między nami.
Westchnął, wydobywając z kieszeni zapalniczkę. Złamał w komisariacie wiele zasad, ale nie zamierzał odpalać w nim papierosa. Mimo wszystko, potrzeba zajęcia czymś dłoni była w nim zbyt intensywna, by zwyczajnie tkwił w miejscu, oparty o blat jej biurka.
- Znam tę stronę miasta lepiej od ciebie - powiedział wreszcie, okruch prawdy przemycony w steku kłamstw. - Według ciebie patrzymy na jedną sprawę z dwóch stron, ale według mnie, ty nie widzisz rzeczy, które ja widzę. Nie przez to, że jesteś młodsza wiekiem albo stażem, nie przez to, że jesteś kobietą, a ja jestem szowinistycznym dupkiem. Jak mam z tobą rozmawiać, kiedy ignorujesz wszystkie moje ostrzeżenia? - wreszcie podniósł spojrzenie, wcześniej utkwione w podłodze. Zmierzył nim kobietę, wodząc po znajomych rysach twarzy. - Gdybyś wiedziała, że ja zamierzam zrobić coś głupiego i zaryzykować własnym życiem o coś, co według ciebie nie jest tego warte, stałabyś z boku i pozwoliła mi to zrobić?

margo mercer

hold my sin above my head

: pn mar 16, 2026 6:38 pm
autor: margo mercer
Słowa Maddena pozostawiły po sobie ciszę; gęstą, wypełnioną wszystkim tym, czego nie powiedzieli wcześniej, kiedy emocje prowadziły ich szybciej niż rozsądek. Margo stała nieruchomo, pozwalając by to co powiedział naprawdę do niej dotarło. Bo część z tego była prawdą. I ona o tym w i e d z i a ł a.
Rhys nie mylił się w jednym - kiedy coś postanowiła, rzadko oglądała się za siebie. Ta cecha była w niej od dawna, dużo wcześniej zanim przypięła odznakę do pasa. Upór, który w pracy potrafił być błogosławieństwem, w życiu prywatnym często zamieniał się w coś znacznie trudniejszego do zniesienia. Właśnie dlatego jego słowa nie odbijały się od niej tak łatwo, jak mogłoby się wydawać.
Ale jednocześnie coś w niej nie pozwalało przyjąć ich bez sprzeciwu.
To nie była czysta przekora ani potrzeba postawienia na swoim; to było głośne, uparte poczucie, które od lat prowadziło ją do przodu - ta wewnętrzna igła kompasu, która niemal fizycznie ciągnęła ją w stronę rzeczy niedopowiedzianych, niewygodnych, ukrytych pod warstwą ciszy i cudzej obojętności. Intuicja, która nie raz kazała jej zajrzeć tam, gdzie inni woleli nie patrzeć.
Dlatego w jej wnętrzu ścierały się teraz dwie rzeczy. Jedna część naprawdę go rozumiała; widziała zmęczenie w jego twarzy, ciężar w spojrzeniu, napięcie w barkach, które zdradzało więcej niż słowa. Wiedziała też, że jego reakcja nie brała się znikąd. Wystarczyło wspomnienie Sophie, by zrozumieć, że dla niego ryzyko nie było abstrakcyjną możliwością. Było czymś, co już kiedyś odebrało mu wszystko.
Ta myśl powinna była nią potrząsnąć.
A jednak gdzieś obok niej wciąż istniała druga część. Ta, która nie potrafiła udawać, że nic nie widzi. Ta, która nie umiała przejść obok sprawy tylko dlatego, że była niewygodna albo niebezpieczna.
Powoli wypuściła wstrzymywane w płucach powietrze i podniosła wzrok z podłogi, na której przez chwilę zatrzymało się jej spojrzenie. - Masz rację w tym, że kiedy już coś postanowię, rzadko potrafię po prostu odpuścić - zrobiła kilka kroków w jego stronę, bardziej odruchowo niż świadomie. Dopiero po chwili dotarło do niej, jak bardzo skróciła dystans między nimi i jak łatwo zapomniała, że stoją pośrodku swojego biura, gdzie ktoś w każdej chwili mógł przejść obok. Śledziła oczami jego twarz, ubraną w zmęczenie, którego nie widziała u niego wcześniej w tak czystej formie. - Nie robię tego, dlatego, że chcę coś komuś udowodnić - jej ramiona uniosły się lekko w bezradnym geście. - Po prostu wierzę, że świat powinien działać trochę inaczej - dodała. - Wiem, że to brzmi cholernie naiwnie, ale jeśli przestanę w to wierzyć, to równie dobrze mogę oddać odznakę i znaleźć sobie inne zajęcie - milczała, a potem znów spojrzała na niego uważniej, aż w jej oczach pojawiło się coś łagodniejszego.
W głosie za to dało się usłyszeć nutę czegoś miękkiego, czegoś co zostawiała wyłącznie dla niego niezależnie od sytuacji. - Rozumiem cię. Gdybym była na twoim miejscu, pewnie też widziałabym w tym wszystkim więcej zagrożeń niż ja teraz - nie wymieniła imienia Sophie, ale podejrzewała, że oboje wiedzieli, że wisi gdzieś między nimi jak cień; że właśnie tę sytuację miała na myśli. Zdawała sobie sprawę, że wydarzenia z przeszłości musiały rzutować na teraźniejszość Maddena, co odrobinę pozwalało jej rozumieć i racjonalizować jego zachowania.
Przyglądała mu się uważnie z tej niewielkiej odległości, jakby naprawdę próbowała pogodzić w sobie te dwie sprzeczne rzeczy - zrozumienie dla jego strachu i własną potrzebę pójścia dalej. - Gdyby sytuacja była odwrotna, to prawdopodobnie bym oszalała. Zrobiłabym wszystko, żeby cię zatrzymać - na jej twarzy pojawił się krótki prawie uśmiech, pierwszy od kilku dni, od tej wielkiej niepotrzebnej kłótni.
- Ale zastanów się przez moment i odpowiedz mi absolutnie szczerze - dodała po chwili, zawieszając na moment głos, jakby naprawdę chciała dać mu czas na przemyślenie odpowiedzi. - Czy to naprawdę by cię powstrzymało? Potrafiłbyś tak po prostu się z tym pogodzić, zaakceptować, że ktoś staje ci na drodze i mówi, że powinieneś odpuścić coś co według ciebie jest słuszne? - jej spojrzenie nie uciekło z jego twarzy, uważne i spokojne, pozbawione wcześniejszej zaczepności. - Czy nie miałbyś do mnie o to żalu? Nie czułbyś, że w jakiś sposób podcinam ci skrzydła, próbując zatrzymać cię w miejscu, w którym ty sam nie chciałbyś zostać?

Rhys Madden

hold my sin above my head

: pn mar 16, 2026 7:52 pm
autor: Rhys Madden
Jej kroki odbiły się echem od posadzki komisariatu, sprawiając, że był świadomy każdego. Nogi niosły ją w jego stronę, za tę granicę, za którą zwykle stawała w miejscu, w którym mogli być zauważeni. W stronę przestrzeni, która była przeznaczona wyłącznie dla prywatności.
Nigdy nie zastanawiał się nad tym, czy powinni to zmieniać. Dla niego rozgraniczenie tak ich życia osobistego od pracy nie było na tyle istotne, jednak wiedział, że było ważne dla niej. Respektował tę granicę, trzymał się za nią, ograniczając do urwanych spojrzeń i sporadycznych muśnięć jednej dłoni o drugą. Dlatego gdy się zbliżyła, nie drgnął, nie odsunął się w tył tak, jak zrobiła to ona wcześniej.
Przyglądał jej się gdy jej ramiona unosiły się w bezradnym geście, gdy wzrok uciekał w innym kierunku, a usta szukały stosownych odpowiedzi. Patrzył, jak jej ciemne włosy opadają na zaróżowione policzki, jak w spojrzeniu pojawia się kalkulacja - ostrożność w prowadzeniu konwersacji, która męczyła ich oboje, a zarazem drapieżność przekonań, za którymi stała, nawet teraz.
I które rozumiał. W pełni rozumiał i s z a n o w a ł, nawet jeśli myśl o jej zbliżeniu się do ludzi Carbone'a sprawiało, że coś w jego wnętrzu wywracało się na drugą stronę.
- Nie - przyznał cicho, pozwalając jej dokończyć wszystkie myśli, jakie pragnęła mu przekazać. - Nie powstrzymałoby.
Odwrócił głowę, zerkając na teczkę odrzuconą na blat jego biurka. Nachylił się, sięgając po skompletowane przez niego akta, wsuwając zapalniczkę z powrotem do kieszeni. Znów znalazł sobie narzędzie, z którego pomocą pragnął opanować sytuację nawet, gdy ta wydawała się niemożliwa do opanowania. Ponieważ mimo wszystko Margo miała rację, w swoim dążeniu do sprawiedliwości, do odkrycia, jak ukryta w aktach osoba wiązała się z tym wszystkim.
- Dlatego przyniosłem ci to - westchnął, wyciągając w jej stronę teczkę - po raz kolejny, tym razem jednak nie cofając jej lekko w wyrazie zawahania. - Miałaś rację. Luca Bianci pracuje dla Ventresci - dodał, skinieniem głowy wskazując jej, by otworzyła akta. - Moim zdaniem jest zwykłym trybikiem w wielkiej maszynie i jego brak nie zmieni w jej szeregach zbyt wiele.
Jego ramiona drgnęły lekko, odruchowo, ale następna część tego zdania czekała w pełnej napięcia ciszy, która na moment zapadła po jego słowach.
- Ale jeśli uda się go zamknąć, może coś ruszy się po naszej stronie. Zmusi Collinsa do działania, albo zmusi jego przełożonych, żeby przyjrzeli się jego pracy z większą uwagą.
Może zatrzymanie tego jednego trybiku miało rzucić nieco światła na całą pajęczynę zależności, zaczynającą się we wnętrzu Mimmo's i wrastającą w fundamenty komisariatu, w którym stali w tym momencie. Wiedział, że ten kompromis między nimi był ryzykowny. Że śledztwo dotyczące Bianciego równie dobrze może doprowadzić do n i e g o. Ale nie powstrzymało go to przed wręczeniem jej akt.
- Nie musisz robić tego wszystkiego sama - dodał, ciszej, zarażony miękkością jej głosu. - Nie chcę podcinać ci skrzydeł ani trzymać w miejscu, w którym nie chcesz być trzymana - mruknął, unosząc wzrok znad akt ku niej. - Ale nie ufam temu, że mnie posłuchasz, jeśli dotrzemy do miejsca, z którego trzeba się wycofać.

margo mercer

hold my sin above my head

: pn mar 16, 2026 8:25 pm
autor: margo mercer
Nie cofnęła się od razu, gdy podał jej teczkę. Przez moment stała w miejscu, w tej samej odległości, którą jeszcze przed chwilą sama skróciła, a jej spojrzenie powoli przesunęło się z jego twarzy na dokumenty w jego dłoni. Dopiero teraz dotarło do niej z pełną wyrazistością, co właściwie robił. Nie tylko odpowiadał na jej pytanie; nie tylko przyznawał jej rację. Oddawał jej coś znacznie więcej - fragment drogi, którą sam już przeszedł i którą teraz pozwalał jej kontynuować.
To nie było lekkie. Ani dla niego, ani dla niej.
Jej wzrok zatrzymał się na szarej powierzchni, jakby nagle nabrała ona znacznie większego ciężaru niż zwykły plik dokumentów. W pewnym sensie właśnie tak było; do tej pory wszystko istniało wyłącznie w jej domysłach, w nocach spędzonych nad mapami powiązań i notatkami zapisanymi na marginesach cudzych raportów. Teraz jednak to przestawało być prywatną hipotezą. Zaczynało mieć kształt.
A z kształtem zawsze przychodziły k o n s e k w e n c j e.
Dopiero po chwili uniosła rękę i wzięła od niego akta. Ruch był spokojny, niemal ostrożny, jakby bała się, że zbyt gwałtowny gest mógłby coś zmienić. Gdy te znalazły się w jej dłoniach, przez moment ich nie otworzyła. Stała tak, trzymając je przy sobie, czując pod palcami szorstką fakturę tektury, potrzebując kilku dodatkowych sekund, żeby naprawdę zdecydować się na ten krok.
Bo w pewnym sensie był to właśnie krok. Granica o której oboje wiedzieli, że istnieje.
Uniosła w końcu wzrok i spojrzała na niego ponownie w bardziej wyważony sposób niż wcześniej. Złość, która jeszcze niedawno unosiła się między nimi jak napięta struna, gdzieś zniknęła, zostawiając po sobie tylko ciche zrozumienie. - Doceniam, że to dla mnie zrobiłeś, chociaż wiem, jak bardzo tego nie chciałeś - powiedziała cicho, bo wiedziała doskonale ile go to kosztowało. Musiał grzebać w przeszłości, która wciąż nie była do końca zamknięta; musiał rozdzierać stare rany, przywoływać bolesne wspomnienia i oglądać twarze ludzi, którzy, jak błędnie sądził, przyczynili się do śmierci Sophie. Chociaż tak nie było - w pewnym sensie był to gest posypywania niezabliźnionej rany solą.
Przez chwilę milczała, jakby ważyła kolejne słowa. W przeciwieństwie do kilku minut wcześniej nie próbowała już przekraczać tej niewidzialnej granicy między nimi. Zatrzymała się dokładnie tam, gdzie powinna - wystarczająco blisko, by rozmowa była prywatna, ale wciąż w miejscu, które należało do komisariatu, nie do nich. Prywatność była dla niej ważna i nawet jeśli czasem zapominała o niej na ułamek sekundy, zawsze ostatecznie wracała na swoje miejsce. Co nie znaczyło, że myśl o jej przekroczeniu naprawdę ją przerażała.
Gdzieś z tyłu głowy wiedziała, że to, co między nimi rosło od wielu tygodni, przestało być czymś przelotnym. Nie było chwilą, która miała skończyć się któregoś poranka, gdy jedno z nich uzna, że czas wrócić do dawnego porządku. Właśnie dlatego jego reakcja, jego złość i ta przesadna troska o jej bezpieczeństwo uderzyły w nią tak mocno.
To nie był jednak moment na te rozważania, bo one zniknęły tak szybko, jak się pojawiły. Podobnie jak ostrzegawcze światła w jej głowie, które ignorowała. W towarzystwie Maddena jej umysł stale pędził do przodu, a ona wyraźnie za nim nie nadążała.
- Nie obiecuję, że zawsze się wycofam, kiedy powiesz, że powinnam - dodała po chwili, unosząc wzrok znad dokumentów. - Ale mogę ci przyrzec, że przynajmniej spróbuję cię wysłuchać, zanim zrobię coś głupiego - cień uśmiechu wygiął jej usta; nikt kto jej nie zna - nie zauważyłby tego, ale on czytał z niej jak z otwartej księgi, a rozszyfrowanie jej emocji przychodziło mu już bardzo łatwo. Niestety. - Wierzysz mi?
Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę, jakby upewniała się, że rozumie co chciała mu powiedzieć i dopiero wtedy powoli otworzyła teczkę. Pełną wiadomości, nazwisk, miejsc i zdjęć o istnieniu których nie miała pojęcia. - Skąd to wszystko wziąłeś? - rzuciła bardziej do siebie niż do niego, czując jak nadmiar wielu nieuporządkowanych dla niej informacji, zaczął ją przytłaczać.

Rhys Madden

hold my sin above my head

: pn mar 16, 2026 10:07 pm
autor: Rhys Madden
Chciałby móc powiedzieć, że w jego geście chował się czysty altruizm - że mimo wszystko schował wszystkie swoje obiekcje, obierając jej szczęście jako swój priorytet.
Ale wtedy znów musiałby skłamać.
Prawda leżała gdzieś po środku. Nawet sam fakt uszczęśliwienia jej w jego oczach postrzegał jako skrajnie egoistyczny. Nie byłby w stanie żyć ze s o b ą wiedząc, że robił właśnie to, do czego sprowadzały się jego próby ukrócenia jej starań - podcinał jej skrzydła, trzymał ją w miejscu, które były bezpieczne, a jednocześnie niesatysfakcjonujące. Chciał widzieć tę iskrę, która rozświetlała jej spojrzenie, uśmiech błąkający się na ustach nawet, jeśli on jeden był w stanie go dostrzec. To właśnie jej upór, nieustępliwość, werwa do działania i do ż y c i a, a nawet patrzenie na niektóre rzeczy przez różowe okulary były cechami, do których pałał coraz mocniejszym uczuciem. Podobnie jak ona, nie chciał jej zmieniać. Dla niego Margo była idealna taka, jaka była, ze wszystkimi, doprowadzającymi go do szału wadami, które stanowiły jedynie jedną stronę monety - a po drugiej czekały korespondujące zalety.
Była też kwestia kontroli.
Puszczając Mercer samopas, nie był w stanie na bieżąco rejestrować rzeczy, których się dowiadywała. Nie mógł upewniać się, że pozostaje bezpieczna, że nie robi głupstw ani nie pcha się w rzeczy o zbyt wielkim ryzyku. Pomagając jej w ujęciu mężczyzny, o którego powiązaniach z mafijnych świadkiem był doskonale świadomy, mógł jednocześnie mieć na nią oko. Trzymać ją blisko.
W razie potrzeby uchronić ją od konsekwencji jej własnych czynów.
Żadnej z tych rzeczy nie musiała jednak wiedzieć, choć podejrzewał, że musiała się ich domyślać. Madden również był uparty, również zapierał się nogami, niezdolny do zmiany swojego zdania - musiał znaleźć odpowiedni kąt, pod którym patrząc na tę sytuację, odnajdywał w niej jakieś zalety.
- To nie będzie wystarczające - mruknął w odpowiedzi, widząc przebłysk uśmiechu na jej ustach, jednak po ostatniej wymianie zdań nie potrafiąc zignorować jej słów nawet, jeśli były żartobliwe. - Mówię poważnie, Margo. Bianci jest w naszym zasięgu, ale żadne z nas nie zdejmie całej Ventresci i nawet nie powinno próbować.
Nie mógł powiedzieć, czy jej wierzy, czy nie - Mercer była nieprzewidywalna, przypominała dziki, nieokiełznany żywioł, który mógł obdarzyć go ciepłem, by w drugiej chwili ukąsić płomieniami. Dlatego też zignorował jej pytanie - na które, zresztą, w swoim mniemaniu odpowiedział wcześniej wystarczająco - i wycelował w jej stronę oskarżycielsko palec.
- Jeśli uda nam się postawić Bianciemu oskarżenia... - powtórzył, twardo, nachylając się w jej stronę nie chcąc, by znów mu u c i e k ł a. - Przekażemy wszystko, co wiemy, do naszych przełożonych i zostawimy im sprawę Collinsa i Ventresci. - uniósł podbródek w niemal butnym wyrazie, tym razem nie angażując się w półsłówka i żarty, które zwykle dominowały w ich konwersacjach. - Zgoda?

margo mercer

hold my sin above my head

: wt mar 17, 2026 9:02 am
autor: margo mercer
Nie odpowiedziała od razu; przez chwilę stała w miejscu, jakby potrzebowała kilku dodatkowych sekund, żeby naprawdę przetrawić jego słowa. Nie chodziło nawet o to, co powiedział, raczej o to czego od niej oczekiwał; brzmiało to niemal jak prośba ukryta pod warstwą stanowczości. Chciał, żeby obiecała mu, że w pewnym momencie odpuści, że odda sprawę komuś wyżej, że nie będzie ciągnęła jej w nieskończoność tylko dlatego, że intuicja pcha ją dalej.
Gdyby znała prawdziwe powody jego uporu, ten moment wyglądałby zupełnie inaczej. To byłby bolesny upadek z wysokiego konia - odkrycie, że troska, którą teraz słyszała w jego słowach, była tylko niewielkim fragmentem znacznie bardziej skomplikowanej prawdy, że gdzieś obok niej istniał też zwyczajny egoizm i potrzeba zadbania o własne bezpieczeństwo.
Ale tego nie wiedziała.
Dlatego musiała ugryźć się w język zanim pierwsza odpowiedź, która pojawiła się w jej głowie, zdążyła wydostać się na zewnątrz. Przecież w tej kwestii jej nie ufał; nie wierzył, że potrafiłaby zatrzymać się w odpowiednim momencie, a jednocześnie oczekiwał, że przytaknie mu bez słowa?
Westchnęła cicho i skinęła głową. - Dobrze - powiedziała spokojnie. - Jeśli zrobi się zbyt gorąco, przekażemy to dalej - nie powtórzyła jego słów dokładnie. Ujęła je po swojemu, nadając im własny kształt, ale sens pozostawał ten sam. Był to kompromis, może niezbyt idealny, ale wystarczający, żeby nie rozpalać na nowo tej samej kłótni.
Po chwili odwróciła się i wróciła do swojego biurka. Krzesło zaskrzypiało cicho, kiedy usiadła, rozkładając przed sobą zawartość teczki. Tym razem naprawdę zaczęła czytać. Im dłużej przesuwała wzrok po kolejnych stronach, tym wyraźniej widziała, jak ogromną przewagę miał nad nią Rhys w dostępie do informacji. Było tu znacznie więcej niż to, co sama zdołała odkryć przez ostatnie dni. Zdjęcia, daty, krótkie notatki o miejscach, w których pojawiał się Bianchi. Informacje o Mimmo’s, o ludziach, którzy przewijali się przez to miejsce. I wreszcie rzeczy znacznie bardziej prywatne - fragmenty życia, do których ona prawdopodobnie nigdy by nie dotarła.
Oczywiście wiedziała, że nie zdobył tego wszystkiego od jednego informatora. To było niemożliwe, nie była naiwna. Ale skoro sam zdecydował się pominąć tę część historii, nie zamierzała teraz ciągnąć go za język.
Jedna z fotografii zatrzymała jej uwagę na dłużej. Przyglądała się jej uważnie, czytając notatkę dopisaną pod spodem. Włosi byli w tym przewidywalni - całe ich życie kręciło się wokół rodziny, lojalności i miłości, którą potrafili celebrować z niemal teatralną intensywnością. Jeśli oddawali komuś serce, robili to w sposób bezwarunkowy. A to zawsze tworzyło słaby punkt.
- Alessia Romano - przeczytała półgłosem, a jej brew uniosła się lekko. W oczach pojawił się błysk, a na ustach powoli rozlał się uśmiech, ten charakterystyczny, który Rhys widywał zawsze wtedy, gdy trafiała na coś obiecującego.
Unosząc wzrok znad dokumentów, spojrzała na niego ponad krawędzią teczki. - Wiesz, że jeśli ktoś się dowie, że sami tworzymy sobie sprawę, którą potem będziemy prowadzić, to będziemy mieć naprawdę spore kłopoty? - zaczęła, ale w jej głosie nie było ani krzty przejęcia. Wręcz przeciwnie, brzmiała tak, jakby właśnie to dodawało jej energii.
- Jutro odwiedzam Alessię - dodała spokojnie, jakby mówiła o czymś zupełnie zwyczajnym. Jej spojrzenie znów zatrzymało się na jego twarzy. - Masz ochotę mi towarzyszyć? - odchyliła się na oparciu, pierwszy raz od kilku dni czując namiastkę rozluźnienia.

Rhys Madden