Ostatnie dni nauczyły ją jak głośna potrafi być cisza. Nie taka zwyczajna, chwilowa przerwa między zdaniami lecz ta ciężka, nienazwana przestrzeń, która rozciągała się między nimi od momentu, gdy zamknęły się za nią drzwi jego mieszkania. Na początku była tylko złość - prosta, ostra, łatwa do zrozumienia. Złość na to, że przeszedł do ofensywy z taką brutalnością, że zamiast rozmowy wybrał ciosy wymierzone w najczulsze miejsca. Złość na to, że wyciągnął temat jej ojca, choć wiedział, jak bardzo był to grunt, po którym nigdy nie powinno się chodzić bez ostrożności. Ta pierwsza fala była najłatwiejsza do uniesienia, bo gniew zawsze był emocją, z którą Margo radziła sobie najlepiej.
Potem jednak przyszło rozczarowanie. Cichsze, bardziej uporczywe. Wspomnienie wszystkich rozmów, które odbyli wcześniej, momentów, w których otwierała się przed nim bardziej niż przed kimkolwiek innym. Opowiadała rzeczy, których nie wypowiadała głośno od lat, ufając, że między nimi pozostaną bezpieczne. I właśnie dlatego bolało bardziej, że w chwili, gdy zabrakło mu argumentów, sięgnął dokładnie po to.
Z czasem te uczucia zaczęły się mieszać, rozmywać, nakładać na siebie tak, że trudno było je już rozdzielić. Złość nie zniknęła, ale ustąpiła miejsca zmęczeniu, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy traciła coś co dawało jej poczucie stabilności - k o n t r o l ę. A tej ostatnio nie miała prawie wcale. Ignorowanie problemu nigdy nie było w jej stylu, jednak w tych kilku dniach okazało się niemal zbawienne. Rzucenie się w wir pracy, przyjmowanie spraw możliwie najdalszych od Ventresci i Mimmo’s, skupianie się na raportach, przesłuchaniach i papierach, które nie miały z nimi nic wspólnego - wszystko to pomagało jej na chwilę uciszyć myśli.
Paradoksalnie pomagała też jego obecność. Choć milcząca, chłodna, ograniczona do krótkich zdań i zawodowych uwag - w jakiś sposób łatwiej było udawać, że wszystko jest w porządku, gdy siedział kilka metrów dalej niż gdyby całkowicie zniknął z jej codzienności.
Ale
tęskniła.
To była najbardziej irytująca część całej sytuacji; fakt, że tęskniła za nim tak bardzo, mając go właściwie na wyciągnięcie ręki. Mogła przecież coś powiedzieć; jedno zdanie, jedno przełamanie ciszy. Mogła przeprosić za to, że się uniosła, choć wciąż uważała, że miała powody. Mogła przeprosić za milczenie, za to, że karała nim jego i siebie jednocześnie. Mogła wyciągnąć rękę i sprawdzić czy on zrobi to samo.
Dzisiejszy dzień był chyba pierwszym momentem, w którym zaczęła mieć wrażenie, że ta cisza pęka. Kilka razy przyłapała się na tym, że jej wzrok wędruje w jego stronę, zawsze wtedy, gdy była pewna, że nie patrzy. Gdy pochylał się nad aktami albo sięgał po kubek z kawą - to były krótkie, ukradkowe spojrzenia, znikające tak szybko, jak się pojawiały.
Nie wiedziała jak zacząć.
Dlatego wstała z krzesła, zamykając laptopa i sięgając po torbę, jakby zamierzała po prostu wyjść i zostawić ten dzień za sobą. Tchórzostwo było najłatwiejszą opcją. Zatrzymała się jednak, gdy w polu jej widzenia pojawiła się jego sylwetka. Uniesiona brew zdradziła zaskoczenie, kiedy jej oczy przeskoczyły między teczką w jego dłoni a twarzą. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, cofnął rękę, jakby sam nie był pewien czy chce, żeby ją wzięła.
- Nie prosiłam się o to - powiedziała cicho. Jej głos był spokojny, niemal neutralny. Piętro było prawie puste, ale te korytarze nigdy naprawdę nie spały; ktoś zawsze przechodził, słyszał fragment rozmowy i dopowiadał sobie resztę.
- Bardzo wyraźnie dałeś mi do zrozumienia, że nie powinno mnie to interesować, więc po co to robisz? - jej spojrzenie przesunęło się jeszcze raz po aktach.
W końcu wzięła ją z jego dłoni, ale tylko na chwilę. Nie otwierając, nie zaglądając do środka, odłożyła zamkniętą na j e g o biurko, nie na swoje. Częściowo z dumy, częściowo dlatego, że wiedziała, że jeśli ją zabierze, stanie się dokładnie tym czym nie chciała, żeby była - drzazgą, która utknie między nimi jeszcze głębiej.
- Skąd to wziąłeś, jeśli nie jest dla nas dostępne? - zapytała ciszej, zatrzymując na nim spojrzenie odrobinę dłużej niż powinna. W jej głosie nie było oskarżenia, raczej cień czegoś znacznie bardziej niepokojącego, jakby próbowała upewnić się, że w pogoni za odpowiedziami
dla niej nie zrobił czegoś, czego później oboje mogliby żałować.
Rhys Madden