Strona 1 z 1

I did violence to my own heart

: pn mar 16, 2026 11:04 pm
autor: vincent beauregard
007
I did violence to my own heart

Szczupłe palce tańczyły na biało-czarnym parkiecie pianina, by każdym kolejnym krokiem malować dźwiękami ostatnią część utworu. Pochylony lekko nad instrumentem, zdawał się żyć wyłącznie zapisany wraz z nutami na pięciolinii. W codzie smyczki stopniowo przyśpieszyły, a on sam podkreślił triumfalny akord.
O k l a s k i,
by wraz z nimi cały świat ponownie zaczął istnieć, gdy młody muzyk zmusił się do przywdziania na usta delikatnego uśmiechu i powolnego powstania z ławy fortepianowej. Nie szukał wzrokiem nikogo na widowni, pozwalając się oślepić światłom padającym na scenę. Rzucona matczyna obietnica między jedną rodzinną kolacją a drugą od samego początku nawet w jego uszach wydawała się tą bez pokrycia. Pani Beauregard zazwyczaj w miejsca ważne dla swej latorośli wybierała się wyłącznie wtedy, gdy dostrzegała w nich jawną korzyść dla własnych politycznych potyczek. Bez fleszy fotografów oraz nagłówków krzyczących o polityczce i jej synu tak dobrze wychowanym, oraz muzycznie utalentowanym - bez szans! W ostatnich miesiącach częściej widywał w rodzinnej posiadłości jej asystentkę, co właściwie w ogromny sposób nie przeszkadzało samemu Vincentowi. Wszak spotkania z własną matką doprowadzały go zazwyczaj na skraj wytrzymałości, zmuszając do balansowania nad kolejnym atakiem paniki.
U k ł o n,
tuż przed zbyt pośpiesznym zejściem ze sceny w kierunku najbliższej łazienki. Chwile między zanurzaniem twarzy w lodowatej wodzie płynącej z kranu w zlewie a zamawianiem w emocjach taksówki wydawały się na tyle niewyraźne, iż brunet nie potrafiłby wskazać momentu porzucenia górnej części własnego eleganckiego fraka koncertowego. Oddalając się od Roy Thomson Hall, w myślach starał się odciąć od ponownie napływających zmartwień. Kilkunastu nieodebranych połączeń przeplatających się z coraz to pełniejszymi złości wiadomościami od Baskerville. Melusine; samo sformułowanie wspomnieniami jej imienia w umyśle przyprawiło go delikatne drżenie dłoni, bo ich los był p r z e k l ę t y. A spoglądając razem głębiej - do samych przeklętych wrót piekieł - pisali na siebie wyłącznie wyrok śmierci, gdy z wód zapomnienia wyciągali siłą duchy przeszłości.
Serene - dlaczego?
Pchnął lekko drzwi klubu nocnego, z ulgą czując witający go chaos trwającej w najlepsze imprezy. Nim jednak skierował się na krótką wycieczkę do łazienki po spisanie swych trosk białą kreską, przysiadł niedbale na jednym z wolnych barowych stołków. Z wolna przebiegł pełnym obojętności wzrokiem po butelkach alkoholi ustawionych za barem, doskonale zdając sobie sprawę, że nie zamierzał przecież trudzić się wyborem. Takie niuanse zarezerwowane były zdecydowanie na lepsze wieczory, a nie polegające na zwyczajnym upadlaniu się do nieprzytomności.
- Byle coś mocnego - Umęczonym głosem skierował swoją p r o ś b ę w stronę barmana, spoglądającego na niego wyczekująco. Zdawało mu się przez moment, iż nawet rysy twarzy mężczyzny wydały się znajome w mglistych wspomnieniach ostatnich imprezowych wędrówek. Ciągu płynącego alkoholem i używkami, w którym zamierzał się zatapiać do samego zapomnienia. Byleby nie musieć ponownie mierzyć się z przeszłością wyciągniętą z dna miejscowego jeziora.


Melusine A. Baskerville