We made quite a mess, babe
: wt mar 17, 2026 12:58 am
Catherine z trudem otworzyła oczy. Czuła jak jej głowa jest ciężka od ilości spożytego dzień wcześniej alkoholu, a w ustach czuła nieprzyjemny posmak. Przynajmniej już wiedziała ile prawdy jest w słynnym stwierdzeniu: kapeć. O tak, to na pewno miało sens. Nie ufając swojemu żołądkowi powoli obróciła się na plecy z zamkniętymi oczami. Tak przynajmniej słońce nie atakowało i dało się względnie wytrzymać. Musiała zapytać brata jak był w stanie to ogarniać. I manewr nawet by się udał, gdyby nie jeden, jedyny szczegół: miała coś na nadgarstku. Coś co blokowało częściowo jej ruchy. Odruchowo szarpnęła ręką w swoją stronę (ta nieprzyjemnie zamrowiła). Gwałtownie otworzyła oczy i podniosła się do siadu. Poczuła jak żółć podchodzi jej do gardła, więc przełknęła ślinę i skierowała wzrok na blokadę.
Czy to są pieprzone kajdanki?
Jedna obręcz oplatała jej nadgarstek, natomiast druga była przymocowana do ramy łóżka. Nie były to jednak zabawki dla dorosłych, oj nie. Tylko prawdziwe, metalowe kajdany. A to znacznie zawężało jej listę podejrzanych co do tego kto mógł ją przypiąć. Tylko czemu ktoś miałby ją przypinać w jej własnym domu?
Rozejrzała się po pokoju i mogła stwierdzić jedno: to zdecydowanie nie było jej mieszkanie. Pomijając aspekty takie jak to, że w zasadzie to miała całkowicie inne meble i ich ustawienie to było tak zdecydowanie zbyt mało roślin i zdecydowanie zbyt duszno. Albo to ona zaczynała hiperwentylować.
Wzięła więc głęboki wdech uspokajając się i siadając bezradnie. Była sama. Strzępki wspomnień z ubiegłej nocy powoli do niej napływały. Nie tłumaczyło to co prawda jej stanu, ale pamiętała, że po wyjściu Ivy sama zaczęła się zbierać. Wypiła tylko rozchodniaczka i wybrała numer telefonu do Camili, aby ta się nie martwiła, bo dzwoniła do niej kilka razy. Czując, że to dobry trop rozejrzała się niemal panicznie po pokoju w poszukiwaniu komórki. Gdy dostrzegła ją na stoliku nocnym od razu do niej sięgnęła i zbladła widząc ostatnio wybierany numer.
David.
I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie wspomnienia zaczęły napływać. Jej dłonie na jego ciele, pocałunki składane wzdłuż jego szyi czy kilka słów prawdy za dużo powiedzianych zdecydowanie po zbyt wielkiej ilości procentów. Oparła się na wolnej dłoni i pozwoliła włosom ukryć twarz. Było jej cholernie głupio. Godności już nie miała. Znaczy się resztek, bo samej jako takiej pozbyła się wiele lat wcześniej.
- Kurwa- - skomentowała tylko. To dalej nie tłumaczyło jak się znalazła w tym miejscu, czemu była przykuta i gdzie do jasnej cholery był Harrison. Nagle zdała sobie sprawę, że irytujący dźwięk, który słyszała umilkł. I jeszcze szybciej zdała sobie sprawę z tego, że był to dźwięk wody prysznica. Przełknęła ślinę, słysząc szczęk klamki od drzwi niedługo potem.
Zwróciła wzrok w stronę dźwięku. Była pewna, że wyglądała jak kupka nieszczęścia. I jeśli nawet nią była to pocieszało ją jedno - przynajmniej miała na sobie ubranie. Mogło zawsze być gorzej, prawda?
I szybko pożałowała tych słów, gdy zobaczyła że mężczyzna wyszedł z łazienki w samym ręczniku. Przełknęła ślinę widząc kilka malinek na jego szyi i bardzo żywo pamiętając jak ona sama je zrobiła. Jej spojrzenie mimowolnie powędrowało na klatkę piersiową i niżej, zanim w końcu porządnie zawstydzona i zażenowana odwróciła głowę. Nawet nie wiedziała co powiedzieć. No bo czy miała rzucić: Hej. Bo w sprawie mojego zmolestowania ciebie po pijaku: czy możemy udać, że to nigdy nie istniało?
David Harrison
Czy to są pieprzone kajdanki?
Jedna obręcz oplatała jej nadgarstek, natomiast druga była przymocowana do ramy łóżka. Nie były to jednak zabawki dla dorosłych, oj nie. Tylko prawdziwe, metalowe kajdany. A to znacznie zawężało jej listę podejrzanych co do tego kto mógł ją przypiąć. Tylko czemu ktoś miałby ją przypinać w jej własnym domu?
Rozejrzała się po pokoju i mogła stwierdzić jedno: to zdecydowanie nie było jej mieszkanie. Pomijając aspekty takie jak to, że w zasadzie to miała całkowicie inne meble i ich ustawienie to było tak zdecydowanie zbyt mało roślin i zdecydowanie zbyt duszno. Albo to ona zaczynała hiperwentylować.
Wzięła więc głęboki wdech uspokajając się i siadając bezradnie. Była sama. Strzępki wspomnień z ubiegłej nocy powoli do niej napływały. Nie tłumaczyło to co prawda jej stanu, ale pamiętała, że po wyjściu Ivy sama zaczęła się zbierać. Wypiła tylko rozchodniaczka i wybrała numer telefonu do Camili, aby ta się nie martwiła, bo dzwoniła do niej kilka razy. Czując, że to dobry trop rozejrzała się niemal panicznie po pokoju w poszukiwaniu komórki. Gdy dostrzegła ją na stoliku nocnym od razu do niej sięgnęła i zbladła widząc ostatnio wybierany numer.
David.
I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie wspomnienia zaczęły napływać. Jej dłonie na jego ciele, pocałunki składane wzdłuż jego szyi czy kilka słów prawdy za dużo powiedzianych zdecydowanie po zbyt wielkiej ilości procentów. Oparła się na wolnej dłoni i pozwoliła włosom ukryć twarz. Było jej cholernie głupio. Godności już nie miała. Znaczy się resztek, bo samej jako takiej pozbyła się wiele lat wcześniej.
- Kurwa- - skomentowała tylko. To dalej nie tłumaczyło jak się znalazła w tym miejscu, czemu była przykuta i gdzie do jasnej cholery był Harrison. Nagle zdała sobie sprawę, że irytujący dźwięk, który słyszała umilkł. I jeszcze szybciej zdała sobie sprawę z tego, że był to dźwięk wody prysznica. Przełknęła ślinę, słysząc szczęk klamki od drzwi niedługo potem.
Zwróciła wzrok w stronę dźwięku. Była pewna, że wyglądała jak kupka nieszczęścia. I jeśli nawet nią była to pocieszało ją jedno - przynajmniej miała na sobie ubranie. Mogło zawsze być gorzej, prawda?
I szybko pożałowała tych słów, gdy zobaczyła że mężczyzna wyszedł z łazienki w samym ręczniku. Przełknęła ślinę widząc kilka malinek na jego szyi i bardzo żywo pamiętając jak ona sama je zrobiła. Jej spojrzenie mimowolnie powędrowało na klatkę piersiową i niżej, zanim w końcu porządnie zawstydzona i zażenowana odwróciła głowę. Nawet nie wiedziała co powiedzieć. No bo czy miała rzucić: Hej. Bo w sprawie mojego zmolestowania ciebie po pijaku: czy możemy udać, że to nigdy nie istniało?
David Harrison