Strona 1 z 1

stay a little longer

: śr mar 18, 2026 11:41 am
autor: Galen L. Wyatt
068.
Come up. Just for a minute…
I promise I’ll behave.



Galen musiał przyznać, że dobrze, że miała dziwną słabość do kłamców.
On też miał... do złodziejek kawy.
Do dziewczyn, które odwoziły pijanych prezesów wielkich firm do domu, nocnym autobusem. I może to było kierowane procentami, które krążyły mu we krwi, a może zupełnie nie? Bo przecież oni przez te dwa przypadkowe spotkania dowiedzieli się o sobie tyle, co ludzie czasem nie odkryją przez całe życie. Ściągali wszystkie maski, odpowiadali na swoje pytania bez żadnych filtrów. Prosto z serca, od razu na język, bez wielkiego zastanowienia, ważenia wszystkich słów. Po prostu szczerze.
A Galen rzadko był szczery, dużo rzeczy chował za maską dupkowatego prezesa. Dużo rzeczy dusił gdzieś w sobie. A z nią się nimi dzielił. I kiedy ona podzieliła się z nim tym marzeniem o tym, żeby jej brat wyszedł z więzienia, to on poczuł, że chce to wiedzieć, dlaczego on tam jest. Nie dlatego, żeby ją ocenić, a po prostu, żeby mieć pogląd na całą sytuację, żeby wiedzieć o niej więcej. Poznać ją.
Tylko, że zaraz zrywali się z miejsca, w ostatniej chwili, żeby wysiąść na odpowiednim przystanku. Galen nawet nie wiedział, że on tak wygląda, więc w pierwszej chwili rozejrzał się dookoła. A w drugiej już czekał, żeby jednak uchyliła mu rąbka tajemnicy, za co siedział jej brat.
Doczekał się, chociaż najpierw przewrócił oczami, kiedy Maya powiedziała, że nie musi się martwić, bo nie za zabójstwo.
Narkotyki...
To akurat była taka kwestia, która w pewnym momencie też przewijała się przez życie Galen Wyatta i kto wie, czy gdyby nie jego pieniądze, to też nie skończyłby teraz zupełnie inaczej? Na pewno by skończył. Bo nie znalazłaby go pokojówka i nie odratowali by go w ostatniej chwili.
Pokiwał głową, może nawet kontynuowałby temat, ale co mógł jej powiedzieć, że mu przykro? Albo zapytać, czy mógłby jej jakoś pomóc? Obcy facet, jakoś tego nie widział. Chociaż z drugiej strony on przecież pomagał obcym, nie miał z tym problemu. Bo gdzieś tam pod fasadą dupka Galena, to przecież Wyatt miał dobre serduszko.
Za to widział już zaraz jej spojrzenie, kiedy zadzierała głowę do góry patrząc na ostatnie piętro budynku.
- Trzydzieści... pewnie są wyższe, ale i tak na samej górze jest fajny widok - stwierdził i podszedł bliżej, tak, że stanął z nią ramię w ramię. Trafiłby sam. Może nawet powinien się pożegnać, do tego następnego przypadkowego spotkania, ale chyba nie chciał...
Zerknął jeszcze raz na budynek, a potem niebieskie tęczówki przeniósł na jej twarz.
- Wejdziesz na drinka? - źle to brzmiało... A on już nie powinien pić drinków - to znaczy... chciałbym ci coś pokazać - chyba jeszcze gorzej? Chociaż z drugiej strony to wcale nie powiedział co, a opcji było dużo, od konsoli, o których kiedyś gadali, po małe kotki w piwnicy... to znaczy w penthousie.
Teraz Galen przestąpił z nogi na nogę zastanawiając się jak to ubrać w słowa, żeby nie brzmiało źle. Nie jak zaproszenie wycelowane w kolejną panienkę, której chciałby pokazać... sypialnię?
- Chciałbym żebyś weszła... - chyba to brzmiało po prostu najlepiej, jakoś tak szczerze. No bo naprawdę chciał. Nie chciał jeszcze kończyć tego spotkania, a potem liczyć, że znowu na siebie gdzieś przez przypadek wpadną. Mogli trochę pomóc losowi, skoro już tutaj byli, pod jego apartamentem.

Maya Parker

stay a little longer

: śr mar 18, 2026 3:27 pm
autor: Maya Parker
five


Wiele było wyjątkowego w ich spotkaniach. Zaczynając od tego, że wcale ich nie planowali i to los je na nich zrzucał, a kończąc na tym, że w ich trakcie otwierali się na siebie swobodnie i tak bardzo niepodobnie do person, które na codzień przybierali. Maya nie lubiła dzielić się swoim życiem. Mało kto wiedział, co siedziało w jej lokatej głowie, a jednak przy nim mówiła tak wiele. Opowiadała mu o swojej rodzinie, o problemach i marzeniach, chociaż tego największego problemu jeszcze mu nie powiedziała. I nie miała zamiaru.
Miała za to zamiar zachłysnąć się obrzydliwie wielkim budynkiem, który w osłonie nocy i zaraz pod gwiazdami, wyglądał naprawdę imponująco. Parker nie bywała w takich miejscach, nie były one przystosowane do jej marnej zawartości portfela i poziomu materialnego. Może dlatego tak bardzo zachwyciła się zwykłym budyniem? Czymś co on oglądał na co dzień, co nie robiło na nim żadnego wrażenia, dla niej było troche jak dla niego Wunderbary. Spuściła na niego wzrok dopiero, kiedy ponownie się odezwał. Zawiesiła na nim ciemne tęczówki.
- Taki z samej góry? Na pewno jest zajebisty - nic nie mogła poradzić na uśmiech, który pojawił się na jej twarzy, szeroki. Mogła sobie tylko wyobrażać. - pewnie widać z niego całe miasto, co? - dopytała. Nawet nie musiała za dużo kalkulować, by wiedzieć, że tak. Skoro miał trzydzieści pięter na pewno wszystko z niego było widać. Fajnie w sumie pewnie było mieszkać w takim miejscu. Dała tym myślom kilka sekund, nim była gotowa zebrać się do taktycznego odwrotu na pięcie. Tylko wtedy Galen zapytał, czy wejdzie na drinka, a ona otworzyła szeroko oczy.
- A drinka? - prychnęła głośno, patrząc na niego z niedowierzaniem. - jak ty ledwo stoisz. O patrz - i nawet dźgnęła go palcem prosto w klatkę piersiową. Może i się nie wywrócił, ale z pewnością cały się zachwiał, aż go finalnie musiała przytrzymać za materiał nieskazitelnego płaszczyka. Wyatt zdecydowanie miał już dość alkoholu jak na jeden wieczór. Wiedziała to, a jednak coś nie pozwalało jej tak po prostu mu odmówić. Jakaś część niej chciała iść z nim na górę. Spędzić jeszcze trochę czasu, pomóc szczęściu, które mogło ich w końcu opuścić.
Zajrzała głębiej w jego oczy, gdy usta wypowiedziały kolejne słowa. Chciał, żeby weszła. I jak ona mogła z tym dyskutować? Jak mogła odwrócić się na pięcie i odejść, kiedy miała okazję sprawdzić ten niesamowity widok, który nawet od dołu zapierał jej dech w piersi? Załapała więcej powietrza w płuca i przysunęła się do niego bliżej, ignorując przyśpieszone bicie serca.
- Dobra, Wyatt - powiedziała spokojnie, pozwalając, by powietrze z jej ust osadziło się na jego twarzy. - bierz mnie na górę - a potem odsunęła się i wywaliła ręce do góry, jakby oczekiwała, że weźmie ją na ręce i autentycznie zaniesie. Gorzej, że on chyba w to uwierzył. Chociaż co ona się dziwiła, jak on wszystko łykał jak pelikan?
- Nie no żartuje! Sama wyjdę - wykonała jeszcze jeden krok w tył, żeby nie miał jej jak złapać, a zamiast tego ona zgarnęła jego nadgarstek i znowu przerzuciła sobie przez ramię. Może i nabrał trochę powietrza, ale wciąż bujało nim jak flagą na wietrze i zdecydowanie potrzebował wsparcia. - dawaj, tutaj? - spytała jeszcze dla pewności, podchodząc do drzwi, przez które zaraz weszli. - prowadź złoty księciu.

Galen L. Wyatt