Strona 1 z 1

Seven devils

: śr mar 18, 2026 2:37 pm
autor: Cassandra Layton
Seven devils all around me
Seven devils in my house
See, they were there when I woke up this morning
I'll be dead before the day is done


Za piętnaście czwarta.
Ciemne, ołowiane chmury przykryły niebo — gdzieś za nimi czaiło się słońce. Pojedyncze snopy światła przedzierały się pomiędzy obłokami. Asfalt syczał, gdy ciepłe krople deszczu rozbijały się o twardą nawierzchnię. Jednostajny szum deszczu przerwał odgłos klaksonu. Podążyła wzrokiem za dźwiękiem. Patrzyła, jak parking powoli zapełnia się samochodami. Niektóre twarze była już w stanie rozpoznać. Uśmiechała się blado, gdy kolejna osoba mijała ją, kierując się do środka. Mokre ubranie ciężko przywarło do jej skóry, potęgując uczucie dyskomfortu, które towarzyszyło jej przy każdej wizycie w tym miejscu.
Wyjęła papierosa, ale nie zdążyła nawet włożyć go do ust, gdy mężczyzna w odblaskowej kamizelce pojawił się znikąd, wskazując na znak znajdujący się za nią. Zakaz palenia. Uniósła ręce do góry w geście poddania się.
Obeszła budynek, trzymając się zadaszonej części, nie chcąc jeszcze bardziej zmoknąć. Ziemisty zapach deszczu wymieszał się z dymem papierosowym, tworząc wokół niej gęstą, ciężką chmurę. Wzięła głęboki wdech, przetrzymując dym w płucach, wiedząc, że przez kolejną godzinę nie będzie mogła zapalić.
Deszcz powoli zaczął ustępować. Sięgnęła po telefon, by sprawdzić godzinę. Powinna już iść do środka. Nie zrobiła tego. Stała nieruchomo, jakby przyrosła do ziemi, niezdolna wykonać choćby jednego kroku. Nie chciała tam iść, ale obiecała, że przyjdzie. Znała zasady. To było jej trzecie, może czwarte spotkanie z tą grupą. Nie zabrała głosu ani razu — jedynie słuchała opowieści innych. Dzisiaj zapewne był ten dzień. Dzień, w którym zostanie poproszona o podzielenie się swoją historią.
Znała ten scenariusz na pamięć. Zacznie się wykręcać, a oni będą nalegać, zapewniając, że nie musi. Wszystkie oczy zwrócą się w jej stronę. Potem zapytają, jak się z tym czuje. Każdy będzie przytakiwał, cicho pomrukując, jakby rozumiał więcej, niż faktycznie rozumiał. Czasami ktoś rzuci złotą poradą typu: „Musisz żyć dzień po dniu”, a ona będzie udawać, że to najmądrzejsza rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszała.
Ojciec opuścił ją po raz pierwszy, gdy miała dziesięć lat. Jego odejście było nagłe, niespodziewane — choć były znaki, które sugerowały, że coś jest nie tak. Była jednak za młoda, by pojąć, co właściwie się działo.
Bawili się w chowanego. Ojciec kazał jej trzymać głowę nisko i się nie wychylać, żeby nikt ich nie zauważył. Gdy ktoś pukał do drzwi, udawali, że nikogo nie ma w domu. Chowała się wtedy w szafie, zakrywając usta dłońmi, by powstrzymać śmiech.
Tamtego dnia nikt nie pukał.
Nie liczył do dziesięciu, nie dawał jej czasu na schowanie się.
Pamiętała tylko jego dłonie, wyślizgujące się z jej uścisku. Paznokcie wbiła w jego skórę, desperacko próbując zatrzymać go przy sobie. Matka płakała, modliła się, zwracała do wszystkich bogów, jakich znała. Żaden nie wysłuchał.
Gdy wrócił, zaczęła szukać znaków, które wcześniej przeoczyła. Wyglądała zza okna, obserwowała policjantów robiących obchód, zapamiętywała numery rejestracyjne radiowozów. Wszystko, co odbiegało od normy, zgłaszała ojcu.
A on się z niej śmiał. Mówił, że tym razem jest inaczej, niepotrzebnie panikuje. Obiecał, że już wszystko będzie dobrze. Jedyna obietnica, której nie dotrzymał.
Szesnasta.
Budzik w telefonie zadzwonił, sygnalizując, że powinna już iść do środka. Odchyliła głowę do tyłu, wypuszczając z siebie przeciągłe, ciężkie westchnienie. Zajrzała do torebki, szukając piersiówki, do której wcześniej nalała rumu. Przechyliła ją, łapczywie pochłaniając zawartość.
Kątem oka dostrzegła mężczyznę, z którym uczęszczała na terapię. Trzymał w dłoni papierosa. Najwyraźniej pogonił go ten sam woźny, który chwilę wcześniej pogonił ją.
Przyłapana na gorącym uczynku zamarła, wciąż trzymając piersiówkę uniesioną do ust. Przełknęła alkohol, wierzchem dłoni przecierając twarz.
Po naszej grupie jest spotkanie AA. Słyszałam, że mają jeszcze wolne miejsca — zażartowała, unosząc lekko brew. Wyciągnęła w jego stronę piersiówkę, oferując łyk albo dwa. — Rhys, prawda? Cassie. Nie mieliśmy jeszcze okazji oficjalnie się przedstawić.
Normalnie nie podjęłaby rozmowy z nikim z tego kółeczka wzajemnej adoracji. Coś jednak podpowiadało jej, że w jego przypadku powinna zrobić wyjątek.

Rhys Madden

Seven devils

: sob mar 21, 2026 8:35 pm
autor: Rhys Madden
and now all your love will be exorcised
and we will find you saying it's to be better now
To wszystko było jakąś p i e r d o l o n ą farsą.
Zaczynała się w różnych godzinach - czasem, gdy któryś z bogów obdarzał go łaską, wlewając do jego mieszkania pierwszą szarość wschodzącego słońca. Choć nie wierzył w żadnego z nich, przekleństwem składał im swoje podziękowania, rozchylając sklejone piaskiem powieki i zmuszając się do wstania.
Czasem, jak dziś, farsa zaczynała się w środku nocy - od wrażenia, że przespało się ją całą, złudnego wypoczynku, który był jedynie fatamorganą umęczonego umysłu. Zerknięcia na zegarek, który pokazywał drugą trzydzieści. Wyczuciem wciąż mocnego posmaku alkoholu, który towarzyszył mu poprzedniej nocy - zaledwie niepełne dwie godziny wcześniej.
Już dawno przestał łudzić się, że zamknięcie oczu przywróci go do krainy snów, dlatego w każdym wypadku od chwili, w której uchylał powieki, do opuszczenia sypialni mijało zaledwie parę minut. Nienawidził swojego łóżka. Nienawidził grubej kołdry, której nigdy nie chciał kupować, a której teraz uparcie nie chował, przykrywając się wyłącznie połowicznie. Nienawidził ramki ze zdjęciem, patrzącym na niego każdego poranka. Nienawidził poduszki, która wciąż pachniała n i ą, choć zapach ten stawał się coraz słabszy każdego dnia.
Nienawidził świadomości, że któregoś dnia nie wyczuje jej wcale.
Farsa ustępowała tylko w jednym miejscu - w jego salonie. Przy stole, na którym rozłożone były dziesiątki akt, zdjęć, raportów, czerwonych krzyżyków i linii łączących osoby, które nie chciały być połączone. Sprawa, od której go odsunięto niemal natychmiast, gdy spróbował się zaangażować, a której nie zamierzał odpuszczać. Jej śmierć nadała mu c e l, który przerodził się w obsesję - tym bardziej, im bardziej usiłowano go odsunąć od ścieżki, na którą uparcie wkraczał.
Jej morderca wciąż gdzieś tam był, na wolności. Znał Sophie, jego Sophie. Była ostatnią osobą, która weszłaby do tej wanny, ostatnią, która nie zostawiłaby po sobie choćby jednej wiadomości, choćby jednej poszlaki, za którą mógłby podążyć.
Kochała go. Miłość nie wyglądała w ten sposób. Istniało inne wyjaśnienie, którego on nie był skłonny wsunąć pod dywan. Chwycił się go, z desperacją, rozpaczą pchającą go naprzód i determinacją, która nie ustępowała. Nawet wtedy, gdy kapitan złożył na jego ramieniu rękę, w pozornie troskliwym wyrazie wsparcia - po czym odebrał mu sprawę, w którą wepchnął się butami, bo nikt nie był skłonny mu w tym przeszkodzić. Nawet wtedy, gdy kazał złożyć mu na biurku odznakę i służbową broń.
Nawet, gdy wysłał go do tej pieprzonej doktor Colins, do zasuszonej, wrednej kobiety zasypującej go frazesami z podręczników, jakby cała jej specjalizacja psychiatryczna polegała na oglądaniu odpowiedniej ilości filmów w tym temacie.
Odbębniał swoje - nie dlatego, że pragnął wydobrzeć, ani tym bardziej by żyć dalej. Robił, co musiał, by odzyskać odznakę. By odzyskać możliwości, zasoby, narzędzia, które pozwalały mu kontynuować jego prywatną wendetę nawet, gdy wiedział, że na jej końcu może nie spotkać go nic dobrego.
Dzisiejszy dzień oferował jakiś przełom - być może to on wyciągnął go z łóżka po marginalnej ilości snu. Odznaka wróciła w jego posiadanie, wręczona przez ostrożnego kapitana z wyraźną groźbą odebrania jej ponownie, jeśli zaprzestanie chodzenia do doktor Colins. Albo na te idiotyczne kółka wzajemnego wsparcia, do których został wysłany, bardziej dla ich spokoju niż własnego - wręczony obcym ludziom, jak porzucone dziecko, którym trzeba było się zająć.
Ale Madden nie zamierzał się uzewnętrzniać.
Odmówił tego już raz, wiedział jednak, że zostanie o to poproszony ponownie. Nie wiedział, co kupiło mu chwilę spokoju - czy ton bezczelności, który zwykle odbierał innym argumenty, czy świadomość prowadzącego o jego zawodzie. Nikt nie zamierzał naciskać gliny.
Głos wyrwał go z zamyślenia, gdzieś za budynkiem, gdzie wygonił go pieprzony służbista, z którym zdążył się o to pokłócić. Papieros, który chwilę wcześniej był dla niego wart rozpoczęcia wojny, teraz tkwił w jego ustach, zapomniany. Woda spłynęła z jego mokrych od deszczu włosów, gasząc jego końcówkę, co dopiero teraz sobie uświadomił.
Odwrócił głowę, przyglądając się stojącej obok brunetce. Rozpoznawał ją z ich zajęć - wiecznie obserwującą wszystkich wokół, wciskającą w krzesło jakby mogła w jego wnętrzu zniknąć i nigdy nie zostać poproszona do głosu. Jego wzrok prześlizgnął się z jej twarzy, po wyciągniętej w jego kierunku piersiówce.
- Nie było jeszcze naszej kolejki w tym cyrku - wycedził, ale skrzętnie sięgnął po podarowane mu naczynie. Gdy wyciągnął ku niej ramię, poła jego kurtki odchyliły się lekko, ujawniając schowaną pod spodem broń w kaburze. Uniósł piersiówkę do ust, upijając z niej łyk. Gorzki napój otrzeźwiał, w ten sposób, którego nie dało się wytłumaczyć nikomu, kto przesypiał całe osiem godzin. - Nieładnie - dodał, a kącik jego ust sarkastycznie uniósł się w górę. - Mógłbym cię podkablować. Na pewno dają za to dodatkowe punkty.
Wypił kolejny łyk nim oddał naczynie dziewczynie, samemu grzebiąc za zapalniczką w kieszeni.

Cassandra Layton

Seven devils

: pn mar 23, 2026 10:41 pm
autor: Cassandra Layton
Ciemne oczy wbiła w niego, skanując każdy centymetr jego ciała. Bez wstydu przyglądała się mu, próbując zapamiętać jak najwięcej szczegółów, licząc, że jego wygląd zdradzi coś, czego sam nie chciałby jej powiedzieć. Zwróciła uwagę na to, co miał na sobie i w jakim stanie było jego ubranie. Przyjrzała się jego dłoniom, gdy sięgnął po piersiówkę — czy były czyste i zadbane. Bezczelną barwę w jego głosie już zapamiętała, ale w odróżnieniu od innych uważała ją za dość czarującą. Zdecydowanie bliższą temu, jak ona się czuła, aniżeli tej rozpaczy. W niej też była złość. Agresja, której ofiarą stawały się pobliskie bary i kruche obiekty. Wyładowywała ją na sobie, na innych, którzy „zaczęli pierwsi”. Trzymała się jej jak koła ratunkowego. To była tarcza przed pustką, która zadomowiła się w jej sercu. Dopóki była zła, nie musiała mierzyć się z nicością, która stała się nowym standardem.
Przekręciła głowę, dostrzegając broń schowaną pod kurtką. Uniosła brwi wyżej, ale nie wydawała się tym zdziwiona ani jakkolwiek onieśmielona. Wręcz przeciwnie — była zbyt zaintrygowana. W ostatniej chwili powstrzymała się przed zapytaniem go o to, nie chcąc zepsuć sobie zabawy, jaką było odgadnięcie, dlaczego mężczyzna na grupę wsparcia zabrał ze sobą broń. Ona też ją miała. Ojciec zostawił po sobie wiele rzeczy. W spadku otrzymała dom, pieniądze, samochody i kontakty, z których nie miała okazji korzystać. Dom sprzedała — był zbyt duży, za drogi w utrzymaniu. W dodatku wszystko w nim przypominało jej o tym, jakie życie mogli mieć, gdyby ktoś nie pociągnął za spust. Rzeczy ojca ukryła w wynajmowanym magazynie. Zawinęła je w folię, schowała do pudeł i zostawiła same, by porosły kurzem i zapomnieniem. I nie chodziło o to, że chciała o nim nie pamiętać, ale czasami miała wrażenie, że byłoby jej łatwiej. Może gdyby był złym ojcem, pojawiłaby się ulga zamiast cierpienia. Czas upływał, a jej nadal zdarzało się budzić rano i parzyć dwie kawy. Na śniadanie jadła jajecznicę z bekonem, której absolutnie nienawidziła, ale była jego ulubioną i zawsze mu ją przyrządzała. Jej mama wciąż mówiła o nim „jest”, a nie „był”. Czas teraźniejszy, choć jego istnienie należało już do przeszłości.
Myślisz, że dlaczego tu stoję? Jak będą naciskać, żebym coś powiedziała, to sobie w łeb strzelę — roześmiała się. W jej żarcie była nuta powagi. — Taka sześćdziesiona z ciebie? Nieładnie.
Położyła torebkę na ziemi, by zdjąć z siebie bluzę. Pod nią miała wiązaną na szyi koszulkę z odkrytymi plecami. Kolczyki przebijały się przez biały materiał. Kucnęła, trzymając materiał spódnicy, nie pozwalając jej się podwinąć. Energicznie szukała flakonu perfum, którymi oblała się, by zamaskować każdy niepożądany zapach, jaki mógł wyczuć terapeuta. Cytrusowo-mleczny zapach przebił woń dymu papierosowego. Uniosła głowę, by na niego spojrzeć. Przejęła od niego piersiówkę. Dopiła resztę i schowała ją do wewnętrznej kieszeni, gdzie była jej broń. Wiedziała czemu ją miała z sobą, ale dlaczego on ją miał? W pierwszej chwili pomyślała, że był policjantem, ale ona gliną nie była, a pistolet też posiadała. Nie miała pozwolenia na posiadanie. Gdyby mężczyzna to gdzieś zgłosił, zapewne poszłaby siedzieć, ale było jej to całkowicie obojętne. Miała gdzieś, czy żyje, czy nie. Czy jest zdrowa, czy chora. Jedyne, czego chciała, to świętego spokoju — może w więzieniu by go zaznała. Nie musiałaby pracować, silić się na uprzejme wymiany zdań, robić zakupów i opiekować się mamą. Życie przerosło ją dawno temu. Czynności oczywiste, które normalni ludzie wykonywali automatycznie, były dla niej męczącym obowiązkiem. Czasami umycie zębów rano wydawało się najtrudniejszym zadaniem, jakie kiedykolwiek musiała wykonać. Miała dość tego, że kosz na pranie był wiecznie pełny, że musiała codziennie myśleć o tym, co ugotować na obiad. Wkurwiało ją chodzenie do pracy, fałszywe mordy klientów i jej skurwiały kierownik. Próbowała żyć inaczej, ale każda próba kończyła się porażką. „Myśl pozytywnie” — krzyczeli ludzie, ale nikt nie umiał wskazać pozytywnej rzeczy, jaka pozostała w jej życiu.
Wstała, w dłoni trzymając paczkę papierosów. Odpaliła jednego i podała mu zapalniczkę, oszczędzając dalszych poszukiwań. Był od niej sporo wyższy, nawet w obcasach, przesunęła się tak, by zakrywał słońce, które zaczęło świecić jej prosto w twarz. Uśmiechała się do niego — niby była rozluźniona, ale nie opuszczała gardy, bacznie go obserwując. Odruch bezwarunkowy.
Kto cię zmusił do terapii? — zapytała. Tak obstawiała, że dobrowolnie tu nie był. Takie osoby zazwyczaj były aktywne, a nawet jeśli nie, to nie starały się wszystkich zniechęcić do zadawania pytań. W jej głosie było zrozumienie, ciekawość i zaintrygowanie. Trochę szukała zaczepki, pytanie czy mężczyzna da się zaczepić.

Rhys Madden

Seven devils

: pt mar 27, 2026 10:00 am
autor: Rhys Madden
Nie potrafiłby porównać chaosu, który jej zniknięcie zasiało w jego sercu. Być może dlatego gdy kolej padała na niego, nie mógłby odpowiedzieć nawet, gdyby pojawiła się w nim chęć do uczestnictwa. Nie potrafił rozwikłać tego kłębu, plątaniny żalu, goryczy i smutku, które z czasem splątały się ze sobą tak mocno, że jedno wrosło w drugie. Tkwiły w jego gardle gdy ktoś domagał się od niego odpowiedzi, chowały się w żołądku gdy wrzucał do mikrofali jedzenie, które mógłby odgrzać. Nigdy nie był w stanie o tym zapomnieć, o tej plątaninie emocji, pod którą chowała się wyłącznie pustka.
Wiedział wyłącznie co tkwiło na powierzchni.
Złość była ł a t w a, w jego dłoniach stała się narzędziem, po które sięgał bezwarunkowo. Jej ogień płonął mocno, wypalał go od środka, chowając wszystkie inne zagnieżdżone w jego wnętrzu emocje. Z jego pomocą trzymał z dala ludzi, którzy usiłowali mu pomóc - jakby było tu coś do zrobienia, czynność, którą mogli wykonać, dzięki której jego rzeczywistość znów nabrałaby jakiegoś pieprzonego s e n s u. To dzięki niej potrafił każdego dnia podnieść się z łóżka, to ona niosła jego kroki do salonu, do stołu na jego środku, którego blat wypełniony był aktami, notatkami, pozyskanymi zdjęciami.
Z czasem, nauczył się nawet być zły na n i ą. Na jej rzeczy, wciąż porozrzucane po jego apartamencie, fotografię patrzącą się w jego kierunku gdy otwierał oczy każdego ranka lub każdej nocy. Na ten prezent, który kupiła mu przedwcześnie i nie zdążyła wręczyć, a który tkwił schowany na dnie szafy. Na buty, z którymi nie wiedział co zrobić, a których miała tak cholernie dużo. Na jej ubrania, wciąż pachnące znajomymi perfumami, tkwiące w garderobie jakby któregoś dnia mogła wejść do środka i je założyć. Był wściekły na to wszystko, co posiadała, co wniosła do jego życia - i był wściekły na to, że ośmieliła się z niego w y j ś ć.
Złość była jego siłą napędową. Pchała go naprzód, w stronę poszukiwania czegoś, w czego istnienie przestał już wierzyć - sprawiedliwości. I choć walka wydawała się jałowa, i choć czuł, że na jej końcu nie znajdzie niczego, co przyniosłoby mu ukojenie, musiał się na niej skupić, inaczej zostałaby tylko ta pustka, i tylko przykrywająca ją kula emocji, w które nie chciał spoglądać.
Odzyskana broń była małym zwycięstwem. Miał ją przy sobie, ponieważ zjawił się tu prosto po odwiedzeniu komisariatu - a później, wieczorem, planował z nią udać się do Mimmo's, domagać się odpowiedzi od ludzi, którzy mieli podać za nie ogromną cenę.
Chwilowo jednak był t u t a j. Nie w tym co było, ani w tym co miało nadejść później. Przy przerzedzających się chmurach, włosach mokrych od deszczu i jego zgaszonym papierosie. A także przy tkwiącej przy nim kobiecie.
Jego wzrok prześlizgnął się po jej sylwetce gdy pochyliła się, odkładając torebkę na ziemię i zaczęła zdejmować z siebie bluzę. Dopiero teraz, na drugi rzut oka - wszak pierwszy był zarezerwowany do wysnuwania powierzchownych ocen i używania ich, by ranić - dostrzegł, jak bardzo różniła się od innych osób z ich grupy. Od tych przygaszonych osób w średnim wieku, którzy stracili w swoim życiu partnerów, przyjaciół lub dzieci. Od ich przygniecionych ciężarem barków, bruzd żałoby wymalowanych na szarych twarzach.
Była młoda, być może zbyt młoda by przychodzić w miejsce takie jak to. Jej oczy nie były przygaszone, tkwił w nich niezidentyfikowany błysk, który rozpoznawał we własnych - świadectwo tkwiącej pod powierzchnią złości. Nawet zaślepiony złością był w stanie dostrzec też, że była cholernie atrakcyjna.
I nie zmieniło tego wypowiedziane przez nią pytanie, zbyt bezpośrednie, zbyt osobiste - z rodzaju tych, na które nauczył się odpowiadać, gdy odpowiedź nie kosztowała go zbyt wiele.
- Praca - odrzucił z początku, krótko, niezbyt wylewnie. Przyjął wyjętą przez nią zapalniczkę z wdzięcznością. - Okazuje się, że gdy jesteś gliną, powinieneś móc udowodnić swoją poczytalność przełożonym. - zapalniczka kliknęła, płomień na jej końcu musnął końcówkę zgaszonego papierosa. Jego usta wygięły się w sarkastycznym uśmiechu gdy zaciągnął się tytoniowym dymem. - Według mnie zbędna biurokracja.
Promienie wychodzącego zza chmur słońca rozświetliły stojącą obok kobietę, wraz z tym podkoszulkiem, który wydawał się zdecydowanie zbyt żywy na miejsce, do którego mieli zaraz wejść.
- Czy to nie twoja kolej będzie dzisiaj? - zagadnął, oddając jej zapalniczkę. Krzywy uśmiech wciąż błąkał się na jego ustach. - Opowiedz nam o sobie, Cassie.

Cassandra Layton

Seven devils

: pt mar 27, 2026 6:35 pm
autor: Cassandra Layton
To było słodko-gorzkie uczucie — patrzeć w oczy swoim bliskim, wiedząc, że zawiedzie się ich kolejny raz. Jej życie było dla nich cenniejsze niż dla niej samej. Wszystko, co robiła, robiła dla nich, nie dla siebie. Tyle była im winna — po swojej nieudolnej próbie odebrania sobie życia, za bycie ciągłym problemem i ciężarem. Za pijackie eskapady, znikanie bez słowa na kilka dni. Za przesypianie całego dnia, ciągłe spóźnienia, brak zahamowań w wydawaniu pieniędzy. Za to, że tworzyła chaos wokół siebie. Na pewnym etapie zrozumiała, że musi coś z tym zrobić. Tylko zamiast przestać powtarzać krzywdzące ją schematy, zaczęła kłamać, że wszystko jest dobrze, bo nie chciała być dłużej ofiarą w czyjejś historii. To było tak kurewsko upokarzające. Było jej wstyd za to, jaką osobą się stała — że ze wszystkich osób właśnie ona.
Była kimś. O jej osiągnięciach pisano w gazetach, jej twarz widniała w sportowych wiadomościach. Udzielała wywiadów, doradzała innym, by byli cierpliwi, wierzyli w siebie. Mówiła o dyscyplinie, a teraz nie potrafiła wstać wcześnie rano. Obrzydzenie, jakiego nabrała do własnej osoby, było poza karą. Gdzieś głęboko rozumiała, co robi, znała ten schemat, a także jego rozwiązanie. O Cassie można było wiele powiedzieć: bezczelna, agresywna, prowokatorka — ale nazwanie jej głupią byłoby absurdem. Może właśnie ta samoświadomość była gwoździem do trumny. Rozumiała, że sama siebie karze za to wszystko. Nie walczyła o swoje życie, bo głęboko wierzyła, że właśnie sobie na to zasłużyła. A skoro Bóg nie zamierzał jej do siebie przyjąć, wymierzyć właściwej kary za jej grzechy, to jej obowiązkiem było egzekwować Jego prawo tu, na ziemi. I zabawne było to, że już chyba nawet w Niego nie wierzyła. Wciąż chodziła do kościoła, pomagała go przygotować przed większymi świętami, ale robiła to z poczucia obowiązku, z nawyku. Wiedziała, że gdyby ojciec żył, zbeształby ją za odsunięcie się od Boga, a jego zasady potrafiły pokonać śmierć.
Tak sądziłam, że jesteś gliną, tylko twarz masz ładniejszą od tych, których znam — powiedziała, zalotnie się uśmiechając i posyłając mu oczko. — A czy ktokolwiek z nas jest naprawdę poczytalny?
Nie lubiła policji. Takie zasady. Moralnie była rozdarta — rozumiała ich funkcję w społeczeństwie, ale jeszcze bardziej rozumiała korupcję, do jakiej się dopuszczali. Widziała to na własne oczy. Jej ojciec nie zawsze przecież był na celowniku, nie każdy z policjantów był „zły” albo „dobry”. Ciężko było to jasno nazwać, bo jeśli do ich domu przychodził funkcjonariusz, który wiedział, czym zajmuje się jej ojciec, to nazywali go dobrym człowiekiem — ale czy nie był zły? Skoro wiedział o przestępstwach, jakich dopuszczał się jej Martin, czy naprawdę powinien popijać z nim kawę i rozmawiać o wiadomościach, jakby nic się nie działo? Ci policjanci, którzy dokonali zatrzymania, wykonywali tylko swoją pracę. Takie były zasady gry, na to się godzili, wchodząc do tego świata.
Zbliżyła się do niego, naruszając jego przestrzeń osobistą. Stanęła naprzeciwko, zadzierając głowę do góry. Rękę wsunęła pod jego kurtkę, przesuwając nią powoli, by szybko złapać za jego broń. Instynktownie odsunęła się od niego, spodziewając się sprzeciwu, gwałtownej reakcji, na którą — umówmy się — właśnie liczyła. Jej uśmiech był jeszcze bardziej zalotny, a jednocześnie niebezpieczny. W oczach było coś nieokiełznanego — coś, co czekało, aż to ujarzmi, a może przeciwnie, da temu upust.
Broń w jej dłoni leżała naturalnie, nie pierwszy raz przecież ją trzymała. Długie, szpiczaste paznokcie, pomalowane różowym brokatowym lakierem, kontrastowały z ciężkim metalem. Obejrzała ją dokładnie, obracając się do niego plecami, tak gdyby próbował jej ją zabrać. Przystawiła ją do głowy i teatralnie ją odchyliła.
Pooof… mówiłam, że sobie strzelę — roześmiała się. Obejrzała ją z każdej strony, a gdy skończyła inspekcję oddała mu ją. Westchnęła ciężko, gdy jej telefon ponownie zaczął dzwonić, poganiając ją do środka. Zbluzgała urządzenie, choć sama nastawiła ten alarm, wiedząc, że będzie próbowała wymigać się od tego cyrku. — Opowiedz nam coś o sobie, pfff, dobre kurwa. Zaczynają ten pierdolony teatrzyk od powiedzenia, że to bezpieczne miejsce, że możesz mówić, co czujesz. Tak, kurwa? Zabawne, zawsze gdy to robię, to mnie uciszają — zaczęła mówić o czymś, co ciążyło jej na sercu od bardzo długiego czasu. Musiała to powiedzieć, bo inaczej by się udusiła. — To wszystko jest takie żałosne. Słucham tych ludzi i gryzę się w język, by czasem nie urazić tych ich delikatnych uczuć. Są tutaj, bo nie radzą sobie ze stratą. Ich bliscy byli chorzy, męczyli się długi czas, a oni zamiast odczuwać ulgę, że ich ból już minął, to kurwa wyją. Albo ktoś zginął w nieszczęśliwym wypadku, któremu nie był winny żaden człowiek. Mam siedzieć tam i udawać, że rozumiem? Że ich wspieram w tym? Mój ojciec nie żyje, bo ktoś go zamordował. Był i go nie ma, bo ktoś przywłaszczył sobie jego życie!
Cassandra stanowiła zagrożenie wybuchowe, była łatwopalna — iskierka wystarczyła, by cała zajęła się ogniem. To właśnie teraz miało miejsce, nastąpił samozapłon.
Kurwa, jak mam żyć, wiedząc, że ten skurwiel, przez którego całe moje życie legło w gruzach, chodzi sobie po wolności? Kurwa! Dlatego się nie mogę odzywać, bo kogoś, kurwa, zwyzywam, a oni są zbyt delikatni, by usłyszeć coś takiego! — Zacisnęła szczękę, zgrzytając zębami. Przekleństwa robiły za przycinki, jej wypowiedź brzmiała chaotycznie, ale miała na myśli każde wypowiedziane słowo. Zaciągnęła się papierosem, ręka jej drżała, ona cała dygotała z nerwów. Oglądała się, szukając czegoś, co mogłaby zniszczyć, ale nic odpowiedniego nie namierzyła. Więc stała, nie wiedząc, co zrobić z dłońmi, które same zaciskały się w pięści, gotowe, by w coś przywalić. Patrzyła na niego, ich złość się starła i na chwilę wyglądało to tak, jakby czekała na zgodę, by go uderzyć, mimo że nie chciała go skrzywdzić. — Przepraszam, poniosło mnie. W sumie to nie, nie przepraszam, było mnie nie prowokować.

Rhys Madden

Seven devils

: sob kwie 04, 2026 11:37 am
autor: Rhys Madden
Jego destrukcyjność miała zupełnie inne oblicze - skondensowane do jego osoby, jego życia i czterech ścian, w których je zamykał. Nigdy nie utrzymywał większego kontaktu ze swoją rodziną, teraz ograniczoną wyłącznie do tkwiącej w ich przeklętym domu matki, więc sporadyczny telefon ze standardową formułką wymienianą przez ich oboje nie odstawał od normy. Na komisariacie miał renomę trudnego w obyciu jeszcze zanim świat odebrał mu jedyne, co utrzymywało go w ryzach.
Jednocześnie ta utrata, na swój sposób, mu p o m o g ł a.
Nikt nie próbował doprowadzić go do porządku gdy wpełzał na komisariat spóźniony ani gdy siedział w nim do nocy. Nikt nie robił mu problemu gdy z jego ust wydobywały się wyłącznie nieprzyjemności i przekleństwa. Gdy pieczołowicie budował mur, oddzielający go od reszty społeczeństwa, to wszystko było dla nich zrozumiałe. Nikt nie próbował się przez niego przebić, naiwnie zakładając, że któregoś dnia, zejdzie sam. Że ten mur był naturalną koleją rzeczy dla pogrążonego w żałobie mężczyzny, dla którego inni ludzie stali się zbytecznym problemem, a nie podporą, z której mógłby skorzystać.
Ale miejsce za tym murem było niebezpieczne. Malowało świat czernią i bielą, nie dostrzegając wszystkich szarości tkwiących po środku. Dystans sprawiał, że czynności, które wcześniej wydawały mu się niewybaczalne, teraz nie miały w sobie większej wagi.
Dystans przekształcił go w narzędzie, skupione wyłącznie na jednym - zemście.
Kąciki jego ust uniosły się w górę w odruchu na rzucony przez nią komplement, sprzedany w tym flirciarskim tonie, który bardziej kojarzył mu się z wnętrzami barów niż z krawężnikiem przed ośrodkiem wzajemnej pomocy. Nagły błysk w oczach kobiety powinien zwrócić jego uwagę, stanowić zapowiedź do tego, co miało nadejść - ale jego umysł pracował ociężale, zamroczony ostatnimi tygodniami. Łączył fakty w spowolnionym tempie i nim zdążył się na to przygotować, nim zdążył to przewidzieć, Cassandra ruszyła naprzód, w tę przestrzeń, która miała być osobista.
A która stała się wspólna.
Wyczuł jej perfumy, wkradające się w powietrze, którym oddychał. Dostrzegł łobuzerski uśmiech gdy niespodziewanie sięgnęła do niego ręką - dłoń wsunęła się pod materiał kurtki, zostawiając po sobie linię napięcia na schowanych pod spodem mięśniach. Było w tym coś b e z c z e l n e g o, w tym sposobie, w którym trzepotała rzęsami, odwracając uwagę od tego, że nie on był jej celem - że była nim schowana w jego kaburze broń.
Instynkt zadziałał szybciej, nieotępiony ani żałobą, ani jej urokiem. Gdy sięgnęła po pistolet, jego dłoń wystrzeliła w górę, zacisnęła się na kobiecym nadgarstku w pierwszym, bezwarunkowym odruchu, który mógł być największą jego cechą, która w tym momencie kojarzyła się z byciem gliną. Zaraz po tym, po tym ułamku sekundy, przypomniał sobie, że wcale się nim nie c z u ł. A w ten niepoczytalny sposób, jego palce rozwarły się, pozwalając jej wydobyć broń, z całkowitym brakiem zaangażowania w to, jak to wszystko może się skończyć.
Jego destrukcyjność była ograniczona - ale wciąż skierowana do bezpośredniego otoczenia.
Przekrzywił głowę, z rozbawieniem patrząc jak kobieta się nią b a w i. Wypuścił tytoniowy dym z płuc w stronę nieba, przyjmując ją z powrotem gdy wreszcie mu ją oddała - z mniejszą urazą względem tego, co zrobiła, niż powinien mieć dobry glina.
I nadal po prostu s t a ł, stoicki, względnie opanowany, gdy wściekłość wylała się z kobiety, znajdując ujście w agresywnych słowach. I choć brzmiało to niepoczytalnie, choć przypominało bezsilność, przelewającą się w furię, choć mogło go s p a l i ć, wszystko to, co mówiła, rezonowało w nim do głębi. Chwytało za te struny w jego sercu, do których nie sięgali ludzie na komisariacie, nie zbliżali się nawet inni ludzie na ich grupce pomocy, którzy nie mogli wiedzieć jakim uczuciem była świadomość tego, że ktoś nie zginął, a został ci odebrany.
Przez kogoś, kto wciąż chodził na wolności.
Wzmianka o prowokacji sprawiła, że na jego ustach znów pojawił się pełen rozbawienia uśmiech. Wyrzucił papierosa z ust, zgniatając go butem na wciąż mokrym podłożu obok nich. Nigdy nie był osobą wylewną, jego partnerzy w pracy nieustannie oskarżali go o bycie mrukiem, nie miał więc rozległej odpowiedzi, którą mógłby jej udzielić.
Podejrzewał jednak, że wcale jej nie oczekiwała.
- Niedaleko stąd jest bar - rzucił, krótko, ale znacząco - nie zamierzał dziś wchodzić do tej sali i słuchać tego pierdolenia, które było prawdziwą prowokacją, a nie to, co zrobił. - Znacznie lepiej rozmawia się o wspólnych traumach nad szklanką podłego alkoholu - dodał, jakby nie wyczuła w jego sugestii zaproszenia.
Choć podejrzewał, że nie będzie miała z tym problemu.

Cassandra Layton

Seven devils

: śr kwie 15, 2026 2:39 am
autor: Cassandra Layton
Nie uciekł, nie kazał jej przestać... uśmiechnął się. Tak zwyczajnie, normalnie, że przez moment sama poczuła się równie zwyczajnie. Zrozumienie. Tak głośno krzyczała, tak ostentacyjnie manifestowała gniew, który zjadał ją od środka, a wszystko to były przecież tylko słowa rzucane w eter, odbijające się od pustych ścian, nigdy naprawdę niewysłuchane. A teraz, kiedy najmniej się tego spodziewała, ktoś rzeczywiście ją usłyszał. Po prostu. Nie musiała już niczego tłumaczyć, rozbierać na części każdego słowa ani wyjaśniać, co właściwie miała na myśli.
Zrozumienie. Czy właśnie tego szukała przez cały ten czas? Tak długo błądziła, szukając koła ratunkowego, kiedy tonęła w kłamstwach, złych nawykach, a wystarczyło to? Jeden uśmiech, zaproszenie na drinka? Zamrugała, wybita z rytmu. Jego reakcja była bardziej niż pożądana, ale ona była tak przyzwyczajona do rozczarowania, że nie potrafiła nawet przewidzieć pozytywnego zakończenia. Nie odrzucił go jej średnio przyjemny ton, ta pozorna nonszalancja, niepokojący spokój ani to, jak złapał ją, kiedy na moment przywłaszczyła sobie jego własność. Ale to? To całkowicie wybiło ją z rytmu. Chyba łatwiej zniosłaby uderzenie, chociaż to było jak prawy sierpowy.
Wahała się z odpowiedzią, ale nie dlatego, że nie chciała z nim wyjść. Wręcz przeciwnie — bardzo chciała. Po prostu zaniemówiła. Tak przywykła do okropnych uczuć, że każde dobre odbierała jak zagrożenie. Dobre chwile były tylko ciszą przed kolejną burzą. Proszeniem się o jeszcze większy zawód, bo kiedy stracisz wszystko i nie walczysz już o nic więcej, świat nie ma ci już nic do odebrania. I tak żyło się łatwiej — bagatelizując wszystko, nie biorąc niczego na poważnie. Zostając na dnie, nie da się upaść niżej. Można uchronić się przed kolejną stratą.
Nieświadomie ją rozbroił. Widocznie poruszona, a może po prostu trochę wystraszona, odsunęła się. Dystans, który przed chwilą zanikł, znów stał się jej potrzebny. Klatka piersiowa unosiła się i opadała nierówno, oddychała ciężko, jakby dopiero co przebiegła maraton. Wlepiła w niego ciemne oczy, odsłaniając wszystko, co do tej pory próbowała ukryć, a on mógł czytać z niej jak z otwartej księgi. Była całkowicie bezbronna.
Nie odpowiedziała na jego zaproszenie słowami, tylko pokiwała głową, zgarniając wszystkie swoje rzeczy. Ruszyła w stronę baru, doskonale znając drogę. Odwrócona do niego plecami, otarła łzy, nie mogąc pozwolić, by patrzył na to dłużej. Dopiero kiedy poczuła, że odzyskała nad sobą choć odrobinę kontroli, odwróciła się i wyciągnęła ręce w jego stronę, jakby go poganiała. Swoje poruszenie przykryła ekscytacją, promiennym uśmiechem i lekkością, z jaką się prowadziła. Uniosła twarz ku słońcu, gdy kolejne promienie padły na nich obu. Spokój. Dawno tego nie czuła. Zabawne, że czasem tak niewiele było trzeba, żeby go zaznać. Może to jakieś zaburzenie osobowości. A może antydepresanty, które rano połknęła na pusty żołądek. Wydawało się, że nie było już sposobu, żeby cokolwiek poprawiło jej dziś humor, a jednak — proszę. Nie nadążała za tą huśtawką emocji. Nie kontrolowała tego, co czuła, ale podobno właśnie tak działały emocje. Tak przynajmniej mówili na terapii, z której właśnie uciekali.
Co musi zrobić glina, żeby uznali go za niepoczytalnego? — zapytała głośno, idąc krok przed nim. — Myślałam, że to taka niepisana zasada w waszym zawodzie — dodała z sarkastycznym rozbawieniem, prychając pod nosem. Jakby nie patrzeć, wciąż był gliną, a ona miała się z nimi nie zadawać i zawsze na nich uważać. Nawet jeśli mieli przystojną twarz, byli wysocy i proponowali wypad do baru zamiast terapii, której ewidentnie potrzebowała. Mógł wyczuć, że coś było na rzeczy. Słowo „glina” wypowiadała w ten swój uliczny, gardzący sposób, z domieszką sarkazmu i niepokoju.
Po drodze palili. Szła pewnym krokiem, z wysoko uniesioną głową, oglądając się za siebie tylko po to, żeby upewnić się, że wciąż jest obok i że nagle nie zmienił zdania, postanawiając przed nią uciec. Zrozumiałaby, gdyby się wycofał. Prawdopodobnie łatwiej zniosłaby to niż to, co wydarzyło się przed chwilą na parkingu. Kiedy dotarli do baru, poprosiła go, żeby zamówił jej coś mocnego, po czym przeprosiła i skierowała się do łazienki. Zamknęła się w niej, dając sobie chwilę na złapanie oddechu. Poprawiła włosy i makijaż. Nie wyglądała źle. Gdyby wzięła ze sobą parasolkę, wyglądałaby jeszcze lepiej. Kiedy wróciła, usiadła naprzeciwko niego, wyciągając nogi i opierając je o krzesło obok. Poprawiła spódnicę, która zasłaniała blizny.
Powiesz mi coś sam z siebie, czy lubisz, jak kobiety ciągną cię za język? — Wzięła łyk alkoholu, nie spuszczając z niego wzroku. — Mogę spróbować coś z ciebie wydusić, jeśli cię to kręci. Tylko musisz mi powiedzieć, jak lubisz. — Podrywanie go było akurat prostą przyjemnością. Dawało jej marne, ale wciąż wyczuwalne poczucie kontroli nad tą rozmową. Przechyliła szklankę i dwoma łykami opróżniła jej zawartość. Otarła usta wierzchem dłoni, po raz kolejny ścierając błyszczyk, który dopiero co poprawiła. — Byłeś tu już kiedyś?

Rhys Madden

Seven devils

: pt kwie 17, 2026 11:46 pm
autor: Rhys Madden
Znał to przedstawienie.
Wściekłość, która służyła za narzędzie bardziej niż bezwarunkowo odczuwaną emocję. Z jej pomocą trzymał ludzi z dala od siebie, czy to na komisariacie, czy gdziekolwiek indziej. Wściekłość budowała mury, z pomocą których tkwił w miejscu, z którego nie dało się dostrzec świata zewnętrznego. Trzymała na dystans każdego, kto chciałby spróbować nawiązać z nim konwersację - ponieważ o czym, do cholery, miałby z nimi rozmawiać?
Nikt nie był w stanie zrozumieć tego ognia, który buzował w jego żyłach. Tej desperackiej potrzeby autodestrukcji, schowanej głęboko pod wieloma warstwami potrzeby z e m s t y. Nieracjonalnej chęci chwycenia za butelkę i rzucenia nią w ścianę wyłącznie po to, by poranić się następnego ranka, podnosząc roztrzaskane fragmenty szkła z podłogi.
By coś p o c z u ć.
Dostrzegł, że jego spokój był poniekąd krokiem za daleko. Odmawiając uczestnictwa w jej teatrzyku, jednocześnie osadził się po jej stronie - nie pośród widowni, obserwującej jej niestabilność emocjonalną. Na scenie, tuż obok niej, w tym cichym zrozumieniu, którego nie mógł zaoferować nikt inny.
Oferował jej dystans gdy ruszyła pierwsza w stronę baru. Byłby złym gliną gdyby nie dostrzegł tego, jak znalazła się w rozsypce. Znał ten stan, przychodzący znikąd, pojawiający się nagle - w jednej chwili wściekłość trzymała go w ryzach, w drugiej desperacko szukał jej fotografii wyłącznie po to, by móc rozbić się na kawałki, w tej niemal perwersyjnej potrzebie odczuwania bólu gdy codzienność wymuszała na nim spokój.
- Musi próbować znaleźć tego skurwiela, który chodzi na wolności - odparł, zaskoczony własną szczerością. On nie r o z m a w i a ł, nie mówił o takich rzeczach, nigdy wprost. Nigdy osobie, która o to po prostu spytała. Ale z jakiegoś powodu gdy szli razem w stronę  baru, o którym wspomniał, jej mógł to powiedzieć. Czuł, że operują na tym samym poziomie, nieważne jak niski by on był, jak bardzo popierdolony i niestabilny. - Wykorzystując do tego swoją odznakę.
Wnętrze baru było znajome, tak samo jak oblicze barmana stojącego za ladą. Gestem ręki wskazał mu by polał dwukrotnie whisky do szklanek, podłą whisky. Jego pierwszy partner w roli detektywa zawsze mawiał, że na smutno nigdy nie powinno się pić dobrego alkoholu.
Nie pamiętał kiedy ostatnio pił coś, co nie było podłe.
Obserwował ją gdy wracała z toalety, samemu siedząc już przy jednym ze stolików. W środku dnia klientela baru była skąpa, oferując niemal intymne warunki. Skłamałby mówiąc, że był w tym miejscu, o tej porze, po raz pierwszy. Z charakterystyczną swobodą rozsiadł się w loży, z popielniczką leżącą na blacie i papierosem w dłoni.
Paczkę zostawił obok, między nimi. Czuł, że dziewczyna może chcieć z niej skorzystać.
- Byłem - odparł oszczędnie, wypuszczając powietrze z ust. Wraz z nim, w stronę sufitu uniosła się gęsta chmura tytoniowego dymu. Jego wzrok prześlizgnął się po jej sylwetce, po wyłożonych na krześle nogach, krótkiej spódnicy, która ledwie zasłaniała jasny ślad na jej udach. Jej uwagi o kobietach ciągnących go za język sprawiły, że kącik ust podjechał mu w górę w cieniu prawdziwego uśmiechu, dłoń zaś sięgnęła do szklanki alkoholu, upijając sowitego łyka. - Nie lubisz policjantów, Cassie?

Cassandra Layton

Seven devils

: pn kwie 20, 2026 9:24 pm
autor: Cassandra Layton
Zemsta zdawała się jedynym rozwiązaniem dla takich jak oni. Elastyczny kręgosłup moralny pozwolił jej uśmiechnąć się do samej siebie, nie dostrzegając niczego złego w postępowaniu mężczyzny. Jego działanie według niej było jak najbardziej właściwe, zazdrościła mu tej możliwości, pogodzona z tym, że ona najprawdopodobniej nie będzie miała takiej okazji. Wtedy nie wiedziała, że jeszcze stanie twarzą w twarz z tym, który wyrządził jej tę krzywdę, że sam wręczy jej pistolet, którym mogłaby wymierzyć sprawiedliwość. Życie za życie — niby tak prosta zasada, ale odeszli od niej w imię prawa, które tak łatwo mogli oszukać. System zdawał się obojętny wobec ludzi takich jak jej ojciec, zakładał równość, której nikt nie egzekwował. Martin Layton zasługiwał na to, by jego mordercę spotkała kara, a jego córkę spokój. Była zbyt młoda, by tak marnować sobie życie; porzuciła marzenia, zrezygnowała z pasji, odnajdując komfort na dnie butelki. Fantazjowała o tym, co zrobiłaby temu, kto go zabił, i z każdym razem stawała się śmielsza, układając coraz okrutniejsze plany.
Odnalazłeś go? — zapytała głosem pełnym nadziei. Bo choć praktycznie się nie znali, a ona sama była opętana własną żałobą, potrafiła dostrzec także jego. Współczuła mu, może nawet bardziej niż sobie. Kiedyś nazwałaby się osobą empatyczną, pełną zrozumienia wobec innych ludzi. Zamknęła się jednak w wieży Babel, gdzie każdy mówił w nieznanym jej języku. Nie była już córką swojego ojca, zawiodła swoją matkę. To cud, że udało jej się jeszcze kogoś przy sobie zatrzymać. Zrozumiałaby, gdyby odeszli, nawet jeśli ona im nigdy by tego nie zrobiła. Wzięła papierosa, odpaliła go i odchyliła się do tyłu, zaczynając bujać się na krześle. Uśmiechnęła się razem z nim, a na jego pytanie odpowiedziała niemal od razu.
Moje pierwsze słowo to było jebać, drugie policję — udzieliła kolejnej, mało poważnej odpowiedzi. Chowała się za poczuciem humoru, unikając odpowiedzi na zbyt trudne pytania, ciężkie przemyślenia. Dopóki się śmiała, nie było z nią jeszcze tak źle. Moment, w którym przestanie, będzie tym, w którym ponownie targnie się na swoje życie, a przecież obiecała, że więcej tego nie zrobi. Nic więcej jej nie zostało, jak śmiać się z marazmu własnego życia. Tu odpowiedź była oczywista, ale kryło się za nią drugie dno. W zwyczaju miała o tym nie rozmawiać, nie mogła, bo narażała tym ojca na niebezpieczeństwo, i tylko nieliczni mieli prawo wiedzieć, kim był naprawdę. Teraz było to jej wszystko jedno. — Mój ojciec był w więzieniu sześć lat, wyszedł wcześniej za dobre sprawowanie. Zapewne teraz przewraca się w grobie, widząc, z kim siedzę przy stole.
Paznokciem zahaczała o skórki, rozdrapując je do krwi. To już zawsze miało być częścią jej życia. Ręce miała lepkie, nie miała problemu z przywłaszczeniem sobie czegoś, co do niej nie należało. Chodziła z bronią, bojąc się zagrożenia, które zabrało jej ojca, ale ono nie nadchodziło. Była na ty z szemranymi ludźmi, do niektórych wciąż mówiła „wujku”.
Jesteśmy z dwóch różnych światów, Rhys.
Mimo to jego obecność jej nie przeszkadzała, nie czuła się przez niego zagrożona. Była z natury ciekawa innych ludzi, zwłaszcza tych odmiennych od siebie. Było coś fascynującego w historiach obcych, a poznawanie ich przypominało układanie puzzli. Chciała wiedzieć więcej. Patrzyła na niego przenikliwym wzrokiem, chcąc wejść mu do głowy, przeczytać jego myśli jak ulubioną książkę. Tak na wszelki wypadek gdyby to był ostatni raz, kiedy siedzieli razem przy drinku. Uśmiechała się łagodnie, upiła łyk whisky, palcem wodząc po szkle, podczas gdy w drugiej dłoni trzymała żarzącego się papierosa, z którego popiół spadł na podłogę obok niej.
Mogę zapytać, co się stało?

Rhys Madden

Seven devils

: ndz kwie 26, 2026 7:41 pm
autor: Rhys Madden
Zemsta była jedynym rozwiązaniem.
Musiał posuwać się naprzód, musiał mieć jakiś cel przed sobą, który mógłby realizować. Bo co innego mu pozostawało? Puste mieszkanie, w którym każdy kąt przypominał mu o tym, co utracił? Odznaka, która straciła już na swoim znaczeniu? Jakim był policjantem, jeśli nie potrafił nawet uchronić najważniejszej osoby w swoim życiu? Co mógłby zaoferować społeczeństwu, poza swoim gniewem?
Nie zamierzał się zatrzymywać, ani tym bardziej nie zamierzał zerkać w tył. Zemsta była oczywista, była też łatwa - jak wściekłość, którą się posługiwał, by z jej pomocą odsuwać od siebie to, co trudne.
- Jeszcze nie - przyznał, z pomrukiem gniewu chowającym się gdzieś na dnie jego głosu. - Ale znajdę go.
Wiedział, że to się wydarzy.
Niezależnie od tego, czego będzie to od niego wymagać, jakimi kanałami będzie zmuszony się posługiwać, ani do jakich rzeczy będzie musiał się posunąć. Znajdzie tego skurwiela, który ośmielił się mu ją o d e b r a ć, choćby miało to być ostatnie, co zrobi w tym żałosnym życiu.
Jej odpowiedź wygięła jego usta w uśmiechu, który był zaskakująco szczery. Nie byłaby pierwszą osobą, z którą rozmawiał, a które miała takie, a nie inne zdanie o policji. Rozbawiło go jednak to, jak przyznała się do tego bez żadnych oporów. Większość osób próbowała udawać, że miała odmienne zdanie nawet, jeśli to prawdziwe mieli wypisane na twarzy.
- Może tak, może nie - odparł, zaciągając się papierosowym dymem i posyłając go w stronę sufitu. - Mój ojciec miał ciężką rękę. Wychowałem się w pogardzie do policjantów, którzy nigdy nie potrafili nic z tym zrobić.
Przekrzywił głowę, niepewny, dlaczego w ogóle o tym mówi - może dlatego, że Cassie była z nim szczera, więc i on odwdzięczał jej się tym samym. Może zabrnął tak daleko w swojej wściekłości i żałobie, że było mu to wszystko jedno, bo zmierzał do miejsca, z którego nie było już odwrotu.
- Chciałem być tym innym - dodał, z ironią, teatralnym machnięciem dłoni prezentując swoją osobę jako przykład wspaniałego, błyszczącego gliny, który dla odmiany zrobiłby coś z taką sytuacją, w przeciwieństwie do tamtych. - Wyszło jak wyszło.
Sięgnął po szklankę alkoholu. Jej pytanie było trudne, sprawiło, że zaschło mu w gardle i odczuł przemożną potrzebę zwilżenia go gorzkim whisky. Nie przewidział jednak, że gdy uniesie szklankę do ust, haustem wypije całą zawartość.
Uniósł rękę w górę, wskazując przechodzącemu barmanowi, że przyda im się druga kolejka.
- Moja narzeczona nie żyje - odparł, krótko, lakonicznie, w sposób kompletnie pozbawiony szczerości, którą niosła ze sobą jego poprzednia odpowiedź. Odchrząknął, zamiast tego skupiając się na niej. Tak było wygodniej. - Twój ojciec był kryminalistą - rzucił, pół żartem, pół serio, ponieważ był ostatnią osobą, która mogłaby go oceniać. Oceniał wyłącznie własnego, a ten również przewracał się już w grobie, choć prawdopodobnie nie zrobił niczego wykraczającego poza prawo. - Poszłaś w jego ślady?

Cassandra Layton