Seven devils in my house
See, they were there when I woke up this morning
I'll be dead before the day is done
Za piętnaście czwarta.
Ciemne, ołowiane chmury przykryły niebo — gdzieś za nimi czaiło się słońce. Pojedyncze snopy światła przedzierały się pomiędzy obłokami. Asfalt syczał, gdy ciepłe krople deszczu rozbijały się o twardą nawierzchnię. Jednostajny szum deszczu przerwał odgłos klaksonu. Podążyła wzrokiem za dźwiękiem. Patrzyła, jak parking powoli zapełnia się samochodami. Niektóre twarze była już w stanie rozpoznać. Uśmiechała się blado, gdy kolejna osoba mijała ją, kierując się do środka. Mokre ubranie ciężko przywarło do jej skóry, potęgując uczucie dyskomfortu, które towarzyszyło jej przy każdej wizycie w tym miejscu.
Wyjęła papierosa, ale nie zdążyła nawet włożyć go do ust, gdy mężczyzna w odblaskowej kamizelce pojawił się znikąd, wskazując na znak znajdujący się za nią. Zakaz palenia. Uniósła ręce do góry w geście poddania się.
Obeszła budynek, trzymając się zadaszonej części, nie chcąc jeszcze bardziej zmoknąć. Ziemisty zapach deszczu wymieszał się z dymem papierosowym, tworząc wokół niej gęstą, ciężką chmurę. Wzięła głęboki wdech, przetrzymując dym w płucach, wiedząc, że przez kolejną godzinę nie będzie mogła zapalić.
Deszcz powoli zaczął ustępować. Sięgnęła po telefon, by sprawdzić godzinę. Powinna już iść do środka. Nie zrobiła tego. Stała nieruchomo, jakby przyrosła do ziemi, niezdolna wykonać choćby jednego kroku. Nie chciała tam iść, ale obiecała, że przyjdzie. Znała zasady. To było jej trzecie, może czwarte spotkanie z tą grupą. Nie zabrała głosu ani razu — jedynie słuchała opowieści innych. Dzisiaj zapewne był ten dzień. Dzień, w którym zostanie poproszona o podzielenie się swoją historią.
Znała ten scenariusz na pamięć. Zacznie się wykręcać, a oni będą nalegać, zapewniając, że nie musi. Wszystkie oczy zwrócą się w jej stronę. Potem zapytają, jak się z tym czuje. Każdy będzie przytakiwał, cicho pomrukując, jakby rozumiał więcej, niż faktycznie rozumiał. Czasami ktoś rzuci złotą poradą typu: „Musisz żyć dzień po dniu”, a ona będzie udawać, że to najmądrzejsza rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszała.
Ojciec opuścił ją po raz pierwszy, gdy miała dziesięć lat. Jego odejście było nagłe, niespodziewane — choć były znaki, które sugerowały, że coś jest nie tak. Była jednak za młoda, by pojąć, co właściwie się działo.
Bawili się w chowanego. Ojciec kazał jej trzymać głowę nisko i się nie wychylać, żeby nikt ich nie zauważył. Gdy ktoś pukał do drzwi, udawali, że nikogo nie ma w domu. Chowała się wtedy w szafie, zakrywając usta dłońmi, by powstrzymać śmiech.
Tamtego dnia nikt nie pukał.
Nie liczył do dziesięciu, nie dawał jej czasu na schowanie się.
Pamiętała tylko jego dłonie, wyślizgujące się z jej uścisku. Paznokcie wbiła w jego skórę, desperacko próbując zatrzymać go przy sobie. Matka płakała, modliła się, zwracała do wszystkich bogów, jakich znała. Żaden nie wysłuchał.
Gdy wrócił, zaczęła szukać znaków, które wcześniej przeoczyła. Wyglądała zza okna, obserwowała policjantów robiących obchód, zapamiętywała numery rejestracyjne radiowozów. Wszystko, co odbiegało od normy, zgłaszała ojcu.
A on się z niej śmiał. Mówił, że tym razem jest inaczej, niepotrzebnie panikuje. Obiecał, że już wszystko będzie dobrze. Jedyna obietnica, której nie dotrzymał.
Szesnasta.
Budzik w telefonie zadzwonił, sygnalizując, że powinna już iść do środka. Odchyliła głowę do tyłu, wypuszczając z siebie przeciągłe, ciężkie westchnienie. Zajrzała do torebki, szukając piersiówki, do której wcześniej nalała rumu. Przechyliła ją, łapczywie pochłaniając zawartość.
Kątem oka dostrzegła mężczyznę, z którym uczęszczała na terapię. Trzymał w dłoni papierosa. Najwyraźniej pogonił go ten sam woźny, który chwilę wcześniej pogonił ją.
Przyłapana na gorącym uczynku zamarła, wciąż trzymając piersiówkę uniesioną do ust. Przełknęła alkohol, wierzchem dłoni przecierając twarz.
— Po naszej grupie jest spotkanie AA. Słyszałam, że mają jeszcze wolne miejsca — zażartowała, unosząc lekko brew. Wyciągnęła w jego stronę piersiówkę, oferując łyk albo dwa. — Rhys, prawda? Cassie. Nie mieliśmy jeszcze okazji oficjalnie się przedstawić.
Normalnie nie podjęłaby rozmowy z nikim z tego kółeczka wzajemnej adoracji. Coś jednak podpowiadało jej, że w jego przypadku powinna zrobić wyjątek.
Rhys Madden