Strona 1 z 1

Why do I have a pet name, if we're just friends?

: śr mar 18, 2026 8:05 pm
autor: Erza B. Fernandes
baka no szopek

Nie rozumiała jak od krótkich SMS'ów, przeszli do pierwszej oficjalnej randki. Chociaż czy spacer można było w ten sposób nazwać? Chyba tak, skoro zabrał ją do najbardziej uroczego miejsca w Toronto ze wszystkich, które mógł wybrać. Coraz bardziej przepadała za jego zawadiackim uśmiechu, tym charakterystycznym błyskiem w oku. Przepadała coraz bardziej nie rozumiejąc, co dokładnie działo się z jej ciałem. Wystarczyło, by go zobaczyła na linii horyzontu, a na jej twarzy wymalował się szeroki uśmiech, który ani przez chwilę nie chciał zejść. Rozpoczęli spacer po mini parku od kóz. Bardzo specjalnych kóz, po wystrojonych w różne zielone ozdoby.
Wiesz co, czasem nie rozumiem, dlaczego ludzie są tak abstrakcyjni — stwierdziła, spoglądając bardzo poważnym tonem, jak kózka zaczyna rzuć trawę. Totalnie tego nie rozumiała, robiła to z taką beztroską, jakby jadła właśnie najlepszy posiłek we własnym życiu — popatrz na te kozy, niby mają kapelusz i ozdoby z okazji Dnia Świętego Patryka, a szczerze mają go gdzieś — i za to je szanowała. Sama chciałaby mieć gdzieś opinię ludzi na jej temat. Teraz zastanawiała się, czy w czarnym płaszczu, wełnianej czapce i szaliku, zakrywającym pół twarzy, podobała się Dallasowi. Mógł zmienić zdanie, a ona nie miałaby mu tego za złe.
Mogę o coś spytać? — zagadnęła, odwracając twarz w stronę Jensena — po co wybrałeś prawo? W sensie nie zrozum mnie źle — nie wyglądał jej na przyszłego prawnika. Co prawda miał kija w dupie, ale nie prawniczego a sportowego. Po niektórych ludziach wręcz czuć, że są na lewej prawie — wolisz być prawnikiem, czy hokeistą? — szczerze chciała znać odpowiedź na to pytanie — patrząc na kozy łatwo stwierdzić, że one by wolały... trawę — tylko co wolałby Dallas. Westchnęła cicho, czekając na jego odpowiedź. Wtedy do jej głowy wpadł prawdziwie szalony plan.
Poczekaj — mruknęła, wciskając mu własną torebkę. Oby tylko nie uciekł z nią jak cygan. Zaraz weszła do zagrody, a po chwili z porcją warzyw prowadziła kozę wprost na własne plecy. Ustawiła się na czworaka, skoro tutaj była trzeba uwiecznić to wspomnienie — zrób mi zdjęcie, Dallas! — krzyknęła z wielkim uśmiechem na ustach. Czekała na prawdziwą sesje zdjęciową. Widocznie, zwierzęta gospodarskie musiały przewijać się w ich relacji. Wpierw krowa, teraz krowa, co będzie kolejne?
JEZU, ONA NIE CHCE ZE MNIE ZEJŚĆ — ręce na ziemi, nogi na ziemi. Jedną dłonią macha w powietrzu, a koza zaczyna jeść zieleninę na jej plecach. Zaraz się dziewczyna z kozą połamią. Obie na raz — POMOCY!!! — kózka nawet na jej krzyki nic sobie nie robi, tylko wpierdala zieleninę, jakby nic się nie działo. Erza przeżywała największy ból świata, a koza miała luksusowe karmienie.

Why do I have a pet name, if we're just friends?

: czw mar 19, 2026 6:10 am
autor: Dallas Jensen
Nie sądził, że aż tak ją polubi. Przynajmniej przez te smsy, w których nie krzyczała na niego, nie nazywała go palantem ani idiotą i nie zachowywała się, jakby co najmniej dopuścił się jakiegoś złowrogiego czynu, który można by dosłownie porównać do- ekhm, ekhm- molestowania. Bez przesady. Jensen miał swoje za uszami. Przez jego dwudziestoletnie życie przewinęło się już kilka gorących romansów, które de facto nic nie znaczyły, ale tutaj… tutaj podobało mu się to bardziej, niż chciał przyznać. W kwestii wizualnej mógłby wpatrywać się w nią godzinami i ani trochę by mu się to nie znudziło. Była przepiękna. Ale kiedy zaczęli pisać, okazało się, że faktycznie… mieli o czym rozmawiać. Uśmiechał się pod nosem, zerkał co chwilę, czy telefon nie zawibrował gdzieś na łóżku, a kiedy słyszał, że jednak tak, leciał do niego jak poparzony. To nie było normalne. Przynajmniej nie w jego przypadku. No zwariował. Więc kiedy zgodziła się na randkę, od razu pomyślał o tym małym, domowym zoo, gdzie królowały przeurocze kozy, które podbiegały do człowieka tylko wtedy, gdy trzymał w ręce jakieś żarcie. A Dallas, pff… przyszedł przygotowany. Wcześniej zagadał tylko do opiekunów, czy mógłby dostać od nich trochę jedzenia dla zwierzaków i po prostu wpłacić datek na funkcjonowanie tego miejsca. Nie było żadnego problemu, zgodzili się od razu.

Idąc obok niej i rozglądając się po tym, jak wszystko udekorowano na dzień świętego Patryka, uśmiechał się szeroko, co jakiś czas zerkając na swoją prześliczną, ognistą towarzyszkę. Słuchał jej uważnie, po czym wzruszył ramionami.- Może ty też powinnaś mieć to gdzieś? To znaczy… cokolwiek ci się wydaje, że sprawiłoby, że twoje życie byłoby, nie wiem… lżejsze? - No takiej poetyckiej odpowiedzi to nawet on sam się po sobie nie spodziewał. Podrapał się z tyłu głowy, trochę zmieszany samym sobą. Nie bawił się w związki. Zwykle relacje równały się dla niego z seksem, obściskiwaniem i słuchaniem, jaki to był idealny, ale takie zwykłe rozmowy? To było dla niego coś nowego. Nie dość, że do niego mówiła, to jeszcze zadawała mu pytania. Uśmiechnął się. - Czemu? Rodzice mają kancelarię prawniczą, a ja wybieram taką nieco bardziej peasantską wersję prawnika. Chcę być adwokatem i pracować pro bono - powiedział dumnie.- A hokej? To moja pasja, ale nie będę robił tego do końca życia.- Wzruszył ramionami. Zdawał sobie sprawę, że taka kariera może skończyć się z dnia na dzień, na pstryknięcie palców, więc wolał mieć zabezpieczony jakiś alternatywny plan.- A ty? Chcesz mieć swoją klinikę?- zapytał, zanim coś ją rozproszyło. Chwilę później miał już wciśniętą torebkę w ręce. Patrzył na lisiczkę z przejęciem i rozbawieniem, a gdy moment później koza dosłownie wskoczyła jej na plecy, wybuchnął śmiechem. Wyciągnął telefon i zaczął ją nagrywać, robiąc przy okazji mnóstwo zdjęć.- To będzie moja tapeta od dzisiaj - prychnął pod nosem, przyglądając się jednemu ze zdjęć i uśmiechając się do siebie.- Już, już, biegnę ci pomóc! - krzyknął. Jeszcze raz zerknął na fotografię, po czym pobiegł w jej kierunku, ściągnął kozę z jej pleców i pomógł jej wstać. Kiedy upewnił się, że stoi już pewnie na własnych nogach, wyciągnął dłoń delikatnie, powoli, żeby jej nie spłoszyć.- Masz tu, o… - mruknął, wyciągając z jej włosów kawałek źdźbła.- I już nie ma.- Pokazał jej je, po czym zrzucił na ziemię. Chwilę później spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się,- Śliczna jesteś.

kózka aka lisiczka

Why do I have a pet name, if we're just friends?

: czw mar 19, 2026 8:19 am
autor: Erza B. Fernandes
soon szopek

Jak miałabym mieć to gdzieś? — w jej głosie wybrzmiewał delikatne oburzenie, którego nie była w stanie zbyt łatwo ukryć. Abstrakcyjność homo sapiens sprawiała w niej nieprzyjemne dreszcze, nie mogła ich ukryć. Pod względem ekologicznym była świruską i musiałaby to całkiem głośno przyznać, choć wcale sprawy klimatu tak bardzo jej nie interesowały — abstrakcyjne jest krzywdzenie zwierząt, albo zostawianie ich przywiązanych sznurem w lesie — ludzie specjalnie zamykają kozy w zagrodzie, by później przebierać je, dokarmiać. Często te same osoby zachwycają się zwierzętami, były największymi skurwysynami — z niektórą abstrakcją nie da się żyć, Dallas — mruknęła, przenosząc wzrok na Jensena. Utkwiła w nim wzrok, zastanawiając się, czy był w stanie ją zrozumieć. Już od kilku dobrych lat spędzała czas w schronisku dla zwierząt jako wolontariuszka. Widziała rzeczy, których nie powinna.
To chcesz być prawnikiem, czy chcesz mieć plan B? — spytała całkiem szczerze, widząc w jego rozumowaniu mały problem. Nie widziała jeszcze Dallasa na boisku, ale im więcej czasu z nim spędzała, tym bardziej chciała mu kibicować. Dowiedzieć się, jak mierzy się z innymi osobami, czy gra drużynowo, czy oprócz wygrania meczu mógłby jeszcze podbić jej serce — nigdy nie wiadomo, może zostałbyś trenerem? Nie odpowiadałoby Ci to? — zagadnęła całkiem szczerze. Jej rodzice byli prostymi ludźmi. Pielęgniarka oraz mechanik. Nigdy nie myślała, by pójść w ich stronę. Co prawda lubiła zajmować się autami, a procedury medyczne wchodziły jej w krew bardzo łatwo. Tylko od ludzi wolała zdecydowanie zwierzęta o czystym sercu.
Nie chcę mieć własnej kliniki to egoistyczne — obróciła się do niego, unosząc delikatnie kąciki ust — chcę pracować w schronisku i pomagać tym, których nikt nie chce — to było proste pragnienie, do którego chciała dążyć. Sprawić, że w Toronto nie będzie bezdomnych zwierząt. Niektóre trafiały do nich w okropnym stanie. Pokręciła własną głową, by wyrzucić z siebie tę myśl. Zaraz podbiegła wprost do kozy. Chyba nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Próbowała poruszać się na boki, ale zwierzę było bardzo uparte. Jakby chciało doprowadzić ją do Dallasa.
Dziękuję — mruknęła cichszym tonem, wyczuwając delikatny zapach jego perfum — mam tu coś? — powtórzyła za nim, czując jak serce, zaczyna jej bić zdecydowanie szybszym rytmem, niż sama by się spodziewała — dziękuję — przełknęła nerwowo ślinę, czując, jakby ta chwila miała potencjał do zostania magiczną. Patrzyła mu wprost w błękitne oczy i ukradkiem jej wzrok padał na jego usta.
Pokażesz mi zdjęcia? — odchrząknęła finalnie, odwracając głowę gdzieś w bok — oprócz kóz mają tu jeszcze coś ciekawego? — zagadnęła, rozglądając się dookoła. Równie dobrze mogliby zostać tutaj i patrzeć się godzinami na mielenie trawy.

Why do I have a pet name, if we're just friends?

: czw mar 19, 2026 6:58 pm
autor: Dallas Jensen
Słuchając, z jaką zaborczością i pasją wypowiadała się o swoich przekonaniach, delikatnie drgnął mu kącik ust… nie z drwiny, a raczej z podziwu, bo właśnie pokazywała mu prawdziwą siebie.- Tylko że… - spojrzał na moment na kozy wokół nich, a następnie znów na Erzę. - Nikt nie każe ci żyć z tą abstrakcyjnością, Erza. Możemy ją zwalczać. Małymi krokami. - uśmiechnął się do niej lekko.- W jeden dzień Rzymu nie zbudowano. Tu bardziej chodzi o edukowanie ludzi i upewnianie się, że takie parszywe potwory wylądują tam, gdzie powinny… w pierdlu.- Chciał powiedzieć w trumnie, ale to mogłoby ją przestraszyć, prawda? Fakt był taki, że nie znosił takich ludzi. Ktokolwiek krzywdził zwierzęta, w jego oczach był zaplutą gnidą i miał ochotę pokazać mu, co myśli, najlepiej kijem hokejowym.

Miał tylko nadzieję, że nie będzie miała problemu z takim rozumowaniem i nie wyrwie tego z kontekstu. Prawda była taka, że potrafił być troskliwą osobą, chociaż nie pokazywał tego na co dzień. Wolał zamieniać wszystko w żart i mieć wszystko pod kontrolą.- Chcę być adwokatem, Ez - rzucił, unosząc brew.- Nie byłbym na uczelni, gdybym tego nie chciał.- Trochę zaczynało go irytować, że wyglądało na to, iż ułożyła już sobie własny scenariusz, własną wersję wydarzeń, zamiast po prostu… no nie wiem, dać mu szansę na poznanie go poza pryzmatem sportowca.- Za kogo ty mnie masz, hm?- parsknął śmiechem pod nosem, po czym dodał,- Nie chcę trenować innych. Co to za frajda przyglądać się, jak inni grają, a ja nie? - Idąc obok niej, uśmiechnął się na myśl, że chciała po prostu pracować w schronisku i pomagać wszystkim. Dosłownie wyglądała jak taka osoba.- Nice - odparł tylko. Nie chciał włazić jej w tyłek. To była w końcu ich pierwsza randka, a on chciał zrobić na niej dobre wrażenie. NIE JAKO LIZUS.

Dopiero teraz, gdy stał tak blisko niej, wpatrując się w jej obłędnie brązowe oczy, na moment złapał powietrze, gdy wysunął dłoń i opuszkami palców dotknął jej włosów, wyciągając z nich to, co w nich utkwiło. Zerknął na jej pełne usta i miał cholerną ochotę ją pocałować. Posmakować jej ust, zatopić się w nich, wsunąć dłoń w te ognisto-pomarańczowe włosy. Uspokój się. Opanował się, gdy odwróciła twarz, skutecznie wybijając go z tych myśli. Wrócił więc do tego, co działo się tu i teraz, i uśmiechnął się, odkaszlnąwszy cicho. - Tak, chodź tam. Pokażę ci wszystko.- Chwycił jej dłoń, splatając ich palce, czując, że powoli traci rozum, i poszedł z nią do ławki, gdzie usiedli. Wyjął telefon i podał go jej, żeby mogła przejrzeć wszystkie zdjęcia, które zrobił.- Możemy wejść do tamtych budynków. Mają tam różne ptaki i świnki - rzucił, siadając bokiem, żeby mieć na nią lepszy widok, bo tak… w dalszym ciągu miał nadzieję, że znajdzie idealny moment, by móc ją pocałować.

ez

Why do I have a pet name, if we're just friends?

: czw mar 19, 2026 9:16 pm
autor: Erza B. Fernandes
człowiek ratujący od kóz

Możemy? — spytała, zawieszając się na końcówce. My brzmiało abstrakcyjnie, a wzdłuż jej kręgosłupa przeszły przyjemne, niewytłumaczalne niczym rozsądnym dreszcze. — wiesz, nie sądziłam, że masz w sobie tyle wrażliwości i rozsądku — stwierdziła, unosząc ku górze oba kąciki ust. Wcześniej uważała go za idiotycznego hokeistę, który nie byłby w stanie zrozumieć krzywdy wobec zwierząt. Tylko z każdą chwilą, a nawet sekundą zmieniała się jej wizja Dallasa w głowie. Nie rozumiała w stu procentach, z czego dokładnie to wynikało, ale... chyba jedna randka spacer nie był dla niej wystarczający. Chciała móc poznać go bliżej.
No dobrze, ale dlaczego? — spytała, marszcząc przy tym mocno brwi. Aż całe czoło się jej zmarszczyło. Drążyła ten temat, próbując zrozumieć prawdziwą przyczynę doboru zawodu — tylko przez rodziców? — zagadnęła całkiem szczerze, przyglądając go badawczo. Próbowała stworzyć w głowie odpowiedni obraz Dallasa. Tylko miała jeden problem. Wydawał się jej zbyt wielowymiarowym bohaterem, by była w stanie kategoryzować go w jednoznaczny sposób — za sportowca — stwierdziła całkiem szczerze. Nie od dziś słyszała legendy o kontuzjach wf'istów, którzy mogliby zostać mistrzami świata. Wielu ich miała, a za każdym razem słyszała to samo. Stąd ta dwuwymiarowość Dallasa wydawała się jej wręcz nienaturalna. Sportowcy widzieli jedno, piłkę, kosza, czy kija w zależności od sportu — później chcesz walczyć nie na boisku, a na sali sądowej? — zagadnęła, unosząc kąciki ust ku górze. Tylko zaraz obruszyło ją. Nice? Aż uniosła wysoko brwi, bo nie spodziewała się takiej odpowiedzi — tylko tyle? — spytała, odwracając głowę, by spojrzeć mu prosto w oczy. Może... zaczęła oczekiwać czegoś więcej? Tylko zaraz wydarzyła się afera kózkowa. Jej brązowe oczy wpatrzone były w błękit jego tęczówek. Nie wiedziała, czemu odwróciła głowę. Jego usta wydawały się zbyt pociągające, jego bliskość zbyt kusząca, a perfumy ogłuszały ją od środka.
Dobrze — mruknęła cicho, a jej wzrok padł na splecione ich dłonie razem. Serce zabiło jej szybciej, bo... mógłby ją prowadzić tak przez całe życie — o, to jest dobre. Nie wierzę, jak na to wpadłam, wiesz? — szeroki uśmiech nie schodził jej z twarzy, kiedy przeglądała jedno zdjęcie za drugim — no... możemy tam pójść, jeśli chcesz — zaczęła Fernandes, wpatrując się w jego błękitne oczy — nie jesteś jak takim palantem, jak myślałam — szybko spadł jej wzrok na usta Dallasa. Zamilknęła na moment, bo nie była w stanie zrozumieć ich wspólnego połączenia. Uniosła ku górze kąciki ust, a kiedy cisza między nimi wydawała się być nie do zniesienia, dodała — wiesz?