25 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
164 cm
weterynarz Schronisko dla zwierząt
Awatar użytkownika
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

baka no szopek

Nie rozumiała jak od krótkich SMS'ów, przeszli do pierwszej oficjalnej randki. Chociaż czy spacer można było w ten sposób nazwać? Chyba tak, skoro zabrał ją do najbardziej uroczego miejsca w Toronto ze wszystkich, które mógł wybrać. Coraz bardziej przepadała za jego zawadiackim uśmiechu, tym charakterystycznym błyskiem w oku. Przepadała coraz bardziej nie rozumiejąc, co dokładnie działo się z jej ciałem. Wystarczyło, by go zobaczyła na linii horyzontu, a na jej twarzy wymalował się szeroki uśmiech, który ani przez chwilę nie chciał zejść. Rozpoczęli spacer po mini parku od kóz. Bardzo specjalnych kóz, po wystrojonych w różne zielone ozdoby.
Wiesz co, czasem nie rozumiem, dlaczego ludzie są tak abstrakcyjni — stwierdziła, spoglądając bardzo poważnym tonem, jak kózka zaczyna rzuć trawę. Totalnie tego nie rozumiała, robiła to z taką beztroską, jakby jadła właśnie najlepszy posiłek we własnym życiu — popatrz na te kozy, niby mają kapelusz i ozdoby z okazji Dnia Świętego Patryka, a szczerze mają go gdzieś — i za to je szanowała. Sama chciałaby mieć gdzieś opinię ludzi na jej temat. Teraz zastanawiała się, czy w czarnym płaszczu, wełnianej czapce i szaliku, zakrywającym pół twarzy, podobała się Dallasowi. Mógł zmienić zdanie, a ona nie miałaby mu tego za złe.
Mogę o coś spytać? — zagadnęła, odwracając twarz w stronę Jensena — po co wybrałeś prawo? W sensie nie zrozum mnie źle — nie wyglądał jej na przyszłego prawnika. Co prawda miał kija w dupie, ale nie prawniczego a sportowego. Po niektórych ludziach wręcz czuć, że są na lewej prawie — wolisz być prawnikiem, czy hokeistą? — szczerze chciała znać odpowiedź na to pytanie — patrząc na kozy łatwo stwierdzić, że one by wolały... trawę — tylko co wolałby Dallas. Westchnęła cicho, czekając na jego odpowiedź. Wtedy do jej głowy wpadł prawdziwie szalony plan.
Poczekaj — mruknęła, wciskając mu własną torebkę. Oby tylko nie uciekł z nią jak cygan. Zaraz weszła do zagrody, a po chwili z porcją warzyw prowadziła kozę wprost na własne plecy. Ustawiła się na czworaka, skoro tutaj była trzeba uwiecznić to wspomnienie — zrób mi zdjęcie, Dallas! — krzyknęła z wielkim uśmiechem na ustach. Czekała na prawdziwą sesje zdjęciową. Widocznie, zwierzęta gospodarskie musiały przewijać się w ich relacji. Wpierw krowa, teraz krowa, co będzie kolejne?
JEZU, ONA NIE CHCE ZE MNIE ZEJŚĆ — ręce na ziemi, nogi na ziemi. Jedną dłonią macha w powietrzu, a koza zaczyna jeść zieleninę na jej plecach. Zaraz się dziewczyna z kozą połamią. Obie na raz — POMOCY!!! — kózka nawet na jej krzyki nic sobie nie robi, tylko wpierdala zieleninę, jakby nic się nie działo. Erza przeżywała największy ból świata, a koza miała luksusowe karmienie.
27 y/o
For good luck!
188 cm
hokeista w Maple Leafs
Awatar użytkownika
and this line ties me to this place
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie sądził, że aż tak ją polubi. Przynajmniej przez te smsy, w których nie krzyczała na niego, nie nazywała go palantem ani idiotą i nie zachowywała się, jakby co najmniej dopuścił się jakiegoś złowrogiego czynu, który można by dosłownie porównać do- ekhm, ekhm- molestowania. Bez przesady. Jensen miał swoje za uszami. Przez jego dwudziestoletnie życie przewinęło się już kilka gorących romansów, które de facto nic nie znaczyły, ale tutaj… tutaj podobało mu się to bardziej, niż chciał przyznać. W kwestii wizualnej mógłby wpatrywać się w nią godzinami i ani trochę by mu się to nie znudziło. Była przepiękna. Ale kiedy zaczęli pisać, okazało się, że faktycznie… mieli o czym rozmawiać. Uśmiechał się pod nosem, zerkał co chwilę, czy telefon nie zawibrował gdzieś na łóżku, a kiedy słyszał, że jednak tak, leciał do niego jak poparzony. To nie było normalne. Przynajmniej nie w jego przypadku. No zwariował. Więc kiedy zgodziła się na randkę, od razu pomyślał o tym małym, domowym zoo, gdzie królowały przeurocze kozy, które podbiegały do człowieka tylko wtedy, gdy trzymał w ręce jakieś żarcie. A Dallas, pff… przyszedł przygotowany. Wcześniej zagadał tylko do opiekunów, czy mógłby dostać od nich trochę jedzenia dla zwierzaków i po prostu wpłacić datek na funkcjonowanie tego miejsca. Nie było żadnego problemu, zgodzili się od razu.

Idąc obok niej i rozglądając się po tym, jak wszystko udekorowano na dzień świętego Patryka, uśmiechał się szeroko, co jakiś czas zerkając na swoją prześliczną, ognistą towarzyszkę. Słuchał jej uważnie, po czym wzruszył ramionami.- Może ty też powinnaś mieć to gdzieś? To znaczy… cokolwiek ci się wydaje, że sprawiłoby, że twoje życie byłoby, nie wiem… lżejsze? - No takiej poetyckiej odpowiedzi to nawet on sam się po sobie nie spodziewał. Podrapał się z tyłu głowy, trochę zmieszany samym sobą. Nie bawił się w związki. Zwykle relacje równały się dla niego z seksem, obściskiwaniem i słuchaniem, jaki to był idealny, ale takie zwykłe rozmowy? To było dla niego coś nowego. Nie dość, że do niego mówiła, to jeszcze zadawała mu pytania. Uśmiechnął się. - Czemu? Rodzice mają kancelarię prawniczą, a ja wybieram taką nieco bardziej peasantską wersję prawnika. Chcę być adwokatem i pracować pro bono - powiedział dumnie.- A hokej? To moja pasja, ale nie będę robił tego do końca życia.- Wzruszył ramionami. Zdawał sobie sprawę, że taka kariera może skończyć się z dnia na dzień, na pstryknięcie palców, więc wolał mieć zabezpieczony jakiś alternatywny plan.- A ty? Chcesz mieć swoją klinikę?- zapytał, zanim coś ją rozproszyło. Chwilę później miał już wciśniętą torebkę w ręce. Patrzył na lisiczkę z przejęciem i rozbawieniem, a gdy moment później koza dosłownie wskoczyła jej na plecy, wybuchnął śmiechem. Wyciągnął telefon i zaczął ją nagrywać, robiąc przy okazji mnóstwo zdjęć.- To będzie moja tapeta od dzisiaj - prychnął pod nosem, przyglądając się jednemu ze zdjęć i uśmiechając się do siebie.- Już, już, biegnę ci pomóc! - krzyknął. Jeszcze raz zerknął na fotografię, po czym pobiegł w jej kierunku, ściągnął kozę z jej pleców i pomógł jej wstać. Kiedy upewnił się, że stoi już pewnie na własnych nogach, wyciągnął dłoń delikatnie, powoli, żeby jej nie spłoszyć.- Masz tu, o… - mruknął, wyciągając z jej włosów kawałek źdźbła.- I już nie ma.- Pokazał jej je, po czym zrzucił na ziemię. Chwilę później spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się,- Śliczna jesteś.

kózka aka lisiczka
25 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
164 cm
weterynarz Schronisko dla zwierząt
Awatar użytkownika
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

soon szopek

Jak miałabym mieć to gdzieś? — w jej głosie wybrzmiewał delikatne oburzenie, którego nie była w stanie zbyt łatwo ukryć. Abstrakcyjność homo sapiens sprawiała w niej nieprzyjemne dreszcze, nie mogła ich ukryć. Pod względem ekologicznym była świruską i musiałaby to całkiem głośno przyznać, choć wcale sprawy klimatu tak bardzo jej nie interesowały — abstrakcyjne jest krzywdzenie zwierząt, albo zostawianie ich przywiązanych sznurem w lesie — ludzie specjalnie zamykają kozy w zagrodzie, by później przebierać je, dokarmiać. Często te same osoby zachwycają się zwierzętami, były największymi skurwysynami — z niektórą abstrakcją nie da się żyć, Dallas — mruknęła, przenosząc wzrok na Jensena. Utkwiła w nim wzrok, zastanawiając się, czy był w stanie ją zrozumieć. Już od kilku dobrych lat spędzała czas w schronisku dla zwierząt jako wolontariuszka. Widziała rzeczy, których nie powinna.
To chcesz być prawnikiem, czy chcesz mieć plan B? — spytała całkiem szczerze, widząc w jego rozumowaniu mały problem. Nie widziała jeszcze Dallasa na boisku, ale im więcej czasu z nim spędzała, tym bardziej chciała mu kibicować. Dowiedzieć się, jak mierzy się z innymi osobami, czy gra drużynowo, czy oprócz wygrania meczu mógłby jeszcze podbić jej serce — nigdy nie wiadomo, może zostałbyś trenerem? Nie odpowiadałoby Ci to? — zagadnęła całkiem szczerze. Jej rodzice byli prostymi ludźmi. Pielęgniarka oraz mechanik. Nigdy nie myślała, by pójść w ich stronę. Co prawda lubiła zajmować się autami, a procedury medyczne wchodziły jej w krew bardzo łatwo. Tylko od ludzi wolała zdecydowanie zwierzęta o czystym sercu.
Nie chcę mieć własnej kliniki to egoistyczne — obróciła się do niego, unosząc delikatnie kąciki ust — chcę pracować w schronisku i pomagać tym, których nikt nie chce — to było proste pragnienie, do którego chciała dążyć. Sprawić, że w Toronto nie będzie bezdomnych zwierząt. Niektóre trafiały do nich w okropnym stanie. Pokręciła własną głową, by wyrzucić z siebie tę myśl. Zaraz podbiegła wprost do kozy. Chyba nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Próbowała poruszać się na boki, ale zwierzę było bardzo uparte. Jakby chciało doprowadzić ją do Dallasa.
Dziękuję — mruknęła cichszym tonem, wyczuwając delikatny zapach jego perfum — mam tu coś? — powtórzyła za nim, czując jak serce, zaczyna jej bić zdecydowanie szybszym rytmem, niż sama by się spodziewała — dziękuję — przełknęła nerwowo ślinę, czując, jakby ta chwila miała potencjał do zostania magiczną. Patrzyła mu wprost w błękitne oczy i ukradkiem jej wzrok padał na jego usta.
Pokażesz mi zdjęcia? — odchrząknęła finalnie, odwracając głowę gdzieś w bok — oprócz kóz mają tu jeszcze coś ciekawego? — zagadnęła, rozglądając się dookoła. Równie dobrze mogliby zostać tutaj i patrzeć się godzinami na mielenie trawy.
27 y/o
For good luck!
188 cm
hokeista w Maple Leafs
Awatar użytkownika
and this line ties me to this place
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słuchając, z jaką zaborczością i pasją wypowiadała się o swoich przekonaniach, delikatnie drgnął mu kącik ust… nie z drwiny, a raczej z podziwu, bo właśnie pokazywała mu prawdziwą siebie.- Tylko że… - spojrzał na moment na kozy wokół nich, a następnie znów na Erzę. - Nikt nie każe ci żyć z tą abstrakcyjnością, Erza. Możemy ją zwalczać. Małymi krokami. - uśmiechnął się do niej lekko.- W jeden dzień Rzymu nie zbudowano. Tu bardziej chodzi o edukowanie ludzi i upewnianie się, że takie parszywe potwory wylądują tam, gdzie powinny… w pierdlu.- Chciał powiedzieć w trumnie, ale to mogłoby ją przestraszyć, prawda? Fakt był taki, że nie znosił takich ludzi. Ktokolwiek krzywdził zwierzęta, w jego oczach był zaplutą gnidą i miał ochotę pokazać mu, co myśli, najlepiej kijem hokejowym.

Miał tylko nadzieję, że nie będzie miała problemu z takim rozumowaniem i nie wyrwie tego z kontekstu. Prawda była taka, że potrafił być troskliwą osobą, chociaż nie pokazywał tego na co dzień. Wolał zamieniać wszystko w żart i mieć wszystko pod kontrolą.- Chcę być adwokatem, Ez - rzucił, unosząc brew.- Nie byłbym na uczelni, gdybym tego nie chciał.- Trochę zaczynało go irytować, że wyglądało na to, iż ułożyła już sobie własny scenariusz, własną wersję wydarzeń, zamiast po prostu… no nie wiem, dać mu szansę na poznanie go poza pryzmatem sportowca.- Za kogo ty mnie masz, hm?- parsknął śmiechem pod nosem, po czym dodał,- Nie chcę trenować innych. Co to za frajda przyglądać się, jak inni grają, a ja nie? - Idąc obok niej, uśmiechnął się na myśl, że chciała po prostu pracować w schronisku i pomagać wszystkim. Dosłownie wyglądała jak taka osoba.- Nice - odparł tylko. Nie chciał włazić jej w tyłek. To była w końcu ich pierwsza randka, a on chciał zrobić na niej dobre wrażenie. NIE JAKO LIZUS.

Dopiero teraz, gdy stał tak blisko niej, wpatrując się w jej obłędnie brązowe oczy, na moment złapał powietrze, gdy wysunął dłoń i opuszkami palców dotknął jej włosów, wyciągając z nich to, co w nich utkwiło. Zerknął na jej pełne usta i miał cholerną ochotę ją pocałować. Posmakować jej ust, zatopić się w nich, wsunąć dłoń w te ognisto-pomarańczowe włosy. Uspokój się. Opanował się, gdy odwróciła twarz, skutecznie wybijając go z tych myśli. Wrócił więc do tego, co działo się tu i teraz, i uśmiechnął się, odkaszlnąwszy cicho. - Tak, chodź tam. Pokażę ci wszystko.- Chwycił jej dłoń, splatając ich palce, czując, że powoli traci rozum, i poszedł z nią do ławki, gdzie usiedli. Wyjął telefon i podał go jej, żeby mogła przejrzeć wszystkie zdjęcia, które zrobił.- Możemy wejść do tamtych budynków. Mają tam różne ptaki i świnki - rzucił, siadając bokiem, żeby mieć na nią lepszy widok, bo tak… w dalszym ciągu miał nadzieję, że znajdzie idealny moment, by móc ją pocałować.

ez
25 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
164 cm
weterynarz Schronisko dla zwierząt
Awatar użytkownika
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

człowiek ratujący od kóz

Możemy? — spytała, zawieszając się na końcówce. My brzmiało abstrakcyjnie, a wzdłuż jej kręgosłupa przeszły przyjemne, niewytłumaczalne niczym rozsądnym dreszcze. — wiesz, nie sądziłam, że masz w sobie tyle wrażliwości i rozsądku — stwierdziła, unosząc ku górze oba kąciki ust. Wcześniej uważała go za idiotycznego hokeistę, który nie byłby w stanie zrozumieć krzywdy wobec zwierząt. Tylko z każdą chwilą, a nawet sekundą zmieniała się jej wizja Dallasa w głowie. Nie rozumiała w stu procentach, z czego dokładnie to wynikało, ale... chyba jedna randka spacer nie był dla niej wystarczający. Chciała móc poznać go bliżej.
No dobrze, ale dlaczego? — spytała, marszcząc przy tym mocno brwi. Aż całe czoło się jej zmarszczyło. Drążyła ten temat, próbując zrozumieć prawdziwą przyczynę doboru zawodu — tylko przez rodziców? — zagadnęła całkiem szczerze, przyglądając go badawczo. Próbowała stworzyć w głowie odpowiedni obraz Dallasa. Tylko miała jeden problem. Wydawał się jej zbyt wielowymiarowym bohaterem, by była w stanie kategoryzować go w jednoznaczny sposób — za sportowca — stwierdziła całkiem szczerze. Nie od dziś słyszała legendy o kontuzjach wf'istów, którzy mogliby zostać mistrzami świata. Wielu ich miała, a za każdym razem słyszała to samo. Stąd ta dwuwymiarowość Dallasa wydawała się jej wręcz nienaturalna. Sportowcy widzieli jedno, piłkę, kosza, czy kija w zależności od sportu — później chcesz walczyć nie na boisku, a na sali sądowej? — zagadnęła, unosząc kąciki ust ku górze. Tylko zaraz obruszyło ją. Nice? Aż uniosła wysoko brwi, bo nie spodziewała się takiej odpowiedzi — tylko tyle? — spytała, odwracając głowę, by spojrzeć mu prosto w oczy. Może... zaczęła oczekiwać czegoś więcej? Tylko zaraz wydarzyła się afera kózkowa. Jej brązowe oczy wpatrzone były w błękit jego tęczówek. Nie wiedziała, czemu odwróciła głowę. Jego usta wydawały się zbyt pociągające, jego bliskość zbyt kusząca, a perfumy ogłuszały ją od środka.
Dobrze — mruknęła cicho, a jej wzrok padł na splecione ich dłonie razem. Serce zabiło jej szybciej, bo... mógłby ją prowadzić tak przez całe życie — o, to jest dobre. Nie wierzę, jak na to wpadłam, wiesz? — szeroki uśmiech nie schodził jej z twarzy, kiedy przeglądała jedno zdjęcie za drugim — no... możemy tam pójść, jeśli chcesz — zaczęła Fernandes, wpatrując się w jego błękitne oczy — nie jesteś jak takim palantem, jak myślałam — szybko spadł jej wzrok na usta Dallasa. Zamilknęła na moment, bo nie była w stanie zrozumieć ich wspólnego połączenia. Uniosła ku górze kąciki ust, a kiedy cisza między nimi wydawała się być nie do zniesienia, dodała — wiesz?
27 y/o
For good luck!
188 cm
hokeista w Maple Leafs
Awatar użytkownika
and this line ties me to this place
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uniósł brew, zerkając na nią.- Zdajesz sobie sprawę, że nie jestem z kamienia? - odparł z deczka opryskliwie. No bo czy aby to stereotypowe stwierdzenie, że wszyscy sportowcy są jakimiś bufonami, naprawdę się sprawdzało? To znaczy… bywał takim od czasu do czasu, ale tylko dlatego, że nie lubił zbytnio pokazywać swojej prawdziwej strony byle komu. For fuck’s sake, przecież lubił sobie popłakać przy oglądaniu Mój brat niedźwiedź. Miał serce, był wrażliwy i kochał zwierzęta, ale ta rudzinka ciągle i ciągle wbijała mu małe szpileczki, jakby próbowała wyrzucić go z równowagi. Sprawdzić, jaki naprawdę jest? Oh, on już jej pokaże. Pokiwał głową z niedowierzaniem.- Dlaczego? Wiedziałaś, jak wysoki jest wskaźnik aresztowanych albo źle skazanych ludzi, którzy spędzili wiele lat w więzieniu, chociaż byli niewinni, a przegrali swój proces tylko i wyłącznie dlatego, że nie mieli pieniędzy na dobrego adwokata?- spojrzał na nią całkiem poważnie.- Przez rodziców nie, ale usiedliśmy razem po collegu, powiedziałem im, co chcę robić i mnie wspierają.- wzruszył ramionami, po czym parsknął śmiechem.- No, sportowcem jestem, ale też takim, który zdaje sobie sprawę z tego, że sport to nie zdrowie, chociaż ludziom błędnie tak się wydaje. - Zaśmiał się, przewracając oczami. - Czy zabrzmi to źle, jeśli powiem, że bardzo staram się zachowywać jak mi się wydaje, że by ci się podobało, żeby nie wyjść na błazna? - zerknął na nią. Taka była prawda. Bo nie chciał. A na razie wydawało mu się, że nie bawiła się w jego towarzystwie najlepiej.

Musiał to zmienić. Już teraz. Wczoraj.

Idąc w kierunku ławki ze splecionymi dłońmi, czuł się zaskakująco naturalnie. Cholernie dobrze. Chwilkę później uśmiechał się, siedząc obok niej i przeglądając zdjęcia.- O tak, te już mam na tapecie - parsknął śmiechem. Powoli jednak jego szeroki uśmiech stawał się coraz delikatniejszy. Na tyle, że skupił się już nie na ekranie, a na jej rysach. Na tych nieziemskich ustach. A kiedy skomplementowała go w ten zadziorny sposób, który tak bardzo ją charakteryzował… nie wytrzymał. Kotłowało się w nim. Musiał działać.- Już zaraz pójdziemy- wydusił z siebie tylko tyle, choć jego niebieskookie spojrzenie było skupione już tylko na jednym. Wysunął dłoń i pewnym ruchem skierował ją ku jej szyi, by zaraz przesunąć ją na tył jej głowy-wplótł palce w te oszałamiająco rude włosy... Delikatnie przysunął jej twarz do swojej, sam lekko się nachylając i przechylając głowę. Zatrzymał się na chwilę... dosłownie na ułamek sekundy, żeby jeszcze raz przyjrzeć się jej twarzy. A chwilę później przymknął oczy i ją pocałował, delikatnie...czule... Smakowała dokładnie tak, jak myślał... słodko. Uzależniająco. Pragnął trwać w tej chwili tak długo, jak tylko mu na to pozwoli.

rudzinka
25 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
164 cm
weterynarz Schronisko dla zwierząt
Awatar użytkownika
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

i choose you szopek, attack!

Coraz bardziej tak — odpowiedziała, uśmiechając się coraz szczerzej. Musiała na niego uważać, przeżyła już liceum i wiedziała, w jaki sposób zachowywali się sportowcy. Mimo to Dallas wydawał się inny, za to nie omieszkała sprzedać mu kuksańca w bok łokciem. Powoli udowadniał jej, że był inny. Może razem powinni obejrzeć bajki? Przecież nie wiedziała i nie spodziewałaby się, że wielki Dallas Jensen zdolny byłby do łez. Za to podłapała odrobinę języka u dziewczyn. Niby miała uważać, ale z każdym krokiem na spacerze... coraz bardziej chciała móc zniknąć w jego ramionach.
Nie wiem, nigdy mnie ludzie nie interesowali — stwierdziła całkiem wprost, delikatnie marszcząc brwi. Szczerze? Chyba takiego Jensena właśnie chciała słyszeć, kogoś przejmującego się losem innych ludzi. Kogoś, kto byłby w stanie zmienić świat, by kogoś świat stał się, chociaż odrobinę lepszy — dobrze, że masz wsparcie — w rodzinach, pewnie kumplach, ale może też w niej samej? Uniosła delikatnie kąciki ust, bo chciała móc stać przy jego boku — czyli jak coś się stanie, to masz plan B? — powiedziała to bardziej dla siebie samej niż dla niego. Teraz sport, później zmienianie świata. Ta wizja urzekła ją całą, bo z kimś takim mogłaby się związać. Erza wierzyła w lepsze jutro, w zmienianie świata — po prostu porządkuje sobie wszystko w głowie — pokiwała nawet głową na krótkie potwierdzenie własnych słów. Wszystko powoli systematyzowała.
Nie — chyba pierwszy raz mógł zobaczyć tak wielki uśmiech na jej twarzy — to brzmi uroczo, Dallas — dodała, wkładając sobie niesforny kosmyk włosów za ucho. Szczerze? Już była kupiona jego osobą. Wystarczyło tylko spojrzeć na nich z boku, a można było dojrzeć szczęśliwą parą. Przy nikim innym iskierki w oczach nie paliły się tak jasno, a serce zaczynało wybijać szybszy rytm.
Masz mnie na tapecie? — spytała lekko zaskoczona, wychodząc w galerii, by sprawdzić, czy faktycznie tak było — żartujesz sobie? — dopytała, unosząc wysoko obie brwi. Faktycznie, miał ją na tapecie. Już otwierała usta, ale tylko się zaśmiała. Na jej sercu zrobiło się ciepło, bo Dallas z każdą chwilą wydawał się jej coraz bliższą osobą.
Dobrze — wyszeptała, spoglądając na niego brązowymi oczami. Poszukiwała kontaktu w jego błękitnych tęczówkach, a mimowolnie jej wargi się rozchyliły. Cholera, niewiele wystarczyło, by poczuła przyjemne dreszcze rozchodzące się po całym ciele. Świat jakby na moment się zatrzymał, kiedy ich usta złączyły się razem. Ani na sekundę nie zastanawiała się nad odwzajemnieniem pocałunku. Dopiero przedziwne odgłosy, coś jak syczenie i warknięcia, spowodowało, że musiała się odsunąć. Chociaż zdecydowanie nie chciała.
Dallas... — powiedziała lekko zakłopotanym głosem, patrząc za niego. Wybrzmiewały odgłosy syczenia, piszczenia, a na śmietniku prężyło się dziki zwierzę — za tobą jest szop.
27 y/o
For good luck!
188 cm
hokeista w Maple Leafs
Awatar użytkownika
and this line ties me to this place
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Plusem tego wszystkiego było to, że wydawało mu się, iż powoli go rozumiała, otwierała się na niego. Z początku jego reakcja na te jej pytania i lekki bulwers wydawały mu się idealnie uzasadnione. Ale teraz? Teraz już ją rozumiał. Nie była pewna jego zamiarów. Tego, czy po prostu się nią nie zabawi. Gdyby chodziło o jakąkolwiek inną kobietę, pewnie nawet by to rozważył. Lubił nic nieznaczące numerki, spotkania, wymienianie się wiadomościami, które nic nie znaczyły. To było to... zero oddania się, zero etykietek. Nie potrzebował tego w swoim życiu aż do momentu, kiedy ten rudowłosy huragan wkroczył do niego i wszystkim zatrząsnął. Do takiego stopnia, że sam siebie nie poznawał. Zamiast skupiać się na treningach, myślał tylko o niej. O tym, co zrobić, żeby wywołać uśmiech na jej twarzy. Tak cholernie słodko się uśmiechała. To, jak dołeczki w jej policzkach uwydatniały się, gdy śmiała się na głos, albo ta zamyślona mina, którą przybierała, zanim jeszcze coś powiedziała. Fascynowała go i kompletnie nie potrafił sobie z tym poradzić. Dosłownie trzymała go na jakiejś niewidzialnej smyczy, jakby rzuciła na niego mistyczne zaklęcie, którego nie potrafił odczarować. Zresztą... nie chciał. Sam fakt, że ludzie jej nie interesowali, mówił mu coś. Może zawiedli ją ci, z którymi miała do czynienia przez całe życie? Chciał to zmienić. Chciał, żeby mu ufała. Uśmiechał się, gdy do niego mówiła, jakby nagle zapomniał, jak się wypowiada w jej obecności. No głupiał. - Tak, plan B. A poza tym nie ma sprawy, porządkuj sobie w tej główce tyle, ile potrzebujesz - powiedział, wysuwając dłoń i czochrając ją po tych ognistych włosach.

Czy było aż tak nienormalne, że ustawił ją sobie na tapecie dosłownie w pierwszym momencie, kiedy miał ku temu okazję? Tak. Ale nie zawracajmy sobie tym głowy. Wszystko, co robił w jej obecności, było irracjonalne i do tego wniosku już przecież doszliśmy.- A wyglądam, jakbym żartował? - zaśmiał się pod nosem. A potem stało się to. Fajerwerki, staniki latały, cały ten shabang, bo zrobił to... pocałował ją. Długo. Czule. Zatapiał się w słodkości jej ust, a ona go nie odepchnęła, więc to już był jakiś postęp. Zmarszczył brwi, gdy się odsunęła, nie wiedząc, czemu przerywała tak przyjemną chwilę. Spojrzał na nią, ale chwilę później usłyszał ten dziwny, warczący dźwięk. Posłusznie odwrócił się za jej spojrzeniem i zobaczył przecudownego szopa, który wyglądał dosłownie jak maskotka... duży brzuszek, ciemne oczka, cały ten pakiet.- Żartujesz! Trash panda!- oczy mu się rozbłysły i uradowany podniósł się z miejsca, schylając ku niemu.- Ez, nie mów mi, że się go boisz, przecież on jest taki słooodk- Zaczął wysuwać dłoń w jego stronę, kiedy szop wydał z siebie przerażający pisk i rzucił się na niego.- AaAAAH!- krzyknąl, gdy zwierzak dopadł jego przedramie i dosłownie się w nie wgryzł. Machając ręką, czuł, jak jego kły wbijają się coraz mocniej, a Dallas, będąc Dallasem, przecież nie mógł wyjść na jakąś paniusię, która zaraz zacznie płakać, chociaż bolało jak skurwysyn. Spojrzał na nią, starając się zacisnąć zęby, i wydusił z siebie,- Chyba zaraz zemdleję.

rudzinka, help
25 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
164 cm
weterynarz Schronisko dla zwierząt
Awatar użytkownika
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dallas Jensen

Na początku próbowała się bronić przed jego urokiem osobistym. Wystarczył ten błysk w błękitnych oczach, szeroki uśmiech, a ona już przepadała. Nawet nie miała co ukrywać, kiedy był przy niej, bała się przepaść. Wypowiadał się z sensem, wiedział, czego chciał od życia. Ludzie potrafili ranić. Od niego obawiała się tego samego. Mógłby ją zranić, ale im dłużej trwała ich rozmowa, tym bardziej zdawała sobie sprawę, z kim ma do czynienia. Nie był tylko sportowcem, a osobą o złotym sercu.
Nie czochraj mi włosów — mruknęła, nadymając policzki. Czy jakakolwiek kobieta lubiła ten krótki gest? Jej rude włosy zaraz znalazły się w nieładzie, elektryzując się jeszcze bardziej pod czapką. Ta delikatnie się jej zsunęła na oczy i musiała ją poprawić, mierząc go chłodnym wzrokiem. Chociaż całkiem szczerze nie przeszkadzał jej ten krótki gest. Rozczulił ją delikatnie, nawet jeśli wyglądała na lekko niezadowolonego, wkurzonego chomika.
Jesteś niemożliwy — uśmiechnęła się szeroko. Bycie niemożliwym miało dwie warstwy. Jedną negatywną, a drugą pozytywną. On był dla niej zdecydowanie drugą. Kto ustawia zdjęcie dziewczyny na pierwszej randce? Jeszcze nie wypowiedzieli wobec siebie żadnych słów związanych ze zobowiązaniami wobec siebie, ale... poszłaby z nim na drugą randkę. Zwłaszcza czując słodycz jego ust, nie oderwałaby się od niego. Chciała pogłębić pocałunek, by ich serca zaczęły bić w jednym, wspólnym rytmie. Tyle że dziwne odgłosy, piski nie dawały jej spokoju. Niby znajdowali się w mini zoo, nie powinno tu być żadnych drapieżników, a jednak... był szop.
Dallas, one mogą być... — zaczęła poważnym tonem, kiedy Jensen wstawał, by pogłaskać trash pandę — agresywne. — skończyła w momencie, w którym szop zatopił w nim zęby. Pierwszy raz poczuła się sparaliżowana przez zwierzę. Pierwszy raz cała się wyprostowała, zastanawiając się, co powinna zrobić.
Kurwa, kurwa — spanikowana zaczęła krzyczeć — sio, sio!!! — pewnie też nogą tupnęła, a w torebce zaczęła szukać czegoś, co mogłoby pomóc w oderwaniu szopa. Podpaski? Nie. Chusteczki? Nie. Smaczki dla psów? No sypnęła je gdzieś w trawę, ale szop był bardziej zainteresowany wgryzaniem się w rękę Dallasa. Nie, musiała zostać wojującą księżniczką i uratować swoją randkę. Wtedy zdała sobie sprawę z jednego. Woda. — Sio! — tylko zamiast łopaty wyjęła półtora litrową butelkę wody. Szop zwiał, a ona szybko popatrzyła na ugryzienie. Kurwa. Miał być spokojny spacer randka w ZOO, a nic z tego nie wyjdzie.
Masz, przyciśnij mocno chusteczkami — wymruczała Erza, wyciągając jedną chusteczką za drugą. Musieli zatamować krwawienie — musimy jechać do szpitala — stwierdziła, wyciągając telefon. Szybko zamówiła dla nich ubera, przyciskając chusteczki do przedramienia Dallasa. Dobrze, że miała pierwsze praktyki za sobą — dobrze się czujesz? — niedawno chciał zemdleć. Szybko zgarnęła torebkę i zaczęła prowadzić go w stronę wyjścia. Może nie powinna robić mu sieczki z mózgu, musiał zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństwa.
Mój szopik, ten drugi mógł mieć wściekliznę — zaśmiała się pod nosem. Jej szopik. Nawet nie byli razem, a nazwała go swoim. Tylko przez całą panującą wśród nich panikę, miała nadzieję, że nie zda sobie z tego sprawy.
Ej Dallas, popatrz — zagadnęła, zatrzymując ich chwilę przed jednymi krzakami. Naczelny wróg Dallasa też tam był — to była szopikowa mama. Pewnie bała się, że chcesz ją oddzielić od młodych — pewnie chciała ukraść jedzenie dla młodych. Sama nie wiedziała, czemu ją to rozczuliło. Dallas krwawił, a najważniejszym wydarzeniem całego tego spaceru nie okazał się ich pocałunek, a szop.
27 y/o
For good luck!
188 cm
hokeista w Maple Leafs
Awatar użytkownika
and this line ties me to this place
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Była przesłodka.

Mógł patrzeć na nią w nieskończoność. Te włosy w nieładzie. To nadymanie policzków. Te pełne… tak cholernie pociągające usta, które uchylały się z każdym melodyjnie wypowiedzianym słowem… Przepadł. Został wepchnięty prosto do krateru, z którego nie było już wyjścia. I wcale mu to nie przeszkadzało. Pierwszy raz w życiu chciał tak po prostu o kogoś się postarać. Uniósł dłonie w geście niewinności, coś w rodzaju 'co to to nie ja'.- Tym razem się z tobą zgodzę, bo słodka jesteś, ale następnym razem nie będziesz już taka bezpieczna - zaśmiał się. Oczywiście, że miał zamiar robić to częściej. O wiele częściej, jeśli tylko mu na to pozwoli. A jeśli jakimś zbiegiem okoliczności stwierdzi po tym spotkaniu, że jednak nie chce się z nim więcej widzieć… welp. Zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby zmieniła zdanie. Nie pozwoli jej tak po prostu odejść ze swojego życia, kiedy dopiero się w nim pojawiła. Czuł się, jakby był na jakimś haju. Jakby wciągnął długą, białą kreskę nazywającą się Erza Fernandes i nie mógł wyrzucić jej ze swojego systemu nerwowego. Nie miał nad sobą kontroli.

A kiedy skomentowała, że był niemożliwy, tylko machnął ręką i parsknął śmiechem. Ba, oczywiście, że był niemożliwy. Był przecież Dallasem Jenny Jensenem. Sam nieraz szokował się tym, co robił, ale chyba po prostu miał to we krwi. Żył beztrosko, dzięki temu, jak wychowali go rodzice. Zawsze miał wszystko pod dostatkiem i może właśnie to sprawiało, że nie bał się robić z siebie błazna. Nie bał się starać. Bo po prostu czuł... i widział to po swoich rodzicach i ich historii, że czasami warto walczyć, warto starać się o swoje, bo guess what? Ta walka w końcu się opłaca. Sam fakt, że ją pocałował, był dla niego jak ogromne zwycięstwo… a najzabawniejsze? Ten pocałunek smakował lepiej niż samo zwycięstwo podczas meczu. Jakby ten dzień nie mógł stać się jeszcze lepszy, ujrzeli szopa. No po prostu uwielbiał je. Takie śmieciowe pandunie, które były dla niego absurdalnie urocze, wręcz przytulaśne... chociaż nigdy żadnego nie przytulił. Ba, nie miał nawet okazji zbyt często na nie trafiać, odkąd mieszkał w środku miasta, więc widząc jednego tutaj, myślał, że trafił jackpot. Nachylił się, żeby go pogłaskać, uspokajając Erzę, że przecież nic złego się nie stanie, aż tu nagle... Ból. Zaciśnięcie zębów, a raczej kiełków. To ugryzienie bolało tak kurewsko, że aż zamroczyło mu wzrok. Złapał się za ramię, próbując nim poruszać, żeby zwierzak zeskoczył, ale nic to nie dawało. Wgryzał się tylko mocniej, warcząc przy tym jak opętany.

No świetnie, Dallas. Co ty, kurwa, odjebałeś?- przeszło mu przez myśl, zmieszane z falą bólu. Kiedy zaczynało robić mu się słabo i był już przekonany, że zaraz zemdleje, poczuł na sobie krople wody i zorientował się, że Erza musiała użyć jej, żeby przegonić tego słodkiego drapieżnika. Spojrzał na nią zamroczony, przyciskając do rany cokolwiek właśnie mu podała. Szedł obok niej blady jak ściana. Zerknął na nią i posłał jej szeroki, choć wymęczony uśmiech.- Tak, jest idealnie- wydusił z siebie, próbując zachowywać się tak, jakby to ugryzienie było niczym, chociaż chusteczka przesiąkała czerwoną cieczą z każdą sekundą. Mój szopik? Czyżby się przesłyszał? To musiało być to. Tracił za dużo krwi. Przecież nie mogła nazwać go swoim. Posłał jej jeszcze jeden uśmiech, a potem spojrzał w miejsce, które wskazała, dostrzegając przesłodkie małe szopiki.- Hej, mamo… już nic ci nie grozi - wydusił z siebie, wciąż zaciskając rękę na opatrunku. Jakieś pięć minut później siedzieli już w Uberze w drodze do szpitala. Taksówkarz coś tam przeklinał i darł się, żeby mu niczego nie upierdolili, a Dallas nawet się nie zapiął, tylko przysunął się do Erzy i położył głowę na jej ramieniu.- Jak umrę, to pamiętaj, że dobrze się bawiłem - wymamrotał przez zęby, przymykając oczy. Po chwili dodał jeszcze cicho,- Tylko troszkę się… zdrzemnę…

foxy
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”