got a little bit, give me more
: sob mar 21, 2026 3:19 am
“I do love nothing in the world so well as you—is not that strange?”
Chciała się dla niego ładnie ubrać, a on nie miał pojęcia, gdzie się piękne kobiety zabierało na randki.
To był dopiero problem pierwszego świata, prawda? Jego partnerka, dziewczyna, czy jakkolwiek ktoś chciał to nazwać, jego najlepsza przyjaciółka, kompanka, ulubiona wariatka, najpiękniejsza i najseksowniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek widział; ta sama, chciała się wystroić dla niego, a on nie wiedział co z tym faktem zrobić. Wow. Jak nisko można upaść, przy okazji zdawania sobie sytuacji z tego, że absolutnie nic nie wiedział o tym całym bawieniu się w związki, okay? W przeszłości nawet jeśli kogoś przez krótki czas nazywał "dziewczyna" to robił to tylko po to, żeby się dobrać do ich gaci. To nie było tak na serio i zwykle nudziło mu się po kilku dniach, jeśli nie godzinach. Oszalał, zwariował, popieprzyło mu się w głowie i, chyba po raz pierwszy od bardzo dawna, naprawdę był szczęśliwy.
Przyzwyczajenia umierały jednak ciężko i, pierwsze co przyszło mu do głowy, to było wzięcie jej do jakiegoś nie-zapyziałego klubu, na ładne drinki i śmieszne, małe przekąseczki. Niby nie musieli się odjebać jak na MetGalę, ale jednak fakt, że klub się cenił znaczył również, że wypadało się ogarnąć. Nawet założył koszulę, uśmiechając się do siebie głupio, już sobie wyobrażając jej zwinne palce, rozpinające guziczek po guziczku... Głowa z rynsztoku. Tak. Po kolei. Padło na jeansy, stwierdzając, że dobre jeansy do wszystkiego pasują, ogarnął swój zarost, uporządkował ładnie, zaczesał włosy i wygrzebał swoje ulubione perfumy nawet. Musiało wystarczyć. Zimowy płaszcz którego już dawno nie używał też był całkiem nice and sleek. Uszy przyozdobiło kilka błyskotek, ulubiony złoty łańcuszek trafił też na szyję... odjebał się jak głupi, okay? Miał tylko nadzieję, że V nie robiła sobie z niego jaj i nadal chciała się bawić w takie cyrki; nawet jeśli lubił to, jak wyglądał i całkiem dobrze się bawił, strojąc, wciąż uważał to za cyrk. I tak ściągną te ciuchy prędzej czy później. Za to samo jedzenie zapłaciliby znacznie mniej w domu. To samo z drinkami.... Okay Negative Nancy. Postanowił negatywną Nancy marudę zostawić za sobą w domu, wysyłając szybką wiadomość do siostry, żeby się go prędko nie spodziewała; wiedział, że wzmianka o Holloway ją uspokoi tak czy siak, może nawet ucieszy, że jej brat wydawał się w końcu nie odbijać od potencjalnych poważniejszych związków jak jego ulubione kauczukowe piłeczki.. O. Ale i tak miał jedną w kieszeni, okay? Nie ważne, że byli fancy ubrani, stwierdził, że sobie poodbija od ściany, gdyby tak mieli czekać w kolejce.
Z jej głosem w domofonie przywitał się nieśmiesznym "I'm coming to getcha.", a kiedy go wpuściła, szybciutko wbiegł na jej piętro, wystukując w jej drzwi rytm, lekko podskakując na własnych palcach u stóp. Był trzeźwy. Naprawdę nie musiał być nawalony, żeby stanowić wulkan energii; odkrycie, nowe, które właściwie całkiem go cieszyło. To jednak nie kokaina, tylko jakaś... neuro-różnorodność czy coś.
- Oh, hey, wow, chodź tu. - zachłysnął się lekko, zaraz wyszczerzył w szerokim, szczerym uśmiechu mrużącym jego oczy i marszczącym skórę przy nosie. Złapał jej dłoń, by pociągnąć do siebie lekko i obrócić ją wokół własnej osi, wyrzucając z siebie wszystkie "ddaaaayyyuum giiirl" bez oporu bo i tak by mu się prędzej czy później ulały. - Czym sobie zasłużyłem, Drogi Boże, na taką piękną istotę? - zachichotał, wchodząc w jej przestrzeń, by skraść kilka małych pocałunków z szyi. Zapach perfum V zasłużył sobie na jego ciche, zadowolone mruknięcie.
- ..normalnie bym zapytał, czy musimy stąd iść, ale zamówiłem już Ubera i będzie za pięć minut, więc.. - więc nie mieli czasu na takie zabawy, ok? Chyba będzie musiał poważnie rozważyć pomysł ze zdobyciem własnego prawa jazdy w końcu.. kiedyś trzeba było dorosnąć? Chyba tak.
vita holloway
Chciała się dla niego ładnie ubrać, a on nie miał pojęcia, gdzie się piękne kobiety zabierało na randki.
To był dopiero problem pierwszego świata, prawda? Jego partnerka, dziewczyna, czy jakkolwiek ktoś chciał to nazwać, jego najlepsza przyjaciółka, kompanka, ulubiona wariatka, najpiękniejsza i najseksowniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek widział; ta sama, chciała się wystroić dla niego, a on nie wiedział co z tym faktem zrobić. Wow. Jak nisko można upaść, przy okazji zdawania sobie sytuacji z tego, że absolutnie nic nie wiedział o tym całym bawieniu się w związki, okay? W przeszłości nawet jeśli kogoś przez krótki czas nazywał "dziewczyna" to robił to tylko po to, żeby się dobrać do ich gaci. To nie było tak na serio i zwykle nudziło mu się po kilku dniach, jeśli nie godzinach. Oszalał, zwariował, popieprzyło mu się w głowie i, chyba po raz pierwszy od bardzo dawna, naprawdę był szczęśliwy.
Przyzwyczajenia umierały jednak ciężko i, pierwsze co przyszło mu do głowy, to było wzięcie jej do jakiegoś nie-zapyziałego klubu, na ładne drinki i śmieszne, małe przekąseczki. Niby nie musieli się odjebać jak na MetGalę, ale jednak fakt, że klub się cenił znaczył również, że wypadało się ogarnąć. Nawet założył koszulę, uśmiechając się do siebie głupio, już sobie wyobrażając jej zwinne palce, rozpinające guziczek po guziczku... Głowa z rynsztoku. Tak. Po kolei. Padło na jeansy, stwierdzając, że dobre jeansy do wszystkiego pasują, ogarnął swój zarost, uporządkował ładnie, zaczesał włosy i wygrzebał swoje ulubione perfumy nawet. Musiało wystarczyć. Zimowy płaszcz którego już dawno nie używał też był całkiem nice and sleek. Uszy przyozdobiło kilka błyskotek, ulubiony złoty łańcuszek trafił też na szyję... odjebał się jak głupi, okay? Miał tylko nadzieję, że V nie robiła sobie z niego jaj i nadal chciała się bawić w takie cyrki; nawet jeśli lubił to, jak wyglądał i całkiem dobrze się bawił, strojąc, wciąż uważał to za cyrk. I tak ściągną te ciuchy prędzej czy później. Za to samo jedzenie zapłaciliby znacznie mniej w domu. To samo z drinkami.... Okay Negative Nancy. Postanowił negatywną Nancy marudę zostawić za sobą w domu, wysyłając szybką wiadomość do siostry, żeby się go prędko nie spodziewała; wiedział, że wzmianka o Holloway ją uspokoi tak czy siak, może nawet ucieszy, że jej brat wydawał się w końcu nie odbijać od potencjalnych poważniejszych związków jak jego ulubione kauczukowe piłeczki.. O. Ale i tak miał jedną w kieszeni, okay? Nie ważne, że byli fancy ubrani, stwierdził, że sobie poodbija od ściany, gdyby tak mieli czekać w kolejce.
Z jej głosem w domofonie przywitał się nieśmiesznym "I'm coming to getcha.", a kiedy go wpuściła, szybciutko wbiegł na jej piętro, wystukując w jej drzwi rytm, lekko podskakując na własnych palcach u stóp. Był trzeźwy. Naprawdę nie musiał być nawalony, żeby stanowić wulkan energii; odkrycie, nowe, które właściwie całkiem go cieszyło. To jednak nie kokaina, tylko jakaś... neuro-różnorodność czy coś.
- Oh, hey, wow, chodź tu. - zachłysnął się lekko, zaraz wyszczerzył w szerokim, szczerym uśmiechu mrużącym jego oczy i marszczącym skórę przy nosie. Złapał jej dłoń, by pociągnąć do siebie lekko i obrócić ją wokół własnej osi, wyrzucając z siebie wszystkie "ddaaaayyyuum giiirl" bez oporu bo i tak by mu się prędzej czy później ulały. - Czym sobie zasłużyłem, Drogi Boże, na taką piękną istotę? - zachichotał, wchodząc w jej przestrzeń, by skraść kilka małych pocałunków z szyi. Zapach perfum V zasłużył sobie na jego ciche, zadowolone mruknięcie.
- ..normalnie bym zapytał, czy musimy stąd iść, ale zamówiłem już Ubera i będzie za pięć minut, więc.. - więc nie mieli czasu na takie zabawy, ok? Chyba będzie musiał poważnie rozważyć pomysł ze zdobyciem własnego prawa jazdy w końcu.. kiedyś trzeba było dorosnąć? Chyba tak.
vita holloway