some things find their way back
: ndz mar 22, 2026 6:44 pm
Zaskakujące było to, jak prosta mogła być sytuacja, gdy nie było w niej już żadnych niedopowiedzeń, domysłów i niepewności. Wciąż na pewno nie na tyle, by tak po prostu przejść ponad nią do porządku dziennego. I nie na tyle, by móc spędzić wieczór bezczynnie pośród czterech ścian – zbyt cichych i spokojnych, nawet mimo kręcącego się po mieszkaniu psa.
Tym razem jednak nie była to potrzeba odcinania się – od natłoku myśli, minionej kłótni, czy czegokolwiek innego, od czego miałby chcieć choćby chwilowo uciec. I to mogło być kolejnym zaskoczeniem. Tak samo zresztą, jak krótka myśl, że po raz pierwszy od dawna nie musiał jednocześnie przejmować się ewentualnymi wyrzutami sumienia – przez potencjalnie zbyt późny powrót, przez to, że być może powinien w tym czasie zająć się czymś innym, czy cokolwiek innego, co mogłoby nie spodobać się komuś, kto teraz nie miał z tym już nic wspólnego.
Mógł pewnie napisać choćby do Stonesa – przynajmniej nie musiałby się wtedy przejmować koniecznością dobrania sobie zupełnie przypadkowego towarzystwa w klubie. Tyle, że Stones był przecież jednym z tych odpowiedzialnych – jasne… – ludzi, którzy następnego dnia prawdopodobnie musieli pojawić się w pracy. Nie było więc sensu zawracać mu głowy, nie wątpił zresztą w to, że niedługo i tak pewnie będą mieli okazję napić się wspólnie. I przy okazji zrealizować jakiś kolejny totalnie kretyński pomysł, jaki mógłby wpaść do głowy któremuś z nich…
Tymczasem stosunkowo szybko musiało okazać się, że bez przyjaciela też mógł przecież spędzić całkiem udany wieczór w klubie. Może nawet zbyt udany – zwłaszcza, że powinno być przecież zupełnie inaczej… – sądząc po tym, jak szybko udało mu się stracić rachubę drinków wypitych w towarzystwie jakichś przypadkowo poznanych osób, których imion pewnie nie byłby nawet w stanie wymienić – żadna zresztą nowość…
Przelotnie pomiędzy jednym i kolejnym łykiem, zawiesił na moment spojrzenie na dość charakterystycznej fryzurze dziewczyny znajdującej się tyłem, całkiem jednak niedaleko. Było w tym coś znajomego, tego był prawie pewny. Zdecydowanie jednak zbyt odległego, żeby w tym momencie – zwłaszcza w tym momencie… – mógł jednoznacznie określić co.
O ile jednak udało mu się wychwycić ten dziwnie znajomy element, o tyle zdecydowanie nie zarejestrował momentu, w którym podniesienie się z siedzenia stało się zadaniem wymagającym co najmniej szczególnego skupienia. Zwłaszcza, gdy w ręku wciąż trzymało się częściowo zapełnioną szklankę. O ile jednak wciąż udawało mu się utrzymać równowagę, tak nie było co liczyć na to, że miałby w porę zauważyć przechodzącego obok mężczyznę – przypadkowe zderzenie było więc nieuniknione, a plama z rozlanego drinka na koszuli wcale nie mniej podpitego gościa wystarczyła, by ten zdążył się odpalić. I oczywiście, że dyplomatyczne pierdol się rzucone przez Dantego w odpowiedzi na wykrzykiwane wyzwiska niespecjalnie mogło tu poprawić sytuację… Ale chyba nie spodziewał się, że ten miałby tak bezceremonialnie pchnąć go do tyłu, zmuszając przy tym do walki o utrzymanie się na nogach – w czym na szczęście pomógł przynajmniej znajdujący się za plecami stolik. Ani tym bardziej, że na tym miałby nie poprzestać, że złością i dość jednoznacznym zamiarem ruszając w jego stronę. Szkoda tylko, że jakoś tak w międzyczasie nowo poznani przypadkowi znajomi najwyraźniej zdążyli rozpłynąć się w powietrzu, a sam Dante jakoś tak niespecjalnie w obecnym stanie mógł jakkolwiek zareagować na ten atak. W końcu… wystarczającym wyczynem powinno być już to, że udało mu się oprzeć o znajdujący się za nim stolik, zamiast tak po prostu paść na ziemię…
Elsa Eriksen
Tym razem jednak nie była to potrzeba odcinania się – od natłoku myśli, minionej kłótni, czy czegokolwiek innego, od czego miałby chcieć choćby chwilowo uciec. I to mogło być kolejnym zaskoczeniem. Tak samo zresztą, jak krótka myśl, że po raz pierwszy od dawna nie musiał jednocześnie przejmować się ewentualnymi wyrzutami sumienia – przez potencjalnie zbyt późny powrót, przez to, że być może powinien w tym czasie zająć się czymś innym, czy cokolwiek innego, co mogłoby nie spodobać się komuś, kto teraz nie miał z tym już nic wspólnego.
Mógł pewnie napisać choćby do Stonesa – przynajmniej nie musiałby się wtedy przejmować koniecznością dobrania sobie zupełnie przypadkowego towarzystwa w klubie. Tyle, że Stones był przecież jednym z tych odpowiedzialnych – jasne… – ludzi, którzy następnego dnia prawdopodobnie musieli pojawić się w pracy. Nie było więc sensu zawracać mu głowy, nie wątpił zresztą w to, że niedługo i tak pewnie będą mieli okazję napić się wspólnie. I przy okazji zrealizować jakiś kolejny totalnie kretyński pomysł, jaki mógłby wpaść do głowy któremuś z nich…
Tymczasem stosunkowo szybko musiało okazać się, że bez przyjaciela też mógł przecież spędzić całkiem udany wieczór w klubie. Może nawet zbyt udany – zwłaszcza, że powinno być przecież zupełnie inaczej… – sądząc po tym, jak szybko udało mu się stracić rachubę drinków wypitych w towarzystwie jakichś przypadkowo poznanych osób, których imion pewnie nie byłby nawet w stanie wymienić – żadna zresztą nowość…
Przelotnie pomiędzy jednym i kolejnym łykiem, zawiesił na moment spojrzenie na dość charakterystycznej fryzurze dziewczyny znajdującej się tyłem, całkiem jednak niedaleko. Było w tym coś znajomego, tego był prawie pewny. Zdecydowanie jednak zbyt odległego, żeby w tym momencie – zwłaszcza w tym momencie… – mógł jednoznacznie określić co.
O ile jednak udało mu się wychwycić ten dziwnie znajomy element, o tyle zdecydowanie nie zarejestrował momentu, w którym podniesienie się z siedzenia stało się zadaniem wymagającym co najmniej szczególnego skupienia. Zwłaszcza, gdy w ręku wciąż trzymało się częściowo zapełnioną szklankę. O ile jednak wciąż udawało mu się utrzymać równowagę, tak nie było co liczyć na to, że miałby w porę zauważyć przechodzącego obok mężczyznę – przypadkowe zderzenie było więc nieuniknione, a plama z rozlanego drinka na koszuli wcale nie mniej podpitego gościa wystarczyła, by ten zdążył się odpalić. I oczywiście, że dyplomatyczne pierdol się rzucone przez Dantego w odpowiedzi na wykrzykiwane wyzwiska niespecjalnie mogło tu poprawić sytuację… Ale chyba nie spodziewał się, że ten miałby tak bezceremonialnie pchnąć go do tyłu, zmuszając przy tym do walki o utrzymanie się na nogach – w czym na szczęście pomógł przynajmniej znajdujący się za plecami stolik. Ani tym bardziej, że na tym miałby nie poprzestać, że złością i dość jednoznacznym zamiarem ruszając w jego stronę. Szkoda tylko, że jakoś tak w międzyczasie nowo poznani przypadkowi znajomi najwyraźniej zdążyli rozpłynąć się w powietrzu, a sam Dante jakoś tak niespecjalnie w obecnym stanie mógł jakkolwiek zareagować na ten atak. W końcu… wystarczającym wyczynem powinno być już to, że udało mu się oprzeć o znajdujący się za nim stolik, zamiast tak po prostu paść na ziemię…
Elsa Eriksen