Viva Las Vegas
: pn mar 23, 2026 11:30 pm
Leo Rosenhall
Nie pamiętała, kiedy Las Vegas stało się dla niej domem. Uwielbiała fakt, że miasto nigdy nie spało. Wystarczyło wyjść poza ramy własnego domu, a adrenalina sama dopływała do żył, pobudzając serce do pracy. Cały czas przeglądała dla siebie horoskopy. Wszelkie gwiazdy na niebie twierdziły, że to jest właśnie jej noc. Marzec miał przynieść jej miłosne uniesienia oraz sprawić, że zacznie bardziej planować własne finanse. Raki były intuicyjne, empatyczne, a przede wszystkim wrażliwe. We wrażliwy sposób właśnie w jednym z bardziej luksusowych kasyn poszukiwała swojej nowej ofiary.
Zaplanowanie dobrze finansów trzeba było rozpocząć od podpuszczenia jakiegoś idioty, żeby wydał na niej krocie. Obserwowała wszystko z tyłów, analizując każdego w głowie. Ten za stary, ten za brzydki, a ten... miał w sobie coś, co praktycznie od razu ją urzekło. Oczy niemalże od razu jej zabłysnęły. Przystojny, praktycznie w jej wieku, a patrząc po zegarku i ubraniach bardzo bogaty. Tyle jej wystarczyło, by ruszyć w jego stronę. Poprawiła sobie stanik, by piersi lepiej się ułożyły, sprawdziła makijaż, a włosy poprawiła. Idealnie. Wszystkie gwiazdy na niebie faktycznie wskazywały na miłosne uniesienie. Z pewnym siebie, wręcz zadziornym uśmiechem usiadła obok niego, wpatrując się w niego jak zaczarowana. Potrafiła udawać głupiutką, zwłaszcza kiedy jej obiekt był... całkiem dobrym eklerkiem, którego mogłaby zjeść praktycznie od razu.
— Cześć — zaczęła, wkładając sobie niesforny kosmyk włosów za ucho. Sama wcześniej go tak ułożyła. Każdy szczegół miał wyglądać idealnie — wywróżyć Ci przyszłość? — szybko chwyciła go za dłoń, obracając tak, by wewnętrzną częścią mogła jeździć opuszkami palców. Wiedziała, czego oczekiwali od niej mężczyźni. Ani na moment nie spuściła wzroku, cały czas wpatrując się intensywnie w Leo.
— Bo moja czakra mówi mi, że potrzebujesz kompanki na ten wieczór — nie widziała żadnej innej kobiety, nawet innego mężczyzny. Za to Luna była pewna siebie i chciała oczarować go własnym urokiem.
Nie pamiętała, kiedy Las Vegas stało się dla niej domem. Uwielbiała fakt, że miasto nigdy nie spało. Wystarczyło wyjść poza ramy własnego domu, a adrenalina sama dopływała do żył, pobudzając serce do pracy. Cały czas przeglądała dla siebie horoskopy. Wszelkie gwiazdy na niebie twierdziły, że to jest właśnie jej noc. Marzec miał przynieść jej miłosne uniesienia oraz sprawić, że zacznie bardziej planować własne finanse. Raki były intuicyjne, empatyczne, a przede wszystkim wrażliwe. We wrażliwy sposób właśnie w jednym z bardziej luksusowych kasyn poszukiwała swojej nowej ofiary.
Zaplanowanie dobrze finansów trzeba było rozpocząć od podpuszczenia jakiegoś idioty, żeby wydał na niej krocie. Obserwowała wszystko z tyłów, analizując każdego w głowie. Ten za stary, ten za brzydki, a ten... miał w sobie coś, co praktycznie od razu ją urzekło. Oczy niemalże od razu jej zabłysnęły. Przystojny, praktycznie w jej wieku, a patrząc po zegarku i ubraniach bardzo bogaty. Tyle jej wystarczyło, by ruszyć w jego stronę. Poprawiła sobie stanik, by piersi lepiej się ułożyły, sprawdziła makijaż, a włosy poprawiła. Idealnie. Wszystkie gwiazdy na niebie faktycznie wskazywały na miłosne uniesienie. Z pewnym siebie, wręcz zadziornym uśmiechem usiadła obok niego, wpatrując się w niego jak zaczarowana. Potrafiła udawać głupiutką, zwłaszcza kiedy jej obiekt był... całkiem dobrym eklerkiem, którego mogłaby zjeść praktycznie od razu.
— Cześć — zaczęła, wkładając sobie niesforny kosmyk włosów za ucho. Sama wcześniej go tak ułożyła. Każdy szczegół miał wyglądać idealnie — wywróżyć Ci przyszłość? — szybko chwyciła go za dłoń, obracając tak, by wewnętrzną częścią mogła jeździć opuszkami palców. Wiedziała, czego oczekiwali od niej mężczyźni. Ani na moment nie spuściła wzroku, cały czas wpatrując się intensywnie w Leo.
— Bo moja czakra mówi mi, że potrzebujesz kompanki na ten wieczór — nie widziała żadnej innej kobiety, nawet innego mężczyzny. Za to Luna była pewna siebie i chciała oczarować go własnym urokiem.