call the devil
: pn mar 30, 2026 11:25 am
Minęło kilka dni od wyjazdu. Od momentu, gdy zatrzymali się w domku, który przez krótką chwilę udawał, że był ich miejscem. Od rozmów, które miały smak czegoś prawdziwego. I od kłótni, która przyszła nagle, choć wcale nie była niespodziewana.
Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni.
To, co nastało po niej było znacznie gorsze niż same słowa wypowiedziane w gniewie. Cisza, gęsta, uporczywa, wypełniająca każdą przestrzeń między nimi, nawet wtedy, gdy stali obok siebie. Przecinała ją wyłącznie praca, krótkie komunikaty, suche informacje, zdania pozbawione emocji, sprowadzone do absolutnego minimum. Funkcjonowali obok siebie, nie razem.
To było dysfunkcyjne w sposób, którego żadne z nich nie próbowało nawet nazwać. Przy tym wszystkim, co ich łączyło, przy tej intensywności, która potrafiła ich pochłonąć w całości, nie umieli robić najprostszej rzeczy - nie potrafili się zatrzymać, nie potrafili powiedzieć przepraszam. Zamiast tego tkwili w napięciu, które nie miało już ostrej krawędzi, ale ciągnęło się uparcie, rozciągnięte między dniami, które mijały jeden po drugim. Ich charaktery nie pomagały, były zbyt podobne w tym, co najtrudniejsze. Uparte, nieustępliwe, przekonane o własnej racji. Żadne z nich nie chciało odpuścić pierwsze, więc nie odpuszczali wcale.
Ta cisza miała swoje konsekwencje.
Sprawa Ventresci, która wcześniej była czymś, co mimo odmiennych zdań, prowadzili razem, zaczęła się rozchodzić na dwie oddzielne ścieżki. Rhys nie pytał, nie interesował się, nie wchodził w temat, który jeszcze niedawno budził w nim tyle sprzeciwu, a Margo przestała go informować. Nie było w tym demonstracji ani świadomego odcinania się. Działała sama, po cichu i konsekwentnie, tak jak robiła to od samego początku.
Tak nie powinna wyglądać współpraca. Tak nie powinno wyglądać nic, co próbowało się nazywać partnerstwem czy to zawodowym, czy jakimkolwiek innym. A jednak właśnie tak wyglądało i mimo, że to wiedziała, nic z tym nie robiła.
Krążyła wokół Alessii Bianchi od dłuższego czasu. Zbierała informacje, analizowała każdy dostępny ślad, szukała czegokolwiek, co pozwoliłoby jej wykonać kolejny krok. Problem polegał na tym, że kobieta była ostrożna. Zbyt ostrożna, by dać się złapać na czymkolwiek oczywistym.
Pomógł dopiero Rinaldi, bo to, co znaleźli w skrytce bankowej, zmieniło wszystko. Nie był to jeden konkretny dowód, raczej zestaw elementów, które po złożeniu tworzyły obraz trudny do zignorowania. Dokumenty, które nie powinny istnieć, transakcje, które prowadziły dalej; ślady nie tyle obciążały samą Alessię, co otwierały drogę do jej męża.
Wiedziała, że przekracza granicę - nie tylko wchodzi w sprawę, która oficjalnie do niej nie należała, ale robi to już zupełnie otwarcie. Tuż pod nosem Collinsa, który prędzej czy później musiał to zauważyć.
Decyzja zapadła szybko. Rozmowa w domu Bianchich nie miała sensu. Tam Alessia miała przewagę, swoje terytorium, zasady i pewność siebie. Na komendzie wszystko wyglądało inaczej - mała, chłodna sala przesłuchań potrafiła odebrać ludziom więcej, niż byli gotowi stracić.
Kobieta siedziała naprzeciw niej od dwóch godzin. Elegancka, nienaganna, z tym charakterystycznym wyrazem twarzy - półuśmiechem, który nie miał w sobie nic przyjaznego. W jej spojrzeniu było coś ostrego, co przypominało pogardę wymieszaną z rozbawieniem. Patrzyła na Margo tak, jakby cała ta sytuacja była dla niej jedynie stratą czasu, jakby była ponad tym wszystkim.
Rasowa Włoszka - dumna i niewzruszona. Absolutnie nie do ruszenia. - To twoja ostatnia szansa - powiedziała w końcu Margo, opierając dłonie o blat stołu i pochylając się lekko do przodu. - Możesz mi to ułatwić albo sprawić, że zrobię to po swojemu. Utrudnię życie nie tylko twoje, ale również twojego męża, a później twojej rodziny - uśmiech Alessii tylko się pogłębił. Przekrzywiła głowę, przyglądając jej się przez chwilę, jakby oceniała wartość tych słów. - Vai a farti fottere - pierdol się, rzuciła miękko, niemal leniwie.
Margo zacisnęła szczękę. To był moment, w którym wiedziała, że dalej nic z tego nie wyciągnie. Wyszła z sali bez słowa, drzwi zamknęły się za nią ciężko, a korytarz wydał się nagle zbyt jasny; przystanęła na moment, biorąc głębszy oddech, próbując uporządkować myśli.
Nie chciała tego robić. Nie chciała iść po pomoc, ale wiedziała, że nie ma wyboru. Była tylko jedna osoba, która mogła to przełamać. Jedna, która potrafiła rozmawiać z ludźmi takimi jak Alessia. Jedna, która była wystarczająco blisko tej sprawy, by rozumieć jej wagę.
Podeszła do biurka Madden, nie czekając, aż podniesie wzrok. Pochyliła się, wchodząc w jego przestrzeń bez zaproszenia. - Potrzebuję twojej pomocy - powiedziała bez wstępów. - Alessia Bianchi siedzi w pokoju przesłuchań i jest cholerną suką - jej spojrzenie było twarde, skupione wyłącznie na nim. - W skrytce było dużo dowodów, które prowadzą do niej i do Luci - zawahała się na ułamek sekundy, po czym dodała ciszej: - Potrzebuję złego gliny i mam dosłownie kilkadziesiąt minut nim Collins ją tutaj zauważy.
Rhys Madden
Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni.
To, co nastało po niej było znacznie gorsze niż same słowa wypowiedziane w gniewie. Cisza, gęsta, uporczywa, wypełniająca każdą przestrzeń między nimi, nawet wtedy, gdy stali obok siebie. Przecinała ją wyłącznie praca, krótkie komunikaty, suche informacje, zdania pozbawione emocji, sprowadzone do absolutnego minimum. Funkcjonowali obok siebie, nie razem.
To było dysfunkcyjne w sposób, którego żadne z nich nie próbowało nawet nazwać. Przy tym wszystkim, co ich łączyło, przy tej intensywności, która potrafiła ich pochłonąć w całości, nie umieli robić najprostszej rzeczy - nie potrafili się zatrzymać, nie potrafili powiedzieć przepraszam. Zamiast tego tkwili w napięciu, które nie miało już ostrej krawędzi, ale ciągnęło się uparcie, rozciągnięte między dniami, które mijały jeden po drugim. Ich charaktery nie pomagały, były zbyt podobne w tym, co najtrudniejsze. Uparte, nieustępliwe, przekonane o własnej racji. Żadne z nich nie chciało odpuścić pierwsze, więc nie odpuszczali wcale.
Ta cisza miała swoje konsekwencje.
Sprawa Ventresci, która wcześniej była czymś, co mimo odmiennych zdań, prowadzili razem, zaczęła się rozchodzić na dwie oddzielne ścieżki. Rhys nie pytał, nie interesował się, nie wchodził w temat, który jeszcze niedawno budził w nim tyle sprzeciwu, a Margo przestała go informować. Nie było w tym demonstracji ani świadomego odcinania się. Działała sama, po cichu i konsekwentnie, tak jak robiła to od samego początku.
Tak nie powinna wyglądać współpraca. Tak nie powinno wyglądać nic, co próbowało się nazywać partnerstwem czy to zawodowym, czy jakimkolwiek innym. A jednak właśnie tak wyglądało i mimo, że to wiedziała, nic z tym nie robiła.
Krążyła wokół Alessii Bianchi od dłuższego czasu. Zbierała informacje, analizowała każdy dostępny ślad, szukała czegokolwiek, co pozwoliłoby jej wykonać kolejny krok. Problem polegał na tym, że kobieta była ostrożna. Zbyt ostrożna, by dać się złapać na czymkolwiek oczywistym.
Pomógł dopiero Rinaldi, bo to, co znaleźli w skrytce bankowej, zmieniło wszystko. Nie był to jeden konkretny dowód, raczej zestaw elementów, które po złożeniu tworzyły obraz trudny do zignorowania. Dokumenty, które nie powinny istnieć, transakcje, które prowadziły dalej; ślady nie tyle obciążały samą Alessię, co otwierały drogę do jej męża.
Wiedziała, że przekracza granicę - nie tylko wchodzi w sprawę, która oficjalnie do niej nie należała, ale robi to już zupełnie otwarcie. Tuż pod nosem Collinsa, który prędzej czy później musiał to zauważyć.
Decyzja zapadła szybko. Rozmowa w domu Bianchich nie miała sensu. Tam Alessia miała przewagę, swoje terytorium, zasady i pewność siebie. Na komendzie wszystko wyglądało inaczej - mała, chłodna sala przesłuchań potrafiła odebrać ludziom więcej, niż byli gotowi stracić.
Kobieta siedziała naprzeciw niej od dwóch godzin. Elegancka, nienaganna, z tym charakterystycznym wyrazem twarzy - półuśmiechem, który nie miał w sobie nic przyjaznego. W jej spojrzeniu było coś ostrego, co przypominało pogardę wymieszaną z rozbawieniem. Patrzyła na Margo tak, jakby cała ta sytuacja była dla niej jedynie stratą czasu, jakby była ponad tym wszystkim.
Rasowa Włoszka - dumna i niewzruszona. Absolutnie nie do ruszenia. - To twoja ostatnia szansa - powiedziała w końcu Margo, opierając dłonie o blat stołu i pochylając się lekko do przodu. - Możesz mi to ułatwić albo sprawić, że zrobię to po swojemu. Utrudnię życie nie tylko twoje, ale również twojego męża, a później twojej rodziny - uśmiech Alessii tylko się pogłębił. Przekrzywiła głowę, przyglądając jej się przez chwilę, jakby oceniała wartość tych słów. - Vai a farti fottere - pierdol się, rzuciła miękko, niemal leniwie.
Margo zacisnęła szczękę. To był moment, w którym wiedziała, że dalej nic z tego nie wyciągnie. Wyszła z sali bez słowa, drzwi zamknęły się za nią ciężko, a korytarz wydał się nagle zbyt jasny; przystanęła na moment, biorąc głębszy oddech, próbując uporządkować myśli.
Nie chciała tego robić. Nie chciała iść po pomoc, ale wiedziała, że nie ma wyboru. Była tylko jedna osoba, która mogła to przełamać. Jedna, która potrafiła rozmawiać z ludźmi takimi jak Alessia. Jedna, która była wystarczająco blisko tej sprawy, by rozumieć jej wagę.
Podeszła do biurka Madden, nie czekając, aż podniesie wzrok. Pochyliła się, wchodząc w jego przestrzeń bez zaproszenia. - Potrzebuję twojej pomocy - powiedziała bez wstępów. - Alessia Bianchi siedzi w pokoju przesłuchań i jest cholerną suką - jej spojrzenie było twarde, skupione wyłącznie na nim. - W skrytce było dużo dowodów, które prowadzą do niej i do Luci - zawahała się na ułamek sekundy, po czym dodała ciszej: - Potrzebuję złego gliny i mam dosłownie kilkadziesiąt minut nim Collins ją tutaj zauważy.
Rhys Madden