Don't talk to me now
: śr kwie 01, 2026 9:57 pm
Czasami bywały dni, gdy życie toczyło się swoim tempem powoli, ale stabilnie. Czasami bywały też takie, gdy wszystko działo się bardzo szybko i Catherine nie nadążała ze wszystkim.
Tylko że to nie były dni, a miesiąc. I nie nadążała absolutnie z niczym, a jej umysł powoli zaczynał krzyczeć o ratunek. Pojawienie się z buciorami Davida w jej względnie poukładanym życiu, Camila i bałagan w który się wplątała, przymusowe wysłanie swojego brata na odwyk po zrozumieniu, że sami nie dadzą sobie rady i zabrnęło to za daleko. Nawet nie trzeba tu wspominać o sytuacji z ojcem i matką. Wisienką na tym żałosnym torcie był jej niedawny wybryk po zbyt dużej ilości alkoholu.
I to był ten dzień, kiedy miała zamiar wynagrodzić to jakoś mężczyźnie. Nawet jeśli on nie wydawał się mieć nic przeciwko dobieraniu się przez pijaną Bennettównę, to ona zdecydowanie miała wyrzuty sumienia. Przekroczyła jedną z tych granic, za co czuła obrzydzenie do samej siebie i głęboki, wewnętrzny wstyd.
Miała zamiar odstawić się jak szczur na otwarcie kanału - sukienka wisiała nawet na jej szafie, wyprasowana i gotowa do założenia. I wszystko szło nawet zgodnie z planem, dopóki w okolicach siedemnastej nie odebrała telefonu z pracy, że jedna z dziewczyn musiała zrezygnować na najbliższych kilka miesięcy z pracy. W okolicach osiemnastej za to odebrała kolejny: tym razem od rodziców, że Camila nawywijała i że w ramach kary miała robić za pracownika-niewolnika u dziadków w trakcie niedzieli. Oznaczało to jednak, że dzień wcześniej należało ogarnąć naukę Camili. Cath oczywiście odebrała siostrę, chociaż o dziewiętnastej wiedziała już, że ze spotkania nici. I naprawdę miała telefon w ręce i chciała zadzwonić, ale cholernie się bała.
Nie chciała wciągać Harrisona w całe to bagno, tym bardziej że z każdym dniem czuła jak grunt spod jej nóg usuwa się coraz bardziej i bardziej. Zresztą nikogo nie chciała. Przez tyle lat dawała radę, mogła wytrzymać jeszcze trochę. Odłożyła więc komórkę i zajęła się kontrolowaniem pożaru przy jednoczesnym pilnowaniu Camili i jej edukacji.
Zerknęła w przelocie na wyświetlacz i zobaczyła nieodebrane połączenia i poddała się. Nie w jej stylu było zostawianie kogokolwiek bez słowa. Nawet jeśli miało to być proste "nie dam rady". Wisiała mężczyźnie przynajmniej czekoladę w ramach przeprosin, chociaż złapała się na myśli, że lepiej w ogóle nie ruszać tego tematu. Nie wiedziała w końcu czy David kogoś miał czy nie ani czy ewentualna druga strona nie zacznie tego nad interpretować. Nie chciała być źródłem napięć w jakiejkolwiek relacji.
A potem po prostu się odłączyła i odłożyła telefon skupiając się w pełni na Camili. Siedziała ledwo żywa przy stole walcząc z chęcią zaśnięcia (bo owszem, zarywała nocki. Ktoś musiał brać zmiany za barmana podczas nieobecności Alexisa i mimo pomocy Vity wciąż było za mało stałej obsady knajpy). Dlatego być może nieco z opóźnieniem zarejestrowała skrzypnięcie drzwi wejściowych tuż po dzwonku. Bo to mógł być Lexie. Kiedy jednak zdała sobie sprawę, że ten by nie dzwonił do jej mieszkania poderwała się i ruszyła do przedpokoju.
David Harrison
Tylko że to nie były dni, a miesiąc. I nie nadążała absolutnie z niczym, a jej umysł powoli zaczynał krzyczeć o ratunek. Pojawienie się z buciorami Davida w jej względnie poukładanym życiu, Camila i bałagan w który się wplątała, przymusowe wysłanie swojego brata na odwyk po zrozumieniu, że sami nie dadzą sobie rady i zabrnęło to za daleko. Nawet nie trzeba tu wspominać o sytuacji z ojcem i matką. Wisienką na tym żałosnym torcie był jej niedawny wybryk po zbyt dużej ilości alkoholu.
I to był ten dzień, kiedy miała zamiar wynagrodzić to jakoś mężczyźnie. Nawet jeśli on nie wydawał się mieć nic przeciwko dobieraniu się przez pijaną Bennettównę, to ona zdecydowanie miała wyrzuty sumienia. Przekroczyła jedną z tych granic, za co czuła obrzydzenie do samej siebie i głęboki, wewnętrzny wstyd.
Miała zamiar odstawić się jak szczur na otwarcie kanału - sukienka wisiała nawet na jej szafie, wyprasowana i gotowa do założenia. I wszystko szło nawet zgodnie z planem, dopóki w okolicach siedemnastej nie odebrała telefonu z pracy, że jedna z dziewczyn musiała zrezygnować na najbliższych kilka miesięcy z pracy. W okolicach osiemnastej za to odebrała kolejny: tym razem od rodziców, że Camila nawywijała i że w ramach kary miała robić za pracownika-niewolnika u dziadków w trakcie niedzieli. Oznaczało to jednak, że dzień wcześniej należało ogarnąć naukę Camili. Cath oczywiście odebrała siostrę, chociaż o dziewiętnastej wiedziała już, że ze spotkania nici. I naprawdę miała telefon w ręce i chciała zadzwonić, ale cholernie się bała.
Nie chciała wciągać Harrisona w całe to bagno, tym bardziej że z każdym dniem czuła jak grunt spod jej nóg usuwa się coraz bardziej i bardziej. Zresztą nikogo nie chciała. Przez tyle lat dawała radę, mogła wytrzymać jeszcze trochę. Odłożyła więc komórkę i zajęła się kontrolowaniem pożaru przy jednoczesnym pilnowaniu Camili i jej edukacji.
Zerknęła w przelocie na wyświetlacz i zobaczyła nieodebrane połączenia i poddała się. Nie w jej stylu było zostawianie kogokolwiek bez słowa. Nawet jeśli miało to być proste "nie dam rady". Wisiała mężczyźnie przynajmniej czekoladę w ramach przeprosin, chociaż złapała się na myśli, że lepiej w ogóle nie ruszać tego tematu. Nie wiedziała w końcu czy David kogoś miał czy nie ani czy ewentualna druga strona nie zacznie tego nad interpretować. Nie chciała być źródłem napięć w jakiejkolwiek relacji.
A potem po prostu się odłączyła i odłożyła telefon skupiając się w pełni na Camili. Siedziała ledwo żywa przy stole walcząc z chęcią zaśnięcia (bo owszem, zarywała nocki. Ktoś musiał brać zmiany za barmana podczas nieobecności Alexisa i mimo pomocy Vity wciąż było za mało stałej obsady knajpy). Dlatego być może nieco z opóźnieniem zarejestrowała skrzypnięcie drzwi wejściowych tuż po dzwonku. Bo to mógł być Lexie. Kiedy jednak zdała sobie sprawę, że ten by nie dzwonił do jej mieszkania poderwała się i ruszyła do przedpokoju.
David Harrison