lost but found
: pt kwie 03, 2026 5:49 am
Praca, sraca, slayers kurwa.
Miał już dość swojej roboty i z dnia na dzień ciężej mu było zwlec się z łóżka, zmusić do ogarnięcia, spaceru do roboty, by potem odbębnić zmianę byle było. Może był po prostu bardziej grumpy niż zwykle, bo już nie miał się do kogo cieszyć poza pracą? Motylki w brzuchu poszły sobie tak szybko, jak szybko sobie przyszły i generalnie nie zapowiadało się, żeby chciał szukać sobie kogoś innego. Może. Może kiedyś, ale nieprędko; za dużo roboty, za mało zysku i tak naprawdę wolałby się skupić na znalezieniu dla siebie ścieżki kariery, która rzeczywiście mogłaby zapełnić większość jego życia. Straż miała wszystko, w czym się odnajdywał, prawda? Działanie, zamiast siedzenia, szybka, fizyczna decyzja zwykle stała ponad staniem w miejscu i dyskutowaniem o opcjach, pomaganie ludziom w terenie, chaos w którym odnajdował się najbardziej.. Problem był tylko taki, że to trwało. Cały proces rekrutacji trwał cholernie długi i niby mógł to szanować, ale szlag go już trafiał w tym przypierdółku na plaży, okay? Ilość razy, kiedy przez ostatni tydzień czy dwa zastanawiał się, czy wskoczyć na wagonik dostawcy dla Uber Eats, ot, żeby coś ze sobą robić innego niż trwać w tym samym miejscu..
- Lillebror. - machnął na baby-face Marshalla, nadal w swoich kucharskich ciuchach, wyglądając do niego z zaplecza. Nie widział go wieki, a najlepiej się było mu zorganizować do socjalizacji zaraz po pracy; wiadomo, podążając za ciosem wielu godzin w pracy, w których chcąc nie chcąc musiał się komunikować z ludźmi. Fujka. - Co chcesz jeść, to pójdę zrobić. - mógł to potraktować jako oznakę sympatii, bo normalnie machnąłby ręką i pozwolił, żeby bilecik poszedł regularną drogą, przechodząc przez całą kuchnię, zamiast brać zamówienie na siebie.
I tak już w teorii skończył pracę. Ich zamówienie było ostatnim, co zrobił, zanim poszedł się przebrać, teoretycznie jeszcze zanim jego zmiana dobiegła końca... I miał to w dupie. Jak to teraz dzieciaki nazywają? Odchodzenie po cichu? Kiedy nie chciało ci się pracować tak bardzo, że wszyscy wiedzieli, że niedługo będziesz odchodzić..? Coś w tym stylu. - Yooo. - dołączył do niego przy stoliku w kącie, żonogijka (których miał chyba setki) i dresowe spodnie to była zdecydowanie jego ulubiona stylówa po pracy. Rzucił plecak z ciuchami pod swoje nogi, siadając ciężko. - Kurwa, stary, kopę lat. Wiesz, że mam być świadkiem na ślubie Charliego, nie? - zagadnął go od razu... Głównie po to, żeby móc go wyczuć, czy też zna sekrety swojego starszego brata, czy może Theo miał unikać tematu jak ognia, żeby się nie wygadać. Na tamten moment zatkał sobie ryłu kurczakowym burgerem z ekstra serem i bekonem za który nie zapłacił, bo jebać jebać nic się nie bać.
cas
Miał już dość swojej roboty i z dnia na dzień ciężej mu było zwlec się z łóżka, zmusić do ogarnięcia, spaceru do roboty, by potem odbębnić zmianę byle było. Może był po prostu bardziej grumpy niż zwykle, bo już nie miał się do kogo cieszyć poza pracą? Motylki w brzuchu poszły sobie tak szybko, jak szybko sobie przyszły i generalnie nie zapowiadało się, żeby chciał szukać sobie kogoś innego. Może. Może kiedyś, ale nieprędko; za dużo roboty, za mało zysku i tak naprawdę wolałby się skupić na znalezieniu dla siebie ścieżki kariery, która rzeczywiście mogłaby zapełnić większość jego życia. Straż miała wszystko, w czym się odnajdywał, prawda? Działanie, zamiast siedzenia, szybka, fizyczna decyzja zwykle stała ponad staniem w miejscu i dyskutowaniem o opcjach, pomaganie ludziom w terenie, chaos w którym odnajdował się najbardziej.. Problem był tylko taki, że to trwało. Cały proces rekrutacji trwał cholernie długi i niby mógł to szanować, ale szlag go już trafiał w tym przypierdółku na plaży, okay? Ilość razy, kiedy przez ostatni tydzień czy dwa zastanawiał się, czy wskoczyć na wagonik dostawcy dla Uber Eats, ot, żeby coś ze sobą robić innego niż trwać w tym samym miejscu..
- Lillebror. - machnął na baby-face Marshalla, nadal w swoich kucharskich ciuchach, wyglądając do niego z zaplecza. Nie widział go wieki, a najlepiej się było mu zorganizować do socjalizacji zaraz po pracy; wiadomo, podążając za ciosem wielu godzin w pracy, w których chcąc nie chcąc musiał się komunikować z ludźmi. Fujka. - Co chcesz jeść, to pójdę zrobić. - mógł to potraktować jako oznakę sympatii, bo normalnie machnąłby ręką i pozwolił, żeby bilecik poszedł regularną drogą, przechodząc przez całą kuchnię, zamiast brać zamówienie na siebie.
I tak już w teorii skończył pracę. Ich zamówienie było ostatnim, co zrobił, zanim poszedł się przebrać, teoretycznie jeszcze zanim jego zmiana dobiegła końca... I miał to w dupie. Jak to teraz dzieciaki nazywają? Odchodzenie po cichu? Kiedy nie chciało ci się pracować tak bardzo, że wszyscy wiedzieli, że niedługo będziesz odchodzić..? Coś w tym stylu. - Yooo. - dołączył do niego przy stoliku w kącie, żonogijka (których miał chyba setki) i dresowe spodnie to była zdecydowanie jego ulubiona stylówa po pracy. Rzucił plecak z ciuchami pod swoje nogi, siadając ciężko. - Kurwa, stary, kopę lat. Wiesz, że mam być świadkiem na ślubie Charliego, nie? - zagadnął go od razu... Głównie po to, żeby móc go wyczuć, czy też zna sekrety swojego starszego brata, czy może Theo miał unikać tematu jak ognia, żeby się nie wygadać. Na tamten moment zatkał sobie ryłu kurczakowym burgerem z ekstra serem i bekonem za który nie zapłacił, bo jebać jebać nic się nie bać.
cas