Strona 1 z 1

in such an ugly world, something so beautiful

: wt kwie 07, 2026 10:40 pm
autor: august winters
color me your color baby
color me your car


Wrzesień 2025

Zastanawialiście się czasami, jak to w ogóle jest możliwe, że nagle wszystko wydaje się być przeciwko tobie? Tak naraz. Lawina złych wieści. Taki poziom absurdu, że człowiek zaczyna kwestionować wszystko. 'Napiję się mleka? Na pewno?A jak jest przeterminowane?'. 'Ubiorę dziś białe spodnie? Are you sure? Welp, okres gwarantowany'.
I właśnie mniej więcej tak wyglądało ostatnio życie August, kiedy w domu wszystko dosłownie zaczęło się sypać. A jednak tego poranka, poza małym szkopułem w postaci uderzenia małym palcem o krawędź łóżka, gdy wracała z nocnego sikania, dzień zaczął się zajebiście wspaniale, bo… uwaga… dostała wiadomość, że sprzedała dom, w którym jej rodzina mieszkała, kiedy była stałą pacjentką szpitala Hopkinsa w Baltimore, Maryland.
Kiedy to zobaczyła, chwyciła telefon i trzymała go na wyprostowanych ramionach, co chwilę przybliżając do twarzy, bo po prostu nie wierzyła. To działo się naprawdę. Teraz mogła w końcu zacząć szukać lokalu na swoją wymarzoną kwiaciarnio-kawiarnię. Fatum chyba z niej zeszło. A przynajmniej miała na to słodką nadzieję. - Dobra, czas się stąd wyrwać - mruknęła do siebie. Jakieś czterdzieści minut później była już gotowa, by ruszyć na spacer po Toronto i jego okolicach w poszukiwaniu idealnego miejsca. Na początek zaczęła od swojej dzielnicy Greektown. Przechadzała się między uliczkami, a kiedy biodro zaczęło dawać jej się we znaki, zajrzała do lokalnej kawiarenki, kupiła sobie dużą flat white, po czym weszła do Withrow Park, żeby chwilę odsapnąć.

Usiadła na ławce i wsłuchiwała się w ptaki latające wokół niej, rozmowy staruszków pochylonych nad szachownicą i pary spacerujące po parku. Opierając się wygodnie o ławkę, z kawą w dłoniach, przymkniętymi oczami i twarzą skierowaną ku niebu, zaczęła po chwili słyszeć gdzieś w oddali jakiegoś typa, który mówił w tak przerysowany, prześmiewczy sposób, jakby został wyrwany prosto z jakiegoś sci-fi zmieszanego ze sztuką Szekspira. Otworzyła jedno oko, zerkając w jego stronę, żeby zobaczyć, kto to taki, i szybko zorientowała się, że to jakiś mormoński wysłannik, który po prostu przekonywał ludzi, jak bardzo warto przejść na jego wiarę. Wzruszyła ramionami i znowu zamknęła oczy, ale chwilę później znów to usłyszała… tylko jakoś inaczej.
Otworzyła oczy i zobaczyła atrakcyjną kobietę, która dosłownie go naśladowała. Uniosła brew i prychnęła pod nosem. Nie była pewna, czy to coś, co tamta robiła na co dzień, czy może jakiś atak Tourette’a, no ale przecież nie będzie oceniać. Wstała i podeszła do niej, nawet się nie zastanawiając. - Jeżeli uda ci się zimitować mnie tak samo jak jego, to stawiam ci kawę - uśmiechnęła się szeroko i charakterystycznym ruchem zgarnęła kosmyk włosów za ucho. No co? Kawa w towarzystwie atrakcyjnej kobiety o energii lekko rozgadanej papużki? Welp, bitch, you don't need to ask me twice... bo brzmiało to jak absolutnie idealne zwieńczenie tego dnia.

papużka

in such an ugly world, something so beautiful

: śr kwie 08, 2026 12:11 am
autor: babe seaton
001.
Biegała pod mieszkaniu w samym staniku, wydzierając się do Blink-182, kiedy zamarła z piosenką na ustach, z przerażeniem uświadamiając sobie, że miarowo powtarzający się od kilku minut dźwięk w tle to dzwonek do mieszkania.
Babe poczuła jak krew uderza jej do głowy. Kimkolwiek był człowiek stojący za drzwiami, bez wątpienia słyszał jej tragiczne zawodzenie do utworu, który zdecydowanie był za niski na jej skalę głosu. Udawanie, że nikogo nie ma w domu na tym etapie straciło jakikolwiek sens, ale było to nadal lepsze rozwiązanie niż spojrzenie nieszczęśnikowi w oczy, więc Babe stanowczo postanowiła nie ruszać się z miejsca i milczeć jak grób.
Niestety, człowiek za drzwiami był sprytniejszy, niż przypuszczała.
Dzień dobry, poczta — usłyszała stłumiony, lekko znużony męski głos. Poczta-sroczta. Trudno, pomyślała, poczta to poczta. Niech zostawi listy w skrzynce, naprawdę, po coś ją założyli. A jak nie zostawi, bywa, najwyżej nie zapłaci rachunków.
Za drzwiami znów rozległo się niecierpliwe szorowanie butów i kolejny dzwonek, tym razem długi i wykonany ewidentnie poirytowanym gestem. Babe ogarnęła beznamiętna rezygnacja. Przerzuciła garść włosów do tyłu, naciągając koszulę, którą zawinęła któremuś z ojców i jednym ruchem otworzyła drzwi. Na widok stojącego za nimi listonosza wszystko wyparowało jej z głowy. O fizjonomii młodego boga, szczupłej sylwetce i burzy czarnych włosów, listonosz prezentował się tak smakowicie, że Seaton mimowolnie sapnęła z zachwytu.
Niestety, wrażenie, jakie listonosz wywarł na Babe było odwrotnie proporcjonalne do wrażenia, jakie Babe wywarła na listonoszu. Mężczyzna zmierzył ją krytycznym i bez słowa podsunął jej pod nos pokwitowanie i długopis. Seaton, usiłując za pomocą telekinezy rozsunąć klepki podłogowe i skutecznie zapaść się pod ziemię, machnęła bliżej nieokreślonego kleksa w pierwszej lepszej rubryczce i praktycznie rzuciła pokwitowaniem w listonosza.
Wnieść panią do domu?
Babe zamrugała, otworzyła buzię, zamknęła ją, znów otworzyła, po czym zastygła z miną skretyniałego karpia na twarzy.
Słucham? — zdołała w końcu z siebie wydusić, czując, że zaczyna się pocić jak prosię pod intensywnym spojrzeniem pięknego listonosza.
Pytam, czy wnieść pani do domu. Tę paczkę, czy mam wnieść, czy tu zostawić — odparł powoli, gestem wskazując na potężnych rozmiarów pakunek, który stał tuż koło niego. Babe wlepiła wzrok w paczkę, zastanawiając się, czy była tu cały czas, czy też właśnie się zmaterializowała.
Paczkę! — w końcu z siebie wydusiła. — Tak, tak, proszę — szybko dodała, przesuwając się w bok i robiąc przejście dla listonosza, który chwilowo patrzył na nią z ewidentnym pożałowaniem. — Myślałam, że zapytał pan, czy może mnie wnieść do domu — Seaton z przerażeniem stwierdziła, że właśnie autentycznie wypowiedziała te słowa na głos. Listonosz spojrzał na nią już nie z pożałowaniem, ale z żywym niepokojem. — Dlatego się zdziwiłam — rzuciła szybko, błagając samą siebie, żeby się zamknęła. — Że chce mnie pan wnieść do domu. Oczywiście, głodnemu chleb na myśli, prawda?
Gdyby mogła, zjadłaby swój własny język. Listonosz na chwilę zamarł, po czym bezceremonialnie wepchnął paczkę przez framugę, wymamrotał uprzejme pożegnanie, po czym runął w dół schodów, rzucając Babe ostatnie, krzywe spojrzenie. Była pewna, że zobaczyła w nim niedowierzanie połączone z dzikim rozbawieniem. Ze zrezygnowaniem zamknęła drzwi i pacnęła czołem o wizjer.

Wnieść panią do domu, no doprawdy, dobre sobie — mamrotała pod nosem, siedząc na ławce w parku. Dzień był wyjątkowo długi i ciepła. Przeniosła spojrzenie na przechodzącego alejką starszego mężczyznę. — A może zechciałaby panienka zostać wniesiona do domu? — powiedziała do głębokim głosem, przedrzeźniając samą siebie. Po chwili powtórzyła to ponownie, tym razem trochę jak wiewiórka. Jak Alvin. Albo Simon? Babe sama nie potrafiła zdecydować.
Westchnęła ciężko, przywierając plecami do oparcia ławki. Zamknęła oczy. Pod powiekami zaciemniało, co oczywiście było normalne, kiedy zamykało się oczy, ale zwykle pojawiały się też jasne plamy od słońca, których tym razem zabrakło. A to dlatego, że ktoś przed nią stanął i rzucał cień, z czego Seaton zdała sobie sprawę dopiero po chwili. I to tylko dlatego, że usłyszała czyjś głos.
Co? — uniosła w zdziwieniu brwi, przypatrując się uroczej blondynce. Babe zdmuchnęła grzywkę z czoła i zacisnęła usta w wąską linię. — A ty myślisz, że to koncert życzeń? A może wydaje ci się, że jesteśmy w cyrku i można mnie podziwiać, jak jakąś atrakcję? Jak brodatą kobietę albo człowieka o niewielkiej głowie z mikrocefalią? — wypaliła, zanim zdążyła pomyśleć. — Przepraszam — zreflektowała się równie szybko. — Miałam koszmarny poranek — wyjaśniła pokrótce, chociaż nikt nie pytał.
Powinna się domyśleć, że gadając z taką ekspresją, w końcu wzbudzi czyjeś zainteresowanie. I pewnie wzbudziła je dużo wcześniej, ale nikt nie był na tyle odważny, żeby podejść i zgadać. A ona była.
Musisz mówić do mnie więcej — zadecydowała i poklepała miejsce obok siebie. — To znaczy, o boże — Babe przycisnęła sobie palce do nasady nosa. — Musisz powiedzieć coś jeszcze, żebym mogła dokładniej zimitować twój głos. Muszę się z nim osłuchać — posłała jej lekki, ale szczery uśmiech, już darując sobie tamte wcześniejsze złośliwości. — Chyba, że chcesz jak Myszka Minnie. To też da się załatwić — wzruszenie ramion sygnalizowało, że to naprawdę nic wielkiego.

august winters