Strona 1 z 1

It's what I've always wanted

: pt kwie 10, 2026 1:24 am
autor: Wolfgang Welsh
Ponowne spotkanie z Morinem nie zburzyło spokoju, który na przestrzeni życia bez Morina udało mu się odnaleźć. Wspomnienie oczu szatyna nie spędzało mu snu z powiek i nie sprawiało, że przekręcał się z boku na bok, rozmyślając o tych dawno niewidzianych zielonych tęczówkach. Obraz przyjaciela nie prześladował go też na jawie: nie zakłócał uwagi, nie rozpraszał myśli w trakcie pracy, nie sprawił też, że odwołał randkę zaplanowaną na poniedziałkowy wieczór.
Bowiem nie pamiętał snów o wysokim mężczyźnie, który nawiedzał jego świadomość wtedy, gdy ta była najbardziej bezbronna i obnażona. Gdy kończył obserwację, raport lub research pozwalał, by jego myśli kręciły się wokół słów wypowiedzianych półszeptem na opustoszałym tarasie, nie przykładając do nich zbytniej uwagi. Nie analizował ich, ani nie roztrząsał; pozwalał przepływać im przez siebie cicho i bez oporu. Trzecie spotkanie z piękną rudowłosą, którą poznał jakiś czas temu w barze obok mieszkania, minęło miło, lecz nie skorzystał z subtelnego zaproszenia do wejścia na górę, gdy żegnali się pod jej drzwiami.
Montgomery rozgościł się na granicach jego świadomości. Nieproszony i nienachalny, dzięki czemu Wolfgang mógł udawać sądzić, że panuje nad swoim życiem. Nie mógł pozwolić, by serce całkiem wymknęło się spod jego władzy – pamiętając, że było ono dyktatorem a nie sługą – wyczekując na chwilę słabości. Bo gdy ta nadchodziła, miała w zwyczaju prowadzić go tam, dokąd rozum nie odważyłby się nawet spojrzeć.
Na szczęście pamiętał o pięknej brunetce czarującą tłum zebrany na wystawie. Jej wspomnienie czyniło perspektywę ich kolejnego spotkania czymś niemal bezpiecznym i niewinnym. Zwykłym wyjściem i możliwością złapania się po kilku latach, zadaniu kilku pytań: o dotychczasowe i obecne życie; starych znajomych; Victora Kesslera, który zgodnie z przewidywaniami okazał się nowym klientem Wolfganga.
Podobno sto razy powtarzane kłamstwo stawało się prawdą.

Sala koncertowa była spektakularna i zapełniona po brzegi ludźmi. Welsh z lekkim wahaniem powołał się u obsługi na nazwisko Morin, nie będąc pewnym czy obiecany bilet faktycznie był dla niego odłożony. Bo co, jeśli Montgomery zmienił zdanie? Lub zapomniał? Ta ewentualność wydawała się o wiele bardziej bolesna i upokarzająca, zwłaszcza w obliczu ich ostatniego spotkania, na którym skrzypek wydawał się niewzruszony, z ułożonym życiem i planami na przyszłość, w których nie było miejsca ani na wspomnienia o Wolfgangu, ani na jego nagły powrót. Ciepła i kojąca ulga spłynęła po nim, gdy pracownik wyciągnął w jego stronę bilet oraz wskazał drzwi prowadzące na balkon zawieszony obok sceny.
Rozsiadł się wygodnie w miękkim, czerwonym fotelu, przejeżdżając dłonią po pluszowym obiciu mebla. Starał się stłamsić nadmierną ekscytację, którą czuł od momentu, w którym pracownik teatru powiedział mu, że loża jest przeznaczona wyłącznie do dyspozycji jego i pana Morina. Słowa były zapewne jedynie nieświadomą grą, dziełem przypadku, pozbawionym głębszego sensu, lecz jego głupie serce, lecz jego głupie serce nie mogło wrócić do zwyczajnego, stabilnego rytmu.

Będziesz mógł się przekonać, czy naprawdę zmieniłem się tak bardzo.
Oby, kurwa, nie.

Pierwsza godzina koncertu upłynęła na występie młodych artystów, którzy stanowili marną przystawkę przed daniem głównym. Wolfgang obserwował ich z nieco wynudzonym wyrazem twarzy, nie dlatego, że grali okropnie – po prostu nie byli nim. Był tu dla wspomnienia tych jednych, konkretnych dłoni, które potrafiły czule pieścić instrument zmuszając go do wydobycia z siebie dźwięków poruszających duszę Wolfganga. Gra Montgomery’ego opowiadała historie, w których Welsh kochał się zatracać. Czasem była to powieść grozy, która wślizgiwała się pod jego skórę przyprawiając go o gęsią skórkę; innym razem była radosną nowelą, krótką i skoczną, sprawiającą, że noga blondyna podrygiwała w takt dźwięków; zdarzało się, że była melancholijnym, niespokojnym dramatem o czymś, co zostało utracone.
Nie znał się na muzyce. Nie posiadał wybitnego słuchu, jedynie odpowiednie poczucie rytmu, które czyniło go nieprzeciętnym partnerem do tańca. Stąd też wiedział, że to nie muzyka go uwodziła, lecz człowiek, który ją tworzył.
Gdy młodzi artyści zakończyli swoją część występu, dłoń Wolfganga zacisnęła się na podłokietniku w nerwowym oczekiwaniu. Mimowolnie wyprostował się i nieco bardziej pochylił do przodu, by móc złapać dokładny moment, w którym Montgomery pojawi się na scenie.

montgomery morin

It's what I've always wanted

: sob kwie 11, 2026 12:30 am
autor: montgomery morin
Monty grywał w wielu miejscach lepszych niż Roy Thomson Hall.
I nie, bynajmniej nie znaczyło to, że nie darzył sali koncertowej w Toronto jakąś dozą sympatii - sympatii wystarczającej przynajmniej, by z przestrzenią tą związać swoje życie na najbliższe lata zarówno podpisanym przez siebie kontraktem, jak i emocjonalnym zobowiązaniem. Lubił budynek filharmonii sam w sobie, tego modernistycznego kolosa w dzwonowatym kształcie, zależnie od pogody odbijającego setką szklanych paneli naiwny błękit, albo ponure indygo nieba. Lubił instalację zawieszoną pod sufitem sali głównej - wielki ślimak ze stali i szkła zwieńczony punktowymi światłami reflektorów, i dwa tysiące sześćset trzydzieści miejsc siedzących - od balkonów aż po dostawki, które studenci muzyki i sztuki mogli czasem zdobyć za darmo, jeśli byli wystarczająco czujni, zdeterminowani, i gotowi odstać swoje w niekończącej się jakby kolejce do kas biletowych. Lubił, wreszcie, plątaninę sal treningowych i garderób rozciągającą się za kulisami, cały labirynt, który teraz - po kilku latach regularnych wizyt w tym miejscu - znał na pamięć tak dobrze, jak wieloletni kochankowie zwykną znać nawzajem swoje ciała.
A jednak nie dało się ukryć, że nie było to wiedeńskie Musikverein ze swoim neoklasycystycznym przepychem, potężny Royal Albert Hall w Londynie, ani też Carnegie Hall z architekturą, która u Morina zawsze wzbudzała sztormowe fale gęsiej skórki. W realiach kanadyjskiej sceny muzyki klasycznej może i dość prestiżowy, w międzynarodowym kontekście Roy Thomson Hall wypadał dość blado, z kogoś tak utalentowanego jak Monty czyniąc coś na wzór dużej ryby w zbyt małym akwarium. Nie trudno było sobie wyobrazić co, gdyby żył, powiedziałby na ten temat jego ojciec. Wstyd. Poruta. Nie niespodzianka, biorąc pod uwagę jak niskie miał o własnym synu Morin Senior mniemanie, ale nadal hańba - tak zmarnować nie tylko potencjał, ale przede wszystkim wszelkie rodzicielskie inwestycje, które Montgomery'ego miały zaprowadzić na sam szczyt kariery, podczas gdy ten postanowił osiąść wygodnie na jakimś jej pośrednim szczeblu.
Ale to tutaj przecież, w Kanadzie, w Toronto, był Wolfgang dom. Nie w Paryżu, w którym o kontrakt z szatynem szarpały się dwie orkiestry, i nie w Amsterdamie, gdzie Monty mógłby i grać, i uczyć, za pieniądze znacznie obfitsze niż na lokalnym podwórku.
No, a poza tym jeszcze akustyka. Było coś wyjątkowego, coś niezastępowalnego, w sposobie, w jakim dźwięk roznosił się pod sklepieniem filharmonii, biegł symetrią ścian i opadał na geometryczne cięcia kolejnych rzędów, jakby po gwieździstym kształcie, układając się w uszach słuchaczy zupełnie inaczej w zależności od miejsc zajmowanych przez nich na widowni. Monty kochał to, że nawet grając dokładnie tę samą melodię, najróżniejszym widzom mógł zapewnić kompletnie inne doświadczenia - bo przecież tego samego utworu doświadczało się kompletnie inaczej z pierwszego albo z ostatniego rzędu, z północnego kąta sali albo z centralnego balkonu na drugiej kondygnacji. I, co ważniejsze, wbrew powszechnemu przekonaniu, najdroższe z miejsc wcale nie były zawsze najlepsze. Zależało od tego, czego się chce. Czy słyszeć melodię wyraźnie, czy klarownie. Czy być tym, który dźwięk jako pierwszy pochwyci w spiralę małżowiny, czy może tym, który usłyszy gorzej, ale zobaczy za to lepiej to, co działo się na scenie. Morin głęboko wierzył, że miejsca na widowni zajmować się powinno nie z uwagą na zawartość portfela, a w zależności od relacji ze znajdującym się na estradzie twórcą i tego, co się do niego czuło. Czy uwielbienie, czy nienawiść, podziw czy zazdrość. A może coś zupełnie innego - lub dziwną kombinację każdego z powyższych.

Szykując się do dzisiejszego występu - z pozoru kompletnie rutynowego, jeśli nie wiedziało się o potencjalnej obecności Wolfganga wśród publiki - Monty czuł wzmożoną dysocjację, uczucie mu nieobce, ale intensywniejsze teraz niż zwykle. Najczęściej tłumaczył je sobie działaniem leków przeciwbólowych albo brakiem snu, sprawiającymi, że ciężko mu było odnaleźć się we własnym ciele, i doświadczyć go od środka, nie zaś spoglądać na siebie jakby z zewnątrz, jak niezależny obserwator krytyk. Dziś jednak nie mógł pozbyć się myśli, że nawet gdy ostatni raz sprawdzał, czy mostek jego Stradivariusa stoi prosto, i gdy sunął smyczkiem po kostce kalafonii, wciągając w nozdrza jej żywiczny zapach, robi to tylko połowa jego duszy.
Druga, nazbyt czujnie, stała za winklem szatni - z dobrym widokiem na stanowisko bileterów, poinstruowanych aby - jeśli ten przyjdzie - bez słowa wątpliwości wręczyć Welshowi jego bilet.
Czy przyjdzie?

Montgomery nie wiedział. Wydawało mu się, że czuje go w kościach, w bliskim sąsiedztwie pulsującego w nich bólu, ale mógł się przecież mylić, nie byłby to pierwszy raz. W ramach jednego z wielu precedensów, niespełna miesiąc temu zagapił się na obcego mężczyznę na ulicy - tylko dlatego, że ten przewyższał go o dobre dwa cale i przydługie, jasne włosy nosił w jakby-znajomym nieładzie - do tego stopnia, że niemal wpadł pod koła mijającej go taksówki.
Nie chciał robić sobie nadziei - wiadomo, co się o niej mówiło. Nie chciał też pozwolić, żeby budzące się w nim oczekiwania zmąciły mu jasność widzenia i, tym samym, rozumienia całej sytuacji jako dokładnie to, czym była: wypadkiem przy pracy, zbiegiem okoliczności. Wtedy - na wernisażu - gdy zapraszał Wolfganga na koncert, miał na swoje wytłumaczenie lekki rausz i stan emocjonalnego szoku; warunki, w których trudno jest podjąć jakiekolwiek racjonalne decyzje. Teraz jednak był nie tylko trzeźwy, ale i przygotowany. Tak na to, że blondyn mógłby się dziś w Roy Thomson Hall pojawić, jak i na jego nieobecność. W pierwszym scenariuszu zamierzał podejść do tego jak do ciekawostki, niemalże-zabawnej anegdoty, którą opowiedzieć mógłby potem choćby Romy. Och, nie uwierzysz! Tak, przyjaciel z dzieciństwa. Tak, miejsce na balkonie... Coś poważnego? Nie, daj spokój! W drugim, na ratunek przyszłoby mu to, co zawsze. Tramadol, szampan i ta sama autoagresja, której od lat skutecznie używał, by wyzbywać się własnych potrzeb.

Gdy wyszedł na scenę, pierwsza wcale nie odpowiedziała publika, wstrzymująca oddech i ze wzrokiem utkwionym w jego strzelistej sylwetce, ale estrada. Cichy, suchy dźwięk desek uginających się lekko pod jego butem, gdy zza kulis wkroczył wprost w krąg scenicznego światła. Miał na sobie pogrzebowy odcień czerni; przylegający ciasno do ciała, cienki golf, i marynarkę skrojoną w ramionach tak, by podkreślać jego smukłość, jednocześnie nie ograniczając ruchów. Włosy ułożył jak zawsze: skromnie, starannie. Cała jego prezencja i tak stanowiła wyłącznie tło dla jego dłoni.
Monty wiedział dokładnie, że z tego punktu sali zobaczy co najwyżej ciemność, rozjaśnianą tylko z rzadka jasnymi punktami oczu, i to wyłącznie w pierwszych paru rzędach. Balkonów zawieszonych powyżej linii jego wzroku w ogóle nie było stąd widać. Dlatego też nie spojrzał, nie sprawdził. Zadarcie głowy na fali nadziei, posłanie spojrzenia tam, gdzie mógł znajdować się Wolfgang, byłoby nie tylko błędem w sztuce, ale także niewybaczalną dystrakcją.
Członkowie otaczającej go orkiestry - kilkadziesiąt ciał oddychających jednym rytmem - rozmyli się w ciemną plamę gdzieś na peryferiach jego wizji. Kilka smyczków poruszyło się bezgłośnie, próbnie. Ktoś przesunął palce po klapach instrumentu. Drobne, prywatne dźwięki. A potem cisza, podobna do ciszy morza, które przed chwilą połknęło ludzkie ciało.

Montgomery podniósł skrzypce -

Jego broda automatycznie znalazła oparcie podczas gdy lewa ręka walczyła przez ułamek sekundy z grawitacją bólu, jakby staw negocjował warunki. Z pomocą przyszła jej zaraz prawa dłoń - pewny, wypracowany gest przywracający instrumentowi pełną równowagę. Ruch palców. I pierwszy dźwięk, nigdy nie będący tak naprawdę muzyką, tylko próbą przyczepności: smyczek ostrożnie liżący struny, sprawdzający je, biorący je pod uwagę. Dopiero druga nuta zaczynała opowieść.

Dziś, w wyniku decyzji podjętej na dzień przed koncertem, gra Montgomery’ego opowiadała historie, w których Welsh kochał się zatracać ich historię.
Dziesięć rozdziałów niby dziesięć wspólnych wiosen. Niewinność pierwszej przyjaźni i brud pożądania, które wkraść się w nią może jakby wąż pełznący po drzewach Edenu. Kolejne fale melodii oddawały historię dwóch chłopców uwięzionych w epicentrum cyklonu, na tyle naiwnych by wierzyć, że uda im się oszukać wszystkich - własnych rodziców i całą resztę otoczenia, własny los, czas, i nawet samych siebie.
Pod przykrywką Paganiniego, wyjawiał niespełna dwóm tysiącom ludzi, że oddał serce drugiemu mężczyźnie, i stracił je bezpowrotnie tej samej nocy, której stracił i ojca. Melodia nie płynęła spod jego palców, lecz ze szpiku kostnego, z lędźwi, z punktu na południowy zachód od sternum. Nikt -
Nikt oprócz Wolfganga nie mógł rozumieć, o czym był grany teraz przezeń utwór. Koncert jak publiczna chłosta, którą Monty zadawał samemu sobie. Palce jego lewej ręki poruszały się tak szybko jakby chciały wyprzedzić ból, zanim ten zdążyłby je znaleźć i unieruchomić.
W pewnym momencie dźwięk stał się cieńszy, prawie przezroczysty. To był fragment, w którym łatwo szło przesadzić, zrobić z niego pokaz. Ale Montgomery nie przyspieszył, dopiero teraz — na krótki, ale wystarczający moment — pozwalając własnemu spojrzeniu unieść się wyżej niż zwykle, tam, gdzie przeczuwał obecność przyjaciela. Dźwięk zgęstniał, a potem nagle się oczyścił - jak koszula wypłukana z krwi, albo jak niebo po sztormie.

Ostatnia część jego występu nie była kulminacją, a raczej wydanym orkiestrze sygnałem, że na dziś wystarczy. Monty uniósł smyczek jeszcze raz, jakby się wahał, czy warto coś dodać, jakieś ostatnie wyzwanie słowo, całą publiczność trzymając na moment w napięciu, w oczekiwaniu, w garści razem ze skrzypcami. I w tej jednej sekundzie, jak zawsze, poczuł, że ma to, czego nie posiadał w życiu w żadnym innym kontekście. Pełną kontrolę, pełną władzę. Czas, który nie zostanie mu odebrany.

Ze sceny zszedł jeszcze przed eksplozją aplauzu.

Na pamięć, na ślepo, ignorując pytanie usherów, czy wszystko w porządku, czy coś (mu) się stało. Bocznym korytarzem prawie biegł zanim przypomniał sobie żeby zwolnić, spoważnieć. Nie był już dzieckiem, i nie jak dziecko zamierzał otworzyć zaraz drzwi do loży, lecz jak dorosły, cokolwiek miało to oznaczać.

A mimo to, gdy stanął w drzwiach, z dłonią odgarniającą ciężar welurowej kurtyny, czuł się tak, jakby od dzieciństwa dzieliło go tylko jedno uderzenie serca.
- Przyszedłeś - Powiedział, zanim zdążył ugryźć się w język. Prawie szeptem, prawie jak westchnienie ulgi i jęk cierpienia za jednym zamachem. Dopiero teraz odchrząknął, zamrugał. Wyprostował plecy - Wolfgangu. - Wolfie, Wolfie, Wolfie. Mój Wolfie. Poważnie, ale bez zobowiązań: - Czy byłeś na całym koncercie?

Wolfgang Welsh

It's what I've always wanted

: sob kwie 11, 2026 3:10 pm
autor: Wolfgang Welsh
Obserwował jak Montgomery wkracza na scenę. Miał w sobie tę niezachwianą pewność siebie człowieka, który wiedział dlaczego tu był. Wszyscy czekali właśnie na niego; na jego występ; na jego historię; na podróż, w którą miał ich zabrać. Wydawał się ostry jak brzytwa, zdeterminowany i skupiony, będąc zarówno myślami jak i ciałem o krok przed nimi wszystkimi, już w tej podróży i historii. Nie sprawdził, czy inni byli gotowi – ani jego orkiestra, ani jego widownia – przyłożył smyczek do strun i przejechał po nim jednym płynnym ruchem.
Instrument wydawał się zastępować mu rękę, a smyczek stał się przedłużeniem ramienia. Melodia była zarazem słodka i lekka, niczym beztroskie, dziecięce lato: pozbawione obowiązków, zmartwień i pośpiechu. Rozciągnięte w czasie, trwające całe lata, a nie zaledwie dwa miesiące. Głupie w swojej pozbawionej celu naturze, naiwne w swoim przekonaniu, że będzie trwało wieczne. A potem stała się lepka, niczym rozlany miód na rozgrzanym od słońca stole; brudząc wszystko swoją gęstą mazią, stając się ciężka do wyczyszczenia, bo nawet po starciu wciąż można było czuć skórę przyklejającą się do drewna. Dźwięki stracił na swojej lekkości, zdając się sklejać ze sobą, czyniąc nastrój wciąż słodkim, lecz odrobinę cięższym.
Widział, jak Montgomery gra, z typową dla siebie pasją i zatraceniem, jakby nie istniał nikt poza nim i tym cholernym instrumentem. Jednocześnie widział też ich samych z przeszłości.
Wspomnienia wspólnych wakacji, współdzielonych pomiędzy domem Morinów i Welshów.



Ich dwójkę wynudzoną upałem, pływaniem w jeziorze, jazdą na rozworze. Dziecięce ciała leżące na kocu obok siebie, spocone i rozgrzane, sykające się palcami w nogach oraz nagie ramiona. Ubrudzone pyłem i ziemią kolana, resztki czekoladowych lodów zastygłe w kącikach ust.
Dwóch nastolatków nad brzegiem jeziora, popijających skradzione, ciepłe piwo w czerwcową, parną noc. Siedzących tuż obok siebie, sekretnie na siebie zerkających z ciekawością i fascynacją. Szukających każdej wymówki do tego, by móc się nawzajem dotknąć, bo przecież nie mogli udawać, że to okoliczności zmuszają ich do nieprzerwanego kontaktu: zbyt ciasne biurko w ulubionym miejscu w bibliotece, ścisk w tłumie na korytarzu szkolnym, ulubione siedzisko pod oknem w pokoju, które było już zbyt małe na dorastające ciała, by móc je swobodnie pomieścić.


Muzyka dręczyła go, w ten przyjemnie okrutny sposób, wywlekając na wierzch zapomniane, zakurzone wspomnienia. Niczym nocna mara rozgrzała jego ciało, niewidzialnymi szponami wbiła je w miękkie, krwistoczerwone oparcie i przysiadła na jego klatce piersiowej nie pozwalając mu się ruszyć. Nie dając mu szansy na ucieczkę przed punktem kulminacyjnym, który brzmiał gwałtownie; wprawiał w drżenie jego dłonie; zasłaniał oczy ciemnym woalem; zabierał oddech zmuszając go do krótkich haustów powietrza i wstrzymywania tchu.
W końcu jednak, skrzypce umilkły. Wolfgang wyrwał się z letargu, zamrugał szybko starając się dojść do siebie i złożyć choćby jedną trzeźwą myśl. Jednak tylko jedno zdanie przebijało się przez powierzchnię jego świadomości. Muszę go znaleźć. Muszę do niego natychmiast iść. Lecz nie mógł zmusić roztrzęsionych kończyn do ruchu, nie był w stanie nawet dołączyć do aplauzu, który rozniósł się po sali niczym grad uderzający o blaszany dach, gromki i silny. Spojrzał na scenę, by móc go ujrzeć jeszcze raz, ale podium było puste. Oklaski wciąż dudniły w jego uszach, ale ten, którego oklaskiwano zdążył uciec przed ich nierównym rytmem.
Zalał go żal i zwątpienie. Gdzie do cholery zniknął Morin? Nie zauważył, jak schodzi ze sceny, zbyt zajęty dojściem do siebie. Nie sądził, że zniknie tak szybko z jego pola widzenia. Czy schował się za kulisami, by móc pod koniec koncertu ukłonić się wraz z orkiestrą? Wyszedł z teatru? Zniknął szybciej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Jak zawsze krok przed innymi…
Muszę go znaleźć.
Poczuł nagłą obecność za swoimi plecami, choć kroki były niemal niesłyszalne we wciąż panującej wrzawie. Obrócił się w fotelu, zwracając swoją twarz, tułów, a także lewą rękę w stronę szatyna.
Zawsze o krok przed nim.
Morin mógł dostrzec jeszcze cios ślad, który zostawił swoim występem. Silna emocja, niczym otwarta, pulsująca rana, gościła na twarzy Wolfganga. Wykrzywiała jego rysy w bólu i tęsknocie, które nie mogły być udawane, a jednocześnie były bardzo osobiste i przeznaczone tylko dla nich. Trwało to jednak chwilę, uderzenia serca, po czym zmarszczki wygładziły się nadając mu zdeterminowany i czuły wygląd człowieka, który był gotów rozebrać cię na najmniejsze kawałki i złożyć z powrotem. Nim zdążył chociaż pomyśleć, a co dopiero się zatrzymać, jego ręka wystrzeliła w stronę Montgomery’ego, jakby chciała go pochwycić. Blada dłoń wyraźnie odznaczała się na ciemnej przestrzeni między nimi. Zwrócona wierzchem ku górze, płynęła wolno ku mężczyźnie, który stał zbyt daleko, by móc go dociągnąć. Nawet palec wskazujący spróbował zahaczyć o niewidzialny obiekt; desperacko, niczym człowiek spadający z wysokości, która nie może skończyć niczym innym jak zetknięciem z twardą nawierzchnią, lecz mimo to i tak rozpaczliwie starającym się znaleźć punk zaczepienia, który pozwoli mu się uratować.

Przyszedłeś.


Miał ochotę mu odpowiedzieć, Ty również, bo kompletnie nie spodziewał się jego obecności tutaj, w trakcie wciąż toczącego się występu. Ktoś inny zastąpił jego miejsce na scenie, słyszał utwór przecinający sale, lecz nie był w stanie skupić się na nim, zbyt pochłonięty widokiem szatyna przyodzianego w czerń. Cofnął dłoń, żałując, że nie może cofnąć czasu i nie wykonać tego gestu, który stanowił ostateczny dowód jego ślepego oddania i tęsknoty. Zacisnął palce wokół podokiennika na pustym fotelu obok i delikatnie je przesunął, zapraszając tym gestem Morina do tego, by zasiadł obok niego.
– Oczywiście, że tak. Słyszałem każdą jedną nutę – słaby uśmiech zagościł na jego wargach, a twarz stała się na wpół zmartwiona, a na wpół niepewna. Wiele myśli buzowało w jego głowie, lecz otępienie po występie Morina i jego nagłe przybycie nie pozwalały mu na to, by zachować bystrość umysłu. – Dziękuję Ci bardzo za to miejsce, to było… - zawahał się nie wiedząc jak określić jego występ, a przecież nigdy nie miał problemu z brakiem słów. – Nawet nie wiem, jak to określić – przyznał szczerze, przymykając na sekundę oczy, przytłoczony ciężarem emocji i swoim zagubieniem. – Zawsze wiedziałem, że zajdziesz daleko, lecz nie sądziłem, że okażesz się niedościgniony. Co czujesz jak tam jesteś?

montgomery morin

It's what I've always wanted

: ndz kwie 12, 2026 12:24 am
autor: montgomery morin
Gdyby Montgomery wiedział - bo z dzielącej ich odległości mógł się przecież wyłącznie domyślać wpływu, jaki grana przez niego wariacja miała na Welsha - pożałowałby, że zamiast na scenie, od początku do końca nie znajdował się na jeden krok i gwałtowne wyciągnięcie ręki od niego. Strasznym i rozkosznym zarazem byłoby dostrzegać go w tym stanie, unieruchomionego nagłym napływem wspomnień i tego rodzaju pożądania, które wiąże się zazwyczaj wyłącznie z utraconymi miłościami szansami. Delektowałby się rozedrganiem męskich dłoni, falowaniem piersi, gdy Welsh walczył z własnym ciałem o każdy nieco głębszy, nieco spokojniejszy oddech, i sposobem, w jaki jego spojrzenie zamgliło się nagle, zaciemnione pod markizami jasnych rzęs, i ciężarem powiek, dokładnie tak, jak oprawcy rozsmakowywać się mogą w bólu własnych ofiar.
Ale zamiast tu, w półmroku prywatnej loży, Morin znajdował się dwa teatralne piętra niżej, za linią świateł rampy, dostęp do Wolfganga uniemożliwiająca mu tak, jak ponoć posypanie progu solą powstrzymuje demony przed dostaniem się do ich wnętrza. Pozostawało mu zatem jedynie przypuszczać, jaki wpływ jego wirtuozerski popis mógł mieć na blondyna i mieć nadzieję, że nie pozostawił go ani obojętnym, ani chociażby opanowanym - a i to przecież mogło okazać się ostatecznie jedynie naiwną fantazją Morina.

Prawda była taka, że zmierzając na piętro po obitych czerwonym, filcowym materiałem stopniach bocznych schodów - niektóre pokonując po dwa, dokładnie tym samym rytmem, w którym w nastoletniości śpieszył się czasem na egzaminy, przerażony, że jeśli się spóźni, ten czy inny profesor nie wpuści go na salę, a ojciec go wtedy zwyczajnie zabije - nie mógł mieć przecież żadnej pewności, że Wolfganga w ogóle spotka w zarezerwowanej dla niego przestrzeni. Może blondyn w ogóle nie przyszedł, a może - jeszcze gorzej! - opuścił filharmonię w połowie koncertu, znudzony lub zdegustowany przebiegiem dzisiejszego wieczora? Monty nie wiedział, co byłoby gorsze. Nie chciał się nad tym nawet zastanawiać.

- Ty również.

Tak; te słowa, cięte, lecz prawdziwe, byłyby jak najbardziej na miejscu. Niewypowiedziane, ale pomyślane przez Wolfganga, i jakby wyczytane przez Monty'ego za sprawą dziwacznej telepatii, zawisły teraz w ciszy pomiędzy nimi jak wspólny sekret; jak odpowiedzialność za jedno przewinienie, ponoszona, demokratycznie, we dwoje. Jak nagany zbierane w szkole za odbyte wespół-zespół wagary. Jak szlaban przecierpiany ramię w ramię, gdy stłukli sąsiedzkie okno, i ani jeden, ani drugi nie chciał przyznać na głos, który cisnął kamieniem, więc ostatecznie na obydwu spadła taka sama kara. Jak zagrożenie dyscyplinarką, gdy w przedostatnim roku szkoły przyłapano ich na egzaminie z rozłożoną na kolanach ściągą powstałą w dwóch egzemplarzach, jednym dla Morina, i drugim dla Welsha, pisanym naprzemiennie to ręką jednego, to drugiego, tak starannie, że nie dało się rozróżnić, który z nich stał za tym występkiem bardziej. Jak wówczas wreszcie, gdy dopuścili się morderstwa.
Boże, czy to właśnie było sednem ciążącego nad nimi fatum? Że tak szybko, jak Montgomery i Wolfgang tylko znaleźli się w tej samej przestrzeni, od razu stawali się wspólnikami w zbrodni?

Pod naciskiem barwionego błękitem spojrzenia, Monty poczuł się nagle tak obnażony i bezsilny, jakby zamiast w szytym na miarę scenicznym garniturze, przyszedł tu zupełnie nagi. Nie powinien się dziwić - przecież dokładnie tak niejednokroć czuł się przy Welshu w przeszłości, oszołomiony świadomością, że blondyn potrafi z niego czytać jak z przysłowiowej otwartej księgi. Dotarło doń nagle, że i teraz dawał Wolfgangowi kolejną okazję, żeby ten go przejrzał, stając się świadkiem całej jego desperacji i bezwoli w obliczu trawiącego go pożądania. Pomyślał - tak, dopiero teraz; troszeczkę, zatem, po czasie - że może wszystko to, od pierwszej do ostatniej chwili, było błędem. Że może powinien przeprosić i się wycofać, jakby słuchając się zinternalizowanego do głębi głosu ojca, powtarzającego mu, żeby nie był idiotą?
Pokręcił głową, i przez chwilę wydawać się mogło, że odmawia propozycji Wolfganga, gestem dłoni nakłaniającego go do spoczęcia na miejscu obok siebie. Zaraz jednak usiadł obok niego, po męsku z kostką prawej stopy wspartą o kolano lewej nogi. 
- Nie wiesz jak "to" określić? - Zaczepił, ale nie zakpił, zdając sobie sprawę, że choć rozmawia z człowiekiem, który, jako jego szkolny współlokator, dorastał zmuszony by muzyki klasycznej słuchać dosłownie dzień w dzień, Wolfgang nadal jest przecież laikiem, a nie krytykiem i koneserem gry na skrzypcach - Wiesz, w ustach recenzentów takie słowa rzadko są dobrym znakiem... 
Przesunął dłonią po własnym udzie, krótko rejestrując kształt mikrych gruzełek w kosztownej wełnie wysokoskrętnej, z której uszyto jego spodnie. Z głębokim, cichym westchnieniem, obrócił w myślach zadane mu przez Welsha pytanie. Co czuł gdy znajdował się na deskach estrady?
Ciepło reflektorów. Zagubioną kroplę potu na własnych plecach, pędzącą od linii włosów, przez kark i szlakiem kręgosłupa, a potem rynną lędźwi, aż do linii jego pośladków.
Tremę, czasami - zwłaszcza gdy wiedział, że na widowni znajduje się ktoś, kogo realna sympatia albo antypatia mogą skutkować artystycznym awansem albo uszczerbkiem na jego karierze. 
Satysfakcję, jeśli któryś występ w jego własnym przeświadczeniu okazywał się szczególnie udany, lub palący wstyd, gdy czuł, że gra poniżej własnych kompetencji. Zdawał sobie sprawę, że niedociągnięcia i potknięcia umykały uwadze większości - jeśli nie wszystkich - siedzących na widowni słuchaczy, ale pod względem samokrytyki był zawsze absolutnie bezwzględny.
Ból, oczywiście. Zwłaszcza ostatnimi czasy. Choć próbował go ignorować tak, jak przez sen człowiek zwyknie ignorować niosące się za oknem wycie policyjnych syren.
I, wreszcie, nudę. Często w trakcie własnych występów, Monty Morin czuł się bowiem zwyczajnie znużony. Raz szarpiąc struny, raz gładząc je pieszczotą smyczka tak leciutką, że można by ją pomylić z muśnięciem motylego skrzydła, bardziej niż wirtuoz czuł się jak pracownik fabryki, do codziennych obowiązków zasiadający dzień w dzień z ziewnięciem monotonii, i bez większej ekscytacji. Wyobrażał sobie, że to samo uczucie dopada czasem i chirurgów i kurwy, i wszystkich innych profesjonalistów pracujących na godzinowe zmiany. Ci, którzy myśleli więc, że przed jego wejściem na scenę, w Monty'm zawsze musiała kłębić się wena, byli w głębokim błędzie. Czasem nie chodziło o artyzm, a po prostu o powtarzalność wyuczonych na pamięć ruchów.
- Dobre pytanie - Powiedział z zawadiackim uśmiechem, posłanym Welshowi z ukosa. Po tym jednym grymasie Wolfgang mógł się domyślić, że szatyn będzie wykręcał się od odpowiedzi. Bo co miałby mu niby powiedzieć?
Że nigdy
nie przestał
go kochać?
- Potrzebowałbym całej nocy, żeby ci to wyjaśnić - Rzucił tonem jawnie sugerującym, że nie ma szans, by los darował im taki luksus, jak cała noc spędzona we dwoje. Już nie, już nigdy. Nie w tym życiu. Opuścił stopę na podłogę, blisko miejsca, w którym spoczywała jedna ze stóp Wolfganga.
- Ale widzę, że chyba nie mogło podobać ci się bardziej niż ostatnim razem... - Zaczął, i na moment wcale nie miał trzydziestu pięciu lat, tylko piętnaście, gotów, by przyjacielowi wymierzyć prowokacyjnego kuksańca - Bo nie widzę tu żadnych kwiatów. Hm, Wolfie? - W ciemności balkonu, szturchnął czubek wolfgangowego buta krawędzią własnej lakierki - Gdzie są moje kwiaty?

Wolfgang Welsh

It's what I've always wanted

: sob kwie 18, 2026 12:03 am
autor: Wolfgang Welsh
Przez chwilę wydawało się, że Morin go zostawi i serce Wolfganga zakuło go boleśnie, a na głowę spłynęło gorące uczucie wstydu. Zupełnie jak wtedy, gdy…
…ma się lat naście i jest się ślepo zakochanym w niewłaściwej osobie, a świadomość tego błędu przychodzi nagle i brutalnie, odzierając człowieka z godności. Zwykle wtedy, kiedy powierzasz jej swoje ciało, swój pierwszy raz, licząc, że akt będzie słodki w swojej pierwotności i nieporadności, lecz zamiast tego napotykasz pośpiech, obojętność lub egoizm. I zdajesz sobie sprawę, że oddałeś coś ważnego osobie, która nawet nie próbowała tego unieść.
…jesteś z człowiekiem, który przychyliłby ci nieba. Jesteś dla niego pierwszą myślą po przebudzeniu; fantazją spędzającą sen z powiek; osobą, którą rozważa po raz pierwszy na poważnie. Spoglądasz mu w oczy i niemal nie widzisz ich koloru za sprawą szeroko rozszerzonych źrenic, będących wypadkową niepohamowanej reakcji na emocje i hormony, które w niej wzbudzasz. Widzisz drżenie jej dłoni, dostrzegasz jak ładnie i starannie wygląda i wiesz, że zbierając się myślała tylko o tobie – o tym czy spodoba ci się jej bluzka, czy dostrzeżesz nową biżuterię, czy przytrzymasz pochyloną głowę przy jej karku o sekundę dłużej niż zwykle starając się złapać zapach nowych perfum. I wiesz, że tego wieczoru złamiesz jej serce, bo ona nie jest dla ciebie tym czym ty dla niej i naprawdę zasługuje na coś lepszego niż ty.
…przychodzisz na koncert osoby, którą kochałeś przez większość swojego życia. Platonicznie; romantycznie; w ukryciu przed nią i światem; dzieląc z nią życie w tym samym, dusznym pokoju; podczas dwudziestoletniej rozłąki. Nie pozwalałeś, by to uczucie zniknęło przytłoczone nowymi rzeczami – traumą, nową miłością, małżeństwem, żałobą – nawet jeżeli sprawiało to jeszcze większy b ó l. I przyjąłeś jego zaproszenie, na j e g o koncert, podczas którego przeżyłeś niespodziewane, jebane katharsis i oświecenie zarazem. On też musiał tęsknić. Myśl, która przez dwie dekady była przeganiana ze świadomości odważa się zostać w umyśle na dłużej niż pięć sekund. A potem widzisz, jak nagle pojawia się przy tobie tak szybko, jakby biegł na złamanie karku. I jest na tyle tchórzliwy i bezczelny, że sam wycofuje się z tej chwili zanim zdąży ona choćby wybrzmieć.
Lecz Monty nigdy nie skrzywdził go intencjonalnie, zawsze trwał przy jego boku, próbując udźwignąć jego bagaż. Złościł się z Wolfgangiem, gdy spotykała go niesprawiedliwość; wspierał rozsądnym słowem nadając ważność jego uczuciom. Dostrzegał, kiedy potrzebował rozmowy, a kiedy zwykłego towarzystwa. Oferował komfort swoją obecnością, kładąc się obok niego na łóżku – czasem sięgał po książkę leżącą na stoliku nocnym i kontynuował opowieść, której przerwanie wyznaczał zagięty róg kartki; innym razem leżał po prostu obok, oferując ciepło swojego ciała, ten kojący, obezwładniający zapach, który kojarzył mu się z domem bezpieczeństwem oraz delikatny dotyk palca ocierającego łzę uciekającą z oka, zanim ta zdążyła wyznaczyć mokrą ścieżkę na policzku.
Już nikt nigdy więcej nie uczynił go tak widzianym i rozumianym. Nawet Adam, którego Wolfgang pokochał mocno i szczerze; który potrafił wydobyć z niego ich jego najbrudniejszy sekret i wykazać się wyrozumiałością, na którą on sam nie był w stanie się zdobyć. Lecz ich relacja była efektem pracy – uważnego śledzenia swoich reakcji, niekończących się rozmów i nauki na błędach. Z kolei porozumienie z Montgomerym wydawało się naturalne. Zupełnie jakby urodzili się z dodatkowym zmysłem, który był nastwiony na odbiór drugiego. Jakby nie tylko znali się od zawsze, ale także w każdym poprzednim życiu, jeżeli takie istniały.
Na szczęście Montgomery Monty ruszył w jego stronę i zajął miejsce na fotelu obok.
Wolfgang zwrócił głowę w bok, by móc otwarcie obserwować swojego przyjaciela. Dlaczego miałby tego nie robić? Dlaczego miałby rzucać mu ukradkowe spojrzenia, skoro byli zupełnie sami? Nie było żadnego świadka, który mógłby choćby od niechcenia lub znużenia zarzucić na nich okiem i dostrzec zbyt późno ukryte emocje; na wpół wyszeptane, niepowstrzymane słowo; powłóczyste spojrzenia puszczane spod rzęs. Jakaś cząstka krzyczała w nim, że nie powinien tego robić; że może byłoby lepiej dla nich obu, gdyby ukrył swoją ciekawość i tęsknotę – schował je głęboko w sobie i pozwolił udawać, że są wynikiem platonicznej ciekawości spowodowanej latami rozłąki i że nie ma nic wspólnego z jego zakochaniem. Ale nie potrafił oprzeć się urokowi Morina, który (nie)świadomie uwodził go aksamitnym, jasnym głosem i uważnością, z którą traktował świat. Każdy jego ruch wydawał się przemyślany i znaczący; jak choćby ten głupi sposób siedzenia, który wydawał się utrzymywać pozór, że to rozmowa zwykłych znajomych, a nie dwóch bratnich dusz. Jakby swoją postawą Montgomery miał zamaskować te wibracje, które bezwolnie wysyłał do Wolfganga.

Welsh czuł, że nie jest odosobniony w swoim pragnieniu. Jedyna różnica polegała na tym, że Montgomery nie chciał przyznać się do tej słabości, a Wolfgang pragnął zmusić go do tego, by się złamał.

Więc otwarcie wpatrywał się w jego idealny profil, rozmyślając o tym, że nawet jako w pełni dojrzały mężczyzna wciąż posiadał tę chłopięcą urodę, którą pamiętał ze szkolnych lat. Starzał się ładnie, nie kolekcjonując zmarszczek, a jedynie nabierając wyrazistości.
– Dobrze więc, że nie jestem nikim ważnym i moje zdanie się nie liczy – rzucił z lekkim uśmiechem szukając w głowie słów, które trafnie oddawałby jego spostrzeżenia. I choć poza angielskim znał jeszcze trzy inne języki nie był w stanie wydobyć z siebie nic sensownego. W przeciwieństwie do Morina nie był wylewnym człowiekiem. Gdy sytuacja tego wymagała potrafi wydać zgrabną opinię, lecz Monty był w stanie rozprawiać długo i bez najmniejszego zawahania, snując wypowiedzi, w których każde słowo wydawało się pasować i posiadać odpowiednie znaczenie. – Ale czuję się poruszony Twoim występem. – Jego dłoń dotknęła klatki piersiowej, gdzieś na wysokości serca w geście, który mógłby zostać wzięty zarówno za uznanie jak i za wskazanie miejsca, które zostało poruszone. – Było zadziwiająco nostalgiczne, zupełnie inne od tego, co słyszałem ostatnim razem – dodał delikatnie, wspominając koncert, który obserwował z tylnych rzędów; anonimowy, ukryty pośród tysiąca innych ludzi, którzy również przyszli do Roy Thomson Hall specjalnie dla Montgomery’ego.
Jego spojrzenie powędrowało za ręką Morina, która zaczęła wygładzać materiał spodni na udzie. Dobry Boże. Tak wiele oddałby za to, by móc znaleźć się pod tą dłonią, by poczuć jej miękkość i krzywiznę na swojej skórze. Nawiedziła go głupia myśl – że chciałby stać się tym zmarszczonym kawałkiem materiału, tylko po to, by móc bliżej szatyna. Jak dobrze byłoby znaleźć się pomiędzy tymi obiecanymi udami.


- Nie, poczekaj – szepnął gorączkowo, gdy jakimś cudem Monty zdołał wyplątać się z jego uścisku. Może dlatego, że uścisk nie był zbyt szczelny, bo dłonie Wolfganga nie były w stanie przestać wędrować po ciele, które nie było już dłużej zakazane. Przesuwał dłońmi wzdłuż pleców i żeber kochanka, zahaczając o jego pośladki, przytrzymując kark, by wydłużyć pocałunek. Czuł, jak szatyn zmienia pozycję, jak powoli schodzi z jego ud, zsuwa się na kolana między jego nogami.
– Ja chcę – dodał Wolfgang próbując pociągnąć go w górę za rękę, rozdarty pomiędzy pragnieniem bycia wziętym, a potrzebą dania mu tego, co właśnie mu zaoferowano.
- Spokojnie Wolfie, mamy czas. Będziesz mógł mi się odwdzięczyć.
- Obiecujesz? – wychrypiał zagłębiając place w miękką czuprynę znajdującą się pomiędzy jego udami, czując jak powoli zaczyna tracić zmysły, a granica pomiędzy ich ciałami zaczyna się zacierać, stapiając ich powoli w jeden byt.
- Obiecuję.


Zacisnął szczękę próbując siłą woli odpędzić natrętne myśli. Materiał pod palcami szatyna zdołał poddać się jego naciskowi, stał się gładki nie pozostawiając żadnej niedoskonałości. I Wolfgang poczuł niemal ukłucie zazdrości wobec czegoś tak zwyczajnego. Ciche westchnienie wyrwało się z jego ust, ot zwykły przejaw politowania nad własną g ł u p o t ą. Być może przy odrobienie szczęścia Monty mógł pomyśleć, że było ono reakcją na jego niemrawą odpowiedź na wcześniej zadane pytanie.
– Możesz mi to rozbić na raty – zaproponował pokornie żałując, że los prawdopodobnie nie obdarzy ich już kolejną nocą, którą mogliby w całości przegadać.

Wolfie.


Boże. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo chciał, by zwrócił się do niego w ten sposób, choćby jeszcze jeden jedyny raz. Niedorzeczny uśmiech rozjaśnił mu twarz. Zawstydzony jego obecnością odwrócił głowę od Morina i zanurzył się jeszcze bardziej w fotelu, by móc oprzeć głowę o krawędź oparcia i skierować buzię ku górze. Zmiana pozycji spowodował, że jego udo zahaczyło o kolano mężczyzny, lecz nie zmienił pozycji udając, przed samym sobą, że nie ma w tym nic przyjemnego; że nie czuje ani niezręczności, ani iskry płynącej od miejsca styku wprost do jego lędźwi. Zupełnie naturalny, obojętny dotyk, którego nawet nie odnotował. Mógł zignorować go równie łatwo jak fikołek, który poczuł w żołądku, gdy Monty intencjonalnie zaczepił jego stopę.
– Moooonty, myślałem, że dostajesz tyle kwiatów, że nawet nie zorientujesz się, że brakuje ci moich – rzucił na granicy śmiechu parafrazując jego słowa. Naprawdę bawiło go, że słysząc je po raz pierwszy czuł się oburzony. Teraz, będąc z nim sam na sam na ciemnym, prywatnym balkonie, jego początkowa reakcja wydawała się niedorzeczna. – Ale mogę spróbować ci zaoferować coś innego. Mogę spełnić jedno z twoich marzeń. Musisz mi tylko wyjawić o czym marzysz – dodał tonem, który wciąż był nabuzowany rozbawieniem, ale także zabarwiony obietnicą.
[akapit]W końcu śmiech wyrwał się z jego ust, gdy doszło do niego, dlaczego te słowa przyszły mu tak naturalnie. Były kolejną kalką, kolejnym odbiciem często powtarzanego żartu, który padał, gdy jedno z nich miewało gorszy czas. Na przykład w dni, w których nuty wydawały się stapiać w jedną plamę, ręka prowadząca smyczek okazywała się zbyt powolna, a absolutny słuch zdawał się przekleństwem wyłapując każdą niedoskonałość, Montgomery z czystą rozpaczą spoglądał na Wolfganga.
- Czy możesz mi, kurwa jakoś pomóc? Na przykład zagrać to za mnie?
- Mogę spełnić każde Twoje marzenie, ale nie to. Wyjaw mi tylko o czym innym marzysz.
- O Stradivariusie.
Natychmiast zakrył dłonią usta, zanim chichot zdołał roznieść się poza ich prywatną przestrzeń, a jego ciało zadrżało od wstrzymywanego śmiechu. Boże, brakowało mu przyjaciela, z którym niegdyś przekomarzał się w naturalny, łatwy sposób.
– Tylko nie mów Stradivarius, bo widziałem na czym grałeś. – Szepnął odwracając się, by móc spojrzeć na niego wypowiadając kolejne słowo. – Gratulacje, Monty.

montgomery morin

It's what I've always wanted

: sob kwie 25, 2026 2:37 pm
autor: montgomery morin
Było coś sadystycznego w sposobie, w jaki Wolfgang wodził Montgomery’ego na pokuszenie, nie tylko teraz, pod spowitą mrokiem nawą filharmonijnej loży, ale i w przeszłości, ze słodkim okrucieństwem typowym dzieciom, i szatyn, czy tego chciał, czy nie, reagował z niemal masochistycznym przyzwoleniem.
Bo przecież mógł wyjść - teraz, jako dorosły człowiek, obietnicą wielkiej niewiadomej ich relacji ściągnięty ku Welshowi jak ćma pędząca do płomienia świecy. Pokręcić głową, wstać, wsunąć dłonie do kieszeni spodni, zamykając tym samym otwartą figurę własnego ciała. Zmienić zdanie, nawet jeśli jakąś chwilę temu niemal biegł ku miejscu spotkania z dawnym przyjacielem. Takie rzeczy się przecież zdarzały - ludzie mieli prawo się rozmyślić, wycofać. Stchórzyć; a w tym przecież Morin był wyjątkowo dobry, i wprawiony.
Nawet wtedy zresztą, w dzieciństwie, posiadał przy tym przecież jakiś rodzaj wolnej woli, który w każdej chwili umożliwiłby mu wyzwolenie się od towarzystwa jasnowłosego chłopca. Wystarczyło powiedzieć ojcu, że już nie chce się z nim przyjaźnić, a wówczas - Monty był niemalże pewien - blondyn nie tylko straciłby stypendium w szkole, ale i z torbami poszłaby pewnie cała jego rodzina. Ale, nadal, Montgomery - ten sam Montgomery, który najbardziej skomplikowanych utworów potrafił nauczyć się w jedno popołudnie, ten sam, który mówił w trzech językach i uczył się czwartego, ten sam, który umiał grać w zaawansowane gry społeczne i łamać serca jednym mrugnięciem oka - zwyczajnie nie potrafił.
Wolfgang nie był wszak wyłącznie jak magnes. Wolfgang był jego gwiazdą polarną, jego kompasem, od dzieciństwa nadającym jego życiu określony kierunek nawet wtedy, gdy dzieliły ich tysiące mil, granice kontrastujących klas społecznych, i sekret, który jednego z nich pozbawił ojca, a drugiego mógł pozbawić wolności.
- Twoje zdanie zawsze się liczyło – Żachnął się półszeptem, zbyt pośpiesznie, by protest ten uszedł mu na sucho jako żart. Niedorzecznym byłoby, gdyby Wolfie naprawdę sądził, że jego opinia nie miała dla szatyna znaczenia (gdy w rzeczywistości, często nie liczyło się dla szatyna nic oprócz niej właśnie) – Mimo... - pociągnął, zebrawszy nieco nerwy, i przybrawszy tym samym ten sam, pół-ironiczny ton, którym mówił do niego blondyn - ...że nie jesteś nikim ważnym.
Choć z pozoru jego słowa mogły wydać się celowo bolesne, obydwaj przecież m u s i e l i wiedzieć, że łgał teraz jak z nut, prawda?
- Hmm? – Monty zadarł teraz lekko głowę, tym samym przenosząc wzrok z miejsca, w którym jego palce wygładzały materiał ubrania, i pozwalając półcieniom rozpełznąć się po konturach jego twarzy, arystokratyczne rysy czyniąc tak wyrazistymi, że złośliwy widz uznać mógłby je za przerysowane. Z biegiem czasu, naciągającego skórę na kostnej konstrukcji jego twarzy, oblicze Morina nabierało tej samej surowości, którą mężczyzna pamiętał u własnego ojca, choć Monty nie lubił przy tym myśleć, że się starzeje, nadal łudząc się wierząc, że wciąż po prostu dojrzewa, jak owoce moreli w prowansalskich sadach, w których w dzieciństwie spędzał wakacyjne godziny, i whiskey leżakująca w dębowych. Wraz z latami, przybywało mu piegów, i to w nich wolał odmierzać czas, nie zaś w zmarszczkach czy błysku pierwszych, siwych włosów kwitnących pojedynczo na skroni. – Będziesz chyba w stanie dodać dwa do dwóch, i wydedukować, czym różniły się te dwa występy.
Nie liczbą widzów – no, nie jakoś szczególnie; dziś, z tego co widział w udostępnionej mu przed koncertem dokumentacji, w filharmonijnych rzędach zasiadało ich tysiąc dziewięciuset dwudziestu dwóch, podczas gdy tamtego wieczora liczba ta była o siedemdziesiąt osób niższa.
Nie repertuarem nawet – nie tym, przynajmniej, który kursywą uwieczniono na czerpanym papierze, parę utworów granych przez Monty’ego zaznaczywszy enigmatycznie jako wybór artysty, tym samym dając mu wolną rękę w temacie tego, którą melodią uraczy dziś swoich wielbicieli, nawet, jeśli sam nie był pewien tego wyboru aż do ostatniej chwili.
Nie pogodą, choć było odrobinę cieplej, i dniom udało się trochę wydłużyć za sprawą zmiany czasu. Co do fazy księżyca, Monty nie był pewien – od wielu lat przecież nie śledził takich rzeczy, zbyt cyniczny, by w kwestii własnego szczęścia i nieszczęścia wiarę pokładać w gwiazdach.
Jedyną ewidentną, niezaprzeczalną różnicą, był oczywiście fakt, że wówczas nie był świadom, że jedna z par skupionych na nim oczu należała do człowieka, którego zawsze to potrzebował, zawsze tu pragnął, i nigdy się tu nie spodziewał.

Śmiech Wolfganga zbił go z pantałyku, wytrącił z równowagi, o którą Monty – z samym sobą – walczył przecież tak heroicznie aż do teraz. Boleśnie znajome, choć teraz chropowate dojrzałością głosu Wolfganga nuty zatańczyły w małżowinie usznej szatyna, wdzierając się do ciała przez bębenek aż do ponadprzeciętnie wrażliwego ośrodka jego słuchu. Niższy niż przed laty, śmiech Welsha nadal brzmiał jak słońce i popołudnia spędzane na rozgrzanym dachu (wbrew rodzicielskim zakazom), jak jabłka zwędzone z sąsiedzkiego sadu, jak kolana obdarte ze skóry podczas spektakularnego upadku na rowerze, jak gorzkość pierwszego papierosa i słodycz pierwszego pocałunku. W tej samej chwili, w której lekki tremor rozbawienia wstrząsnął sylwetką Welsha, dreszcz rozniósł się także po ciele Monty’ego, niepowstrzymany jak wstrząs tektoniczny o niewiadomym, na ten moment, skutku. Mogło skończyć się na fałszywym alarmie, a mogło na kataklizmie, który całe jego, tak skrupulatnie budowane odbudowywane życie obróciłby w pył i gruz.
On również pamiętał. Pamiętali obydwaj. Boże, oczywiście, że tak.
I ile to jeszcze było takich rzeczy, które każdy z nich nosił w pamięci przez dwie ostanie dekady jednocześnie jak amulet na szczęście, i jak fatum? Wspólne wspomnienia, dzielone na dwóch żarty, anegdoty, do jakich w rozmowie wrócić by można beztroskim ej, a pamiętasz jak…?”, docinki, dla innych złośliwe, ale w ich własnym języku słodkie niby pieszczota, historie, do których wstępu nie miał nikt inny niż tylko ich dwóch.
Zasłuchany w męskim śmiechu, Monty teraz zagapił się, i nie zdążył samoobronnie odwrócić głowy, wzroku i uwagi od niemal prowokującego spojrzenia blondyna. Nawet przy pół-zgaszonym świetle, błękit jego tęczówek miał hipnotyczną moc. Przy odrobinie nieuwagi, Morin naprawdę mógłby utonąć w nim jak w oceanie.

Jedno z Twoich marzeń…

O co, do cholery, miałby go niby poprosić?
Cofnij czas, Wolfie. O dwie dekady, jeśli możesz, albo choćby o dwadzieścia minut, by Monty mógł zmienić decyzję, stchórzyć, i zamiast pędzić schodami na piętro, wysunąć się z imponującego gmachu tylnymi drzwiami zarezerwowanymi dla dostawców i sprzątaczy, stamtąd wsiąść w taksówkę na lotnisko, a potem w pierwszy samolot, z biletem w jedną stronę, jak najdalej od pułapki ich przyjaźni.
Zmień przeszłość. Precyzyjnie i skrupulatnie, popraw wszystko, co poszło nie tak, zupełnie tak, jak naprawia się wadliwe urządzenie, kilkoma wprawnymi zabiegami i uważnym ruchem rąk przywracając je do właściwego funkcjonowania.
Zabierz mnie stąd. Nie musisz mówić dokąd, tak długo jak zagwarantujesz, że za godzinę, dzień albo tydzień nie będę musiał wracać do własnego życia, do zobowiązań i obietnic złożonych tylko po to, by spełniać cudze oczekiwania, a nie własne marzenia.
- Dobrze - powiedział spokojnie, jak człowiek z premedytacją wybierający narzędzie zbrodni na moment przed jej popełnieniem - Mam, w takim razie, tylko jedno marzenie... - Zaczął bez zająknięcia, i bez mrugnięcia okiem. Wszystko to było bardzo romantyczne, ale Montgomery musiał być realistą. Obydwaj mieli ręce związane konsekwencjami własnych życiowych wyborów: Wolfgang, z mężem w grobie i jego obrączką na szyi; Monty, z narzeczoną czekającą nań w ogromnym domu i datą ślubu zaznaczoną wstępnie ołówkiem w kalendarzu. Czuł się tak bardzo bezsilny, że potrafił - jak zawsze - zareagować tylko okrutną, pasywną agresją - Posłuchaj tego, o co prosiłem cię ostatnim razem i, na miłość boską, zacznij się do mnie zwracać moim prawdziwym, pełnym imieniem.

Wolfgang Welsh

It's what I've always wanted

: pn maja 04, 2026 1:56 am
autor: Wolfgang Welsh
Pomimo wielu wspólnych słodkich chwil spędzonych z Morinem, które wypaliły się w pamięci Wolfganga niczym piętno, ich przyjaźń nie opierała się tylko na tym, co miłe. Czasem dochodziło między nimi do spięć i przytyków, które celnie obdzierały ich z tupetu lub nadszarpywały pewność siebie. Nie gniewali się jednak na siebie, a jeśli to niezbyt długo, bo ich sprzeczki przypominały bardziej mozolną grę w szachy rozgrywaną godzinami lub dniami. Czasem riposty przychodziły od razu, trafiając niczym celnie rzucony bumerang. Innym razem odpowiedzi pojawiały się po kilku godzinach i wybrzmiewały w żarcie sytuacyjnym lub sekundę przed zaśnięciem, aby zagotować przeciwnika i spędzić mu sen z powiek a samemu oddać się w objęcia Morfeusza. I Wolfgang k o c h a ł tę ich walkę. Uwielbiał to, że zarówno on, jak i Montgomery byli na tyle zuchwali i pamiętliwi, aby nie odpuścić sobie nawzajem, ale również na tyle zżyci i wyrozumiali, żeby nie przekroczyć granicy dobrego smaku i nie zatracić się w okrucieństwie do siebie nawzajem.
Brakowało mu tego. W przeszłości ludzie czasem powtarzali mu, że ma zbyt cięty język; że bywa zbyt gruboskórny, podczas gdy w jego głowie pobrzmiewała jedna refleksja – Monty doceniłby ten przytyk. Lecz nie chciał być za bardzo w tej nowej rzeczywistości, w której utracił przyjaciela, a zyskał bezsenność, koszmary i wyrzuty sumienia pożerające go żywcem. Dlatego spokorniał, spuścił głowę, zagryzł zęby i przetrwał, wiedząc, że ktoś – za jego sprawą – nie miał tyle szczęścia. Gdy miał dziewięć lat, ojciec opowiedział mu o etapach żałoby, które człowiek przechodzi po stracie bliskiej osoby, chcąc wytłumaczyć mu, dlaczego jego mama zachowuje się dziwnie po odejściu babci. Wolfgang, jako dziecko, nie do końca rozumiał, co się z nią działo. Pan Welsh tłumaczył mu czym są poszczególne etapy – szok, zaprzeczenie, złość, targowanie się, smutek, akceptacja – a on starał się zrozumieć. Udało mu się w wieku piętnastu lat, gdy zabił ojca Montgomery’ego. Dziwne. Nigdy nie przypuszczał, że mordercy mogą odczuwać to samo, co bliscy zmarłych osób. Fazy na przemian toczyły ze sobą walkę, ustępując sobie nawzajem miejsca lub łącząc siły, bombardując go niezrozumiałą dawką emocji, których nie potrafił uporządkować. Nie mógł jednak uznać, że ten proces się zakończył. Wciąż potrafił się targować – wyobrażać sobie alternatywne scenariusze, w których podejmuje inne decyzje; w których nie ulega impulsowi; w których słychać tylko krzyk ojca Montgomery’ego, nieprzerwanego głuchym odgłosem głowy uderzającej o kant. Nie umiał również zaakceptować tego jak sprawy potoczyły się dalej. Tego nagłego chłodu, za pomocą którego Morin odgrodził się od niego niczym niewidzialnym murem. Nagłej ciszy po drugiej stronie; krótkich zdań ucinających próby wytłumaczenia się; izolacji. Rozumiał, dlaczego tak się stało, Monty nie chciał przyjaźnić się już dłużej z kimś, kto zamordował jego ojca, lecz nie potrafił pogodzić się z tym faktem. Nie potrafił zaakceptować konsekwencji własnych czynów.
Wszystko zmieniło się, gdy poznał Adama. Wyrozumiałego, spokojnego mężczyznę o czarnych oczach, które wydawały się przywracać spokój ducha za każdym razem, gdy spoczywały na Wolfgangu. Znalazł ukojenie w jego wrażliwości i poczuł, że znów może komuś zaufać, więc zawierzył mu serce i duszę, wyjawił wszystkie sekrety, gdy Adam przyrzekł, że nikomu ich nie zdradzi i że zabierze je ze sobą do grobu. O Boże.
Czasem Wolfgang zastanawiał się czy choroba Adama nie była jego karą. Pokłosiem nieodpokutowanego grzechu. Może właśnie dlatego fatum przyszło po swoją zapłatę sprowadzając na niego nadzieję - na to, że rak ustąpi. Bolesną świadomość nieubłaganego - trzy miesiące stałego opiekowania się mężczyzną, który nagle zelżał o trzydzieści kilogramów i stracił wszystkie siły. I kolejne zabójstwo kolejną śmierć.
Bo czy zabójstwem można nazwać sytuację, w której ktoś błaga o szybszą śmierć?
Znów stracił wszystko.
I może dlatego, gdy pojawił się przebłysk dawnego życia, starych, pogrzebanych grzechów i niespełnionej miłości, rzucił się w ich stronę na ślepo i bez pomyślunku. Z nadzieją, że to pomoże w zapomnieniu o tym nowym szoku, zaprzeczeniu, złości, targowaniu się i smutku, które wciąż trawiły jego wnętrzności.
Niewykluczone, że to dlatego dopatrywał się w zachowaniu Morina głębszego, ukrytego dna. Zauważył przecież jak szybko – za szybko – Monty wyznał, że jego zdanie zawsze się dla niego liczyło. Jak polecił mu dodać dwa do dwóch, wywołując tym samym delikatny, zauważany dreszcz i mocniejsze zaciśnięcie dłoni, która spoczywała na czerwonym podłokietniku między ich ciałami. I pomyślał, że może Montgomery też tego chce. Zapewne nie była im pisana druga szansa, lecz przecież mogli spróbować tego, co było im tak znane i zakazane – wzajemnego uwodzenia się i wodzenia za nos. Oboje odnajdywali w tym przyjemność, a w dodatku Wolfgang zdawał sobie sprawę z tego, że na więcej nie mógł liczyć, bo istniała kobieta, która niebawem miała stać się Panią Morin. Ale skoro nie mógł mieć tego czego naprawdę chciał, to wolał mieć chociaż pieprzoną namiastkę dawnego życia. Chociaż jeszcze jeden raz, bo przecież Montgomery nie był stałym elementem jego życia. Był błyskiem, który pojawił się nagle i nie potrwa długo. Kolejnym, chwilowym złym wyborem wyrywającym go z prozy życia, dając chwilowego kopa.

Znów to robili – przekomarzali się jak dzieci i wbijali szpilki. Doceniał sposób, w jaki Montgomery wyprowadził cios, jak niewinnie rozpoczął swoje zdanie, a następnie wypalił niespodziewanie ze swoją g ł u p i ą prośbą. Życzeniem, na które Wolfgang nie zamierzał przystawać, nie z przekory, lecz przywiązania do tego dawnego imienia, które zwykł wymawiać na tyle sposobów.
Lewa ręka blondyna podniosła się i powędrowała za fotel, na którym siedział Morin. Dłoń wylądowała na welurowym materiale w połowie jego wysokości i powoli powędrowała w górę do momentu, w którym palce nie dotknęły krawędzi siedzenia, gdzie kręgosłup szatyna znajdował oparcie. Nie dotykał go wprost – była to raptem imitacja dotyku, delikatne oparcie palców o materiał marynarki. Na tyle słabe, że Welsh sam nie mógł się domyślić czy wypukłość, którą czuł na skórze pochodziła od ubrania czy kręgu kręgosłupa. Wychylił się w jego stronę, wyginając szyję i przekręcając delikatnie głowę w bok, by znaleźć się bliżej, jakby przygotowywał się do pocałunku. Serce zabiło mu mocniej, gdy zdał sobie sprawę z tego, jak głupio i odważnie zagrał swoją zemstę. Przez moment zgubił rytm i podziwiał za długo te piękne rysy, które potrafiły przybierać zarówno miękki i chłopięcy wyraz, jak i ostre i męskie kontury. Jego wzrok prześlizgnął się wolno po twarzy naprzeciwko, zatrzymując się na chwilę na pełnych, bladych ustach.
– Tylko się z Tobą pierdolę – chciał to szepnąć, lecz niespodziewanie jego głos obniżył się i zawibrował. – To nie jest koncert życzeń, a ja nigdy nie zrezygnuję z Monty’ego. Nie wiem, dlaczego tak bardzo się uwziąłeś na to, aby Cię tak nie nazywać… – wyprostował głowę i nieznacznie odchylił ją w tył, nie po to, by ofiarować im przestrzeń, lecz by przyjrzeć mu się uważniej. – Mnie na przykład już nikt nie nazywa Wolfie, głęboko nad tym ubolewam. – Być może, dlatego że jego postawa – ponad metr dziewięćdziesiąt, szerokie bary i dudniący głos, którego nie miał w zwyczaju wygładzać na co dzień – nie zachęcała do tego, by jakkolwiek skracać dystans do jego osoby.
– Naprawdę nikt się do Ciebie tak nie zwraca? Nawet Twoja narzeczona? – Zapytał niemal lekko. Przełknąłby fakt, że na stałe zrezygnował z dziecięcego przezwiska zastępując je pełnym, wydumanym imieniem, jeżeli wszyscy – bez wyjątku – respektowali tę zasadę. Lecz jakikolwiek odstępstwo byłby… ciężkie do przyjęcia. Niełatwo byłoby mu przyjąć, że to właśnie jemu – albo tylko jemu – odmawia się zwracania do niego w ten szczególny sposób.
– Skoro mowa o niej, czy byłeś na tyle uprzejmy, że zapytałeś ją o Victora? –

montgomery morin