Bowiem nie pamiętał snów o wysokim mężczyźnie, który nawiedzał jego świadomość wtedy, gdy ta była najbardziej bezbronna i obnażona. Gdy kończył obserwację, raport lub research pozwalał, by jego myśli kręciły się wokół słów wypowiedzianych półszeptem na opustoszałym tarasie, nie przykładając do nich zbytniej uwagi. Nie analizował ich, ani nie roztrząsał; pozwalał przepływać im przez siebie cicho i bez oporu. Trzecie spotkanie z piękną rudowłosą, którą poznał jakiś czas temu w barze obok mieszkania, minęło miło, lecz nie skorzystał z subtelnego zaproszenia do wejścia na górę, gdy żegnali się pod jej drzwiami.
Montgomery rozgościł się na granicach jego świadomości. Nieproszony i nienachalny, dzięki czemu Wolfgang mógł
Na szczęście pamiętał o pięknej brunetce czarującą tłum zebrany na wystawie. Jej wspomnienie czyniło perspektywę ich kolejnego spotkania czymś niemal bezpiecznym i niewinnym. Zwykłym wyjściem i możliwością złapania się po kilku latach, zadaniu kilku pytań: o dotychczasowe i obecne życie; starych znajomych; Victora Kesslera, który zgodnie z przewidywaniami okazał się nowym klientem Wolfganga.
Podobno sto razy powtarzane kłamstwo stawało się prawdą.
Sala koncertowa była spektakularna i zapełniona po brzegi ludźmi. Welsh z lekkim wahaniem powołał się u obsługi na nazwisko Morin, nie będąc pewnym czy obiecany bilet faktycznie był dla niego odłożony. Bo co, jeśli Montgomery zmienił zdanie? Lub zapomniał? Ta ewentualność wydawała się o wiele bardziej bolesna i upokarzająca, zwłaszcza w obliczu ich ostatniego spotkania, na którym skrzypek wydawał się niewzruszony, z ułożonym życiem i planami na przyszłość, w których nie było miejsca ani na wspomnienia o Wolfgangu, ani na jego nagły powrót. Ciepła i kojąca ulga spłynęła po nim, gdy pracownik wyciągnął w jego stronę bilet oraz wskazał drzwi prowadzące na balkon zawieszony obok sceny.
Rozsiadł się wygodnie w miękkim, czerwonym fotelu, przejeżdżając dłonią po pluszowym obiciu mebla. Starał się stłamsić nadmierną ekscytację, którą czuł od momentu, w którym pracownik teatru powiedział mu, że loża jest przeznaczona wyłącznie do dyspozycji jego i pana Morina. Słowa były zapewne jedynie nieświadomą grą, dziełem przypadku, pozbawionym głębszego sensu, lecz jego głupie serce, lecz jego głupie serce nie mogło wrócić do zwyczajnego, stabilnego rytmu.
Będziesz mógł się przekonać, czy naprawdę zmieniłem się tak bardzo. Oby, kurwa, nie.
Pierwsza godzina koncertu upłynęła na występie młodych artystów, którzy stanowili marną przystawkę przed daniem głównym. Wolfgang obserwował ich z nieco wynudzonym wyrazem twarzy, nie dlatego, że grali okropnie – po prostu nie byli nim. Był tu dla wspomnienia tych jednych, konkretnych dłoni, które potrafiły czule pieścić instrument zmuszając go do wydobycia z siebie dźwięków poruszających duszę Wolfganga. Gra Montgomery’ego opowiadała historie, w których Welsh kochał się zatracać. Czasem była to powieść grozy, która wślizgiwała się pod jego skórę przyprawiając go o gęsią skórkę; innym razem była radosną nowelą, krótką i skoczną, sprawiającą, że noga blondyna podrygiwała w takt dźwięków; zdarzało się, że była melancholijnym, niespokojnym dramatem o czymś, co zostało utracone.
Nie znał się na muzyce. Nie posiadał wybitnego słuchu, jedynie odpowiednie poczucie rytmu, które czyniło go nieprzeciętnym partnerem do tańca. Stąd też wiedział, że to nie muzyka go uwodziła, lecz człowiek, który ją tworzył.
Gdy młodzi artyści zakończyli swoją część występu, dłoń Wolfganga zacisnęła się na podłokietniku w nerwowym oczekiwaniu. Mimowolnie wyprostował się i nieco bardziej pochylił do przodu, by móc złapać dokładny moment, w którym Montgomery pojawi się na scenie.
montgomery morin