Strona 1 z 1

the girl from his case

: pn kwie 13, 2026 5:48 pm
autor: Lancelot A. Gardner
one.
He was told to protect her.
No one said he had to like her.

trigger warning
przekleństwa
- Nie będę niańczył jakiejś gówniary... - warknął Lance zapierając się rękami na biurku swojego przełożonego. Kłócili się tu już dobre piętnaście minut, może dłużej?
Eliot zdążył w tym czasie wypić kawę i zjeść batonika z naklejką Minionków w środku. Lance za to przeszedł się po jego gabinecie. Najpierw wcisnął ręce w kieszenie kurtki, potem wyrzucał je w górę tłumacząc, że on nie jest żadną niańką, a na koniec... walnął nimi w blat biurka.
Eliot przeżuł tylko ostatni kęs czekoladki, a naklejkę schował do szuflady biurka, bo zbierał je dla swoich córek.
- To odsuniemy cię od sprawy Gardner - prosta odpowiedź. Nawet powieka mu nie drgnęła kiedy to mówił, podniósł za to do ust kubek z tą syfną kawą, pociągnął łyk i się skrzywił.
- Nie możesz Eliot... - syknął Lance przez zęby. Ale mógł. Wiedział to doskonale, że mógł go odsunąć od śledztwa. Usiadł w fotelu przed biurkiem komendanta, nonszalancko zarzucając nogę na nogę - no to... gdzie ona jest? Ile ma w ogóle lat? I co ja mam z nią kurwa chodzić na plac zabaw, czy prowadzać ją do szkoły? - westchnął ciężko, a kiedy Eliot przesunął po swoim biurku jakieś dokumenty, to Lance zaraz złapał je w palce. Zerknął w akta sprawy, na zdjęcie jego podopiecznej, zakładał, że będzie miała z dwanaście lat, skoro jej ojciec spełniał wszystkie jej zachcianki i traktował bachora jak księżniczkę, a mogła mieć... po zdjęciu... z czternaście?
- Dwadzieścia dwa lata, Camille Herrera, ojciec kontaktował się z nią ostatnio osiem dni temu, od tej pory cisza, ale biorąc pod uwagę fakt, że będzie pod naszą... Twoją, protekcją Lock, to czekamy na kontakt wyrecytował mu Eliot, a Lance przeleciał wzrokiem po raportach - myślę, że raczej będziesz ją odprowadzał na uczelnię, studiuje... coś tam ze sztuką. No i nie wiem co robią teraz takie dziewczyny, imprezy? Chłopaki? - Eliot parsknął, a Lance wywrócił niebieskimi ślepiami.

Kurwa.

Zapowiadało się gorzej niż przypuszczał.
- Jak będzie na uczelni, to wtedy... - zaczął, ale Eliot nawet nie pozwolił mu dokończyć.
- Cały czas masz na nią oko, wiesz czyja to córka - rzucił komendant. A Lance przejechał palcami po karku.
- A jak pójdzie do kibla? - chciał zażartować na rozładowanie atmosfery?
- Też... - ze strony Eliota to raczej nie był żart.


Lance może i chciał się jeszcze kłócić, może coś kombinować, żeby jednak się z tego wykręcić, ale prawda jest taka, że szkoda było mu sprawy Herrery, którą przecież prowadził... latami. Zbierał dowody i w momencie, w którym mieli go już na wyciągnięcie ręki, facet nagle znika. Zapada się pod ziemię i nikt nie wie, gdzie on jest.
Podobno jego córeczka też nie wiedziała, chociaż kiedy stanęła przed Gardnerem, to nie był on tego taki pewny.
Niebieskie tęczówki prześlizgnęły się po jej sylwetce, zatrzymały na jej twarzy. Na oczach równie niebieskich, co te jego.

Kto w Meksyku ma niebieskie oczy?
Jej ojciec musiał ewidentnie ruchać jakąś Europejkę.

- Camille, dzień dobry, jakieś wieści? - Eliot przywitał ją, jakby była... Jego koleżanką? Jakby była kimś ważnym, a nie córeczką pierdolonego gangstera.
Oczywiście pytał ją o ojca. Cała torontońska policja liczyła, że Herrera wylezie spod kamienia kiedy się dowie, że polują na jego córkę. A ochronę dała jej właśnie policja.
Gardner wiedział, że nie wylezie. Bo Herrera nie był głupi.
Ale kochał swoją córeczkę, była jego oczkiem w głowie, jego

mała księżniczka.


- Lancelot Gardner, został przydzielony do ochrony - wyjaśnił Eliot. A Lance chciał, czy nie...
Nie chciał w chuj.
Musiał, wystąpić na przód. Nawet wyjął ręce z kieszeni i jakoś tak odruchowo pokazał blachę. Żeby sobie kurwa nie myślała, że on tutaj będzie robił za jej przedszkolankę, żeby wiedziała, że ma przed sobą glinę.
- Czekamy aż twój ojciec się skontaktuje, to bardzo ważne i może nam pomóc... znaleźć go - znaleźć go? Lance przeniósł spojrzenie na komendanta.
Zaraz... co było napisane w aktach. Camille nie wie czym zajmuje się jej ojciec.
Czyli ona... nic nie wiedziała? Była córką gangstera, a myślała, że co? Że jej ojciec jest jakimś biznesmenem? Jakimś meksykańskim księciem, w swoim zamku obstawionym facetami z pistoletami?
Lance aż wywrócił oczami, bo to wcale nie ułatwiało sprawy. A skoro ona nie wiedziała czym zajmuje się jej tatuś, to nie wiedziała też na pewno, na czyim celowniku się teraz znalazła. A byli to naprawdę niebezpiecznie ludzie. I Gardner doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Wyciągnął do niej rękę, skoro to miało wyjść, to musiał...
Musiał chociażby udawać, że go to nie wkurwia.
Że jest tutaj z własnej nieprzymuszonej woli. Nie był.
- Lance - przedstawił się jej. Bo prawda jest taka, że nikt do niego nie zwracał się pełnym imieniem Lancelot. Zazwyczaj Lance, a na komisariacie Lock, ale... nie byli jeszcze na takim stopniu zażyłości, żeby prezentował jej swoją ksywkę. Pewnie nigdy nie będą.

little trouble girl 😤

the girl from his case

: wt kwie 14, 2026 9:51 pm
autor: Camille Herrera
chodzące Toronto

I po co ona miała przychodzić na komisariat? Pachniał taniością, biedą, a przede wszystkim wilgocią. Wystarczyło wejście przez próg, by po jej ciele przeszły nieprzyjemne dreszcze. To nie było jej miejsce. Nie przepadała za tajemnicami, niebezpieczeństwem oraz mundurowymi. W rodzinnych stronach kojarzyli się jej z problemami. Kilka kolejnych kroków pozwoliło jej na wyczucie niezbyt przyjemnej atmosfery. Nie mogła pojąć, z czego dokładnie to wynikało. W końcu zjawiła się tu jako VIP, nie jako kryminalistyka, a ludzie od progu byli niemili, traktowali ją jak zwyczajną dziewczynę. Jedno spotkanie z osobą na dyżurce sprawiło, że na jej twarzy pojawił się niesamowity grymas. Aż westchnęła ciężko, kiwając głową. Wzywali ją, a nawet nie zdawali sobie sprawę, kim ona tak naprawdę była.
Tyle jej wystarczyło. Pokój przesłuchań. Szary pokój, stolik i kilka krzeseł. Może chcieli zrobić z niej kryminalistkę. Z głębokim niezadowoleniem przyjęła to czekanie. Właśnie dlatego sięgnęła po szkicownik, a w nim zaczęła szkicować węglem widok z okna. Tęskniła za Meksykiem. Promieniami słońca, gorącą temperaturą oraz nawet uśmiechami wszystkich dookoła. Kanada przypominała jej komisariat. Brudna. Szara. Bez jakiejkolwiek głębi i duszy. Mogła przyzwyczaić się do panującej tu atmosfery. Dlatego zaczęła kreślić linię na białym papierze. Powoli rysowała kolejne kontury, aż do pomieszczenia nie weszli mężczyźni. Eliot. Go już zdążyła poznać, ale szczerze? Wątpiła w jego słowa. Co w jednym z najbezpieczniejszy miast miało jej grozić? Złamanie paznokcia? Rozmazany makijaż? A może złamanie serca przez jakiegoś dupka, w którego wpatrywała się maślanymi oczyma? Na pewno nie coś, co miałoby sprawić, że miałaby być chroniona cały czas.
Dzień dobry — mruknęła, wstając od krzesła i odkładając szkicownik — żadnych wieści — o ile ochrona była dla niej bezsensowna. Spała w luksusowym apartamencie, w jednym z droższych budynków w Toronto, tak sprawa ojca... przyprawiała jej odrobinę zmartwień. Wcześniej wysyłał jej, chociażby krótkie wiadomości razem z matką. Później wszystko zaczęło się zmieniać. SMS'y nie przychodziły codziennie, a z odstępem kilku dni. W końcu nie dostała wiadomości od niego od ośmiu dni. Tyle wystarczyło, by siedziała na komisariacie i przynajmniej przez moment nie kwestionowała ochrony. W końcu była córką jednego z ważniejszych polityków. Ludzie mogli chcieć jej zrobić krzywdę, a o ile Camille była naiwna, tak brała pod uwagę, że ktoś, gdzieś mógł na nią czyhać.
Uniosła brew. Lancelot Gardner. Jego imię brzmiało niczym imię prawdziwego rycerza. Zlustrowała wszystkich obecnych wzrokiem, a później zobaczyła go. Z miną godną pożałowania zmierzyła go wzrokiem od dołu do góry. Wyglądał nędznie. Uniosła wyżej brodę, by móc spojrzeć mu prosto w oczy w świetle jarzeniówek. Błękitne. Otwierała usta w geście protestu, kiedy wybrzmiała sprawa jej ojca. On miał pomóc go znaleźć? Nie mogła ukryć parsknięcia pod nosem. Kuriozalna sytuacja. Spojrzała na niego jak na idiotę. Naprawdę chciał się z nią przywitać? Przechyliła głowę, wpatrując się w jego dłoń, po czym od razu spojrzała na Eliota.
Naprawdę to on musi się mną zajmować? — spytała wprost, odwracając głowę w stronę komendanta — liczyłam na kogoś, kogo nie będę musiała się wstydzić. Jak mam się niby z nim pokazać? Albo co powiem znajomym? Przyszłam z moim daddy'm na imprezkę? — nie szczędziła w słowach. Herrera zawsze dostawała to, czego chciała. Lance był stary, niezadowolony i na pewno wyciągnie z niej całą energię. Poza tym na pewno nie wierzył w manifestację, a o rozumieniu sztuki mogła zapomnieć. Podobnie jak o szkicowaniu go w notatniku — nie ma kogoś bardziej odpowiedniego? — zagadnęła, licząc na zmianę. Uśmiechnęła się przeuroczo. Ta mina zawsze działała na jej ojca. Dobra, prawie zawsze. Tylko mina zdążyła jej zrzednąć, kiedy usłyszała kolejne słowa komendanta.
Nie ma zmiany. Został do Ciebie przydzielony, a muszę zająć kolejnymi sprawami. Gardner, proszę o wiadomości, jak wam idzie — po czym po prostu tak zniknął. Drzwi zamknęły się z hukiem, a Camille nerwowo chwyciła za szkicownik, chowając go prosto do własnej torebki — możesz już iść. Nie potrzebuję ochrony, sama sobie poradzę. Jak mój ojciec się odezwie, to dam znać — wycedziła, zarzucając torbę na ramię. Nie miała zamiaru rozmawiać z Lancem. Przypominał jej wszystkie cechy, których nienawidziła w Toronto. Nawet jego tęczówki przypominały błękit jeziora Ontario. Chodzące Toronto to jej nowe obraźliwe określenie.