ODPOWIEDZ
35 y/o
For good luck!
182 cm
detektyw ds. narkotyków | TPS
Awatar użytkownika
służbista, dobry glina, ale czasem zły. gra zgodnie z zasadami, ale... dla sprawy gotowy jest nagiąć wszystkie reguły. nie umie kompletnie w uczucia, a empatia to dla niego coś jak czarna magia, chociaż pewnie prędzej by coś wyczarował niż kogoś pożałował. przeklina, wybucha, i jest o k r o p n y.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkimogą być
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

one.
He was told to protect her.
No one said he had to like her.

trigger warning
przekleństwa
- Nie będę niańczył jakiejś gówniary... - warknął Lance zapierając się rękami na biurku swojego przełożonego. Kłócili się tu już dobre piętnaście minut, może dłużej?
Eliot zdążył w tym czasie wypić kawę i zjeść batonika z naklejką Minionków w środku. Lance za to przeszedł się po jego gabinecie. Najpierw wcisnął ręce w kieszenie kurtki, potem wyrzucał je w górę tłumacząc, że on nie jest żadną niańką, a na koniec... walnął nimi w blat biurka.
Eliot przeżuł tylko ostatni kęs czekoladki, a naklejkę schował do szuflady biurka, bo zbierał je dla swoich córek.
- To odsuniemy cię od sprawy Gardner - prosta odpowiedź. Nawet powieka mu nie drgnęła kiedy to mówił, podniósł za to do ust kubek z tą syfną kawą, pociągnął łyk i się skrzywił.
- Nie możesz Eliot... - syknął Lance przez zęby. Ale mógł. Wiedział to doskonale, że mógł go odsunąć od śledztwa. Usiadł w fotelu przed biurkiem komendanta, nonszalancko zarzucając nogę na nogę - no to... gdzie ona jest? Ile ma w ogóle lat? I co ja mam z nią kurwa chodzić na plac zabaw, czy prowadzać ją do szkoły? - westchnął ciężko, a kiedy Eliot przesunął po swoim biurku jakieś dokumenty, to Lance zaraz złapał je w palce. Zerknął w akta sprawy, na zdjęcie jego podopiecznej, zakładał, że będzie miała z dwanaście lat, skoro jej ojciec spełniał wszystkie jej zachcianki i traktował bachora jak księżniczkę, a mogła mieć... po zdjęciu... z czternaście?
- Dwadzieścia dwa lata, Camille Herrera, ojciec kontaktował się z nią ostatnio osiem dni temu, od tej pory cisza, ale biorąc pod uwagę fakt, że będzie pod naszą... Twoją, protekcją Lock, to czekamy na kontakt wyrecytował mu Eliot, a Lance przeleciał wzrokiem po raportach - myślę, że raczej będziesz ją odprowadzał na uczelnię, studiuje... coś tam ze sztuką. No i nie wiem co robią teraz takie dziewczyny, imprezy? Chłopaki? - Eliot parsknął, a Lance wywrócił niebieskimi ślepiami.

Kurwa.

Zapowiadało się gorzej niż przypuszczał.
- Jak będzie na uczelni, to wtedy... - zaczął, ale Eliot nawet nie pozwolił mu dokończyć.
- Cały czas masz na nią oko, wiesz czyja to córka - rzucił komendant. A Lance przejechał palcami po karku.
- A jak pójdzie do kibla? - chciał zażartować na rozładowanie atmosfery?
- Też... - ze strony Eliota to raczej nie był żart.


Lance może i chciał się jeszcze kłócić, może coś kombinować, żeby jednak się z tego wykręcić, ale prawda jest taka, że szkoda było mu sprawy Herrery, którą przecież prowadził... latami. Zbierał dowody i w momencie, w którym mieli go już na wyciągnięcie ręki, facet nagle znika. Zapada się pod ziemię i nikt nie wie, gdzie on jest.
Podobno jego córeczka też nie wiedziała, chociaż kiedy stanęła przed Gardnerem, to nie był on tego taki pewny.
Niebieskie tęczówki prześlizgnęły się po jej sylwetce, zatrzymały na jej twarzy. Na oczach równie niebieskich, co te jego.

Kto w Meksyku ma niebieskie oczy?
Jej ojciec musiał ewidentnie ruchać jakąś Europejkę.

- Camille, dzień dobry, jakieś wieści? - Eliot przywitał ją, jakby była... Jego koleżanką? Jakby była kimś ważnym, a nie córeczką pierdolonego gangstera.
Oczywiście pytał ją o ojca. Cała torontońska policja liczyła, że Herrera wylezie spod kamienia kiedy się dowie, że polują na jego córkę. A ochronę dała jej właśnie policja.
Gardner wiedział, że nie wylezie. Bo Herrera nie był głupi.
Ale kochał swoją córeczkę, była jego oczkiem w głowie, jego

mała księżniczka.


- Lancelot Gardner, został przydzielony do ochrony - wyjaśnił Eliot. A Lance chciał, czy nie...
Nie chciał w chuj.
Musiał, wystąpić na przód. Nawet wyjął ręce z kieszeni i jakoś tak odruchowo pokazał blachę. Żeby sobie kurwa nie myślała, że on tutaj będzie robił za jej przedszkolankę, żeby wiedziała, że ma przed sobą glinę.
- Czekamy aż twój ojciec się skontaktuje, to bardzo ważne i może nam pomóc... znaleźć go - znaleźć go? Lance przeniósł spojrzenie na komendanta.
Zaraz... co było napisane w aktach. Camille nie wie czym zajmuje się jej ojciec.
Czyli ona... nic nie wiedziała? Była córką gangstera, a myślała, że co? Że jej ojciec jest jakimś biznesmenem? Jakimś meksykańskim księciem, w swoim zamku obstawionym facetami z pistoletami?
Lance aż wywrócił oczami, bo to wcale nie ułatwiało sprawy. A skoro ona nie wiedziała czym zajmuje się jej tatuś, to nie wiedziała też na pewno, na czyim celowniku się teraz znalazła. A byli to naprawdę niebezpiecznie ludzie. I Gardner doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Wyciągnął do niej rękę, skoro to miało wyjść, to musiał...
Musiał chociażby udawać, że go to nie wkurwia.
Że jest tutaj z własnej nieprzymuszonej woli. Nie był.
- Lance - przedstawił się jej. Bo prawda jest taka, że nikt do niego nie zwracał się pełnym imieniem Lancelot. Zazwyczaj Lance, a na komisariacie Lock, ale... nie byli jeszcze na takim stopniu zażyłości, żeby prezentował jej swoją ksywkę. Pewnie nigdy nie będą.

little trouble girl 😤
0 y/o
For good luck!
0 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

chodzące Toronto

I po co ona miała przychodzić na komisariat? Pachniał taniością, biedą, a przede wszystkim wilgocią. Wystarczyło wejście przez próg, by po jej ciele przeszły nieprzyjemne dreszcze. To nie było jej miejsce. Nie przepadała za tajemnicami, niebezpieczeństwem oraz mundurowymi. W rodzinnych stronach kojarzyli się jej z problemami. Kilka kolejnych kroków pozwoliło jej na wyczucie niezbyt przyjemnej atmosfery. Nie mogła pojąć, z czego dokładnie to wynikało. W końcu zjawiła się tu jako VIP, nie jako kryminalistyka, a ludzie od progu byli niemili, traktowali ją jak zwyczajną dziewczynę. Jedno spotkanie z osobą na dyżurce sprawiło, że na jej twarzy pojawił się niesamowity grymas. Aż westchnęła ciężko, kiwając głową. Wzywali ją, a nawet nie zdawali sobie sprawę, kim ona tak naprawdę była.
Tyle jej wystarczyło. Pokój przesłuchań. Szary pokój, stolik i kilka krzeseł. Może chcieli zrobić z niej kryminalistkę. Z głębokim niezadowoleniem przyjęła to czekanie. Właśnie dlatego sięgnęła po szkicownik, a w nim zaczęła szkicować węglem widok z okna. Tęskniła za Meksykiem. Promieniami słońca, gorącą temperaturą oraz nawet uśmiechami wszystkich dookoła. Kanada przypominała jej komisariat. Brudna. Szara. Bez jakiejkolwiek głębi i duszy. Mogła przyzwyczaić się do panującej tu atmosfery. Dlatego zaczęła kreślić linię na białym papierze. Powoli rysowała kolejne kontury, aż do pomieszczenia nie weszli mężczyźni. Eliot. Go już zdążyła poznać, ale szczerze? Wątpiła w jego słowa. Co w jednym z najbezpieczniejszy miast miało jej grozić? Złamanie paznokcia? Rozmazany makijaż? A może złamanie serca przez jakiegoś dupka, w którego wpatrywała się maślanymi oczyma? Na pewno nie coś, co miałoby sprawić, że miałaby być chroniona cały czas.
Dzień dobry — mruknęła, wstając od krzesła i odkładając szkicownik — żadnych wieści — o ile ochrona była dla niej bezsensowna. Spała w luksusowym apartamencie, w jednym z droższych budynków w Toronto, tak sprawa ojca... przyprawiała jej odrobinę zmartwień. Wcześniej wysyłał jej, chociażby krótkie wiadomości razem z matką. Później wszystko zaczęło się zmieniać. SMS'y nie przychodziły codziennie, a z odstępem kilku dni. W końcu nie dostała wiadomości od niego od ośmiu dni. Tyle wystarczyło, by siedziała na komisariacie i przynajmniej przez moment nie kwestionowała ochrony. W końcu była córką jednego z ważniejszych polityków. Ludzie mogli chcieć jej zrobić krzywdę, a o ile Camille była naiwna, tak brała pod uwagę, że ktoś, gdzieś mógł na nią czyhać.
Uniosła brew. Lancelot Gardner. Jego imię brzmiało niczym imię prawdziwego rycerza. Zlustrowała wszystkich obecnych wzrokiem, a później zobaczyła go. Z miną godną pożałowania zmierzyła go wzrokiem od dołu do góry. Wyglądał nędznie. Uniosła wyżej brodę, by móc spojrzeć mu prosto w oczy w świetle jarzeniówek. Błękitne. Otwierała usta w geście protestu, kiedy wybrzmiała sprawa jej ojca. On miał pomóc go znaleźć? Nie mogła ukryć parsknięcia pod nosem. Kuriozalna sytuacja. Spojrzała na niego jak na idiotę. Naprawdę chciał się z nią przywitać? Przechyliła głowę, wpatrując się w jego dłoń, po czym od razu spojrzała na Eliota.
Naprawdę to on musi się mną zajmować? — spytała wprost, odwracając głowę w stronę komendanta — liczyłam na kogoś, kogo nie będę musiała się wstydzić. Jak mam się niby z nim pokazać? Albo co powiem znajomym? Przyszłam z moim daddy'm na imprezkę? — nie szczędziła w słowach. Herrera zawsze dostawała to, czego chciała. Lance był stary, niezadowolony i na pewno wyciągnie z niej całą energię. Poza tym na pewno nie wierzył w manifestację, a o rozumieniu sztuki mogła zapomnieć. Podobnie jak o szkicowaniu go w notatniku — nie ma kogoś bardziej odpowiedniego? — zagadnęła, licząc na zmianę. Uśmiechnęła się przeuroczo. Ta mina zawsze działała na jej ojca. Dobra, prawie zawsze. Tylko mina zdążyła jej zrzednąć, kiedy usłyszała kolejne słowa komendanta.
Nie ma zmiany. Został do Ciebie przydzielony, a muszę zająć kolejnymi sprawami. Gardner, proszę o wiadomości, jak wam idzie — po czym po prostu tak zniknął. Drzwi zamknęły się z hukiem, a Camille nerwowo chwyciła za szkicownik, chowając go prosto do własnej torebki — możesz już iść. Nie potrzebuję ochrony, sama sobie poradzę. Jak mój ojciec się odezwie, to dam znać — wycedziła, zarzucając torbę na ramię. Nie miała zamiaru rozmawiać z Lancem. Przypominał jej wszystkie cechy, których nienawidziła w Toronto. Nawet jego tęczówki przypominały błękit jeziora Ontario. Chodzące Toronto to jej nowe obraźliwe określenie.
35 y/o
For good luck!
182 cm
detektyw ds. narkotyków | TPS
Awatar użytkownika
służbista, dobry glina, ale czasem zły. gra zgodnie z zasadami, ale... dla sprawy gotowy jest nagiąć wszystkie reguły. nie umie kompletnie w uczucia, a empatia to dla niego coś jak czarna magia, chociaż pewnie prędzej by coś wyczarował niż kogoś pożałował. przeklina, wybucha, i jest o k r o p n y.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkimogą być
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kim dla niego była Camille Herrera?
Dziewczyną z jego sprawy, nie była żadną księżniczką, ani tym bardziej VIPem, była wkurwiającą małolatą, która po prostu miała ważnego ojca. Ale dla Lanca nie był on wpływowym politykiem, a po prostu... gangsterem. Facetem, którego chciał przymknąć, a co za tym idzie sprawić, żeby Camille z tą swoją elegancką torebusią i w drogich szpilkach odwiedzała go w więzieniu, przez szybkę. Z słuchawką w ręku prosząc o dodatkowe dwie minuty.

Do tego dążył Lance.


Więc kiedy Eliot go przedstawił jako ochroniarza, to delikatnie się skrzywił, bo nie przypominał sobie, żeby z detektywa został degradowany na jakiegoś ciecia, który chodzi z bronią i pilnuje bogatych dzieciaków, tylko zaraz uświadomił sobie, że ona o niczym nie wiedziała.
Żyła sobie w tej swojej pięknej bańce, w tym świecie ułudy, gdzie jej tatuś nie był kryminalistą.
Zajebiście.
Wiedział, że jej telefon był już na podsłuchu, więc nie kłamała, kiedy powiedziała to, że nie ma żadnych wieści, ale nie wiedzieli czy nie kontaktuje się z ojcem w inny sposób, może kolejna komórka, albo internet? Opcji było dużo i Lance musiał do tego dojść, coś od niej wyciągnąć. Chociaż kiedy tak mierzyła go spojrzeniem, to stwierdził, że chyba nie będzie to takie proste, ktoś tu... wyżej sra niż dupę ma, Lance tylko wyprostował się i poprawił policyjną kurtkę, a zaraz cofnął dłoń, gdy uznała, że nie będą się witać. Nie, to nie.
Nie musieli się wcale lubić.

Bo ona była tylko jego robotą.


On też niebieskie tęczówki wbił w Eliota, jeszcze z jakąś nadzieją, że może przydzielą jej kogoś innego. Ale kogo?
Nad Herrerą pracował też pięćdziesięcioletni Earl, a ten to dopiero wyglądałby jak jej daddy z tym wielkim bebzolem i wąsem. Prawda jest taka, że Lance jak na gliniarza prezentował się nieźle, może nie wyglądał na dzieciaka, ale też nie na tatusia, a na pewno nie jej. Wywrócił oczami i słuchał jej narzekań.
- A ktoś cię w ogóle zaprasza na imprezki z takim... - co chciał powiedzieć? Tupetem? Podejściem? Z tak cudownym charakterem?
Nie dokończył jednak, bo Eliot spojrzał na niego krzywo, a zaraz tak samo patrzył na dziewczynę i już tłumaczył jej, że nie ma zmian, a on musi pędzić do kolejnych spraw.
Ciekawe kurwa jakich? Pewnie zjeść kolejnego batona, obejrzeć kilka filmików na Tiktoku i udawać, że pracuje...
Lance za dobrze go znał.
Tak dobrze, że wiedział, że żadne z nich tutaj nic nie ugra. Ani jej duże, błękitne oczy i ten uśmieszek niewiniątka. Ani jego pyskowanie.

Jego pyskowanie tym bardziej.


Odprowadził spojrzeniem komendanta, a zaraz niebieskie ślepia przeniósł na dziewczynę. Wywrócił oczami i aż odchylił do tyłu głowę, a ręce schował do kieszeni policyjnej kurtki.
- No i zajebiście, to nara, jak coś to dzwoń, 911 numer alarmowy - pochylił się delikatnie w jej kierunku zaglądając w te jej błękitne oczy, już miał się odwrócić na pięcie, ale...
No przecież nie mógł. I to nie dlatego, że nie mógł jej tak zostawić, bo z tego powodu nie miałby ani pół grama wyrzutów sumienia. Była córeczką gangstera, nie byłoby mu jej żal, gdyby dopadli ją ludzie, którzy na nią polowali. Po prostu Lance chciał... Rozwiązać sprawę. A żeby to zrobić musiał coś z niej wyciągnąć.
Nie wiedział tylko jeszcze jak.
- Dobra... Ja też nie jestem zachwycony - zaczął, ale dość delikatnie ujął to w słowa - ale skoro Eliot kazał mi ciebie pilnować, to pewnie wie coś więcej niż my... - każdy chyba wiedział więcej niż ona, nie wyglądała mu na zbyt bystrą. Naiwne dzieciątko. Córeczka wpływowego tatusia. Mała księżniczka… Szkoda tylko, że Lance nawet w jednym procencie nie był żadnym księciem - więc, taka dobra rada, jeśli chcesz zaliczyć jakiś bal maturalny, czy zdać do następnej klasy... - przecież wiedział ile miała lat, po prostu chciał jej... dopiec? - to powinnaś przeprosić i jednak zapytać, czy z tobą pójdę - nie liczył na to, że go przeprosi, nawet nie było mu to potrzebne do szczęścia. Po prostu... nie mógł się powstrzymać. Musiał się z nią jeszcze podrażnić. Może trochę ją nastraszyć? Zagrać jej na czubku tego zadartego nosa.
Chociaż Lance przecież nie był typem umoralniającym, bo jego moralność pozostawiała wiele, naprawdę wiele, do życzenia. Podniósł niebieskie tęczówki z jej pełnych warg na duże, błyszczące oczy, jakby rzeczywiście czekał na przeprosiny. Nie czekał.

walking troubles ᝰ.ᐟ
0 y/o
For good luck!
0 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

🚨🚨🚔

Atmosfera panująca w pokoju przesłuchań przypominała odrobinę chmurę dymu. Dusząca, wżerająca się w ciało i wyniszczająca. Nie potrafiła spojrzeć na jej o c h r o n i a r z a. Wystarczył jeden krótki rzut okiem, by dotrzeć w nim całkowity brak kultury. Mogli nie znajdować się w jej luksusowej wilii, ale przy zwykłych wyjadaczach chleba przyzwyczaiła się do norm grzecznościowych. Lance? Co to w ogóle za imię? Od niej zawsze wymagano pełnego imienia. Camille Anne Rosalita Esmeralda Herrera. Pewnie by tak powiedziała, może nawet zyskałby w jej oczach coś na wzór szacunku. A kto Cię w ogóle zaprasza na imprezki.. Tyle wystarczyło, by uniosły się jej wysoko brwi. Nie dość, że przypominał chodzące Toronto, pełen smutku, nijakości, to bezczelność aż z niego wypływała. Jasne, Camille miała cięty język. Doskonale zdawała sobie sprawę, że sama się nie popisała. Tylko sprawa była zbyt kuriozalna, by zaczęła ją brać na poważnie. Nagle ze swojego swobodnego trybu życia miała być niańczona przez przeogromnego faceta. Dla znajomych nie miałaby na to żadnego dobrego wytłumaczenia.
Dlatego zakładała torebkę na ramię. Czas stąd wyjść i nie marnować czasu.
Dobrze, zadzwonię — nawet nie miała zamiaru. Toronto nie przypominało Meksyku. Tam wiedziała, w jaki sposób się poruszać, by nie wpaść w tarapaty. Tylko w Kanadzie nie czekali na nią drapieżcy, ludzie z bronią. Tutaj była zwykłą dziewczyną kontrolowaną przez miejski monitoring. Jedynie brak kontaktu z rodzicami jej doskwierał. Cały czas wysyłała im nowe obrazy, a jedyne z czym się spotkała, to niezręczna cisza.
Niebieski chłód jego tęczówek nie robił na niej wrażenia. Tylko strzeliła oczyma, odwracając się na pięcie, by chwycić za klamkę. Wtedy dotarły do niej jego kolejne słowa. Ja też nie jestem zachwycony. Eliot wie więcej niż my. Co to miałoby znaczyć? Na samo wspomnienie dostała dreszczy, czuła, jakby ktoś właśnie naruszał jej bańkę bezpieczeństwa.
Gryziesz się w język, czy o co Ci chodzi? — spytała wprost Camille. Nienawidziła ściemy. — niby co ma wiedzieć? — nagle kabelki w jej głowie zaczęły się ze sobą łączyć, szukając połączenia. Tylko co mógłby wiedzieć? Jej ojciec od kiedy pamiętała, był obstawiony przez ochronę i ludzi z bronią, ale czy to nie było normalne? Dla niej było, dopiero w Kanadzie mogła zaczerpnąć powietrza, czując smak wolności oraz brak wymagań. Widocznie, to wszystko musiało być ustawką tatusia — Panie mundur wcale nie pasuje mi do cery i powinna zajść tu przeogromna zmiana — zaczęła poważnym tonem Herrera, wbijając w niego ostre spojrzenie — jesteśmy w Toronto, a nie Meksyku, żebym potrzebowała ochrony — nie widziała bójek, nie słyszała strzelanin. W Meksyku zdołała do tego przywyknąć. Widziała wiadomości. Większość z nich była dla niej normą. Tu widziała jedynie pokojowe protesty, dealerów, aktywistów. Nic co mogłoby wzbudzić jej niepokój.
Grozisz mi? — parsknęła, kręcąc głową — uroczy jesteś — tak, wielki, dobrze zbudowany mężczyzna był dla niej uroczy. Widocznie, Lance dawno nie przebywał wśród królowych pszczół. One zawsze musiały trzymać odpowiedni poziom i nie dać po sobie poznać żadnego zmartwienia. Znów się roześmiała. Przeprosić? Do tego mógłby ją zmusić. Wtedy może by to usłyszał — pójdziesz ze mną tak, czy siak, bo tak kazał Ci przełożony — wycedziła Camille, wpatrując się z przymrużonymi oczyma. Ścisnęła mocno własną torebkę, wręcz nerwowo — twoim zdaniem nie skończyłam jeszcze liceum, ale znam zasady kierujące tym światem — rozkaz to rozkaz. Trzeba było go posłuchać, nieważne, co się działo. Sama to robiła. Inaczej studiowałaby sztukę w Meksyku, albo chociaż w Stanach Zjednoczonych, gdzie coś mogłoby się dziać. Tu oprócz imprezowania i studiowania nic nie miała. Z nudów może powinna zapisać się na kurs garncarstwa.
Mam warunki — stwierdziła, przyglądając mu się bacznie. Usłyszy sprzeciw. Sama chciała mu utrzeć nosa — po pierwsze kupię Ci coś, bo w mundurze nie będziesz za mną chodził. Po drugie uśmiechniesz się i będziesz pozytywny. Po trzecie wszystkim będę mówiła, że jesteś moim niegadającym, starszym kuzynem, który przyjechał na wymianę — tak, gdy zaczęła wymieniać pokazywała mu kolejne palce na dłoniach. Wtedy zniosłaby pokazywanie się z Gardnerem na mieście — hm — zaczęła, przechylając delikatnie głowę — a i jeszcze jedno — i wtedy dodała — dostałeś jakieś akta na mój temat? To je przeczytaj, bo inaczej nie będziemy ze sobą rozmawiać — zachowanie mężczyzny określiłaby mianem niesubordynacji. Wątpiła, by teraz dowiedział się o jej ochranianiu. Brzydki, smutny z ciętym językiem, a dodatkowo nieprzygotowany. Nie mogła widzieć go w innych barwach.
Zapraszam pana za mną — oświadczyła finalnie, odchodząc na pięcie i wychodząc z pokoju posłuchań. Zarzuciła brązowymi puklami włosów, wciągając powietrze. W końcu zaczynało pachnieć normalnością. Odwróciła się jedynie krótko w stronę Lancelota — nie spóźnię się na zajęcia z malunku — a je miała za całe... trzy godziny. Tylko w jej życiu wszystko płynęło niesamowicie wolno — chcesz kierować moim autem? Do radiowozu nie wejdę. Zagłuszy mój artystyczny vibe — i feng shui też. Jeszcze kazałby jej jechać z tyłu, by wyglądała jak kryminalistka.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”