Strona 1 z 1

i want it all

: czw kwie 16, 2026 4:50 pm
autor: lazare moreau
Blind faith, heartache
Mind games, mistakes
My sweet fireball
My sweet rigmarole
I want it all


Może była to sprawka tej ostatniej kolejki, na którą Mara i Lazare skusili się tuż przed wyjściem z Poor Romeo, a może raczej kwestia uporczywej, wieczornej mżawki, typowej dla Toronto o tej porze roku, ale miasto migające za oknem taksówki traciło teraz swoje wyraziste kontury, zmieniając się w rozmyty kalejdoskop neonowych świateł. Kierowca uchylił okno, i przez tę wąską szczelinę oddzielającą wnętrze samochodu od reszty świata, do uszu Lazare dobiegał teraz szum mijających ich pojazdów, ludzkich rozmów prowadzonych przez przechodniów, i, jak to w metropoliach bywa, sporadyczny, odległy śpiew syren radiowozów i karetek. Wszystko to jednak w umyśle blondyna przyćmił śmiech Mary, nadal rozlegający się przyjemnym echem w jego pamięci. Zaskoczyła go. Nie był w stanie powiedzieć dokładnie czym, ani czemu - wiedział tylko, że ta pojedyncza, perlista w brzmieniu salwa szczerego rozbawienia, którym rudowłosa zareagowała na podjętą przezeń próbę żartu, rozpuściła jakiś rodzaj lodowej pokrywy, do tej pory ochronnie otaczającej jego serce. W pierwszym ułamku sekundy Moreau się przeraził, święcie przekonany, że Mara nie śmieje się z jego słów, lecz z niego - że palnął coś idiotycznego, że się ośmieszył, i że za jednym zamachem stracił całą tę jej sympatię, na którą pół-świadomie pracował cały wieczór. Zaraz jednak, nie bez jakiejś porcji niedowierzania, Lazare zorientował się, że Lakefield wcale z niego nie szydzi, a wręcz przeciwnie. Jakimś cudem, to jego naturalny humor i jakiś rodzaj osobistego czaru musiały sprawić, że kobieta zapomniała o randkowych konwenansach i potrzebie odgrywania pewnej roli, wpadając na moment w pułapkę niekontrolowanej, autentycznej reakcji.
I była to najlepsza rzecz, która spotkała go jak do tej pory całego tego, i tak już cudownego, wieczoru.
A noc była przecież jeszcze bardzo młoda.

Teraz, podawszy taksówkarzowi własny adres, Lazare oparł głowę o zagłówek, pozwalając sobie na krótką chwilę rozprężenia. Przymknął oczy, palcami lewej dłoni rozpinając sprawnie jeden guzik koszuli, do tej pory przyzwoicie. Teraz, poniżej kołnierza powstała przestrzeń, przez którą chłodne, wieczorne powietrze mogło wkradać się niczym bryza, przyjemnie liżąc kant męskiego obojczyka. Lazare westchnął.
Niewiele brakowało, a naprawdę zacząłby wątpić, czy to wszystko dzieje się naprawdę, czy też śni, i gdy ponownie rozewrze powieki, okaże się, że jest zupełnie sam, we własnym, pustym łóżku, ubrany w szary dres i poczucie beznadziei. Gdy jednak otworzył oczy i spojrzał w prawo, Mara nadal tam była, z lekkim rumieńcem wymalowanym na jej urodziwej twarzy, i okalającymi jej policzki kosmykami włosów łapiącymi światła neonów docierające zza okna. Przez twarz blondyna przemknął  jakiś krótki, nieplanowany uśmiech, ale zaraz zastąpił go inny, bardziej skupiony, bardziej jedoznaczny wyraz.
Gdy kierowca skręcił w jedną z bocznych ulic, kolano Moreau przesunęło się odrobinę, zahaczając o udo Lakefield, i zamiast je cofnąć, blondyn pozwolił by kontakt ten trwał, cichy i uporczywy, jak pytanie zadane jej bez słów. Ona także nie musiała nic mówić. Wystarczyło, że nie cofnęła się i nie odsunęła, co samo w sobie było jedynym komunikatem, jakiego Lazare wyczekiwał.
- Jesteśmy już prawie na miejscu - oznajmił cicho, wyważonym, ale nie obojętnym tonem gdy przekroczyli granicę Distillery District. Gdy samochód zwolnił, a potem zatrzymał się płynnie pod budynkiem Lazare, ten wysupłał z kieszeni portfel, płacąc kierowcy z wybitnie hojną nadwyżką, a potem wysiadł, obchodząc samochód, by otworzyć także drzwi po stronie Mary. Gdy kobieta znalazła się obok, na krawężniku, jego dłoń płynnym ruchem trafiła ku jej talii, pasując tam jak ulał - pewna, ciepła, prowadząca niby w tańcu. Przyciągnął ją minimalnie bliżej, ale tym samym wystarczająco, żeby poczuć, że to już nie jest gra na dystans, i pokierował ku drzwiom wejściowym wieżowca, mijając recepcję, aż do rzędu wind. Jedna z nich zawiozła go na jego piętro, na którym - za kolejnymi drzwiami - czekało jego przestronne, trochę bezosobowe, designerskie w stylu mieszkanie. Jego wystrój nie pozostawiał cienia wątpliwości, że ten, który je zamieszkuje, jest zarówno człowiekiem sukcesu, jak i mężczyzną zwyczajnie samotnym.
Zważywszy na ich okoliczności, Lazare miał jednak nadzieję, że Mara nie przyszła tutaj, by go diagnozować.
- Wino? - Zapytał, gdy już wziął od niej płaszcz, i odwiesił go na wieszaku w przedpokoju - Whiskey, woda, herbata, kawa...? - Wyliczył z jakąś zawadiacką przekorą, prowadząc rudowłosą w miejsce, gdzie nowoczesna, otwarta kuchnia, łączyła się z obszernym salonem w jedną całość okoloną ogromnym oknem sięgającym od sufitu, aż do podłogi — …czy też po prostu przestajemy udawać, że potrzebujemy pretekstu?

Mara Lakefield

i want it all

: pt kwie 17, 2026 1:27 am
autor: Mara Lakefield
Kiedy tylko wybuchła niekontrolowanym śmiechem , coś się w niej zmieniło. Oczywiście już wcześniej tego wieczoru Lazare zaczął wzbudzać w niej zainteresowanie swoją osobą nie jako ciekawy przypadek, ale jako interesujący i przystojny mężczyzna. Roztaczał wokół siebie aurę tajemniczości, w którą Mara chciała wkroczyć odkrywając, co w sobie skrywa. Jednak kiedy rzucił luźno żartem, który tak ją szczerze rozbawił, poczuła jakby uchylił rąbek tej tajemnicy, a ona wręcz się nią zachłysnęła. Zapominając o flircie czy odpowiednim zachowaniu w miejscu publicznym, po prostu śmiała się całą sobą. I to było tak cudowne uczucie, które zdała sobie sprawę, już dawno nikt w niej nie wzbudził. Od tamtej chwili czuła się już znacznie swobodniej w jego towarzystwie, jawnie mu dając do zrozumienia, że jest zainteresowana kontynuować ten wieczór z dala od spojrzeń osób trzecich.
Jadąc taksówką również wykorzystała ten moment na chwilę oddechu. Była wdzięczna kierowcy za uchylenie szyby, bo golf od sukienki zaczynał zbyt mocno ogrzewać jej szyję. W ogóle wybór kroju sukienki wydawał jej się teraz nietrafiony, gdyż nagle zrobiło jej się jeszcze cieplej. Prawdopodobnie za sprawą Lazare siedzącego tuż obok w milczeniu. Czuła rosnące napięcie, a temperatura jej ciała wywołała na jej twarzy różowe rumieńce. O czym teraz myślał? Czy zaczynał żałować swojej propozycji? Czy powinna coś powiedzieć? Zrobić? Ująć jego dłoń? Nagle gąszcz myśli zakłócił dotyk jej uda jego kolanem. Spojrzała na miejsce , w którym ich ciała się dotknęły, a następnie podniosła wzrok na jego tęczówki, których błękitu nie mogła dostrzec w taksówce, ale widziała jak błyszczą. Widziała ten uśmiech, który doprowadzał do tego, że przyjemne dreszcze pojawiły się w jej podbrzuszu.
Poczucie zniecierpliwienia, a przede wszystkim pragnienia rosło z każdą kolejną minutą. Wraz otworzeniem jej drzwi od samochodu. Wraz z jego ciepłą, kojącą dłonią na jej talii, która zadziwiająco idealnie tam pasowała. Miała wrażenie, że jazda windą zajmowała wieki. Wszystko się dłużyło do momentu, aż w końcu zostali sami z dala od świadków.
Wchodząc do mieszkania nie mogła się powstrzymać, by nie rozejrzeć się dyskretnie po jego wnętrzu. Nie tyle do diagnozy, a ze względu na jej wspomnianą już wcześniej ciekawość. Uderzyła ją surowość miejsca, lecz może tak po prostu wyglądały miejsca samotnych mężczyzn? A może mieli z Lazare najzwyczajniej w świecie inny gust? Nie miało to dla niej większego znaczenia, bo i tak teraz to ich dwójka odpowiadała za atmosferę w lokalu i Lakefield nie miała wątpliwości odnośnie ich sukcesu.
Przeszła wgłąb salonu, a obcasy jej kozaków odbijały się echem po otwartej przestrzeni. Stała plecami, gdy zaczął wymieniać propozycje napoi, ale gdy nagle uciął i postawił sprawę jasno, wtedy odwróciła się w jego kierunku i uśmiechnęła z pewną satysfakcją. Podeszła do niego powolnym krokiem stojąc teraz twarzą w twarz. Dotychczas rozmawiali siedząc naprzeciwko siebie, więc nie czuła tak bardzo różnicy wzrostu. Ale teraz była zmuszona zadrzeć głowę do góry, aby móc spojrzeć na jego twarz- pierwszy raz z tak bliska. Opuszkami palców zaczęła delikatnie wodzić od skroni po zarysowaną linię żuchwy, jakby chciała sprawdzić czy jest prawdziwy? Czy może to tylko jej sen? Wzrokiem podążała za swoją dłonią, którą następnie zabrała i wraz z drugą ułożyła na jego ramionach. Natomiast jej oczy skupiły się na ustach - wydatnych, jakby zostały stworzone po to, aby kusić innych. Cholera, czuła się kuszona. Nie potrafiła i już nie chciała przejść obok nich obojętnie. Z pełną świadomością przyjechała z nim do mieszkania, aby móc go poznać bliżej. Znacznie bliżej niż sądziła, że uda jej się kiedykolwiek. A jednak była tutaj - spragniona jego ciała, tajemniczego spojrzenia i lekkiego uśmiechu. Pragnęła poczuć jego dłonie na swoim ciele i móc się oddać wszystkim przyjemnościom, które męskie ciało jest jej w stanie sprawić. Przeszła spojrzeniem na błękitne oczy Lazare czując jak ponownie jest o krok od zatopienia się w nich. Jego bliskość, ciepło i świadomość dzisiejszej nocy, działała na nią niesamowicie pobudzająco sprawiając, że jej tęczówki pociemniały od rosnącego pożądania.
- To znaczy, że mogę już wprost powiedzieć, że chciałabym żebyś mnie pocałował?- spytała przekornie unosząc znacząco brew do góry i podchodząc jeszcze bliżej, aż czuła jak wtula się w jego ciało wyczekując na odpowiedź. Jego odpowiedź mogłaby być bez słowa. Wystarczył jej jego dotyk i usta, które były teraz tak blisko jej własnych, ale nie ruszyła się już ani o milimetr dając jemu szansę na wykonanie kolejnego kroku.

lazare moreau

i want it all

: ndz kwie 19, 2026 1:29 pm
autor: lazare moreau
Gdyby Lazare zdawał sobie sprawę z całej tej powodzi myśli i pytań zalewających umysł Mary podczas podróży taksówką, prawdopodobnie połechtałoby to jego ego jeszcze bardziej niż sam fakt, że dziewczyna nie tylko zdawała się szczerze interesować jego osobą i doceniać jego poczucie humoru, ale także przystała na propozycję, by z baru przenieść się nigdzie indziej niż pod jego własny adres. Mogli nadal udawać niewinnych, ale obydwoje byli chyba na tyle dorośli, by bez słów rozumieć, co potencjalnie oznacza tego typu zaproszenie. I choć Moreau oczywiście nie miałby jej za złe, gdyby okazało się, że jakimś cudem Lakefield nie zrozumiała kryjącej się w jego propozycji aluzji, i naprawdę przypuszczała, że do jego mieszkania udają się teraz na herbatę i pogaduszki, i nie naciskałby na nic, na co kobieta nie miała szczerej ochoty, nie dało się ukryć, że przyniosłoby mu to jakiś rodzaj rozczarowania. Sposób, jednak, w jaki rudowłosa reagowała na mowę jego ciała - i nawet na te jej przypadkowe przejawy, jak wówczas, gdy ich nogi zetknęły się na krótko w półmroku samochodowego wnętrza - nie pozostawiał mu zbyt wiele miejsca na faktyczne wątpliwości. Był pewien, że nadają na tych samych falach, a więc - co za tym idzie - że Mara chce go tak samo, jak on chciał jej. I z każdą chwilą to uczucie tylko słodko się nasilało.
O tym, że Mara - nawet jeśli jej intencją naprawdę nie było teraz by go diagnozować, a kierowała nią tylko zwyczajna, ludzka ciekawość typowa tak psychologom, jak i całej reszcie populacji - mogłaby uznać wnętrze jego mieszkania za surowe, Lazare w bieżącej chwili nawet nie pomyślał. Za bardzo martwił się, że mogłaby dostrzec teraz jakieś kompromitujące dowody jego samotności (rozbabrane łóżko z laptopem zatrzymanym w połowie odgrywania jakiegoś pornograficznego filmu, który Lazare oglądał znad miski popcornu i bez większego zainteresowania; stertę naczyń w zlewie, niedomytych od tygodnia; słoik musztardy, słoik pikli i słoik dżemu stanowiące jedyne trzy punkty zawartości jego lodówki), i za bardzo zachłysnął się ulgą, że na szczęście niczego takiego nie dostrzegła (za co Lazare powinien podziękować gosposi odwiedzającej jego apartament co tydzień), by spędzić choćby minutę dłużej nad głowieniem się, jakie inne wrażenie mogłoby wywierać na gościach jego królestwo.
Co tu dużo mówić, miał teraz o wiele istotniejsze rzeczy do roboty. I na całe szczęście, po raz pierwszy od (zbyt) długiego czasu, nie musiał robić ich samotnie.

Nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatnio dotykał go ktoś, kto nie był jego fizjoterapeutą, w profesjonalnym skupieniu starającym się przynieść udręczonym mięśniom Moreau odrobinę ukojenia, nigdy ani o milimetr nie przekroczywszy zawodowego dystansu, albo Johnny'm Grainierem, którego dotyk budził u blondyna mieszaninę emocji tak skrajnych, że najczęściej Moreau starał się zwyczajnie o nich nie myśleć. Dotyk Mary był jednak zupełnie inny, subtelnie łącząc w sobie dwa, kontrastujące ze sobą uczucia: i jakąś dozę czułości, i niezaprzeczalną nutę pożądania, zabarwionych tą samą ciekawością, z którą rudowłosa zadawała mu tego wieczora pytania, i z jaką nienachalnie rozglądała się po jego mieszkaniu. Znajdował się w centrum jej zainteresowania, i może było to głupie, ale ogarnął go ten sam stan, w który Moreau wpadał na lodowisku, podczas najbardziej udanych występów. Jakby nie liczyło się nic oprócz bieżącej chwili. Jakby, na krótki moment, Lazare przestawał wreszcie myśleć, naprawdę znajdując się we własnym ciele.
Nie odpowiedział od razu. Nie dlatego, że nie wiedział co powiedzieć — przeciwnie. Odpowiedź była aż nazbyt oczywista, aż nazbyt łatwa. I może właśnie dlatego pozwolił jej zawisnąć między nimi, rozciągnąć się jak napięta struna, która drży od samej możliwości dotyku.
Z niewielkiej odległości rejestrował sposób, w jaki dłonie Lakefield znajdowały drogę na mapie jego ciała, wyznaczając nowe szlaki biegnące wzdłuż krawędzi jego żuchwy i na stokach jego ramion. Jej palce zostawiały po sobie ślad ciepła, które zaczynało krążyć teraz w ciele blondyna jak elektryczny prąd, najpierw biegnący na wskroś piersi i barków, ale potem zapędzający się niżej, aż do granicy jego lędźwi.
— Oczywiście, że możesz to powiedzieć wprost — odpowiedział cicho, nadal się drocząc, jakby wcale nie było pewnym, czy ostatecznie wyrazi inicjatywę, by ją pocałować. A potem po prostu pochylił się lekko, i zamknął dzielącą ich przestrzeń, całując Marę z pewnością człowieka, który nie tylko wie, czego pragnie, ale również wie co robi. Nie gwałtownie, ale zdecydowanie, bez miejsca na wątpliwości albo tremę. Jedną dłonią odnalazł linię kobiecego biodra, drugą zaś przesunął na jej kark, przytrzymując ją w miejscu, jakby nie chciał pozwolić, by wycofała się choćby o centymetr.
To nie był ostrożny pocałunek. Było w nim coś głodnego, coś odzyskanego — jakby Lazare przypominał sobie własne ciało, jego reakcje, jego rytm. I choć alkohol rozgrzewał krew, to nie on nim teraz kierował.
Oderwał się tylko na moment — wystarczająco, by spojrzeć Lakefield w oczy, jakby chciał upewnić się, że i ona nie zniknęła, i, co najważniejsze, że nie zmieniła zdania. Uśmiech, który przemknął przez jego usta, był krótki i prawie drapieżny.
- Jeszcze jakieś życzenia, albo prośby? - Zapytał zadziornie między pocałunkami, zaraz zanim jednym, płynnym ruchem, uniósł Marę, pozwalając by jej nogi oplotły go w biodrach. Nie zdradził przy tym żadnego wysiłku, jakby dziewczyna nie ważyła więcej od powietrza, co tylko stanowiło dowód, że jego ciało nie straciło siły nawet teraz, gdy nikt nie zmuszał go do regularnych treningów. Drogę do kuchennej wyspy pokonał płynnie, lekko, ani na moment nie odrywając warg najpierw od ust Mary, a potem od zarysu jej szczęki, i miękkiej skóry na jej szyi, tuż ponad linią golfu sukienki, który teraz coraz bardziej mu zwyczajnie przeszkadzał.
Posadził kobietę na chłodnym, marmurowym blacie, odsuwając się tylko po to, by złapać oddech i sprawdzić czy dobrze się rozumieli. Gdy nie usłyszał ani nie zobaczył żadnego sygnału sprzeciwu, niemal popędliwie zabrał się do rozpinania własnej koszuli. Szczerze powiedziawszy, impuls ciała podpowiadał mu, by po prostu szarpnąć, pozwalając by guziki rozsypały się po podłodze jak cukierki, ale chyba tylko istnym cudem udało mu się powstrzymać tę gwałtowność.

Mara Lakefield

i want it all

: pn kwie 20, 2026 1:09 am
autor: Mara Lakefield
Mara bardzo dobrze zrozumiała aluzję, a przy tym sama zaczęła insynuować, że jest zainteresowana czymś więcej niż kolacją zakończoną się rozejściem w dwóch różnych kierunkach. Nie chciała wracać do domu. Przynajmniej jeszcze nie teraz, gdy noc była młoda, a oni najwyraźniej byli dwójką samotnych ludzi, którzy pomimo dosyć nietuzinkowego początku, złapali wspólny język, a do tego nie można było im odmówić aparycji, która działała na siebie nawzajem. Lakefield w ostatnim czasie wylądowała w łóżku z kilkoma przypadkowymi facetami, gdy próbowała posklejać złamane serce po ponownym wyjeździe Arthura, więc nie miała większych problemów z odczytywaniem sygnałów.
Jednak z Lazare było nieco inaczej. Przychodząc w wyznaczone miejsce spotkania nie szła z myślą, że to będzie randka, a raczej w ogóle nie wiedziała na co się nastawić, przez co też miała problem z doborem odpowiedniego stroju. Wszystko budowało się stopniowo, a jej chęć diagnozowania go zmieniła się w potrzebę poznania go. Zapragnęła poznać Lazare Moreau, a nie pacjenta nr 237. Dlatego wchodząc do mieszkania starała się ze wszystkich sił nie wysnuwać dalekoidących wniosków na podstawie pierwszych spostrzeżeń. Tym bardziej, że miała znacznie ważniejsze i ciekawsze zajęcie.
Od dłuższego czasu miała ogromną potrzebę dotknięcia go. Każdy wypowiedziany przez niego wyraz i wykonany gest wydawał jej się niezwykle wyważony i wyćwiczony, jakby od dziecka uczył się, że należy się zachowywać tylko w odpowiedni sposób i nie ma miejsca na żadne potknięcia i błędy. Dlatego musiała sprawdzić czy jest prawdziwy. A może to była chęć sprawdzenia czy nie nosi żadnej maski?
Zdecydowanie istniał naprawdę, a uczucie jego ciała pod jej palcami rozpalało jej już i tak rozgrzane ciało. Nie chciała się jednak spieszyć, by rozkoszować się chwilą i dotykiem jak najdłużej, a jednocześnie pożądanie się wzmagało wystawiając jej cierpliwość na próbę.
Lazare najwidoczniej również postanowił sprawdzać granicę jej cierpliwości, utrzymując ciszę między nimi i nie wykonując żadnego gestu w jej stronę. Mogłaby się speszyć w tym momencie, że źle odczytała to wszystko albo nie spodobało mu się to, co powiedziała. Jednak czuła to. To napięcie między nimi, które było coraz silniejsze. Czuła zniecierpliwienie obu ciał, które pragnęły się połączyć. Aż w końcu pocałował ją z taką pewnością, jakby już kiedyś ją całował. Jej ciało się spięło, a jednocześnie poczuła lekkość, gdy nareszcie spełnił jej prośbę nieco zaspokajając jej potrzeby, ale tych na tą noc miała znacznie więcej. Ścisnęła dłonie na jego koszuli nie zostawiając między nimi już żadnej pustej przestrzeni , odwzajemniając każdy jego pocałunek z tą samą intensywnością, a wręcz je pogłębiając aż zadał jej pytanie, na które nie odpowiedziała od razu.
Teraz skupiła się na jego ustach na swojej skórze. Skupiała się na jego ramionach, w których się znalazła, gdy z niespotykaną lekkością i precyzją podniósł ją do góry, a jej ciało wręcz instynktownie owinęło się wokół jego. Nie miało dla niej znaczenia, gdzie ją prowadzi - teraz najważniejsze było dla niej, żeby pozostał przy niej, a jego usta na jej ciele. Zimny, marmurowy blat sprawił, że delikatnie drgnęła czując go pod rozgrzanymi pośladkami, które odsłoniły się, gdy owijając nogi wokół jego bioder, sukienka się jej podwinęła wyżej. Dzięki temu mogła szybciej i sprawniej się jej pozbawić przez głowę, gdy on walczył z guzikami koszuli. Siedząc przed nim w samej czarnej koronkowej bieliźnie i czarnych skórzanych kozakach, uśmiechnęła się zadziornie obserwując go, gdy zniecierpliwiony się rozbierał. Rozbierał się dla niej. On był zaskoczony, że Mara była nim zainteresowana, ale to działało również i w drugą stronę. Ona nie mogła wyjść z podziwu, że on - taki idealny, taki wyważony był zainteresowany nią. To, że była terapeutką i pomagała innym przezwyciężyć lęki, nie oznaczało, że nie posiadała własnych. Była kobietą po przejściach , licznych złamaniach serca, po których ciężko na nowo uwierzyć we własną wartość.
A jednak była tutaj teraz, a blondyn przed nią walczył, by nie pozbawić się koszuli w bardziej brutalny sposób. Nie mogła się powstrzymać, by nie chwycić za materiał i rozpocząć rozpinanie pozostałych guzików. Nie robiła tego ze zbyt dużym pośpiechem, ale nie kusiła go też zbyt długo. Kiedy w końcu mógł ją z siebie zrzucić, Mara chwyciła jego twarz w swoje dłonie i spojrzała mu w oczy jest bardziej z bliska.
- Tak, chcę dzisiaj zobaczyć prawdziwego Lazare- wyszeptała zanim ponownie zatopiła się w jego ustach, a nogi jeszcze raz oplotły go w biodrach. Pragnęła , by zrzucił z siebie maskę i pokazał prawdziwego siebie. Nie chciała , by się hamował i ważył każdy gest. Pragnęła doprowadzić go do tego , aby się wyłączył i pokazał jej swoje prawdziwe ja.


lazare moreau